Andrzej Sapkowski, Magia i Miecz

I nim byś zdążył wymówić: góry – mury – hop! – wyskoczyły

gobliny, ogromne, grube, szpetne gobliny, tłum goblinów…

J.R.R. Tolkien „Hobbit, czyli tam i z powrotem”

Bestiariusze i katalogi potworów, owe nieodłączne składniki
instrukcji i podręczników do gier Role Playing pełne są opisów
rozmaitych, mniej lub bardziej człekokształtnych istot i stworów, mających
za zadanie utrudnić graczom życie ciągłym a nachalnym naprzykrzaniem się.
W co drugim scenariuszu gry dowolnego systemu gracze mają okazję do
orężnej rozprawy z jakimś pojedyńczym hobgoblinem lub trollem, ogrem lub
olbrzymem, zaś nader często przychodzi im zmierzyć się w walce ze zgrają
goblinów, orków lub koboldów.

Kreowani przez graczy bohaterowie tną to tałatajstwo mieczami tak, że
aż powietrze świszcze a wraża posoka płynie strumieniami po posadzkach
zamków i klepiskach lochów. Ale rzadko który gracz ma czas i ochotę
zastanowić się, skąd wziął się w grze dany Troll czy Kobold, skąd
przywędrował do RPG jeden z drugim Goblin czy Ork. Większość graczy
prawdopodobnie oburzy takie stwierdzenie. Jak to, krzykną buńczucznie, cóż
za supozycja wredna, cóż za uwłaczające naszej wiedzy i inteligencji
podejrzenie! My mielibyśmy nie wiedzieć, kto wprowadził do świata fantasy
trolle czy gobliny? Przecież uczynił to Tolkien, a po nim rzesza jego
naśladowców! Każdy głupi wie o tym!

Hmm… Tak, to w zasadzie prawda. Ale pozwolę sobie zadać P.T Graczom
następne pytanie: Czy wiecie, skąd trolle, gobliny i orkowie przywędrowali
do Tolkiena?

On nas ma za dzieci, zakrzykną w odpowiedzi oburzeni gracze. Jak to,
skąd? Wiadomo, że z mitologii i z demonologii ludowej!

Fakt. To znowu prawda. W zasadzie. Bestiariusze systemów RPG pełne są
humanoidalnych potworów i „martwiaków”, zapożyczonych (wprost lub via
literatura fantasy) z klasycznej mitologii i bajecznej, ludowej
demonologii. Z podań anglosaskich, dla przykładu, trafiły do RPG
hobgobliny i gobliny, z nordyckich i germańskich: elfy, koboldy, gnomy i
trolle, ze szkockich: wiedźma Annis, zmiennokształtna Kelpie i Brownies,
dalecy kuzyni koboldów. Z demonologii irlandzkiej zapożyczeni zostali
potworni Fomorianie i Firbolgowie (Fir Bolga), a także wesołe, choć psotne
Leprekauny (leprechauns) oraz wszystkie odmiany podobnego elfom, skrytego
ludku Sidhe (wymawiaj: szii), w tym i Bean Sidhe (banshee), których nocny
krzyk zwiastuje śmierć. Z podań kornwalijskich trafił do fantasy duszek
Pixie. Sylfy, duszki powietrzne, precyzyjnie zdefiniował Paracelsus.
Wampiry, ma się rozumieć, przywędrowały z dalekiej Transylwanii za sprawą
niejakiego Brama Stokera, a golemy z przyszły z Czech, z Pragi, za sprawą
tamtejszych rabinów i całej licznej gminy żydowskiej. Trupożerne Gule i
potężne Dżinny (geniusze) przybyły z arabskich opowieści Tysiąca i
Jednej Nocy. Syreny (Sirens), te z gatunku wrednych, które wabią żeglarzy
śpiewem po to, by później zrobić im kuku, wzięto od starożytnych Greków
razem z faunami, satyrami, nimfami, driadami, hamadriadami i najadami.
Syreny sympatyczne (Mermaids), które pluszczą się w morzu i figlują, to
element typowy dla baśni bretońskich. I tak dalej, i tak dalej…

Ciekawą drogę do bestiariuszy gier RPG przebyły natomiast gobliny i
orkowie. Jest faktem, że potwory te rozpropagował J.R.R. Tolkien,
uwieczniwszy je najpierw w „Hobbicie” a następnie w trzech tomach „Władcy
pierścieni” – dziełach dla literatury fantasy klasycznych.

Co do Goblina, jego genealogia jest jasna. Stwór ten często występuje
w demonologii anglosaskiej i w literaturze tego obszaru, tak klasycznej,
jak i fantastycznej. Co do tego, jaką drogą goblin przywędrował na Wyspy,
istnieją dwie teorie. Jedna głosi, że „goblin” to po prostu lekko
przekręcony germańsko-nordycki kobold, którego około roku 449 przywiozły
do kraju celtyckich Brytów ekspansywne plemiona Anglów, Sasów i Jutów,
ściągnięte przez Vortigerna do walki z Piktami. W myśl drugiej wersji
Goblin to znany z legend normandzkich Gobelin lub Goubelin, który
przywędrował do Brytanii znacznie później, jako towarzysz wojsk Wilhelma
Zdobywcy, który w roku 1066 sforsował Cieśninę Kaletańską i podbił
Anglosasów. Normandzki Gobelin to postać wiecznie żywa w bajkach obszaru
północnej Francji. Do dzisiaj tamtejsze matki, gdy chcą nastraszyć
niesforne, nie chcące jeść kaszki dzieci, mówią im: „Bądźcie grzeczne, bo
inaczej goblin was wsadzi do wora i zabierze” („Le gobelin vous
emportera”). Nie ma jednak ów normandzki goblin, czego wiedzieć nie
zaszkodzi, niczego wspólnego z wieszanymi na ścianach dywanami, które w
XVII wieku produkowano we francuskich manufakturach, nazwanych od rodu
Gobelinów, słynnych tkaczy.

To były, jak powiedziałem, dwie teorie o pochodzeniu goblina. Bo jest
jeszcze trzecia, według której Goblin zamieszkiwał Wyspy Brytyjskie od
zarania dziejów i to stamtąd powędrował w świat jako Kobold i Gobelin. Bo
w języku walijskim (niewiele tylko zmienionym języku pradawnych,
brytańskich Celtów) złe, zamieszkujące podziemia i kopalnie duszki zowią
się „Coblynau”. Brzmi jakoś znajomie, n’est ce pas?

W angielskiej mitologii i demonologii ludowej goblin odgrywa
zdecydowanie niesympatyczną rolę. „Kiedy goblin się śmieje, krew zastyga w
żyłach, mleko kwaśnieje a owoce spadają z drzew” – zapewnia Michael Page w
swej „Encyklopedii rzeczy nieistniejących”. „Nawet czarownice nie tolerują
towarzystwa goblinów. Goblin uwielbia dręczyć ludzi koszmarami sennymi.
Denerwuje czynionym hałasem, wywracaniem skopków z mlekiem, rozbijaniem
kurzych jaj w kojcach, wydmuchiwaniem sadzy z komina na dopiero co
posprzątaną izbę, zdmuchiwaniem świec w najmniej odpowiednich
momentach… Do jego ulubionych rozrywek należy podjudzanie do ataków na
ludzi i inwentarz much, komarów, os i szerszeni”. Koniec cytatu. O
szczaniu do mleka encyklopedia Page’a nie wspomina, ale nie sądzę, by
złośliwiec Goblin przepuścił trafiającą się okazję – widząc naczynie z
mlekiem, naszcza w nie ponad wszelką wątpliwość.

W „Hobbicie” J.R.R. Tolkiena gobliny są groźnymi, okrutnymi istotami,
uosobieniem Chaosu. Są, jak zapewnia autor, „okrutne, przewrotne i złe do
gruntu”. Nie ograniczają się do przewidzianych ludową tradycją figli i
„practical jokes”. U Tolkiena gobliny biorą do ręki broń – krzywe bułaty z
czarnego żelaza, które (obok łuków i dzid) odtąd będą ich tradycyjnym
uzbrojeniem w literaturze fantasy i grach role playing. Z bronią w ręku,
po zbójecku napadają gobliny na drużynę Gandalfa i Thorina Dębowej Tarczy
na przełęczy Gór Mglistych, biorą biedaków w jasyr i wloką w głąb
podziemnych korytarzy. Gdy drużynie udaje się zbiec, gobliny ruszają w
pogoń, osaczają ich ponownie i podpalają na drzewach. Na domiar złego
bawią się świetnie przy zaimprowizowanym auto da fe, śpiewając obelżywe i
sadystyczne kuplety i skandując mrożące krew w żyłach slogany typu
„Krasnoludków banda ginie, goblin hula po dolinie!” – a zaraz po tym
wznosząc słynny okrzyk „Ya hoi! Ya harri hoi!” który wykorzystałem jako
tytuł do niniejszego eseju, w wersji oryginalnej, bo ta brzmi
straszliwiej. W finale „Hobbita” całe czambuły goblinów, pędząc na
wilkach, reprezentują Zło, bijąc się jak wściekłe diabły w Bitwie Pięciu
Armii.

O orkach w „Hobbicie” nie ma natomiast ani wzmianki, jeśli nie liczyć
nazwy miecza Thorina. Oręż ten zwie się „Orkrist”, co w Sindarin (języku
Elfów Szarych) znaczy „Pogromca goblinów”. We „Władcy pierścieni” sprawa
wyjaśnia się natomiast szybko i całkowicie – nomanklatura zostaje
ujednolicona i zafiksowana. Okazuje się oto, że „goblin” z „Hobbita” i
„ork” z Trylogii Pierścienia to jedna i ta sama, paskudna postać, mająca
po prostu dwie nazwy – obiegową (goblin) i właściwą, elfią – ork („Orch”,
l.mn. „Yrch”), wywodzącą się z nazwy, którą te humanoidy nadały sobie we
własnym języku: Uruk.

I w tym momencie Tolkien i gry role playing nieco się rozmijają – bo
według wszystkich bestiariuszy RPG „goblin” to absolutnie nie to samo co
„ork”. Choć rodowód obaj mają ten sam, to jednak goblin zasadniczo różni
się od orka! Chociażby samym wzrostem. W „Advanced Dungeons & Dragons”
goblin liczy sobie metr dwadzieścia wzrostu, a „sajz” orka to 165-180 cm.
W systemie „Warhammer” rozróżnia się „mniejsze gobliny” (60-120 cm) i
„zwykłe gobliny” (ponad metr dwadzieścia w kapeluszu). Natomiast „ork” w
„Warhammerze” może osiągać dwa metry wzrostu! Oba systemy zgodne są też co
do faktu, że ork zdecydowanie przewyższa goblina nie tylko wzrostem i
siłą, ale również odwagą, bitnością i morale.

Groźni i wielcy są też orkowie w systemie MERP (Middle Earth Role
Playing) firmy Iron Crown Enterprises – wyglądają tak, jak Śmierć ze
znanej ilustracji Jana Marcina Szancera do baśni „Słowik” Andersena.
Trochę przypominają też te z animowanego filmu Bakshiego – są czarne, mają
czerwone oczy i zęby na wierzchu. Brrrrr.

Sprawę wyjaśnia nieco David Day w „Bestiariuszu Tolkienowskim”
(„Tolkien Bestiary”). Gobliny, powiada Day, to nazwa, jaką ludzie nadali
skarłowaciałym potomkom „dawnych”, wielkich i groźnych orków. A w grach
Role Playing (poza opartym na Tolkienie MERP-em) mamy więc po prostu do
czynienia ze światami, w których „duzi orkowie” i „mniejsze gobliny”
egzystują wspólnie.

W „Silmarilionie” znajdziemy natomiast źródło różnych „sajzów” orków.
Jak wiedzą tolkieniści, potwory te wyhodował Melkor, nazwany później
Morgothem. Trudno to zresztą nazwać hodowlą – był to raczej okrutny
eksperyment z dziedziny inżynierii genetycznej. Produktem wyjściowym były
pierwotne elfy, pojmane i zawleczone przez Morgotha do podziemi Utumno i
tam podddane straszliwym torturom. W wyniku fizycznych i psychicznych mąk
Morgoth zamienił piękne elfy w potworne i pokręcone istoty, a z tych
dopiero wyhodował kolejną mutację – plemię niewolników, „armatnie mięso”,
dzikich wojowników, okrutnych i zawziętych w boju, albowiem bali się oni
swego pana bardziej, niż przeciwników. Szare Elfy z Beleriandu, przeciw
którym rzucił Morgoth swych „pupilków”, nie znały początkowo nazwy tych
potworów, określały ich zatem mianem Glamhoth, co w języku Sindarin znaczy
„Hałaśliwa horda” – maszerujący orkowie, odziani w kolczugi i obuci w
żelazne buciory, czynili bowiem okropny zgiełk i szczęk.

Orkowie przetrwali klęskę Morgotha, zniszczenie Utumno i Angbandu.
Choć elfy dokonały na nich istnej masakry, nie udało się wytępić Uruków ze
szczętem. Ich kolejnym panem stał się Sauron, jeden z generałów Morgotha.
I to właśnie Sauron dokonał na orkach kolejnego eksperymentu genetycznego
– wyhodował Uruk-hai, orków, dorównujących wzrostem i siłą ludziom, nie
lękających się – w odróżnieniu od swych mniejszych kuzynów – światła
słonecznego. To właśnie Uruk-hai stanowili elitę sił zbrojnych Saurona, to
oni walczyli na polach Pelennoru i pod Morannonem, by wreszcie ulec prawie
całkowitej eksterminacji po upadku Barad-duru.

Według „Tolkien Bestiary” Davida Daya Uruk-hai zostały później przez
ludzi nazwane Hobgoblinami. Hobgoblin w większości systemów RPG to właśnie
taki niezwykle wielki ork.

W większości systemów RPG występuje też pół-ork, metys człowieka i
orka. To również zapożyczenie z Tolkiena. Pamiętamy wielkich i paskudnych
wojowników z Isengardu, odnośnie których można wywnioskować z tekstu, że
byli produktami inspirowanej przez Sarumana hodowli, polegającej na
krzyżowaniu orków z ludźmi. Wszystkie systemy Role Playing Games są zgodne
z Tolkienem co do faktu, że orkowie (poza elfami) to jedyna rasa
humanoidalna zdolna krzyżować się z ludźmi i płodzić „półorków”. Nie
istnieją wszak (ani w klasycznej fantasy ani w RPG) „półkrasnoludy” czy
półkrwi niziołki (halflingi) – choć przecież rasy te – zwłaszcza niziołki
– są ludziom znacznie bliższe.

Systemy RPG – wbrew Tolkienowi – nie nazywają ani orków, ani goblinów
istotami wyhodowanymi ani produktami inżynierii genetycznej. Większość
gier dysponuje jakąś własną (szczątkową) Genesis, Księgą Rodzaju,
definiującą początki świata i pochodzenie zamieszkujących ten świat istot.
Orkowie i gobliny są w owych „Księgach Rodzaju” istotami zrodzonymi przez
Chaos. Niekiedy (n.p. w systemie „Warhammer”) orków i inne tego typu
humanoidy uważa się albo za „złe mutacje” innych ras albo za istoty
powołane do życia przez chaotyczną „spaczeń” – wtargnięcie sił Chaosu,
wywołane przez niekontrolowaną ingerencję obcej, prastarej, kosmicznej
rasy. W efekcie jednak większość systemów RPG widzi się w orkach i im
podobnych stworach odrębne, pełnoprawne, dysponujące własną niszą
ekologiczną rasy humanoidalne. Widać to chociażby po tym, że wśród tych
humanoidów istnieją płci i dokonuje się przedłużanie gatunku normalnym
sposobem. Tolkien, który od spraw seksu stronił, jak mógł, nigdzie o
„orkowej pięknej płci” nie napomyka – można by wnioskować, że za sprawą
czarów Morgotha i Saurona orkowie mnożyli się niby myszy „ze słomy
zgniłej” albo ślimaki „z mokrych liści”, z pominięciem nakazanego przez
naturę sposobu. Również odnośnie pół-orków z Isengardu jedynie między
wierszami można wyczytać, że powstali w drodze (zapewne wymuszonych)
kontaktów płciowych orków i ludzkich kobiet. Tolkien używa jednak w obu
wypadkach słowa „hodowla” (breading), które jest raczej jednoznaczne pod
omawianym względem. Hodowla to kontrolowane i obliczone na
zmaksymalizowany efekt osiąganie przychówku, osiągane w drodze
kontrolowanego doprowadzania do połączenia samca i samicy, czyli plemników
z komórką jajową. Gdyby orkowie byli rozmnażani jak bakterie, właściwsze
byłoby słowo „kultura”.

Wróćmy jednak do naszych baranów, czyli orków u Tolkiena. Jak
wspomniano, już w „Hobbicie” gobliny były groźne, ale na stronicach
„Władcy pierścieni” awansują na szwarccharaktery całą gębą. Tu już nie ma
wątpliwości – to rasa okrutna i niebezpieczna. Jeżeli w „Hobbicie”
pobrzmiewały jeszcze elementy bajkowe, w trylogii już po nich ni śladu –
między innymi za sprawą orków. Orkowie reprezentują w trylogii bardzo
„realne”, niezbyt baśniowe niebezpieczeństwo. Od momentu krwawego starcia
w Morii czytelnik już wie – z tymi orkami drużynie łatwo nie pójdzie! I
faktycznie: po chwili Boromir leży i dogorywa. A potem pojawia się
Grisznak. Osobiście przepadam za orkiem Grisznakiem – to jedna z
najlepszych, jeśli nie najlepsza „czarna” postać literatury fantasy.
Straszny, aż ciarki przechodzą! Mówcie, co chcecie – ja uważam, że
przejście od bajki do fantasy dokonało się u Tolkiena za sprawą orków.

W literaturze science fiction i fantasy, poza Tolkienem, niewielu
autorów posługiwało się „goblinami”. Pomijając naśladowców Tolkiena tak
wiernych, że aż bliskich plagiatowi i pomijając piszących „powieści do
gier” (Weiss i Hickman) lub powieści wybitnie w świecie gier osadzone
(Elizabeth Moon), wymienić można Piersa Anthony (cykle „Xanth” i „The
Apprentice Adept”) oraz Jacka Vance (cykl „Lyonesse”). U Anthony’ego
gobliny są wybitnie „klasyczne i kanoniczne”: złe, okrutne, paskudnie
brzydkie, wyrażające się plugawie i skore do popełniania świństw, w tej
liczbie i gwałcenia kogo popadnie. Szczególnie w cyklu o Adepcie każda
istota płci żeńskiej, nawet klacz-jednorożec, jest w niebezpieczeństwie,
gdy nadciągną gobliny. W „Juxtaposition”, trzecim tomie wymienionego
cyklu, występuje jednak generał goblinów, noszący adekwatne do urody
imię Grossnose („Rażąco Ohydny Nochal”). Ten przedstawiony jest przez
autora z sympatią, jako uczciwie i honorowo walczący żołnierz, świetny
strateg.

U Jacka Vance’a (cykl „Lyonesse”) o goblinach mówi się jako o
„podgatunku elfów” (fairies), przy czym jest to – znowu klasycznie i
kanonicznie – podgatunek wielce wredny. W trzecim tomie cyklu,
zatytułowanym „Madouc”, tytułowa bohaterka, księżniczka Madouc z Lyonesse,
atakowana jest przez dwa szkaradne i zawzięte gobliny, jadące wierzchem na
gryfach. Szczęściem, Madouc zna zaklęcie, którego wyuczyła ją matka, elfka
Twisk. Rzuca to zaklęcie i łamie obu goblinom karki.

Również w „Małe, duże” Johna Crowleya znajdziemy gobliny wśród
baśniowych istot zasiedlających dziwny Never Never Land tego autora. Jak
wyjaśnia Crowley, każdy rodzaj bajkowych istot w tej krainie ma jakiś
sobie tylko właściwy „żywioł”. Jak łatwo zgadnąć, gobliny są u Crowleya
„istotami ognia”.

Gobliny wprowadziły do swych powieści – a nawet do ich tytułów –
C.J.Cherryh („Lustro goblinów”) i Teresa Edgerton („Księżyc goblinów”).
Opisywał „gobliny” również Dave Duncan – przy czym u tego autora gobliny
to ludzie, którzy się „zgoblinili”, i przez to przybrali goblińską
aparycję i charakter.

U innych klasyków fantasy, takich jak Poul Anderson („The Broken
Sword”, „Trzy serca i trzy lwy”) i Terry Brooks (cykl „Shannara”) rolę
goblinów pełnią ich mityczne germańskie odpowiedniki – wybitnie „złe i
chaotyczne” trolle i gnomy. U Guya Gavriela Kaya („Gobelin Fionavaru”)
gobliny (orkowie?) nazywani są „svart alfar”. Wbrew nazwie („svart” znaczy
po szwedzku czarny) „svarty” Kaya mają skórę zieloną. Nazwa „Svart alfar”
to oczywiste zapożyczenie z „Eddy”. Kay mocno wzorował się na Tolkienie, a
więc i na „Eddzie”. Do sprawy tej jeszcze jeszcze wrócimy.

Kilka słów godzi się też poświęcić Cliffordowi D.Simakowi, który
wykorzystał „potwora-goblina” (rzeczywiście straszliwego) w powieści
„City” (czysta SF!). Miało to miejsce już w roku 1952, a więc na dwa lata
przed ukazaniem się „Władcy pierścieni”. „Miasto” Simaka ukazało się
wprawdzie grubo po „Hobbicie”, ale „Hobbit” był wówczas tak mało znany, że
wpływ Tolkiena na Simaka można śmiało wykluczyć. Simak zresztą pomysł
powtórzył: w powieści „The Goblin Reservation” (znowu hard SF!) ponownie
wprowadził do akcji gobliny (a także trolle, banshee i inne legendarne
istoty). Gobliny z „Rezerwatu”, a zwłaszcza ich przywódca, Mr. O’Toole,
odbiegały jednak potężnie od baśniowego (i tolkienowskiego) stereotypu –
były niesłychanie miłe i sympatyczne, warzyły świetne piwo i gustowały w
nim. Gobliny u Tolkiena, jak pamiętamy, zdecydowanie przedkładają gorzałę.

Nikt ze znanych mi liczących się autorów fantasy nie pisał natomiast
o „orkach”. Powód wydaje się prosty – „gobliny”, jak powiedziano wyżej, są
elementem folkloru, powszechnie znanymi bohaterami podań, baśni i legend z
omawianych obszarów kulturowych i językowych. Gobliny – jak trolle czy
elfy – są wspólnym dziedzictwem, częścią skarbnicy tradycji – i jako takie
są do wykorzystania przez wszystkich chętnych. Natomiast „ork” jest quasi
własnością Tolkiena. Żadne z liczących się źródeł (a za takowe uważam
choćby „The World Guide to Gnomes, Fairies, Elves and Other Little People”
Thomasa Keightleya czy cytowana wyżej „Encyclopaedia of Things That Never
Were” Michaela Page) nie wymienia wśród istot legendarnych Orka- choć oba
te źródła precyzyjnie opisują Goblina. I nic w tym dziwnego! Ork nie jest
„mityczny”, lecz, jak powiedziano wyżej, „tolkienowski”. Tolkien
wykoncypował orka – choć bynajmniej nie wymyślił tej nazwy. Tolkien
zresztą mało nazw wymyślił metodą „imaginacyjną” – większość swego
nazewnictwa po prostu zaczerpnął z bogatej skarbnicy mitologii i
literatury, w której, jak powszechnie wiadomo, był specjalistą. Imiona
Gandalfa i prawie wszystkich krasnoludów wziął, jak powszechnie wiadomo, z
„Eddy”. A pamiętacie, jak nazywa się u Tolkiena gatunek wielkich wilków,
na których jeżdżą do boju gobliny? To wiedzcie, że film „Tańczący z
wilkami” po szwedzku nosi tytuł „Dansar med vargar”. Żaden z systemów RPG
nie chciał już później być „dosłownie szwedzki” i nie nazywał wielkich
wilków „wargami”. Wyjątek stanowią „Kryształy czasu”.

Jeżeli chodzi o „orków”, to droga Tolkiena do tej nazwy była wielce
ciekawa.

W „Tolkienowskim przewodniku encyklopedycznym” J.E.A. Tylera sugeruje
się pod odpowiednim hasłem bliskość słów „ork” i „ogre”. Znającym
mitologię starożytnych Rzymian nasunie się natomiast podobieństwo słowa
„ork” do nazwy „Orkus” – tak bowiem Rzymianie nazywali swą mityczną Krainę
Umarłych, swój Hades. Podobnie jak u Greków, „Orkus” było zarówno nazwą
Krainy Podziemi, jak i imieniem władającego tą Krainą bóstwa – Orkusa,
syna Saturna.

Z rzymskiej mitologii „Orkus” przedostał się rychło do italskiej
demonologii ludowej i włoskiej literatury romantycznej. „L’Huorco”, albo
„Orco”, pojawia się w poematach Tassa i Boiarda. Jest to straszliwy potwór
morski, rodzaj Lewiatana o zębatej paszczy, który toczy walkę z paladynem
Rogerem i ginie z jego ręki. W podaniach ludowych „Huorco” staje się
natomiast odrażającym, ludożerczym olbrzymem – ewidentnym odpowiednikiem
germańskiego „ogra”. Istnieje teoria, że źródłowo nazwa ta wywodzi się ze
słowa „le Hongrois” – czyli Madziar, mieszkaniec Węgier. Siedmiogród i
Węgry, traktowane przez ludy romańskie jako dzikie, wschodnie Zadupie
Świata, Anus Mundi, miały być właśnie ojczyzną tego typu stworów. Cóż,
mieliśmy szczęście – kto wie, jak mało brakowało, by potwór został
ochrzczony „Sclavonus” lub „Polacco”.

Zawarta w „Tolkienowskim przewodniku encyklopedycznym” sugestia J.E.A
Tylera, jakoby Tolkien utworzył nazwę „ork” na bazie „Orkusa”, „Huorco”,
„Orco” lub „Ogra” jest jednak całkowicie błędna. Orkowie Tolkiena
ewidentnie nie są ani bóstwami Hadesu, ani morskimi smokami czy
Lewiatanami. A ludożerczy Huorco, czyli germański Oger, to olbrzym,
bardziej przypominjący trolla niż goblina. Tolkien o tym wiedział. Wszakże
to właśnie trolle nazywają się u niego „Torog” i „Olog-hai”. To z
pewnością nie są orkowie ani gobliny. To są oczywiste Ogry – są wielkie
(dwukrotnie przewyższają człowieka wzrostem), mają grubą, pancerną skórę i
gustują w przegryzaniu gardeł powalonych przeciwników. I każdy
tolkienista wie, że genealogia Torogów i Olog-hai różni się od genealogii
orków. Torogów wyhodował Morgoth jako próbę „spaczenia” Entów – tak, jak
spaczył elfy, tworząc orków. Ale jeśli Enty były „materią drzew”, to
trolle były „materią kamienia”. Natomiast Olog-hai zostały „wyprodukowane”
przez Saurona, który dążył do przekształcenia niezbyt udanych
morgothowskich Torogów w mutację silniejszą, inteligentniejszą i odporną
na światło słoneczne, które te ostatnie transmutowało w kamień. Torogi i
Olog-hai (znowu sięgam do wyjaśnień Davida Daya z „Tolkien Bestiary”) –
zostały później przez ludzi nazwane „trollami” i „ogrami”

Po drugie, istnieje koncepcja bardziej prawdopodobna i sugestywna,
nie pozostawiająca co do pochodzenia nazwy „ork” nnajmniejszych
wątpliwości. Aby tę koncepcję poznać, aby prześledzić drogę Tolkiena do
słowa „ork”, musimy jednak wpierw zrobić sobie powtórkę z klasyki
literatury angielskiej.

Sięgnijmy do Szekspira. Co to takiego gobliny, wieszcz ze Stratfordu
wiedział. Gdy w „Hamlecie” (w przekładzie Macieja Słomczyńskiego) czytamy:
„Hej, jakież upiory i strzygi miały powstać, gdyby życie mi darowano”, to
w oryginale owe „upiory i strzygi” nazwane są z imienia – „bugs and
goblins”. Ale czy znajdziemy u Szekspira orków? I czy w ogóle warto ich
tam szukać, skoro wymyślił je Tolkien kilka stuleci później?

Zajrzyjmy do komedii „Wesołe kumoszki z Windsoru”. Jak pamiętamy,
jedną z kluczowych scen sztuki jest wesoła przebieranka. Aby zadrwić sobie
z Falstaffa i nastraszyć go, Pani Page poleca, aby dzieci ustroiły się w
kostiumy istot czarodziejskich i nawet wylicza te istoty:

Nan Page, my daughter, and my little son,

And three or four more of their growth, we’ll dress

Like urchins, ouphes, and fairies, green and white…

W tłumaczeniu polskim (Paszkowski) ten tekst brzmi następująco:

Ubierzmy ich w biel i zieleń, jak chochlików,

wróżki, czarodziejki..

Tak więc, mamy małą listę czarodziejskich istot. Chochliki, wróżki,
czarodziejki. W oryginale: urchins, ouphes, fairies.

Co do „fairies”, wątpliwości nie ma. „Fairies” to mieszkańcy Faerie,
Krainy Czarów. Z punktu widzenia fantasy chodziłoby więc o elfy, driady,
puki, sylfidy itp. Przez polskich tłumaczy istoty te zwykle bywają
nazywane „wróżkami” lub „wieszczkami”. „Faerie Queene” Edmunda Spensera
została wszakże w przekładzie polskim nazwana „Królową Wieszczek”.
Niekiedy „fairies” przekładane są też na „czarodziejki” a nawet „wiedźmy”.
Winę ponosi tu oczywiście nasza uboga nomenklatura i ubogi rodzimy katalog
istot z Krainy Czarów – zresztą porządnej Krainy Czarów polska mitologia
również nie posiada. Stąd też gobliny muszą być „strzygami” a każda istota
związana z magią dostawała w przekładach nazwę rodem z „Malleus
maleficarum”. Dla licznych dziś znawców kanonu fantasy i miłośników gier
role playing śmieszne staje się twierdzenie, że elfka, driada, strzyga,
czarodziejka w typie Medei, Kirke czy Morgany Le Fay, Baba Jaga w chatce z
piernika, biblijna wieszczka-wyrocznia z En-Dor, dobra wróżka z bajki i
rzucająca uroki stara wiedźma z miotłą i czarnym kotem – to dokładnie ta
sama istota, tylko inaczej nazwana.

Wróćmy jednak do dwóch pozostałych rodzajów stworków z listy Pani
Page: do „urchins” i „ouphes”.

Słowo „ouphes” (pisze o tym Thomas Keightley we wspomnianej wyżej
pracy „The World Guide to Gnomes etc.”) długo spędzało sen z powiek
lingwistom, aż wreszcie uznano, że to po prostu spaczona forma słowa
„aulf”, czyli Alf, czyli elf. Podobnie uważano, że użyte w dalszym tekście
szekspirowskich „Kumoszek” słowo „orphan”, odnoszące się ewidentnie do
„fairies” („…You orphan heirs of fixed destiny…”) jest najzwyczajniej
w świecie wypaczonym „ouphen” – czyli elf. Mnie nasuwa się i inne
skojarzenie. We współczesnej angielszczyźnie, jak wiadomo, słowo „orphan”
oznacza sierotę, dziecko pozbawione rodziców. Nie jest wykluczone, że w
czasach szekspirowskich określenia „orphan” używano również w znaczeniu
„rodzice nieznani, pochodzenie niepewne, niewykluczony odmieniec, dziecko
podrzucone przez elfy na miejsce porwanego”. Być może sięgam daleko i
trochę po omacku, ale jak na razie nikt nie udowodnił, że to niemożliwe.

Pozostają nam jednak trzeci „gatunek” z listy Pani Page: owe
„urchins”. Szekspir wyraźnie upodobał sobie to słowo, występuje ono w jego
sztukach kilkakrotnie, a tłumacze polscy radzą sobie z nim na kilka
sposobów. Jak wiadomo, we współczesnej angielszczyżnie określa się słowem
„urchin” urwisa, psotnego miejskiego obijbruka. Ale dawniej nazywało się
tak jeża, a do dziś nazywa się tak jeżowca morskiego („sea urchin”).
Zwróćmy uwagę, że tenże morski jeżowiec po francusku nazywa się „oursin”,
a zwykły, leśny jeż: „herisson”. Oba słowa są do „urchin” niesłychanie
podobne i wszystkie muszą wywodzić się z jednego etymologicznego źródła.
Jeśli jednak „urchin” to jeż, to jakim sposobem w przekładzie „Wesołych
kumoszek z Windsoru” „urchins” zostali „chochlikami”?

Zajrzyjmy znowu do Szekspira. W „Tytusie Andronikusie” znajdziemy
fragment następujący:

A thousand fiends, a thousand hissing snakes,

Ten thousand swelling toads, as many urchins…

W przekładzie polskim (Leon Ulrich) fragment ten brzmi:

Tysiąc szatanów i wężów syczących,

Wydętych ropuch i jeżów kolczastych…

A więc nie chochliki, lecz jeże kolczaste. Hmmm… Ponówmy próbę.
Jeszcze raz wieszcz ze Stratfordu nad rzeką Avon. Tym razem „Burza”.
Czarodziej Prospero grozi Kalibanowi takim oto słowy:

…Urchins

Shall for the vast of night that they may work

All exercise on thee…

Przekład polski (Ulrich):

I jeże całą noc pracować będą,

A od ich kolców tak będziesz pokłuty…

Znowu jeże z kolcami. Ale weźmy inny przekład „Burzy”, autorstwa
Jerzego Sity. Ten sam fragment:

Do tego

wszystkie diabełki, które mają kształt jeża

Wezmą cię w swoje obroty na całą noc…

Ha! Już nie jeże, ale „jeżokształtne diabełki” – a więc jesteśmy
bliżej „chochlików” Paszkowskiego – i chyba znacznie bliżej prawdziwego
znaczenia szekspirowskich „urchinów”. Bo Szekspir znał również inne,
współczesne określenie jeża. W tragedii „Ryszard III” Lady Anna, wymógłszy
na Gloucesterze przyznanie się do zabójstwa, woła w gniewie:

Dost grant me, hedgehog? O, then grant me too,

Thou mayst be damned for that wicked deed!

Powyższy fragment w przekładzie polskim (Ulrich) brzmi:

Więc się przyznajesz, jeżu? O, daj Boże,

Abyś za grzeszny ten czyn w piekle gorzał!

A zatem tym razem „jeż” nazywa się „hedgehog”. Ale jest w ustach Anny
określeniem pejoratywnym, wręcz wyzwiskiem. Anna mówi do Gloucestera
„jeżu”, jak gdyby mówiła „łotrze”, „nikczemniku”, „diable wcielony”.
Dlaczego? Pisze o tym Władysław Kopaliński w swym „Słowniku symboli”. Jeż,
kolczaste zwierzątko, uważany był za atrybut czarowników i wiedźm. Czy
przypadkiem nie dlatego, że jako równoznaczny ze złośliwym „urchinem”,
chochlikiem, diabełkiem, był wpierw nie atrybutem, lecz towarzyszem i
aktywnym wspólnikiem niecnych uczynków wiedźm?

Fakt, że „urchin” to nie zwierzątko, ale właśnie „diabełek”, w sposób
oczywisty potwierdza nie tylko fakt, że Pani Page, wyznaczając dzieciom
role i kostiumy z całą pewnością nie nakazuje żadnemu dziecku przebierać
się za jeża. Potwierdza to również kolejna lista bajecznych stworków,
którą zaczerpnąłem z „Antiquities” Branda:

Elves, urchins, goblins all, and little fairyes.

Każdy zgodzi się chyba ze mną, że jeśli na tej liście „urchin” ma
oznaczać „jeża”, miłego, kolczastego i fukającego przedstawiciela gatunku
Erinaceus europaeus, to takowy absolutnie do listy nie pasuje.

Nie ulega kwestii, że Tolkien doskonale znał cytowane powyżej dzieła.
Nie ma wątpliwości, że nie ograniczał się do czytywania ich dla
przyjemności i rozrywki, ale prowadził studia nad językiem Szekspira i
innych, badał korzenie i etymologię używanych przez poetów słów. A gdy
zasiadał do tworzenia „Władcy Pierścieni” i „Silmarilionu”, nie bawił się
w imaginowanie nazw. Tolkien był lingwistą na wskroś – tym, którzy nie
wiedzą, przypominam, że swobodnie posługiwał się dziewięcioma językami
obcymi – łaciną, greką, hiszpańskim, niemieckim, francuskim,
staroangielskimm, staronordyckim, islandzkim i fińskim. Tolkien był
historykiem i filologiem, naukowcem – bardziej, niż fantastą. Nie bawiło
go wymyślanie fantastycznych neologizmów ani popisywanie się inwencją w
tworzeniu wydumanej, a dziwacznie brzmiącej terminologii. Co więc
uczynił? Sięgnął do anglosaskiej tradycji i demonologii ludowej, tej
samej, która od czasu powstania „Królowej Wróżek” („The Faerie Queene”)
Edmunda Spensera zafascynowała angielskich poetów i dramatopisarzy.
Zauważył, że w wielu utworach współczesnych Spenserowi i póżniejszych
występowały całe obszerne listy mieszkańców Fearie, Krainy Czarów. A wśród
rozmaitych goblinów, hobgoblinów, bugów, elfów i puków występują tam
również… „urchins”. Czyli, jak chce Paszkowski, „chochliki”, a jak
proponuje Sito, „diabełki, które mają kształt jeża”.

Tolkien musiał znać teoretyczne rozważania o etymologii słowa
„urchin”. Bez wątpienia wiedział, że słowo to wytropiono aż do „Beowulfa”,
czyli do dzieła powstałego prawdopodobnie około roku 630 po Chrystusie, a
więc blisko sto lat przed Chaucerem, Szekspirem i Spenserem (choć
spisanego po staroangielsku dopiero w wieku X). W „Beowulfie” znalazł
stary J.R.R. fragment wyliczający istoty „nadprzyrodzone” jak następuje:

Eotenas, and Ylfe, and Orcneas.

„Beowulf” to poemat bohaterski, który w swej pierwotnej formie
(pieśni skaldów) przywędrował do Brytanii wraz z plemionami
germańsko-nordyckimi, stopniowo kolonizującymi Wyspę w latach 449-520 aż
do pełnej dominacji nad celtyckimi plemionami Brytów, osiągniętej około
roku 600. Spokojnie można więc zakładać, że w terminologii i nazewnictwie
„Beowulf” jest spadkobiercą podań i sag nordyckich, zebranych później w
„Eddzie”, zbiorze nordyckiej mitologii i staroskandynawskich sag
heroicznych. A według „Eddy” oprócz Asgardu i Wanaheimu, krain
zamieszkanych przez Asów i Wanów, oprócz Midgardu, krainy ludzi, oprócz
Jotunheimu, krainy olbrzymów, istnieje jeszcze w cieniu Yggdrasila
Alfheim, świat „nadprzyrodzony”, zamieszkany przez „Alfy”. „Edda”
(prozaiczna) poucza, iż:

„Jest gród, który zowie się Alfheim, gdzie bytują Liosalfar, Alfy
Świetlane. Ale są też prócz tych inne, zwące się Dockalfar, Alfy Ciemne.
Owe pod powierzchnią ziemi zamieszkują i wielce się od Alfów Świetlanych
różnią, tak wyglądem jak i uczynkami swymi. Liosalfar są jaśniejsze od
słońca, Dockalfar natomiast czarniejsze są od smoły”.

Przytoczony poprzednio fragment „Beowulfa” nabiera w świetle „Eddy”
jasności i przejrzystości. „Eotenas” są Jotunami, olbrzymami z Jotunheimu.
A „Ylfe” to bez wątpienia Alfy z Alfheimu, Liosalfar, Alfy Światła, czyli
elfy (elves, aulfs, ouphens). A wymienieni jednym tchem „Orcneas?” Kim są
„orcneas”? Drogą eliminacji, zostały owe „czarniejsze od smoły”, wredne w
uczynkach, nieprzyjazne ludziom, bytujące pod ziemią i nie znoszące
światła słonecznego stwory, Ciemne Alfy, Dockalfar, lub Czarne Alfy –
Svart Alfar (Guy Gavriel Kay!). „Edda” podaje nam o tych Czarnych Alfach
jeszcze kilka informacji, zaskakująco zbieżnych z tekstem Tolkiena.
„Wylęgły” się mianowicie Dockalfar jako wstrętne robaki, żerujące (tfu,
tfu) na gnijącym trupie Ymira, olbrzyma zabitego przez Odyna i jego braci.
Dopiero później kaprys któregoś z bogów (Morgoth!) dał im człekokształtną
z grubsza postać. Są też Czarne Alfy – tu „Edda” i „Hobbit” Tolkiena
prawie się nie różnią – wprawnymi kowalami, którym, cytuję „Hobbita”:
„szczególnie udają się młoty, siekiery, miecze i sztylety”. A w „Eddzie”
to właśnie Dockalfar, biegłe w kowalstwie, wykuły młot Thora! Zaiste, zbyt
dużo zbieżności, by był to przypadek.

Tak więc, Czarne Elfy, Dockalfar, Svart Alfar, pobratymcy
skandynawskich trolli, germańskich koboldów (goblinów) czy innych
złośliwych karłów, tak typowych dla demonologii Skandynawii czy Niemiec, w
„Beowulfie” nazwani są „Orcneas”. Tolkienowi nie mogło umknąć podobieństwo
„orcneas” do „urchins”, chochlików i jeżokształtnych diabełków Szekspira.

I tak oto na kartach „Władcy pierścieni” gobliny, rasa złych,
bytujących pod ziemią, służących Czarnemu Władcy humanoidów, nazwana
została w języku Sindarin zgodnie z merytorycznym duchem „Eddy”, a
lingwistycznym duchem „Beowulfa” i Szekspira. Z „orcneas” i „urchins”
zrodzili się „orkowie”, „orcs”, „Uruks”, „Yrch” – bliscy etymologicznie
zarówno „Orcneas” jak i „urchins”. Proste? Proste.

A jakże genialne.