Andrzej Sapkowski, Fenix 2(11) 1992, 153-157

Jak to dobrze, że nie ma powodu, by się tego lękać.
Nasz naród jak lawa, wewnętrznego jego ognia nic nie
wyziębi.

Ma Pan rację, Panie Jacku. Dookoła w księgarniach
tandeta, tandetnie napisana, tandetnie przetłumaczona,
tandetnie złożona i tandetnie wydana. I jak to dobrze,
jakie to szczęście, że tak znikomy procent społeczeństwa zwykł był tracić czas na czytanie czegokolwiek, bo
gdyby nie to, czytelnik niechybnie natrafiłby wśród
swych lektur na inkryminowaną tandetę. A inkryminowana tandeta -o horrorze! -mogłaby przerodzić się u
czytelnika w tandetne myśli, tak różne od pochłaniających go obecnie myśli podniosłych i ważnych, obracających się dookoła forsy, urlopu, wódy, dupy i demokracji – not necessarily in that order.

Jak to dobrze, że nie ma powodu, by się tego lękać.
Nasz naród jak lawa, wewnętrznego jego ognia nic nie
wyziębi. Zaczajony w bramie stragan, zawalony księżkarni, z okładek których szczerzy zęby rodzimy kicz i
ukradziony Biros Vallejo, nie uczyni nam żadnej krzywdy, bo my przechodzimy obok i nawet nie pluniemy w
tamtą stronę. Nawet takie tytuły jak „Jej różowe majteczki” czy „Masakra w Porto Negro” nie są w stanie zrobić
na nas wrażenia.

Bo żadna książka nie zrobi na nas wrażenia.

Biegnie przez uśpione ulice wariat z pochodnią. Mieszczanie nakryli głowy kołdrami i trzęsą się ze strachu.

Nie zrozumieli. Nie pojęli, że to ostrzeżenie. Myślą, że to
kolejny Fackelzug.

Kopia w pół końskiego ucha, naprzód, w galop! Zaraz
cię, wrogu, dopadnę, zmiotę, obalę wkurz i pył. Nie
będziesz mi tu, wrogu, mydlił oczu, że niby to, co masz
na głowie, to nie hełm Mambrina, ale miska balwierza.
Bo widzisz, wrogu, jest mi głęboko obojętne, co masz na
głowie, i tak cię obalę, przydepnę i dorżnę mizerykordią.
Ważniejsze od tego, kogo się dorzyna, jest samo dorzynanie.

Sacrum – to przeżycie. Bo jeżeli istnieje coś poza
materią, to tym czymś jest właśnie przeżycie. Das Erlebnis. Dreszcz, wzruszenie, moment refleksji. Supozycja,
jakoby ten stan ducha można było osiągnąć wyłącznie
na klęczkach, ogromnie mnie śmieszy. Swoje bóstwa
nosimy w sobie.

To fakt, proces poznania nie jest usłany różami. Jest
on tym trudniejszy, im bardziej się rozwijamy. Bo rozwój
rozszerza nam granice poznania. I mnoży wątpliwości.
Także co do tego, co jest sacrum, a co profanum, którędy biegnie granica i czy po obu stronach tej granicy nie
ciągnie się przypadkiem dziki pas ziemi niczyjej, teren,
na którym pogranicznicy obu stron strzelają do wszystkiego, co się rusza.
Idzie raźno kolumna, maszeruje równo i miarowo,
serce rośnie patrząc na powiewające nad nią czarne
sztandary, zdobione srebrem. Idzie sobie kolumna, pokrzykuje kroczący na czele Ignacy Loyola na tych, co
trwają w danse macabre pustych igraszek. Daje tym
hulakom dobry Ignacy przyjazne ostrzeżenie – przed
ogniem. Tym piekielnym, i tym, co to zaraz za rogiem.

Na placu.

Nigdy w życiu. Eppur si mouve!

Jak się macie, giaury, producenci kiczu, wy, co to SF,
co to fantasy, co to fabuła dla fabuły , co to rozrzucacie
podobno zatrute czekoladki po placach zabaw. Patrzcie
na mnie, jam siny i blady. Wpadłem tu do was, z Grenady było mi akurat po drodze. Chciałem wam powiedzieć
– piszcie dalej. Jeżeli jest w was coś, co warte jest
przekazania innym, to nie utrzymacie tego w sobie nawet stalowym pancerzem. A jeżeli niczego w was nie
ma, to pochłonie was niepamięć. Oblivion. I dobrze wam
tak. Nie, nie pchajcie się tu do całowania, giaury, nie
wyciągajcie rąk do uścisku. Boję się… A, cholera, mniejsza z tym, czego się boję. Bywajcie w zdrowiu, giaury.

Piszcie dalej. Ja wracam do Grenady. Na zakaźny.

Czy krzyk Kassandry mógł uratować Troję? l czy o
upadek Troi chodziło jej, gdy krzyczała? Czy też o to, że
widziała w dymie kadzideł, jak ją samą obalają na ziemię i gwałcą?

Barbarzyńcy stoją u bram miasta. Przyciągnęła ich
łatwa zdobycz, zlecieli się, niczym muchy do gnijącego
trupa. Jaki cel ma wymachiwanie rękami, by odgonić
nachalne błonkoskrzydłe? Ani trup nie zmartwychwstanie, ani nie powstrzyma się rozkładu. l nie powstrzyma
się już barbarzyńców, bo szli z daleka, szli jak po swoje,
i wezmą, co chcą, podłożą ogień, zagrabią, co się da,
dziwiąc się, że tak mało, wbrew plotkom, jest do zagrabienia.

Delenda est Carthago, koniec z Troją. Ruiny Rzymu,
oblepione łajnem wizygockich koni, porośnie pokrzywa.
l co z tego? Za osiemset osiemdziesiąt lat urodzi się
Petrarka.

Pewnie, że byłoby lepiej, gdyby urodził się wcześniej.
Ale się nie urodził. I tak dobrze, że poznał Laurę. Gdyby
jej nie poznał, kto wie, może organiczyłby się do pisania
fun i pop. Jakichś tam powieścideł typu „Mord w Pałacu
Dożów”, „Gwałt na Piazza d i San Marco” czy „Zemsta
Kondotiera”.

Ech, Lauro.
„Marco Polo opisuje most, kamień po kamieniu.

– Ale który kamień wspiera most? – pyta Kubłaj-chan.

– Most nie wspiera się na tym czy innym kamieniu
– odpowiada Marco – lecz na utworzonej przez nie linii
łuku.

Kubłaj-chan trwa w milczeniu, medytując. Potem dorzuca:

– Czemu mówisz mi o kamieniach? Obchodzi mnie
tylko łuk.

Polo odpowiada:

– Bez kamieni nie ma łuku”.

(Italo Calvino, „Le citta invisibili”)
Nie płaczmy nad upadkiem literatury, nad jej nędzą i
skurwieniem. Od czasu, gdy pierwszy człowiek w przystępie natchnienia naskrobał na płaskim kamieniu „Poszła baba na mamuty”, taki płacz i takie zgrzytanie zębów nie ustaje, wznosi się ku niebu, przeszkadzając
milionom, które właśnie czytają. Czytają właśnie ten
pop, ten eskapistyczny chłam, czytają Courts-Mahlerową, Robbinsa, Susann, Ludluma, Mac leana, Konsalika,
Kinga i Howarda. Między innymi. i bardzo dobrze. Bo, gdyby nie istniał kicz, z czym by można porównać, do
czego odnosić? Nie byłoby skali.

Skala. Jedna podziałka – to „Jej różowe majteczki”
lub „Hot Wet Pussy”. Druga -to ostrzyżona Maria i
Robert Jordan. Tutaj -„Oh, oh, I am coming!” Tam –
ziemia się poruszyła.

Skala. Porównanie.

Reszta jest milczeniem.

Nie ma co wylewać łez, bić na alarm, krzyczeć na
puszczy i biegać z pochodnią. Czas zrobi swoje. Czas
wymiecie i przesieje kurz, drobny, miałki, ulotny i nieważny. Pozostaną twardsze grudki – będą wśród nich
diamenty, będą nuggetty, będą ładne, ale mało warte
onyksy, będą kawałki kwarcu, będą zwykłe, szare kamyki, będą zrodzone w bólach kamienie nerkowe, będą
wybite komuś zęby, będą też grudki zaschniętego łajna.
Będzie to ciekawa kolekcja. Ciekawa przez swoją różnorodność. Bo literatura musi być różnorodna, bo literatura to człowiek, to ludzkość. A ludzkość, Panie Jacku,
jest wspaniale różnorodna. Ludzkość składa się z wieszczy, proroków, geniuszy, fryzjerów, gruźlików, łowców
głów, dziwkarzy, wolnomularzy, impotentów, pedałów,
wydawców, skurwysynów, gondolierów, programistów,
blondynów, skautów, podchorążych, malwersantów, rogaczy, chamów, żarłoków, Wikingów, tłumaczek, praczek, szwaczek, płaczek, dziwaczek, zakonnic, senatorów, elektryków, gówniarzy, starszych radców, poetów,
prezesów, introligatorów, templariuszy, Indian Arapahoe, płetwonurków, szwagrów, pana Maćka, panny
Pauliny, grotołazów, żon naszych, żon cudzych, braci,
sióstr, salowych, neurochirurgów, złodziei, katechetów,
redaktorów i flagellantów. I innych.

I z Ciebie.

I ze mnie też.