Andrzej Sapkowski, Cinema 9(37)/1998

Filmy, które lubię, to przede wszystkim fantastyka. Po pierwsze, nie
ukrywam, że ten nurt mnie ciekawi. Po drugie, obejrzeć trzeba wszystko,
choćby z racji obowiązku.

Filmy, które lubię, to przede wszystkim fantastyka. Po pierwsze, nie
ukrywam, że ten nurt mnie ciekawi. Po drugie, obejrzeć trzeba wszystko,
choćby z racji obowiązku.

Często bywam na różnego typu konwentach,
konwentyklach i innych sabatach, na których dyskutuje się o kinie SF. Po
prostu nie wypada nie znać pewnych tytułów – dotyczy to zarówno filmów,
jak i seriali typu „Star Trek” czy Babylon 5″. Głównie jednak, podkreślam,
oglądam fantastykę dla przyjemności – wolę ten gatunek od, na przykład,
romansów prowincjonalnych czy thrillerów, w których agent KGB usiłuje
zepchnąć Amerykę na krawędź zagłady albo jeszcze dalej.

Z filmową SF obcuję przede wszystkim za pośrednictwem telewizji
satelitarnej. Do kina nie chodzę z bardzo prostego powodu: kiedyś
wysiedzenie prawie dwóch godzin bez papierosa było dla mnie taką mordęgą,
że po prostu dałem za wygraną. Nie zhańbiłem się natomiast korzystaniem z
wypożyczalni wideo. Nic tak nie działa mi na nerwy, jak na przykład
tłumaczenie tytułu „The Charge of the Light Brigade” (Szarża lekkiej
brygady) jako „Szarża oddziału światła”.

Trzeba, niestety, przyznać, że kino SF niesłychanie łatwo ociera się
o tandetę. Wielu filmowcom wydaje się, że sam dobór tematu załatwi
wszystko: jeżeli na ekranie straszy Marsjanin lub inna zaraza z kosmosu,
to nie trzeba się już martwić o scenariusz, o ujęcia, o aktorów… To
oczywiście błąd. Wiele chłamu i tandety weszło do kanonu – na przykład
filmy o Godzilli – niemniej jednak prawdziwe perły w tej ogromnej masie
pojawiają się niezmiernie rzadko.

Bardzo niewiele znam udanych ekranizacji prozy SF i fantasy. Co do
nieudanych… imię ich jest Legion. Niektórzy usiłują zaliczyć do tej
grupy „Władcę Pierścieni” Ralpha Bakshiego. Według mnie ten film świetnie
się broni ze względu na to, iż reżyser zdecydował się na konwencję
animowanej opowieści. To produkcja głównie dla wielbicieli Tolkiena.
Zaznaczam – dla wielbicieli, a nie dla fanatyków, ponieważ dla tych
ostatnich każda próba przeniesienia na ekran dzieła Mistrza jest jak
zbrukanie ołtarza.

Za absolutnie i klasyczny tytuł uważam „Łowcę androidów” Ridleya
Scotta. Ten film zawsze poprawia mi samopoczucie, niezależnie od tego, czy
oglądam go w całości, czy we fragmentach. Z kolei stacja TNT z
regularnością godną lepszej sprawy przypomina mi obydwie części „Odysei
kosmicznej”. Niestety, przyznam się, że nie czytałem książek Arthura C.
Clarke’a, więc nie chcę się wypowiadać na temat relacji z literackim
pierwowzorem.

Tak naprawdę zaistniały tylko dwa przypadki, kiedy na podstawie
absolutnych knotów zrobiono wspaniałe filmy. Pierwszy to „Conan
Barbarzyńca” Johna Miliusa – ekranizacja opowiadań Roberta E. Howarda,
drugi to „Lśnienie” Stanleya Kubricka według powieści Stephena Kinga. To
ciekawa sprawa, ponieważ adaptacje pozostałych książek Kinga są absolutną
nędzą – z wyjątkiem „Misery” i „Skazanych na Shawshank”. Wiem, że
„Lśnienie”, delikatnie mówiąc, nie należy do ulubionych obrazów pisarza –
być może dlatego, że pierwszeństwo w podejmowaniu decyzji miał reżyser.
Podejrzewam, że sam reagowałbym podobnie, gdyby ktoś w ten sposób
przenosił na ekran moje opowiadania. Harry Harrison, którego znam
osobiście, podczas jednej z naszych pogawędek strasznie narzekał na film
„Zielona pożywka”, nakręcony na podstawie jego powieści „Przestrzeni!
Przestrzeni!”. „Harry – zapytałem. – A czy oddałeś pieniądze, jakie ci
zapłacili za prawa do ekranizacji?” „No… nie” – odrzekł. „To siedź
cicho!” – stwierdziłem krótko.

Czytelnicy często mnie pytają, co z kinową wersją sagi o wiedźminie.
Odpowiadam wówczas dowcipnie, że ja zrobiłem ideał, a każdy adaptator
może go już tylko mniej lub bardziej zepsuć. To oczywiście żart, a mówiąc
poważnie: trwają rozmowy na ten temat, dostałem nawet propozycję napisania
scenariusza. Nie chciałbym wdawać się w szczegóły, zwłaszcza że nad nami,
fantastami, niczym widmo komunizmu po Europie, do tej pory krąży zmora
„Głowy Kasandry” Marka Baranieckiego. Mimo szumnych zapowiedzi i
osobistego zaangażowania autora, ekranizacja tej mikropowieści nigdy nie
doszła do skutku.

Przez wiele lat twierdziłem uparcie, że najlepszym aktorem do roli
wiedźmina byłby Kevin Costner, zwłaszcza w gustownym szaliczku z „Robin
Hooda: księcia złodziei”. Ostatnio łódzcy fani donieśli mi, że ich zdaniem
lepszy jest Mel Gibson. Z białymi włosami? Być może, ale jakoś nie
potrafię sobie tego wyobrazić. Pisarz SF Bruce Sterling powiedział mi
kiedyś: „Słuchaj, jeśli Hollywood kupuje od ciebie prawa do sfilmowania
twojej książki i nie obsadzą w głównej roli różowego pudla, to się
ciesz, bo już jest dobrze”.