Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 12(183)/199

Tolkiena pytano kiedyś, czy rozdział trylogii „Pierścienia”,
zatytułowany „Porządki w Shire” stanowi satyrę na pierwsze dni Anglii
powojennej.

Tolkiena pytano kiedyś, czy rozdział trylogii „Pierścienia”,
zatytułowany „Porządki w Shire” stanowi satyrę na pierwsze dni Anglii
powojennej.

Pytający miał bez wątpienia na myśli ówczesną sytuację
polityczną Wielkiej Brytanii – kłopoty wewnętrzne, towarzyszące
postępującemu szybko rozpadowi Imperium. Tolkien stanowczo zaprzeczył. Nie
ma tam ani satyry, ani alegorii, powiedział, ani żadnego bezpośredniego a
zamaskowanego odniesienia do faktów czy osób. Ale za chwilkę, jednym tchem
niejako, poprawił się. Przepraszam, rzekł. Jedna aluzja do rzeczywistości
tam jest. Jest nią Ted Sandyman i jego paskudny, plugawiący okolicę młyn.
Bo dokładnie pamiętam z dzieciństwa, jak na miejscu starego,
idealnie wkomponowanego w krajobraz drewnianego młyna stanął młyn
nowoczesny: obrzydliwy, ceglany mur, i dymiący komin, który wyrósł nagle w
zielonym pejzażu jak wrzód na zdrowym ciele. Ten nowy młynarz, przyznał
Tolkien, nigdy mi się nie podobał. Ale, dodał natychmiast, nie nazywał się
przecież Sandyman, dlatego podobieństwo należy uznać za
„purely coincidental”.

Doceniając iście angielski dowcip Mistrza nie da się jednak nie
zauważyć jego ciągotek ekologicznych. Nie są to – jak u licznych następców
– ciągotki o charakterze wojującym, wyraźne i dobitnie sformułowane,
czasami wręcz pełne gniewu. Tolkien nie jest „ekologiczny” w sensie
dzikiego przeciwnika noszenia futer czy uczestnika którejś z rzędu
bezsensownej pikiety. Ekologizm Tolkiena jest wyrazem żalu, żalu nad tym,
co odchodzi, co bezpowrotnie stracone. I wyrazem zastanowienia, dlaczego
tak się stało.

Nie bez kozery Shire i krainy Zachodu przedstawione są jako kraje
zielone, piękne, żyzne i urodzajne, nie bez kozery hobbici uwielbiają
przyrodę i są zawołanymi ogrodnikami. Nie bez kozery Zło, którym jest
Mordor, stanowi nie tylko zaprzeczenie powyższych wartości, ale jest tych
wartości nieprzejednanym wrogiem. Orkowie przedstawieni są jako plemię,
znajdujące szczególną rozkosz w deptaniu trawy, a Mordor Saurona to dzika,
spopielona, jałowa pustynia. Kraina ta niegdyś była zapewne piękna i
żyzna, ale przyszedł Sauron i spaskudził ją. Czytelnik nie ma wątpliwości
– jeśli Mordor zwycięży, cały świat będzie rychło wyglądał tak samo, jak
Mordor, jak Ephel Duath czy Góry Cienia. Wyruszając do boju, Sauron wysyła
niejako w awangardzie tchnienie swego własnego środowiska – ciemność. Gdy
zapadnie Wszechmrok, środowisko świata zmieni się w habitat, w którym
Sauronowi i orkom żyło się będzie świetnie, ale „ogrodnikom” znacznie
gorzej. W ciemnościach ustanie przecież wegetacja i wszystko zwiędnie i
zmarnieje. „Nie będzie świtu” – mówi Aragorn na murach Minas Tirith – i w
tych słowach tkwi cała groza, całe przerażenie – i cały ekologizm
Tolkiena.

Śladem Tolkiena poszli innni autorzy fantasy i dlatego w prawie
wszystkich utworach tego gatunku Zło, zanim przypuści frontalny atak na
śliczne i zielone Krainy Dobra, wysyła niejako w awangardzie swój ulubiony
habitat. Zło daje przedsmak tego, co nastąpi, gdy obejmie rządy nad
światem. Jak powiedziano, habitat Zła jest dla człowieka zgubny,
wyniszczający, lub absolutnie uniemożliwiający egzystencję. I tak, Zło
atakuje: ciemnością (Tolkien), mrozem i wieczną zimą (Tad Williams,
trylogia „Pamięć, Smutek, Cierń”, G.G.Kay, Gobelin Fionavaru ),
wyniszczającą suszą (ponownie Kay), petryfikacją (Terry Brooks, „Druid of
Shannara) a nawet nicością (Michael Ende, „Die unendliche Geschichte”).

Przesłanie wszystkich wymienionych utworów (i autorów) jest absolutnie
czytelne i brzmi: nienawidzące życia Zło na razie czai się gdzieś daleko,
ale już daje o sobie znać – nasz habitat zaczyna się zmieniać, i to
zmieniać wrednie, wkrótce stanie się środowiskiem w którym człowiek żyć
nie będzie w stanie w ogóle. Nie można tego lekceważyć, trzeba stanąć do
walki. W przeciwnym razie nastąpi ekologiczna Apokalipsa i nic nam już nie
pomoże.

Chaos w utworach fantasy szykuje siłom Dobra wielki Armageddon – w
finałach książek czytamy nieodmiennie o tym, jak to słudzy zła wyłażą ze
wszystkich dziur i hurmem biegną do ataku, aż ziemia drży a horyzont
ciemnieje od wrażych sztandarów. Zanim jednak to nastąpi, Zło wywiera swój
zgubny wpływ cichcem, wrednie i zdradziecko. Zatruwa środowisko naturalne
i moralne. Jest to rzecz jasna silny motyw chrześcijański – Apokalipsę,
triumf Boga i nastanie Królestwa Bożego poprzedzają wieki zgubnego
oddziaływania Szatana, sączącego jad w dusze. Doskonale jest to widoczne u
Tolkiena, Guya Gavriela Kaya – a zwłaszcza Donaldsona. Zło u Donaldsona
nosi nawet stosowne imię – Lord Foul, czyli Zgnilizna, Zepsucie,
Plugastwo. Donaldson nie ukrywa źródeł inspiracji – wielokrotnie dawał
wyraz swoim poglądom na Zło. Jednym ze składników Donaldsonowskiej
koncepcji Zła jest, cytuję jego własne słowa, environmental suicide –
samobójstwo ekologiczne, jakiego człowiek sam się na sobie dopuszcza –
tego, co Donaldson (i my wszyscy) obserwujemy dookoła, nie można wszak
przypisać działaniu Szatana, Saurona, Maugrima Spruwacza, Lorda Foula czy
innego wcielenia Zła – człowiek robi to sobie sam. Zwyczajny, codzienny
Mordor. Dla pieniędzy. I dla „wygody”, dla „lepszego życia”, dla „postępu”
i „cywilizacji” – po co komu drzewa, a parkować auto musi wszak
każdy.

Zostańmy na chwilę przy Donaldsonie. Jego Never Never Land, zwący się
Krainą (Land), to iście kraina mlekiem i miodem płynąca, zielona i
cudowna. Będąca w cudownej równowadze ekologicznej. Ziemia dba tu o
wszystko, co żyje, z ziemi płynie siła, która jest właśnie ową tytułową
„power that preserves”. Rośnie tu powszechnie jagoda aliantha, mająca
wspaniały smak i tak potężne właściwości odżywcze, że wędrowcy mogą się
nią żywić bez konieczności polowania na biedne króliki czy sarenki. Jeśli
kto zostanie zraniony, wystarczy obłożyć skaleczenie cudowną glinkę
hurtloam i po kłopocie. Wszystko, co dobre i potrzebne, co podtrzymuje
życie, kryje się w Ziemi. Ale oto nadchodzi Lord Plugawiec. W pierwszym
tomie drugiego cyklu o Tomaszu Covenancie Niedowiarku, noszącym znaczący
tytuł „The Wounded Land”, pokonany poprzednio Lord Foul powraca i –
zgodnie z tytułem – rani Krainę. W sposób wyjątkowo perfidny. Zatruwa
wręcz światło słoneczne jakimś wrednym, mutagennym jadem, tym samym
gubiąc i karykaturalnie koślawiąc wspaniałą przyrodę Krainy. Rzecz jasna,
zniszczenie i wykoślawienie środowiska, które wszak podtrzymywało życie
tego Never Never Landu, owocuje w postaci wykoślawienia moralnego. Jad
Lorda Foula korumpuje i ogłupia, prowadząc do powszechnego chaosu i
wszechogarniającego barbarzyństwa.

Typowe przykłady odniesień ekologicznych w fantasy

LAS

W warunkach rosnącej na naszym globie cywilizacji miejskiej las urósł
do symbolu ekologicznego. Poczynając od lasów zwrotnikowych Amazonii
kończąc na jednym drzewku, wyrastającym z dziury w betonie w samym centrum
miasta. Bardzo silnie jest to zaakcentowane w literaturze fantasy. (choć
równie mocno tkwi korzeniami w baśniowym archetypie „magicznego lasu”, „za
siedmioma lasami” itp). Las w baśniach ma znaczenie głębokie, często
powtarzany motyw kontaktu bohatera baśniowego z lasem symbolizuje powrót
do nieskalanej pierwotności, do początku wszechrzeczy, do nieskalanych
korzeni, do wielkiej tajemnicy istnienia. Pisze o tym Bruno Bettelheim.
Ale wcześniej pisał o tym Dante: „W życia wędrówce, na połowie czasu,
straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłem się
lasu”.

Las jest również w fantasy miejscem baśniowym, czarodziejskim, pełnym
pierwotnej mocy. Od Tolkiena poczynając, praktycznie nie istnieje fantasy,
w której brakuje „magicznego lasu”. Z reguły las taki pokazywany jest jako
enklawa, miejsce zakazane, często niebezpieczne dla intruzów, czasmi
sanktuarium. Choć archetypu takiego lasu – jak powiedziano – szukać należy
w baśniach, podejście fantasy ma wyraźny wydźwięk ekologiczny. Leśne
sanktuarium nader często przedstawione jest jako sól w oku Zła, które chce
dany zielony zakątek za wszelką cenę unicestwić, względnie splugawić i
wykorzystać do własnych celów. Krainy, w których rządzi Zło, nieodmiennie
pokazane są jako ziemie jałowe, spustoszone popieliska, gdzie lasu nie
uświadczysz. Saruman, tworząc w Isengardzie swój mały Mordorek, zaczyna od
rąbania okolicznych lasów. Tutaj pojawia się ciekawa sprawa – ekologia
ekologią, ale wszakże cywilizacja, dobra czy zła, nie może obejść się bez
gospodarowania lasem jako żródłem paliwa czy budulca. Cywilizacje w
fantasy nie mogą być wyjątkiem. Choć Tolkien zdaje się proponować wyjątki
„budowlane”(hobbity mieszkają w norach, elfy w Lorien na nie wymagających
niszczenia drzew talanach) to jednak o paliwie ani słowa, a przecież
żelazo jest w powszechnym użyciu, czymś trzeba palić w dymarkach, przecież
nie sianem. Tron Elronda w Rivendell i stół, przy którym odbywa się słynna
narada nie są przecież wykonane z pleksiglasu, że o samym Rivendell i
reszcie jego mebli nie wspomnę. To typowa dla fantasy niekonsekwencja,
wynikająca z faktu, że mówimy o Never Never Landach stworzonych w w. XX,
przez XX-wiecznych autorów. Dla Celta czy Saksona z w. V-VI niepojętą i
śmieszną byłaby idea ochrony lasu i konieczności racjonalnej gospodarki
leśnej – idea zakładająca, że za pomocą siekiery możnaby wyrządzić
zauważalną szkodę puszczom rozciągającym się od Kentu po Walię. A dla
Anglika w XIX, za życia którego między Kentem a Walią ani śladu po puszczy
nie zostało, nadal śmieszną była zapewne myśl, by jakikolwiek uszczerbek
od ludzkich siekier i pił zdolna była ponieść puszcza amazońska. Tolkien
nie myślał o puszczy amazońskiej, jak mi się zdaje, ale – jako miłośnikowi
legendy arturiańskiej – trochę żal mu chyba było magicznego Lasu
Broceliande. I lasów swego rodzinnego Warwickshire.

Bettelheimowskie podejście do lasu, określające wejście do puszczy jako
symboliczny powrór do korzeni i poszukiwanie siebie, znajdziemy w utworach
fantasy należących typu czy genre’u „zamknięte drzwi” (opierającego się na
pomyśle, że z naszego współczesnego świata można przeniknąć do czarownego
Never Never Landu przez jakieś „magiczne drzwi”). Wymienić tu należy
„Małe, duże” Crowleya, „Mythago Wood” Holdstocka, a zwłaszcza „The
Beginning Place” Ursuli Le Guin. W tej ostatniej książce mamy do czynienia
z malutkim, zaśmieconym i ogrodzonym drutem laskiem podmiejskim, położonym
na obrzeżu wielkiej amerykańskiej metropolii. Dla
mieszczucha-wycieczkowicza lasek ten urasta nagle do rozmiarów jakiegoś
tajemniczego i pełnego grozy Lasu Broceliande. I faktycznie w lasku tym
ukryte są owe „drzwi”, przez które mieszczuch trafia do świata magii i
czarów. Nawiasem mówiąc, mieszczuch w lesie to nasz współczesny archetyp,
czy też może będzie takowym już za parę lat. Proszę się nie śmiać, znam
mnóstwo ludzi, bojących się wejść do lasu. Las jest dla nich straszny –
nie ma w nim ani betonu, ani asfaltu, bez których ani żyć, ani chodzić nie
można.

Znakomita większość liczących się autorów fantasy nie ukrywa swej
wielkiej miłości do lasu, do fascynacji jego magią. Autorzy ci nie
ukrywają również przerażenia, jakie budzi w nich bezmyślne niszczenie
lasów i drzew, ani odrazy do ludzi, którzy się takiej zbrodni dopuszczają.
Saruman jest „mordercą drzew” i jako taki znienawidzony jest przez enty z
Fangornu. Sam Gamgee o mało nie mdleje, gdy wycięte zostają drzewa przy
Bagshot Row – jego ukochany Hobbiton zostaje oto nagle okaleczony,
splugawiony, zamienia się oto w jakąś potworną parodię Mordoru. Przesłanie
dla czytelnika było tak czytelne, że gdy w jednym z miast Stanów
Zjednoczonych wycięto aleję drzew, by przysporzyć jakże niezbędnych do
życia miejsc parkingowych, informująca o tym wydarzeniu notka prasowa
(króciutka, niestety) nosiła tytuł „Another Bit of Mordor!”

Fangorn, Lothlorien (Kwitnące Lorien, Lorien of the Blossom), Zielone
Ithilien – przedstawione są u Tolkiena jako przedmurze, linia obrony,
zapora, barykada na drodze niszczycielskiego Chaosu. Barykada taka nie
jest bez obrońcy. Elfy z Lorien marszczą brwi na widok topora za pasem
krasnoluda Gimlego, Galadriela i Drzewiec są bezlitośni wobec mających
złe zamiary intruzów.

Jeśli nawet entowie czy opiekun swego lasu Tom Bombadil przedstawieni
są dobrodusznie, Tolkien daje wyraz swym ekologicznym uczuciom tworząc
groźnych huornów. Tu przesłanie jest jasne – uważaj, na co podnosisz
siekierę lub piłę łańcuchową. Myślisz, ot, bezbronne drzewko, zetnę je
sobie – a tu niespodzianka: huorn.

Z pomysłu Tolkiena pełnymi garściami czerpał Stephen R..Donaldson. W
jego Krainie również są czarodziejskie Lasy – Morinmoss, Andelain,
Dławiący Jar. Te Lasy mają swych obrońców, nazywanych Forestals. Ci
również są bezlitośni wobec intruzów, zwłaszcza będących, cytuję
„istotami ognia i siekiery”. Ale gdy dobre istoty są zagrożone przez złe
istoty, Las staje po właściwej stronie. W „Illearth War”, gdy bohaterowie
pozytywni przyparci zostają do Lasu zwanego Dławiącym Jarem i grozi im
masakra, Las ich przepuszcza, zaś ścigających sługusów Lorda Foula wydusza
bez litości, do nogi, wzorem huornów. Bo Las, choć ucierpiał od ludzi, sił
Chaosu nienawidzi bardziej. Ale Las żąda zapłaty za okazaną przysługę –
głównodowodzący sił Dobra musi się dla lasu poświęcić. Musi oddać życie
(dotychczasowe życie: zmienia się w drzewo), by w konsekwencji zostać
następcą Forestala. I na wieki będzie strażnikiem Lasu. Morał – las cię
ocali, gdy będzie źle, ale musisz coś dać w zamian. Musisz go strzec przed
ogniem, piłą, siekierą i bezmyślnym Złem.

Jednym z ciekawszych pomysłów „na huorna” (czyli na leśną samoobronę)
znajdziemy u Alana Deana Fostera, w książce „The Paths of the
Perambulator” z cyklu o Spellsingerze. Foster nie jest patetyczny. Jest
zabawny. Dlatego nie mamy do czynienia z jakąś zakazaną enklawą, jakimś
ekstra czarodziejskim lasem, mszczącym się nad intruzami i niszczycielami.
Mamy oto zwykłą sosnę, która wśród zrzucanych szyszek ukrywa też szyszki
specjalne, działające jak… mina przeciwpiechotna. Nie zagrażają one
nikomu, oprócz bałwana-mieszczucha, który w lesie nigdy nie może przejść
spokojnie obok szyszki – musi kopnąć. A wtedy: buuuuum!

RZEKA

Również symbol ekologiczny, symbol potężnej pierwotnej siły witalnej. I
siły obdarzającej życiem – wszakże obecna cywilizacja rozwinęła się nad
brzegami rzek, rzeki były święte, oddawano im cześć boską. W fantasy tego
symbolu i archetypu nie mogło zabraknąć. U Tolkiena mamy rzekę Bruinen,
która na rozkaz Elronda demonstruje swą potęgę i pochłania Czarnych
Jeźdźców. Rzeka Entów i Isena demonstrują swą potęgę ekologiczną –
pokierowane, spłukują plugastwo Isengardu, oczyszczają, niby stajnię
Augiasza, ziemię od zła i brudu. Ale rzeki i potoki spływające z Mordoru,
z Imlad Morgul, niosą truciznę, są zabójcze. Bo je zatruto i skażono.

Rzeka występuje też symbolicznie u Terry Brooksa. Nie rezygnując z
opisu różnych archetypicznych (i ekologicznych) zaklętych lasów, Brooksa
najwyraźniej fascynuje rzeka, element środowiska, na którym zniszczenie
przyrody i klęskę ekologiczną widać bardzo wyraźnie i dobitnie. Brooks,
urodzony w Illinois w roku 1944, musi mieć w pamięci tamtejsze rzeki –
Illinois właśnie, Mississippi, Wabash, Ohio. Musi pamiętać czasy, gdy
rzeki te mniej śmierdziały i żyło w nich więcej ryb, a nad brzegami mniej
było kup śmieci, a więcej roślinności.

W największym cyklu Brooksa, którym jest wielotomowa „Shannara”, mamy
rzekę nazwaną Silver River, którą włada wieczna, nadprzyrodzona istota,
Król Srebrnej Rzeki. Król jest w wiecznej opozycji do wciąż na nowo
budzącego się Zła, zaś o Srebrnej Rzece wiadomo, że jest czymś w rodzaju
naturalnej oczyszczalni ścieków. Dopóki Srebrna Rzeka płynie, wypłukuje
ona niejako z Ziemi wszelkie Zło – tak ekologiczne, jak i moralne.
Zasilając inne cieki wodne Brooksowskiego Never Never Landu, Srebrna Rzeka
stanowi źródło życiodajnej energii. Oczywiście to niedwuznaczna aluzja
ekologiczna – takimi bowiem samymi źródłami życia były rzeki, zanim nie
zamieniono ich w śmierdzące, obetonowane i pozbawione życia biologicznego
kanały.

W jednym z tomów cyklu Shannara, Zło atakuje petryfikacją – jeśli złe
siły zatriumfują, świat zostanie obrócony w kamień. Analogia przejrzysta –
chodzi o beton i cement, którym zalano całe połacie naszej własnej ziemi.
Król Srebrnej Rzeki postanawia przeciwstawić się Złu. Jak? Tworzy własną
córkę – ciekawą metodą. Wzorem Wielkiego Stwórcy, używa materiałów
naturalnych, ale nie jeno samej gliny. Szkielet dziewczęcia stanowi młode
drzewko, jej tkankę – żyzna ziemia, mięśnie powstają z rud metali, krew –
oczywiście z ożywczej wody Srebrnej Rzeki. Skóra – i tzw. finalny
„touch” – wykonane są z płatków kwiecia. Efekt w postaci młodego i
ślicznego dziewczęcia po prostu zapiera dech. Dziewczę otrzymuje
symboliczne imię Quickening – – co znaczy tyle, co siła ożywcza,
rozkwitanie (ale co ja, gdyby mnie kto pytał, przełożyłbym na Wiosenka).
Quickening wyrusza na wielki quest przeciw Złu. Symbolicznie – żywa
skoncentrowana natura staje do walki z potwornością, pragnącą wszystko
zamienić w kamień. Oczywiście Quickening odnosi zwycięstwo – dość gorzkie,
albowiem sama przestaje istnieć – zamienia się w drzewo, rosnące na ziemi,
która dzięki niej nie została zacementowana. Morał – w walce z degradacją
środowiska zwyciężyć może tylko sama Natura – jeśli damy jej szansę.

W najlepszym chyba cyklu Brooksa, jakim jest „Landover” (Magic Kingdom
for Sale, Sold” i następne) również znajdziemy rzekę i jej władcę, zwanego
Panem Rzeki, River Master. Pan Rzeki grupuje na swym terytorium wszystkich
mieszkańców Faerie – elfy, sylfidy, hamadriady itp. Pan Rzeki strzeże swej
enklawy i nie jest przyjaźnie usposobiony do ludzi, zwłaszcza jeśli
zatruwają rzekę ściekami.

Jeśli już była mowa o zabetonowywaniu i budowaniu, motyw występuje
także u Richarda Adamsa, w słynnym „Watership Down” – akcja, jak pamiętamy
zawiązuje się od faktu, że w miejscu czarownej krainy królików ma oto
powstać osiedle, kraina królików zniknie z powierzchni globu. Jeśli o tej
akurat powieści mowa, stała się ona źródłem słynnego dowcipu, autorem
którego był Michael Moorcock. Powiedział on złośliwie: „Cała amerykańska
SF napisana została przez roboty, o robotach i dla robotów. Cała brytyjska
SF została napisana przez króliki, o królikach i dla królików.”
Dowcipnie, przyznaję. Ale króliki królikami, mnie bardzo nie podoba się,
jeśli jakakolwiek kraina znika z powierzchni globu, a w jej miejsce
wyrastają osiedla. W tej walce trzymam z królikami, nie z betonem.

GINĄCE STWORZENIA

Leitmotiv, wracająca melodyjka fantasy, jakże czytelna dla mnie,
osobnika zafascynowanego przyrodą we wszystkich jej przejawach. Osobnika,
za którego krótkiego życia dobrych dziesięć gatunków zwierząt wyginęło w
Polsce całkowicie i bezpowrotnie, a dobrych kilkaset, które za mojego
dzieciństwa były liczne i wszędzie można było je obejrzeć, objętych
zostało całkowitą ochroną gatunkową. Nasuwa się myśl, że autorom fantasy
tego typu refleksja nasunęła się również – dlatego mamy Zapomniane
Zwierzęta z Eld w cyklu Patricii Mc Killip, liczne ostatnie smoki i
ostatnie jednorożce, w tym tytułowego Czarnego Jednorożca u Terry Brooksa,
i najważniejszego chyba w fantasy jakże symbolicznego Ostatniego
Jednorożca u Petera Beagle. A następne pytanie, które się nasuwa, brzmi:
ilu pokoleń potrzeba, by ksiąźki fantastyczne nosiły tytuły „Ostatni
orzeł”? „Ostatni jeleń”? „Ostatnia biedronka”?

Zło w fantasy bardzo często dąży do eksterminacji świata zwierząt.
Piękne, wolno żyjące zwierzę jest dla Zła solą w oku – musi zostać
schwytane, okaleczone, unicestwione, w najlepszym przypadku zamknięte do
klatki na upokorzenie. To bardzo często leitmotiv fantasy – przypomnę
wspomniane wyżej jednorożce Beagle’a i Brooksa, film „Legenda” Ridleya
Scotta.

Na bajeczne zwierzęta czyha w fantasy nie tylko Wcielone Zło. Liczne
utwory tego gatunku rozprawiają się z mitem Świętego Jerzego i innych
nieustraszonych smokobójców – Zelazny, Barbara Hambly i inni przypominają
dość ważną w naszym obecnym świecie prawdę, że nie wszystko, co ma zęby,
należy wyeksterminować tak, by śladu nie pozostało.

I jest jeszcze taki ważny dla fantasy utwór, jak „Grendel” Johna
Gardnera. Ostatni Grendel. Biedny potwór, zafascynowany ludźmi. I
zakatowany przez zimnego eksterminatora Beowulfa. Gdy umiera, otaczają go
inni „ostatni Mohikanie” – ginące bajkowe stworzenia. Konający Grendel
szepcze do nich: „Biedny Grendel uległ wypadkowi. Niedługo wszyscy
ulegniecie podobnym wypadkom”.

A w miejsce unicestwionych gatunków, Zło da nam własne: wykoślawione,
przerażające mutacje, produkty szaleńczych, okrutnych eksperymentów –
wyhodowane na ludzkim mięsie Nazgule, potworną Labędzicę Avaię. I
orków. Dużo, dużo orków. Na te potwory mamy patrzeć, potwory mają nam
towarzyszyć. Potwornie hodowane potwory mamy jeść – i jakież jest nasze
zdziwienie, gdy nagle wybucha zaraza „wściekłych krów”.

Za nic w świecie nie chcemy zrozumieć, że to był tylko kolejny stopień
Schodów Cirith Ungol.

ELFY

Tytuł niniejszego referatu brzmi „Ratujmy elfy”. Elfy, w fantasy
mieszkańcy bujnych lasów i kwitnących dolin. Istoty typowo ekologiczne –
nierozerwalnie złączone z pierwotną przyrodą. Również jej obrońcy. Przed
Złem, które nienawidzi tego, co zielone i kwitnące. Ale też i przed
chciwym i bezrozumnym człowiekiem. Gdy nastąpi Armageddon, elfy staną po
stronie człowieka. Ale później odpłyną za morze, bo w świecie człowieka
nie będzie już dla nich miejsca. Ludzie z Gondoru, potomkowie Beorna,
nawet tak kochające przecież przyrodę hobbity – będą wszak musieli
rozwijać się cywilizacyjnie. Pójdą w ruch siekiery, bo trzeba zdobywać
ziemię pod uprawy i drewno dla hut – a jakież to ma znaczenie, że w hutach
tych produkuje się lemiesze, nie miecze? Trzeba produkować ku
szczęśliwości powszechnej, aby kwitł dobrobyt, aby dokonywał się postęp.
Potrzebne będzie drewno na budulec, dużo kubików drewna. I pójdzie w
wygodne zapomnienie przysięga Aragorna, złożona Ghan-buri-Ghanowi, las
Druadan pójdzie pod piły tartaków. Trzeba produkować. Jak długo zdołają
bronić swych drzew Tom Bombadil i Drzewiec? Jak długo opierać się będzie
Kwitnące Lorien? W niebo nad Shire i Krainami Zachodu uderzą dymy, z dymów
spadną popioły i kwaśne deszcze – i wkrótce uschnie i zmarnieje mallorn,
który w Hobbitonie wykiełkował z ziarenka Galadrieli. Wkrótce popłyną
ściekami Brandywina, Anduina, Silverlode, Isena i Rzeka Entów. Drzewko
zasadzone w Minas Tirith przez króla Elessara, będące wszak symbolem –
zostanie otoczone betonowwym murkiem i wzięte pod klosz. Patrzcie, dzieci
Gondoru. Tak wygląda drzewo.

I tak zginie Faerie, Kraina Czarów. Pierwotna, ekologiczna magia elfów
nie oprze się skażeniu środowiska, bo w zatrutym świecie magia nie działa.
Dobitnie przypomina o tym Sheri S. Tepper w książce „Beauty”.

EPILOG>

Znowu John Gardner i jego „Grendel”. Jeden z bohaterów noweli, stary
smok, znowu archetypiczny Ostatni, w rozmowie z Grendlem ma wizję świata,
który nastąpi: „Morze. Jedno wielkie morze czarnego oleju, wypełnione
trupami wytrutych istot. Najmniejszego powiewu wiatru. Najmniejszego
światła. Cisza, bezruch. Nic się nie porusza, nawet najmniejsza mrówka,
nawet najmniejszy pajączek. Wszechświat mroku i ciszy. Tak oto kończy się
mgnienie czasu. Króciuteńki, gorący płomyczek zdarzeń i idei, rozniecony –
przypadkowo zresztą – przez człowieka. I zdławiony przez człowieka.
Również przypadkowo.”

Dlatego póki jeszcze można, ratujmy elfy i innych mieszkańców Faerie.
One niczego nie zrobią przypadkowo. Żaden elf, żadna hamadriada nie
sprzedadzą Finom nawet kubika drewna z Puszczy Białowieskiej. Żadna
nimfa, żadna najada, żadna syrena nawet nie pomyśli o tym, by za parę
dolarów pozwalać statkom obcych bander płukać zbiorniki i wywalać śmieci w
Zatoce Gdańskiej. Żaden elf nie zorganizuje za parę parszywych
deutschmarek polowania na Ostatniego Tygrysa Ussuryjskiego. Ani tym
bardziej na Ostatniego Jednorożca.

Mordor ante portas. Dlatego ratujmy elfy. Ratujmy biednego Grendla
przed opętanym żądzą zabijania Beowulfem. Bo inaczej i nas wkrótce spotka
wypadek. Pewnego dnia obudzimy się – i nie będzie świtu.