Andrzej Sapkowski, Playboy 11/99

Bez obaw. Millenarystyczne przepowiednie nie sprawdzą się, bo nie wiadomo
nawet, czy 1 stycznia przywitamy rok 1968 czy 1992. A może 2001 albo 2010?
W każdym razie nie 2000.

Bez obaw. Millenarystyczne przepowiednie nie sprawdzą się, bo nie wiadomo
nawet, czy 1 stycznia przywitamy rok 1968 czy 1992. A może 2001 albo 2010?
W każdym razie nie 2000.

Zadziwia zamiłowanie ludzkości do dat okrągłych. I w ogóle liczb
okrągłych. Zwłaszcza setkom i tysiącom zwykli byliśmy przypisywać
własności magicznych fetyszów i otaczać je aurą nieledwie mistyczną.
Korzeni tych zachowań można bez trudu doszukać się w Biblii, a raczej w
pewnych zjawiskach typowych dla czasów, w których poszczególne fragmenty
Biblii powstawały lub były przekładane i przepisywane. Policzalność
stanowiła, zauważmy, nie lada problem dla kogoś, kto posiadał u obu rąk
jedynie dziesięć palców. „Setki” i „tysiące” były wówczas synonimami
określeń „ogromnie dużo”, podobnie jak „co gwiazd na niebie” czy „ile
piasku na pustyni”. Przykład: „Niezliczone są owce Nahuma, syna Nahasza,
tysiąc ich pasie na wzgórzach Gilgal”. Znaczy to: Nahum ma czterdzieści
siedem owiec. Drugi przykład: „Pobił Saul tysiące, a Dawid dziesiątki
tysięcy”. Znaczy to: Saul przepędził spod Bet-Szemesz banda Filistynów
liczącą stu chłopa, trzech zabijając a dziewięciu raniąc. Dawidowi udało
się zabić czterech, a ranić dwunastu, nadto odebrać łupieżcom obie
zagrabione kozy. Na podobnej zasadzie funkcjonują biblijne daty.
Literackie przecież i mało z natury rzeczy precyzyjne określenia „dawno”,
„bardzo dawno”, „wiele lat”, „po wielu latach” zostały w Biblii zgodnie z
modą epoki udekorowane „setkami”, a zwłaszcza „tysiącami”. I mamy nasze
kochane, z wszech miar ulubione stulecia. I tysiąclecia. I ich
interpretację. W powyższym wcale nie tak dużo jest przesady, jak by się
wydawało. Kierując Się sztywną literą Biblii i apokryfów, data stworzenia
świata została określona na rok 4000 p.n.e., a jego koniec na rok 4000
n.e. Inne daty też są okrągłe: 3000 p.n.e. – potop i Arka Noego, 2000
p.n.e. – Abraham, 1000 p.n.e. – panowanie króla Dawida itd. Trzecia Wojna
Światowa wybuchnąć ma w A.D. 2000); koniec świata nastąpi zaś w 4000.
Interpretatorom i egzegetom zdaje się całkowicie nie przeszkadzać, że
historia tych okrągłości nie potwierdza absolutnie – ba, ta najważniejsza
data biblijna, data wiadomych urodzin, od której zaczęliśmy liczyć nasze
stulecia i tysiąclecia, jest najprawdopodobniej skłamana. Chrystus uradził
się bowiem najprawdopodobniej w roku 5 p.n.e., i nie dwudziestego piątego
grudnia, ale na przełomie września i października, ostatniego dnia święta
Sukkot. Z Biblii wywodzi się też związany ze stuleciami i tysiącleciami
katastrofizm, który sprawiał i sprawia. że zbliżające się okrągłe daty
dają pożywkę licznym przepowiedniom, proroctwom i wieszczbom, najczęściej
katastroficznym właśnie. A ziarenkiem, z którego to wszystko wyrosło, jest
maleńka wzmianka w Objawieniu św. Jana, ciekawym acz kontrowersyjnym
dziele napisanym na wyspie Patmos, znanym ogółowi pod nazwą Apokalipsy.
Dzieło to, ciekawe w formie, prekursorskie dla gatunku fantasy w
literaturze, mówi o Paruzji, czyli ponownym przyjściu Chrystusa, które to
przyjście poprzedzi koniec świata. Chcąc dać do zrozumienia, że od
powtórnego przyjścia do Apokalipsy minie „długi czas”, Jan, zgodnie z tym,
co powiedzieliśmy poprzednio, pisze (20; 1-6) „tysiąc lat”. Naturalnie
egzegeci – z grupy tych, którzy literalnie traktują Pismo – potraktowali
ten tysiąc najzupełniej poważnie, najzupełniej naukowo i najzupełniej
precyzyjnie. Od ponownego przyjścia Zbawiciela, powiadają, do Armagedonu i
Apokalipsy minie równy tysiąc lat. Pogląd taki przyjęto się określać jako
millenaryzm, a jego wyznawców nazywać chiliastami (z greckiego chilioi,
tysiąc). Problem chiliastów – jak historia długa – polega jednak na tym,
że nie bardzo wiedzą, od jakiego momentu zacząć ten tysiąc obliczać. I nie
są co do tego zgodni. Szkół jest bez liku. W okresie burzy husyckięj w
Czechach (rok 1418) ogniste kazania księży chiliastów spowodowały masowe
wędrówki ludów na góry Tabor i Oreb, gdzie sfanatyzowane tłumy z dnia na
dzień oczekiwały ponownego przyjścia Chrystusa. Według niektórych Chrystus
przybył ponownie w roku 1914, co pozwala datę Armagedonu ustalić
precyzyjnie na 2914. Jeszcze inni, a imię ich jest legion, dowodzą, że
powtórne przyjście miało miejsce już bardzo dawno temu, w Pierwsze
Millennium, w roku tysięcznym. A to znaczyłoby, że jeśli nie dziś, to
jutro…

Prawdziwa historia – w odróżnieniu od legendarnej – nie lubi
okrągłych liczb i ma je sobie za nic. W Noc Sylwestrową 1900 działa i
karabiny ostro grzmiały nad Vaal i Granią, jeżeli w ogóle przestały
grzmieć, to tylko na moment. Roberts, Kitchener i French szli na Kimberley
i Magersfontein, przełamując obronę Pieta Cronje i Christiaana de Weta.
Bullera, maszerującego ku oblężonemu Ladysmith, zatrzymały w krwawych
walkach o Spion Kop oddziały Luisa Bothy. Dziewiętnastego stycznia pada
Paarderberg, dwudziestego ósmego pęka blokada Ladysmith, w marcu pada
Bloemfontein, stolica Wolnego Państwa Orania, w maju przerwane zostaje
oblężenie Mafekingu…

Tak było, albowiem prawdziwy wiek dwudziesty rozpoczął się datą wcale
nie okrągłą: w październiku 1899 mianowicie. Rozpoczął się zaś jakże
charakterystycznym dla całego wieku dwudziestego ewenementem, zdającym się
trwać nieprzerwanie aż po dziś dzień, do końca wieku. W październiku 1899
pokojowe siły Wielkiej Brytanii, pół miliona ludzi pod bronią, rozpoczęły
pokojową misję w Transwalu i Oranii, aby wziąć pod obronę biedną
mniejszość uitlanderską, zagrożoną przez tyrański i totalitarny reżym
Paula Krugera. Niegrzeczny Ohm Kruger, choć uprzejmie proszony, nie chciał
uznać swego kraju za angielską kolonię i ośmielił się przeciwstawić pół
milionowi angielskich sił pokojowych swoją trzydziestotysięczną armię.

Dużo wniosła nowego w wiek dwudziesty wojna burska. Naprawdę dużo.
Ósmego marca 1900 pod Abrahamskraal po raz pierwszy w historii wojen armia
regularna wystąpiła do boju w mundurach barwy ziemi, zeschłego błota i
gówna, który to kolor nosił nazwę khaki. Niestety, wraz z jaskrawymi
kolorami uniformów i śnieżną bielą lederwerków, wraz z olśniewającą feerią
srebrnych guzików, wraz ze szlifami, szamerunkami, frędzlami, kitami,
kutasami i akselbantami poszły – na zawsze – do lamusa jeszcze inne
elementy wojskowości. Jeńców, w starym wieku dziewiętnastym traktowanych z
honorami i rewerencją, odziani w khaki żołnierze zaczęli dla zabawy
zakłuwać bagnetami i pikami. Zaczęto brać i wieszać zakładników, palić
wszystko, czego imał się ogień, a czego się ogień nie imał, wysadzać w
powietrze za pomocą wynalazku pana Nobla. Karabiny maszynowe Maxima i
Hotchkissa, wciąż zbyt nieporęczne, by dawać większe korzyści na polu
walki, sprawdzany się znakomicie przy ostrzeliwaniu kolumn cywilnych
uciekinierów na drogach. Gatlingi wspaniale nadawały się do masakrowania
stad żywego inwentarza. A nieprzyjacielskie kobiety i dzieci zaczęto
koncentrować w specjalnych ogrodzonych drutem obozach – wprowadzając tym
samym do języka ludzkości zupełnie nowe pojęcie.

Na trwałe wchodziły też do języka ludzkości nazwy firm: Krupp,
Mauser, Browning, Mannlicher, Lee Enfield, Armstrong…

Oglądam sobie telewizję, wspaniały wynalazek dwudziestego wieku. W
telewizji – Japończycy żądają od Rosjan zwrotu Kuryli. Rosjanie ani myślą
oddać Japończykom Kuryli.

Ósmego lutego 1904 roku flota japońska, wcale – zauważmy – nie udając
sił pokojowych, zaatakowała torpedami Port Arthur. Siedemnastego lutego
japońska armia lądowa dokonała desantu pod Inchonem i pomaszerowała na
północ, ku rzece Jalu, wcale – zauważmy – nie udając, że walczy wyłącznie
z tyranem i totalitarnym władcą Mikołajem II Aleksandrowiczem Romanowem, i
że broni interesów mniejszości mandżurskiej. Rozpoczęła się następna
poważna wojna dwudziestego wieku. Dla mnie istotna o tyle, że w roku 1905
pod Mukdenem mój dziad, Witold Sapkowski, dzielnie pracował na Krzyż
Świętego Jerzego, a gdy bój cichł, pisał z frontu listy do Anny z
Leszkiewiczów. Mojej przyszłej babki. Mateusz, 24; 7: Powstanie bowiem
naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Wiek dwudziesty.
Powstanie bokserów 1900-1901. Krwawa niedziela w Petersburgu i rewolucja
1905, barykady w Łodzi. Wojna hondurasko-nikaraguańska 1907. Wojna
włosko-turecka 1911-1912. Wojna na Bałkanach 1912-1913. Amerykańscy
marines z misją – jak zwykle – pokojową na Filipinach i na Kubie. W
Meksyku Huerta, Carranza, Zapata i Villa.

Rok 1914. O wojnę powszechną prosimy cię, Panie. I wyprosiliśmy.

I wyszedł koń barwy ognia, a siedzącemu na nim dano odebrać ziemi
pokój, by się wzajemnie ludzie zabijali – i dano mu wielki miecz.

W telewizji – Belfast. Marsz posępnych, odświętnie odzianych,
udekorowanych pomarańczowymi wstęgami panów. To oranżyści, świętują
rocznicę bitwy nad rzeką Boyne, stoczonej dwunastego lipca 1690 roku.
Znaczna część mieszkańców Belfastu nie lubi jednak oranżystów i
świętowanej rocznicy. I nie dziwota. Nie wydaje mi się, by warszawiacy
byli zachwyceni, gdyby co roku tuptała Grochowską i Waszyngtona procesja
upamiętniająca rok 1794, czwarty września, radosny dzień wkroczenia na
Pragę feldmarszałka Suworowa. Też pewnie poleciałyby bluzgi, kamienie, a
może i koktajle Mołotowa. Irlandia od dawna ma niepodległość, a w
Belfaście maszerują oranżyści, padają strzały i trupy. Czterdzieści lat po
sformowaniu IRA Ben Bella, zapytany, dlaczego bojownicy FLN podkładają
bomby w kinach, kawiarniach i supersamach Algieru, odpowie: „Bo nie mamy
bombowców, by zrzucać bomby z góry”.

Podobno cele uświęcają środki. Nie mnie sądzić i ferować wyroki. Tak
czy inaczej, w wiek dwudziesty pierwszy wejdziemy wśród huku bomb. Tych z
góry i tych z dołu.

Telewizja to jeden ze wspanialszych wynalazków naszego wieku. Moim
udziałem jest wieku naszego cała polowa druga, a gdyby mi tak przyszło
wymienić wielkie i ważne tego wieku wynalazki, to wymieniłbym jednym
tchem: telewizję, stanik rozpinany z przodu i turbinową szybkoobrotową
bormaszynę dentystyczną. Wszystkie trzy wymienione wynalazki powitałem
niemal na kolanach, z rękoma wzniesionemi ku niebu, z euforią i radością
bliską łez.

Dziś dodałbym do tego jeszcze Internet, ale już skończyłem
pięćdziesiątkę, wychłódło mi i tak łatwo w euforię nie wpadam.

Ale wracajmy a nos moutons, czyli do telewizji. Pierwszy telewizor
zobaczyłem tak gdzieś około roku 1959. W całej dzielnicy był tylko jeden.
Tak, tak, tym, którzy sądzą, że powyższa data to chochlik drukarski,
powtarzam: 1959. Zaledwie lat temu czterdzieści telewizor czarno-biały –
był w Polsce sensacją i rzadkością, luksusem, na który mało kogo było
stać. Jest to tym zabawniejsze, że równo lat temu trzydzieści człowiek
wylądował na Księżycu, które to wydarzenie cała ludzkość oglądała w
telewizji właśnie. Ale znowu do moutons w owym roku 1959, wraz z dwoma
albo trzema dziesiątkami rówieśników, których życzliwy wlaścicieł
telewizora wpuścił do mieszkania, gapiłem się w niemym zachwyceniu na
błękitny ekran i na Mickey Mouse Club. Już wówczas starałem się chwytać
kadencji języka angielskiego i miałem świadomość, że my – Europa znaczy –
zaczynamy się amerykanizować. Nie widziałem w tym zresztą niczego
zdrożnego. Nie widziałem niczego poza Myszką Miki. Telewizory robiły się
coraz popularniejsze, czas nadawania coraz dłuższy, pragnienie posiadania
własnego odbiornika coraz silniejsze. Ale ojciec wciąż nie zgadzał się na
zakup. Wytrzeszczanie się na migocący ekran uważał za zajęcie niegodne
człowieka myślącego i uwłaczające inteligencji. Oglądam telewizję.

Pierwsze Millennium. Rok tysięczny. U grobu świętego Wojciecha, do
którego pielgrzymował, cesarz Otto III wręcza Bolesławowi Chrobremu
włócznię świętego Maurycego. Polska wychodzi z dziczy. Polska wkracza do
Europy. Prawie triumfalnie – cesarz Otto bowiem ma wobec Polski poważne
plany. Nie wiedzieć dlaczego, może komuś na złość, może naprawdę nie
widząc innych kandydatów, rozważa Chrobrego jako swego następcę.

Boleslaus I, cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu
Niemieckiego. Piastowie na tronie Europy. Otto umiera. Koniec marzeń.

Tysiąc lat Polski. Od roku 1000 do 2000. Liczyć inaczej, to jakby
uważać, że pierwsza jaskółka czyni wiosnę, a kobietę pierwszy heavy
petting na tylnym siedzeniu samochodu. Oglądam telewizję.

Jeśli chodzi o zmiany ustrojowe w naszym kraju, odnośne zasługi
przypisuje sobie wielka liczba osób prywatnych i niewiele mniejsza
instytucji, tak krajowych jak i zagranicznych. Niemało zwolenników ma
również pogląd, że komunizm wzorem kieleckich Żydów – zabił się sam. Nie
docenia się – lub docenia się w stopniu zbyt małym – roli telewizji. To
telewizja – w sposób znacznie przystępniejszy od McLuhana i Tofflera –
uświadomiła ludziom istnienie globalnej wioski. I przygnębiający fakt, że
w tej wiosce jesteśmy za stodołą.

I pragnienie, żeby coś z tym zrobić. Oglądam telewizję. Wciąż ta sama
ściana. Ściana stodoły. Niestety, wciąż od tej samej strony i tej samej
perspektywy.

W telewizji – różne różności. I różne reklamy. Socjalizm tak,
wypaczenia nie. Kapitalizm tak, reklamy nie.

Zdecydujcie się wreszcie, ludzie. Znowu coś gdzieś huknęło, za sprawą
kolejnego spadkobiercy Collinsa i Ben Belli. Nieodparcie nasuwa się myśl,
że mamy wiek powszechnej dostępności do wszystkiego. Wszystko jest
dostępne, w dodatku opatrzone instrukcją obsługi, wszystko jest user
friendly i Idiotensicher. Trochę materiałów zamówionych pocztą, trochę
informacji z Internetu, trochę wieczornej dłubaninki i tylko patrzeć, jak
któryś ze spadkobierców Collinsa huknie nam lepiej niż zwykle – tak na
parę megaton.

Z drugiej strony praktyka dowiodła, że jest tylko jedna rzecz gorsza
od terroryzmu – metody jego zwalczania.

W telewizji – sześćdziesiąt kanałów kablówki. Marzenie. Pamiętam
początek telewizji satelitarnej w Polsce, za specjalnymi zezwoleniami.
Zanim zacząłem intensywniej kombinować, jak by tu takie zezwolenie
wychachmęcić, zezwolenia przestały być aktualne. Mnóstwo rzeczy przestało
być aktualne. Sześćdziesiąt kanałów kablówki. Gdy instalowano, nie
posiadałem się z radości. Discovery, ZDF, NBC, Sky, radowałem się, BBC,
National Geographic, oblizywałem się, toż to będzie uczta, toż to będzie
radość, toż to człowiek obejrzy i zobaczy.

Człowiek obejrzał i zobaczył, jak kretyn z rodziną wygrywa hurmę
pieniędzy i Hondę Civic, odpowiedziawszy w kretyńskim teleturnieju na
kretyńskie pytanie. Ojciec miał jednak rację. Jeden kanał czy
sześćdziesiąt, to nie jest zajęcie dla człowieka myślącego. Myślący
człowiek czyta książki.

W telewizji – w „Discovery”, znowu Nostradamus, Michel de
Nostre-Dame. Znowu pilnie analizowane są poszczególne Centurie, znowu ich
treść pasuje absolutnie do wszystkiego. Znowu na ich podstawie można
wysnuć wnioski oznaczające absolutnie wszystko. Łącznie z tym, co nas
czeka w nowym tysiącleciu. Może nawet z wybiciem zegara.

Okrągła data. Dwa zero zero zero. Wybuchnie trzecia wojna światowa.
Szaleć będzie przyroda i szaleć będą ludzie, srożył sil będzie diabeł. Z
każdej strony wyzierać będzie ohyda i rozpacz. Antychryst przybędzie z
mieczem i ogniem, a siłą jego będzie bluźnierstwo, a ramieniem jego –
zaprzaństwo, a prawicą jego – zagłada, a lewicą – mrok. Prawe oko jego
będzie krwią podbiegłe, lewe jako u kota zielone, dwie, miasto jednej
źrenice mające. Przybędzie Gog z krainy Magog. Spadnie z nieba Gwiazda
Piołun na trzecią część rzek, które staną się gorzkie i trujące, słońce
stanie się czarne jako wór włosienny a księżyc czerwony jako krew.
Zagrzmią trąby. I wyjedzie Czterech Jeźdźców. I będzie krucho z
grzesznikami. Oj, niedobrze, niedobrze… Aj, aj… Wystraszyłem?
Zażyjcie tabaki. Take it easy. Keep smiling.

Dlaczego niby to my mamy mieć takiego pecha? Husyci z gór Tabor i
Oreb nie doczekali się, jak wiadomo, Nostradamus – wbrew jego fanom – nie
sprawdza się ni na jotę, koniec świata w 1999 nie nastąpił, stacja „Mir”
nie spadła na Paryż, na wybuch trzeciej wojny światowej też chwilowo nic
nie wskazuje. Kto wie, może tam na górze nastąpiła zmiana planów? Może
niebiańscy Joint Chiefs of Staff przyjęli nową doktrynę, ustalili nową
strategię? Może przyjęli inny system wartości Może w ogóle się rozmyślili
względem Armagedonu? Przecież tylko krowa nie zmienia poglądów. No, spyta
jednak ktoś szczególnie upierdliwy, ale co, jeśli jednak… Jeśli jednak
stulecie… Tysiąclecie… Przepowiednie…

Spokojnie. Nie ma się czym gorączkować. Nawet jeśli w tajnych
rozkazach niebiańskich Joint Chiefs of Staff faktycznie zapisana jest data
1 stycznia 2000, jeśli faktycznie konie Czterech Jeźdźców mają być
osiodłane i gotowe o godzinie H, w tę Noc Sylwestrową możemy hulać bez
cienia strachu. Już nie tylko o to idzie, że wiadoma data urodzenia jest
całkiem niepewna. Sposoby liczenia dat i kalendarze ulegały tylu
zmianom, tylu reformom, a to były gregoriańskie, a to juliańskie, a to
takie, a to siakie, a to stosowano styl datacji a nativitate, a to znowuż
a circumcisione – słowem, w całym tym bałaganie po prostu i zwyczajnie
niemożliwe jest, aby się nie pomylono. Absolutnie niemożliwe, byłoby to
złamaniem zarówno prawa Parkinsona jak i Murphy’ego. Słowem, gdy w Noc
Sylwestrową strzelą szampany, obwieszczą one zapewne początek roku . . .
1968. Może 1985. Może 1992. Może 2001 albo 2010. W żadnym razie nie 2000,
licząc precyzyjnie od zera, czyli od hipotetycznej daty urodzin, taka
precyzja jest bowiem niemożliwa w historii ludzkości, będącej wszak jednym
wielkim bajzlem. Ergo: nie zadziała żadna millenarystyczna przepowiednia.
Żadna. Na jedne z tych przepowiedni będzie bowiem za wcześnie, na inne –
już za późno.

A jeśli mimo wszystko, spyta ktoś szczególnie upierdliwy, jednak?

Jeśli jednak – to cóż, trudno. Niczewo, jak mówią sąsiedzi, nie
podiełajesz. Będzie Apokalipsa. Ale zauważmy, że Apokalipsa to nie tylko
horror, mroczne wizje i krucze krakania – Apokalipsa kończy się wszak
happy endem. Gdy łagodny wiaterek rozwieje siarczane dymy i smród palonych
trupów, wtedy zapanuje radość wielka i szczęśliwość w zaludnionej
nielicznymi niedobitkami Nowej Jerozolimie, za złotymi murami, pod złotymi
dachami. Będzie się tam jadło, piło, weseliło, grało na cytrach i
tańcowało. A na zewnątrz murów zostaną jeno, cytuję za św. Hieronimem,
canes et venefici, psy i czarownicy.

Podoba mi się to nawet. Nie cierpię psów. A czarownicy są mi
obojętni.