Jarosław Lipszyc z Andrzejem Sapkowskim, Życie Warszawy

Jarosław Lipszyc: Powieść historyczna to gatunek już praktycznie martwy. Czy fantasy, takie jak „Boży bojownicy”, zajęło jej niszę ekologiczną?

Andrzej Sapkowski: Nie chciałbym, by potraktowano to jako głos ex cathedra, nieśmiało więc jedynie zaryzykuję przypuszczenie, że czytelnika – zwłaszcza młodego – zniechęcił i zniechęca do powieści historycznej jej nachalny dydaktyzm i proreżimowy serwilizm, przy czym obojętne, o który konkretnie reżym szło lub idzie. Ile można czytać o tym, że Zawisza Czarny-Kościuszko-Pułaski-Romuald Traugutt-Ziuk Piłsudski (niepotrzebne skreślić) bohaterskimi i bogobojnymi patriotami byli i że za to kochać ich powinni polscy harcerze? Co do fantasy historycznej, to nie pretenduje ona, moim zdaniem, do niczyich nisz, na żadne nie czyni zakusów. Ma własną. To po prostu podgatunek fantasy, jeden z subgenre’ów genre’u. Uprawiany przez wielu polskich fantastów. Zaczęty „Narrenturmem” cykl nie jest w tym względzie bynajmniej czyniącą wiosnę jaskółką. Jako że jednak fantastyka zawsze ma swoich wiernych czytelników, może na takich liczyć i fantasy historyczna. A poczytność, cóż, rzecz głośna – może wywołać wrażenie „zajmowania niszy”.
JL: Im bardziej pogrążałem się w lekturze Pana ostatniej książki, tym bardziej nabierałem przekonania, że Reynevan z Bielawy to nikt inny jak Kmicic, a „Boży bojownicy” to „Potop”. Konstrukcja postaci, dynamika fabuły… Panu przypadłaby tu do odegrania rola Sienkiewicza…

AS: Jestem, przyznam, nieco zakłopotany tym pytaniem, a raczej stwierdzeniem. Świadom jestem niebezpieczeństwa, na jakie się wystawiam, usiłując odpowiedzieć. Cóż, spróbujmy sine ira et studio: jest mnóstwo powieści o bohaterach, rzuconych w wir historii, w zawieruchę zjawisk i zdarzeń, w taki Hexenkessel, kocioł czarownic, w którym bohater musi przejść – trudnymi zazwyczaj etapami i drogą trudnych wyborów – swój własny rite de passage. Powieści takich jest wiele, imię ich, powiedziałbym, jest legion. Wiele takich książek przeczytałem. Wiele miało wpływ na wybór takiego, a nie innego bohatera do własnej fabuły, na poddanie go takim, a nie innym perypetiom. Trylogia Sienkiewicza była wśród wymienionych powieści.
JL: Jest Pan bardzo popularny w Czechach. Czy osadzenie akcji Pańskiej trylogii na Śląsku w dobie wojen husyckich było swego rodzaju ukłonem w stronę czeskich czytelników?

AS: Trylogia nie jest żadnym ukłonem. Jest to pomysł równie absurdalny jak założenie, że pisząc „Winnetou” Karol May chciał przypochlebić się Apaczom Mescalero. Fakt, pomysł zajęcia się okresem wojen husyckich powstał w wyniku lektury dzieł historycznych znalezionych w czeskich księgarniach, częste zaś podróże do Czech pozwoliły mi zdobywać inne trudno dostępne a cenne materiały źródłowe. O żadnych ukłonach mowy jednak być nie może.
JL: Kiedy Polacy pojechali do Iraku, udzielił Pan ostrej wypowiedzi potępiającej te poczynania, mówiąc wprost o hańbie, jaka spływa w ten sposób na Polskę. Czy od tamtej pory zmienił Pan zdanie?

(Na to pytanie Andrzej Sapkowski nie udzielił odpowiedzi.)
JL: Czy jest Pan pacyfistą?

AS: To zależy od tego, co pan pod tym pojęciem rozumie. Umiłowanie pokoju i przekonanie, że jest lepszy od wojny? Tak, żywię takie przekonanie. Pogląd, że wszystkie konflikty i spory mogą i winny być rozstrzygane pokojowo? Tak, jak najbardziej. Odrazę wobec niczym nie sprowokowanej agresji, brutalnej napaści na inny kraj? Oczywiście i absolutnie. Potępienie dla agresora i napastnika? Tak, w całej rozciągłości. Pokój za każdą cenę? Hmm… Nie. Nie za każdą.
JL: „Boży bojownicy” przynoszą bodaj czy nie jeszcze więcej opisów krwawych rzezi towarzyszących wojnom z husytami niż „Narrenturm”, ale opisy te są dość chłodne, wyprane z emocji. Skąd taka właśnie perspektywa?

AS: Z przyjętych założeń twórczych, leżących u podstaw każdej twórczości. Z charakteru i temperamentu autora, od których nie ma wszak ucieczki. Cóż, nobody’s perfect.
JL: Czy starał się Pan wczuć nie tylko w realia historyczne epoki, ale także w jej antropologiczny, związany ze stanem wiedzy i typem kultury pejzaż?

AS: Starałem się, rzecz jasna, ale do pewnego stopnia. Tak by nie szkodzić i nie ciążyć fabule, językowi i wymowie książki, przeznaczonej wszak dla czytelnika o obecnym stanie wiedzy i nowoczesnym, nazwijmy go, typie kultury. Wydało mi się to ważniejsze niż silenie się na „epokowy” i – jak pan to raczył nazwać – „antropologiczny” puryzm. Albo pseudopuryzm – fałszywy, hałaśliwy jak dzwonek u błazeńskiej czapki – ale cieszący ucho krytyków purystów.
JL: Dla wielu to będzie najważniejsze pytanie: kiedy tom trzeci? Jak daleko zaawansowane są prace nad nim?

AS: Istnieje precyzyjny plan i szkielet fabularny, schemat intrygi. To mało, przyznaję. Nie widzę szans na ukończenie trzeciego tomu przed rokiem 2006.

Życie Warszawy, Data: 20.10.2004