Andrzej Brzozowski z Andrzejem Sapkowskim

AB: Wydaje się, że dziś w popularnym obiegu czytelniczym powieść fantasy zastąpiła powieść historyczną. Czy uważa Pan tę tezę za słuszną?

AS: Myślę, że nie, choć może to tak wyglądać. Fantasy w to Polsce sprawa ostatnich dwudziestu lat, od takiego mniej więcej czasu trwa popularność gatunku, rozpoczęta wielką czytelniczą miłością do Roberta E. Howarda i Andre Norton, pierwszych autorów, których drukowała „Fantastyka”. Sądzę, że czytelników uwiódł w fantasy właśnie sztafaż, będący, powiedziałbym, quasi-historycznym. Choć mamy do czynienia z Neverlandami, krajami „Nigdy-Nigdy”, jednak są to światy o poetyce średniowiecznej, ze średniowieczną scenerią, pełne średniowiecznych parafernaliów. Czyli są to powieści historyczne, które zarazem – poprzez fakt, że do końca historyczne nie są – nie zawierają w sobie tego, czego czytelnik w historycznych nie lubi. Z jednej strony ubolewamy nad upadkiem powieści historycznej, a z drugiej – proszę spojrzeć, według czego kręci się w Polsce filmy. Przerobiono praktycznie cały główny nurt polskiej powieści historycznej, z wyjątkiem Kossak-Szczuckiej, co mnie serdecznie dziwi, ale typuję ją na najbliższe 2 lata. Pokolenia zaczytywały się Małym Rycerzem, Kmicicem, Kamieńcem i Zbarażem. Mieli swoich amatorów Kraszewski i Bunsch. Miał swoich zagorzałych fanów Parnicki, skądinąd bardzo ciekawy pisarz, który tworzył bardzo ciekawy rodzaj powieści historycznej, bez krztyny dydaktyzmu. A właśnie dydaktyzmu, wręcz nachalnego, a w polskiej powieści historycznej wszechobecnego, czytelnik nie lubił. Miał dosyć rzeczy pisanych ku pokrzepieniu serc.

AB: Czy coś w tym złego?

AS: To, że dydaktyzm zawsze oznaczał serwilizm już to wobec idei, już to – i częściej – reżimu, obojętne, o który reżim chodziło. Kiedy kręcono Pana Wołodyjowskiego dla wszystkich było oczywiste, dlaczego filmujemy Trylogię od końca. Ogniem i mieczem, książka kiedyś nachalnie serwilistyczna wobec określonej idei i opcji, przez co historycznie fałszywa, dla ówczesnego reżimu się nie nadawała – była za mało serwilistyczna i zupełnie nieprawomyślna.

AB: Czy fantasy może zachęcać do zainteresowania się historią?

AS: Mechanizmami historii tak, od reszty fantasy ucieka i w tym jej przewaga, urok, komfort psychiczny, jaki daje pisarzowi. Pytany kiedyś, dlaczego piszę fantasy, dowcipnie odpowiedziałem, że nie lubię pisać rzeczy, w których muszę się deklarować, ustawiać po stronie i wyznawać wiarę. Pisząc – dla przykładu – książkę historyczną, a tam zdanie: „17 września 1939 roku bandyci sowieccy zadali nam cios w plecy”, określam się wyraźnie. Jeśli napiszę: „17 września towarzysze radzieccy, aby uchronić ziemie Zachodniej Ukrainy przed Hitlerem, weszli tam z braterską pomocą” – określam się jeszcze wyraźniej. Pisząc fantasy o elfach i magicznych królestwach, mogę napisać co tylko chcę, z pełnym komfortem swobody twórczej, bez imperatywu opcji ideologicznych. I choć w tym, co napiszę, będzie credo, to będzie służyć fabule. Choć będzie retoryka, to będzie służyć akcji, intrydze. Nie reżimowi! Świetnie obywam się bez glorii bohatera, któremu cenzura wycięła pół książki. Rzecz jasna, na prywatny użytek mam poglądy i nie wyrzekam się ich, ale nie chcę, by doszukiwano się ich w tym, co piszę. Na spotkaniu autorskim Rosjanie zadali mi pytanie: „Jest pan niby apolityczny, ale tu mamy pana książkę, gdzie jest bardzo wyraźnie napisane, że jedno królestwo było w stanie wojny z drugim, a trzecie zadało cios w plecy, wchodząc z bratnią pomocą. I niech pan nam powie, do jakiego faktu historycznego pan nawiązuje?” Odpowiedziałem: „Do wkroczenia wojsk polskich na Zaolzie w roku 1938.”

Czyli ewentualna funkcja edukacyjna powieści zależy od tego, w jaki sposób przedstawiony jest świat, w jakim „sosie” został podany?
Nawet dokładniej – od pewnych szczegółów, w których, jak wiadomo, diabeł siedzi. Piszę, i to jest moje credo, że zadawanie ciosu w plecy drugiemu królestwu jest bandytyzmem historycznym. I nie chodzi mi o sprawienie, by dziatwa szkolna zaciskała piąstki z nienawiści do Związku Radzieckiego, lecz o to, by pokazać, że taki bandytyzm istniał, istnieje i będzie istniał, nawet w krainach magicznych. Gdy opisuję – dość czytelnie – gehennę ludzi brutalnie wypędzanych z domu, z ziemi rodzinnej, to nie po to, by się zadeklarować i ustawić po stronie Niemców, lecz by uświadomić czytelnikowi, że takie rzeczy się zdarzały i będą zdarzać zawsze, że nawet magiczne królestwa i Krainy Elfów mają swoje Odry i Nysy Łużyckie. I Kosowa.

AB: Fantasy miała dwóch ojców: J.R.R. Tolkiena i C.S. Lewisa – notabene obaj byli mediewistami – do których później dołączyła Ursula Le Guin…

AS: To są autorzy dla gatunku kanoniczni. Mają zresztą ze sobą wiele wspólnego. Dosyć wyraźny jest w ich twórczości motyw Parakleta, Zbawiciela. Dorzuciłbym jeszcze Howarda, który pisząc równolegle z Tolkienem stworzył typ opowieści nawet częściej powielany niż Tolkiena czy Lewisa. Howard nie był historykiem, ale można u niego znaleźć rzeczy, choćby w onomastyce, będące nawiązaniami, jeśli nie historycznymi, to przynajmniej parahistorycznymi, do rozmaitych Atlantyd, Hiperborei i Ofirów króla Salomona. Dla mnie liczy się przede wszystkim indywidualność i temperament pisarski, który różni tych pisarzy. Choć Tolkien i Lewis wywodzili się z jednego środowiska – to byli koleżkowie z uniwerku.

AB: A gdyby stworzyć taką mapę świata pisarzy fantasy z nimi w centrum, to w którym miejscu widziałby Pan siebie?

AS: Nie wiem. Choć – niech będzie mi wybaczona nieskromność – mniemam, że na jakieś własne miejsce zapracowałem. Stworzyłem swój styl, choćby owo sztandarowe dla mnie tworzenie opowiadań na bazie baśni wywracanej do góry ogonem – był u mnie i Perrault, bracia Grimm, był i Andersen. W polskiej fantasy byłem przez to absolutnie nowatorski, ba, nawet w dominującej wówczas fantasy anglosaskiej podobna koncepcja, zwana fachowo euhemeryzacją, nie pojawiała się tak często, bym nie miał prawa uważać się za nowatora. Dopiero w późnych latach osiemdziesiątych zaczęło pojawiać się więcej takich rzeczy. Były całe antologie poświęcone fantasy bajecznej. W mojej późniejszej twórczości element euhemeryzacyjny lekko ustąpił czemuś, co lubi się nazywać postmodernizmem – odniesieniom historycznym czy parahistorycznym, względnie moralitetowi opartemu na erudycyjnych wtrętach, cytatach i grach językowych. To jednak tylko jeden poziom pisarstwa. A drugi twardo trzyma się gruntu heroic fantasy.

AB: No to pomówmy o heroic fantasy. Czy uważa Pan motyw konfliktu zielonej, dobrej Północy i pustynnego, złego Południa za klasyczny element tego typu powieści?

AS: Moja Północ wcale nie jest taka dobra – to raczej parodia Tolkiena. Wcale nie śliczna, idylliczna, sielska Arkadia, na którą napada złowrogie i agresywne Południe, kraina pustynna, zła, wroga i wychowująca okrutnych ludzi. W moich książkach jest wiele sygnałów zaprzeczających tak jednoznacznemu podziałowi i rozpisaniu ról. Może właśnie dlatego, że pasjonuje mnie historia. I widzę na południu Rzym, a na północy Brytanię. Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o strony świata, w fantasy „kanonicznym” utrzymał się raczej schemat tolkienowski: dobro na Zachodzie, zło na Wschodzie. Tak więc moje „złe” Południe należy uznać za, ha, ha, oryginalne.

Gdy zacząłem pisać fantasy, istniała już ontologia „magicznych królestw”, fantastycznych światów: powstała u Tolkiena, rozwijała się u innych autorów, została nieźle rozpracowana w komputerowych grach role-playing. Powstał kanon, klasyka. Jeśli elfy są zwiewne, mają po pół metra albo mniej i skrzydełka, to jest Edmund Spenser, to Szekspir, absolutna klasyka mitologii i demonologii. A jeśli elfy nie są zwiewne i mają 1,80 m., a krasnoludy trochę mniej i topory, to jest fantasy tolkienowska i zmienić się tego nie da. Jeśli pisarz ma ochotę pisać fantasy o elfach i krasnoludach, musi trzymać się kanonu.

AB: Onomastyka w fantasy sugeruje jakiś świat. Tolkien często tworzył nazwy i imiona, wykorzystując anagramy, np. Anduril, miecz Aragorna, jest odpowiednikiem Durandala, miecza Rolanda. W jakim stopniu wykorzystuje Pan historyczne nazwy?

AS: Tolkien tworzył nazwy anagramicznie, ale jego imiona zwykle coś mówią o osobach czy miejscach. Pod tym względem – i tylko pod tym – nowy przekład Łozińskiego jest bliższy idei pisarza, trzyma się ducha onomastyki tolkienowskiej. Tłumaczy źródłosłów nazwy, która mówi coś o swym właścicielu. Podobne cechy ma przekład czeski: gadatliwy Bilbo Baggins to Bilbo Pytlik.

AB: Ale takie ujęcie trochę odziera ten świat z uroku tajemniczości…

AS: Fakt, dość zestawić Rivendell z odpowiadającą mu w przekładzie czeskim „Roklinką”. Dzięki pierwszemu przekładowi Tolkiena utarło się, że fantasy to nazwy tajemnicze, romantyczne i dziwne aż do przesady. To również stało się klasyką i ja też od tego nie stronię. Wyznaję jednak zasadę onomastyki przemyślanej. Nazwy, choć tajemnicze i miłe uchu,
mają być sygnałami, muszą współgrać z akcją i fabułą. Z upodobaniem stosuję też nazwy, do których pasuje zapożyczone z heraldyki określenie armes parlantes, herby mówiące, naprowadzające czytelnika na jakiś ślad – czasem wiodący do erudycyjnej i językowej zabawy, czasem do materii legendarnej lub klasyki literackiej.

AB: Pańscy bohaterowie noszą różne imiona ze względu na swą pozycję społeczną. Dlaczego?

AS: Też ślad tolkienowski, gdzie hobbity to prefiguracje anglosaskich wiejskich roztropków, jednosylabowych Samów, Tomów, Jonów, Nobów i Hobów. Nie trzeba być profesorem Tolkienem, by zauważyć słowiańsko-germańską modę i obowiązującą normę imion-zbitek Bole-ław, Sławo-mir, Sieg-fried, Fried-rich. Każdy widzi też, że wśród warstw wyższych im imię bardziej wyszukane, tym dobitniej – zwłaszcza w zestawieniu z predykatem „de” – wyznacza rangę, status i pozycję. Gdy czytelnik czyta, że Armand de Bois-Tracy spotkał się z Nobem, nie pomyli się, który z nich jest wicehrabią, a który młynarzem.

AB: Stworzył więc Pan kompletny świat wraz z właściwymi mu stosunkami społecznymi, systemem politycznym…

AS: Pisząc pierwsze opowiadania, nie miałem ambicji tworzenia świata. Tym, co mnie zajmowało, był klasyczny – choć euhemeryzowany – motyw bajeczny, weń zaś losy bohatera, opowieść i morał. Później, gdy przyszedł czas na wielotomową powieść heroic fantasy, świat musiał powstać, bez takowego wszak heroic fantasy nie ma. Mylą się jednak ci, co sądzą, że wprzódy spędziłem 5 lat na rysowaniu map, spisywaniu zaklęć, opracowywaniu bestiariuszy i kreśleniu drzew genealogicznych dynastii panujących. U mnie „świat” miał być wyłącznie tłem dla poczynań bohaterów. A po części alegorią.

AB: Korzysta Pan z baśni, legend, ale istnieją przecież książki stricte historyczne. Widać u Pana solidną wiedzę historyczną. Zacytuję Panu fragment z „Jesieni Średniowiecza” Johanna Huizingi: dzisiaj romantyczna inscenizacja Pas d’armes wydaje się nam tak samo niesmaczna i zużyta, jak próżny i kłamliwy wydaje się wdzięk ślubów „na bażanta”, „pawia” czy „czaplę” […] Kronikarz [Froissart] opowiada, że istotnie widział panów angielskich, którzy jedno oko mieli zasłonięte opaską po to, by – wedle ślubu – patrzeć tylko jednym okiem dopóty, dopóki nie dokonają we Francji swych bohaterskich czynów. W V tomie sagi Pani jeziora też przysięga się „na czaplę”.

AS: Zdecydowanie. Huizinga stoi o tam, na półce. Korzystałem też z tych samych źródeł, przede wszystkim z kronik Froissarta, świetnego źródła przy pisaniu o rycerzach i rycerstwie. Błędny rycerz, przy tym lekko stuknięty, to nader charakterystyczny stereotyp fantasy. Jednak literaccy rycerze to jedna sprawa, a prawda historyczna – druga. Była to wszak kasta ludzi, których głównym zajęciem było zabijanie. Z tego samego pnia wywodzą się Kmicice Sienkiewicza, którzy też parali się określonym procederem, i muszkieterowie Dumasa, którzy byli wszak formacją wojskową. Rycerskość pasuje do literatury: tam muszą być szlachetni chevaliers, którzy pojadą po brylantowe spinki. Królowi Francji muszkieterowie absolutnie nie służyli do jeżdżenia po spinki, lecz do podboju okolicznych krajów i mordowania hugenotów, co ma zgoła niewiele wspólnego z rycerskością.

AB: A wiedźmin? Przecież on też, prawda, że mimowolnie, zostaje rycerzem.

AS: Wbrew sobie i przez przypadek, co było pisarskim modus operandi, mającym czytelnika rozbawić, bo z wcześniejszych tekstów czytelnik wie, że predykat „de” („z Rivii”) wiedźmin dodał sobie samowolnie i wyłącznie w celach marketingowych. Nawet ceremonia pasowania wiedźmina to swego rodzaju parodia – królowa nie ma przednich zębów, które jej właśnie wybito. Napuszona formuła i ceremoniał mocno kontrastują z przypadkowością tego zajścia.

AB: Ale pasowania na polu bitwy, za zasługi, zdarzały się w historii.

AS: Rzecz jasna, dlatego i u mnie tak się dzieje. Nie twierdzę, że nie było rycerzy prawdziwie szlachetnych, szanujących jakiś kodeks i jego przykazania typu „ust kłamstwem nie kalaj, broń dziecka i niewiasty, powalonego nie dobijaj”. Twierdzę jednak, że cała wielka i prześwietna tradycja rycerska to wymysł poetów na użytek literatury.
Norma „rycerskości” była od tej tradycji krańcowo różna. Nawet u tych, którzy powinni być krynicą wartości rycerskich, i takimi byli okrzyknięci, choćby przez Bernarda z Clairvaux. Mówię o templariuszach, Milicji Bożej. Prędko się okazało, co to za milicja. Pominąwszy podstawy prawne ich procesów, jedno jest pewne, że Milicja Boża po tym, jak przestała się zajmować ludobójstwem w Ziemi Świętej, zajęła się robieniem pieniędzy. Zakon krzyżacki też mile się w naszej historii zapisał, a przecież pół Europy do Krzyżaków ściągało, połowa królów i książąt odbywała u nich rycerską praktykę w grabieży oraz mordowaniu Żmudzinów, Litwinów i Polaków.

AB: Wybitny polski historyk, znakomity mediewista Stanisław Smolka napisał kiedyś, że rzeczą historyka jest pozbierać fakty, ale dopiero fantazja te dane przetopi i z nich uformuje obraz przeszłości. Proszę to skomentować w odniesieniu do powieści fantasy. Jest to dla nas szczególnie istotne, gdyż „Mówią wieki” to również pismo kształtujące wyobraźnię historyczną.

AS: Trudno nie przyznać Smolce racji. Pisząc fantasy mogę sobie pozwolić na dezynwolturę wobec faktów historycznych. Nie piszę podręczników historii, nawet fantastycznej, legendarnej, czy mitologii. Muszę dbać o spójność i atrakcyjność intrygi, fabuły, akcji. Reszta to są drobiazgi, parafernalia, sztafaż, który równie dobrze mogę wykonfabulować, np. każąc rycerzom przysięgać na dzika, szynkę czy białą kiełbasę. Ale równie dobrze mogę przysięgą „na czaplę” i opaską na oku wykonać ukłon w stronę prawdy historycznej, w stronę Froissarta, Huizingi i „Królów przeklętych” Druona. Trzymam się tego szczegółu, bo uważam, że jest nie tylko fabularnie zabawny, ale i daje ważny sygnał: choćby był to świat fantasy, magiczne królestwo, „Never Never Land”, to i tak zajdą w nim procesy historyczne, powstaną formacje społeczno-polityczne, wytworzy się nawet podobny zwyczaj. Dlatego, że u ich podłoża tkwi zawsze to samo – psychika ludzka. Z jednym wyjątkiem – w fantasy nie ma chrześcijaństwa. I tu właśnie zawsze ucinam dyskusję na temat podobieństw historycznych, a zwłaszcza średniowiecznych. Nie można położyć znaku równości między krainą fantastyczną, w której Boga nie ma, a światem, w którym jest tylko Bóg, bo przecież historia świata to historia chrześcijaństwa. Gdyby nie chrześcijaństwo, świat na wyglądałby dziś tak, jak wygląda. Pomijając to, jak wygląda.

AB: Ale przecież sugeruje Pan obecność bogów, choć bardzo delikatnie.

AS: W ogóle ich nie ma. Są kapłani, ale to nie oznacza obecności Boga. Jest natomiast nietolerancja, nienawiść do wszystkiego, co jest odmienne lub odważa się być odmienne. Jest zwyczajna zawiść, walka o pieniądze i wpływy. Jeżeli czarodziejki leczą lepiej niż kapłani, to kapłani tracą dochody. Dziwić się, że wyklinają magię i nawołują do palenia na stosie?

AB: Jest np. scena z rycerzem krzyżackim odbywającym krucjatę w Prusach, który w wymowny sposób komentuje spotkanie z Ciri (bohaterka cyklu wiedźmińskiego, słynne Dziecko-Niespodzianka – Red.).

AS: Istnieje w fantasy rozbudowany nurt, opisujący Inkwizycję, która prócz heretyków i innowierców ostro prześladuje elfy i inne bajeczne stwory. Dlatego elfów już nie ma, bo wszystkie eksterminowano. Faktem jest, że autorzy często nie umieją ustrzec się stereotypu, ogranego banału – cięgiem pokazują nawiedzonych i zaślepionych księży, inkwizytorów, Torquemadów gotowych tylko palić i torturować. To typowe dla Anglosasów, wśród których do dziś pokutuje straszny obraz inkwizytora i inkwizycji: efekt czarnej propagandy prowadzonej przeciw Hiszpanom przez Francisa Walsinghama, ministra Elżbiety I. Podczas wojny 1920 roku, kiedy Piłsudski szedł na Kijów, bolszewicy rozdawali na Ukrainie i Białorusi ulotki przedstawiające polskiego pana z niemowlęciem nabitym na szablę i ogryzanym jak kurczak. Ale pisząc o Inkwizycji jakoś nikt nie wspomni ciekawego faktu historycznego: w zwykłych więzieniach miejskich panowały tak straszliwe warunki, że byli tacy, którzy przy strażniku krzyczeli „Nie wierzę w Niepokalane Poczęcie!” albo „Niech diabli porwą Matkę Boską!”, dzięki czemu przenoszono ich do czystego i przestronnego więzienia Inkwizycji. A na procesie mieli nawet adwokata.

AB: Słychać tutaj słowa Julesa Micheleta, autora Czarownicy…

AS: Stoi tutaj, o, na tej półce, też z niego wielokrotnie korzystałem. I będę korzystał jeszcze częściej, bo właśnie piszę o tematach Micheletowi bliskich. Michelet też demonizuje pewne sprawy, ale opisany przez niego proces preparowania czarownicy – jakaż to wnikliwa analiza stosunków społecznych i politycznych średniowiecza. Pisarze fantasy są bliżsi koncepcji Margaret Murray, która głosi, że żadnych czarownic nie było, a prześladowano i palono kapłanki kultów wcześniejszych niż chrześcijaństwo, sprowadzone do roli strasznych wiedźm. Chodziło mi o pokazanie, jak pewne procesy społeczne mogą się nagle odmienić. Że nagle – tu oskarżano mnie nawet o feminizm – zbiera się loża złożona z samych kobiet, która rządzi światem. Taka babska masoneria. Krótko mówiąc, korporacja ponadpaństwowa.

AB: Taki „nadrząd”, złożony z szarych eminencji, który ma własne ambicje, wykazuje pewne podobieństwo do rady czarodziejów u Tolkiena…

AS: Tolkien nie posunął się tak daleko, żeby w takiej radzie posadzić czarodzieja z Mordoru. Mordor był zawsze demoniczny. Wynika to z faktu, że Tolkien jest na wskroś chrześcijański. Zło u Tolkiena to zbuntowany Szatan, od momentu rokoszu przeciw Stwórcy zawsze w opozycji. Zło, które niczego nie tworzy, a pała tylko żądzą niszczenia i psucia dzieła bożego. U Tolkiena Melkor i Sauron z Mordoru nie stworzyli wszak orków i trolli, oni tylko zepsuli dzieła Stwórcy – elfy i entów. Czy z Sauronem, czy z Mordorem można usiąść do rokowań? Czy możliwe są jakiekolwiek układy, porozumienia? Nie, tu w grę wchodzą wyłącznie śmiertelne zapasy, Armageddon, Apokalipsa, Götterdammerung. Mój Nilfgaard jest inny. Nie jest demonem, lecz państwem jak każde inne. To jest Rzym. Rzym nie pała nienawiścią do Germanów, Celtów czy Daków dlatego, że wierzą w innych bogów, że są Dakami. Rzym chce ich podbić, bo Rzymowi potrzebni są niewolnicy, cyna, miedź, skóry, wosk, konie. Nie ma demonizmu. Jest polityka i biznes.

AB: Czy ten „nadrząd” nie miał jakichś korzeni w historii świata?

AS: Nie wyznaję spiskowej teorii dziejów. Co innego, jeśli chodzi o materię legendarną. Przecież każde społeczeństwo i każda kultura miały tendencję do wynajdywania jakiegoś demonicznego Starca z Gór, który gdzieś siedzi i trzęsie światem. Byli assasyni, iluminaci bawarscy, masoni, różokrzyżowcy i inni. Do tych legendarnych korzeni nawiązałem nie bez skrytej drwiny. Czarodziejki z Loży dzisiaj rządzą światem, ustalają, kto wygra bitwę, i którędy, po linii której Odry i Nysy pobiegną granice po traktacie pokojowym. Jutro zaś same będą palone na stosie. Ale przecież nie za nadużycia. Jak w wypadku templariuszy, pretekstem będzie czarna magia, prawdziwym powodem – inność, motorem – żądza władzy i biznes. Historyczna alegoria z moralną puentą.

AB: Bawi się Pan nie tylko historią, ale też historykami. Pojawia się na przykład postać Le Goffa , który jest szambelanem na dworze Marii Henrietty i pachnie i wygląda, jak cukiernik…

AS: To czysty zbieg okoliczności. Nie ma w tym żadnej drwiny z historii i historyka. Kpię sobie raczej z proceduralnego i dworskiego obyczaju trącącego często błazenadą, co też jest bezpośrednim odniesieniem do średniowiecza i co zostało do dzisiaj w obowiązującym – acz często błazeńskim – protokole dyplomatycznym. Jak i do kogo wolno się zwrócić, według jakiego klucza ma się siedzieć na przyjęciu – temu podobne do cna przeżyte i pozbawione sensu głupstewka. Tym się bawiłem, a że szambelana od protokołu nazwałem Le Goffem, to czysty przypadek onomastyczny.

AB: Marc Bloch napisał kiedyś w Pochwale historii, że wszyscy czytelnicy Dumasa są historykami in spe. Kim in spe są czytelnicy Sapkowskiego?

AS: Nie mam pojęcia. Mówiłem już, że jestem daleki jestem od dydaktyzmu. Dodam, że nigdy nie piszę pod czytelnika. Piszę dla siebie i wedle swoich gustów. Jeżeli to ma być śmieszne, to żart musi mnie śmieszyć. Jeżeli to ma być wzruszające, to musi mnie wzruszyć. Jeżeli to ma skłonić do refleksji, to także mnie. A ponieważ uważam się za everymana czy jedermanna, zakładam, że rzecz rozśmieszy, wzruszy lub skłoni do refleksji również pozostałych. Niekiedy tak jest, a niekiedy nie, i wtedy trochę szkoda. Zawsze chciałbym funkcjonować na wspólnej erudycyjnej płaszczyźnie z czytelnikami, ale o to ciężko w dzisiejszych czasach, bo ludzie książek nie czytają. A po to piszę, żeby czytali. Być może kogoś skłoni to do przeczytania czegoś więcej. Niekoniecznie z historii, bo ja się za historyka nie mam, przynajmniej za takiego, co pamięta dokładnie, iluż to synów miał Władysław Herman, kiedy i z jakich żon się narodzili.

AB: Na koniec może parę słów o planach pisarskich.

AS: Piszę właśnie książkę historyczną z elementami fantastyki. Jest taki subgatunek literatury fantasy, nazywany fantasy historyczną. Nie należy tego mylić z tzw. historią alternatywną, czyli „co by było, gdyby”, np. Wielka Armada podbiła Anglię. Fantasy historyczna oznacza tło całkowicie historyczne, w każdym szczególe. Ale zostaje cała reszta, która rządzi fabułą, wszystkie kojarzące się z fantasy elementy i ewenementy, w tym i magia. We wspomnianej książce nikogo nie powinien zdziwić ani smok, ani elf, ani jednorożec, nie wspominając już o czarodziejach i czarownicach.

AB: Jaki to będzie okres historyczny?

AS: Lata 1425 do 1430, od momentu, gdy czescy husyci rozpoczęli eksport rewolucji na sąsiednie kraje, podejmując tzw. spanile jízdy – „wspaniałe jazdy” czy „wspaniałe rejzy” – m.in. na Śląsk. Do roku 1430, czyli do napadu polskich rycerzy o husyckich, a raczej bandyckich, przekonaniach na klasztor jasnogórski. Oczywiście jest to tylko tło historyczne. Książka nie pretenduje, broń Boże, do rangi jakiegoś podręcznika historii tego okresu, chociaż jest to okres ciekawy, a mało znany. A że z Czechami los mnie złączył na dobre i na złe – bo wydaje się w Czechach moje książki – zainteresowała mnie czeska historia, a w niej okres husycki. Przeprowadziłem dla potrzeb książki dość solidny research i nieskromnie mam się za znawcę. W moim wydaniu Długosza, dla przykładu, mógłbym poprawić lub uzupełnić sporo przypisów, robionych przez współczesnych polskich historyków a dotyczących osób z okresem husyckim związanych. A w „Mówią wieki”, dla przykładu, był artykuł o Jędrzeju Balickim herbu Topór, który według autora poległ pod Vitkowem. Wydaje mi się, że autor artykułu nie ma racji, według moich źródeł Balicki zginął pod Wyszehradem.

AB: W „Gazecie Wyborczej” napisano ostatnio, że świat wiedźmina jest odwzorowaniem Trzeciej Rzeczypospolitej…

AS: Nie wiem, kto wymyślił taką bzdurę. Ale mam w tym względzie doświadczenia. Napisałem kiedyś opowiadanie o polowaniu na smoka, w którym chodziło, jak zwykle u mnie, o pewne słabości natury ludzkiej, o postawy, o ideały i o walkę o nie. Na pewnym spotkaniu autorskim czytelnik zabiera głos. Panie pisarzu – rzecze – ja wiem doskonale o co panu chodziło, pan to tak jasno napisał, że nie można się pomylić: smok to jest Rzeczpospolita, którą to całe tałatajstwo, ci wszyscy władycy, bandyci, kapłani, wiedźmini i reszta idzie rozdrapać, rozgrabić, rozedrzeć na sztuki. A kto tym wszystkim kieruje? Wałęsa! Przecież ten dureń, ten szewc, cham, którego pan tak niedwuznacznie opisał to jest Wałęsa. My pańskie aluzje zrozumieliśmy. Muszę powiedzieć, że mnie zatkało, że zamarłem z otwartymi usty i przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa. Potem wygłosiłem stosowne dementi, albowiem ani karykaturą nie zwykłem się parać, ani powieści z kluczem nie uprawiam. A potem… zadumałem się głęboko.

AB: Dziękujemy za rozmowę.