Małgorzata Sucharska z Andrzejem Sapkowskim, Świat Książki.

MS: Czy określenie „pop-kultura” jest uwłaczające dla Pańskiej twórczości? Fantasy w ogóle?

AS: O tym, czy jakiekolwiek określenie jest uwłaczające, przesądza li tylko intencja tego, kto określa. Także fantasy – a co do tego, że piszę fantasy wątpliwości być wszak nie może najmniejszych – można nazywać albo „fantasy” albo „jakąś fantasy” – ze znaczącym i wiele mówiącym skrzywieniem ust.

MS: Dlaczego wybrał Pan fantasy? Czy akurat ten gatunek może powiedzieć coś istotnego o współczesnym człowieku?

AS: Mon Dieu, żebyż Pani wiedziała, ileż to razy ja już musiałem wyjaśniać, dlaczego zamiast pisać o współczesnym człowieku i otaczającej rzeczywistości, piszę o czarach i elfach. Jakżeż dobrze rozumiem Teofila Ociepkę, którego co i rusz wzywano do KC i nakłaniano, by zamiast fantastycznych stworów malował realne zdobycze socjalizmu. Pozwoli Pani zatem, że w długie i wyczerpujące dywagacje wdawał się nie będę i na pytanie, „co fantasy może” odpowiem krótko: może dużo. Tyle, co i inne gatunki literatury, ani więcej, ani mniej. Albowiem nie ma żadnej, absolutnie żadnej różnicy między fantastyką opowieści o Annie Kareninie a fantastyką opowieści o hobbicie Bilbo Bagginsie. Autorem tego cytatu nie jestem, wbrew pozorom, ja, jest nim Jonathan Carroll, ja tylko sparafrazowałem ździebko. I dodam, parafrazując dalej, że fantastyka opowieści o wiedźminie mieści się w definicji.

MS: Dlaczego tak bardzo odżegnuje się Pan od postmodernizmu, miałby Pan łatwiejsze życie u krytyki, awansowałby Pan w rankingach „ważności” dla literatury. Nie zależy Panu?

AS: Miałbym zatem – jeśli dobrze zrozumiałem – ustroić się w cudze piórka, udawać kogoś, kim nie jestem, czy też, jeśli kto woli, uzurpować sobie dystynkcje, które mi się nie należą? I wszystko to dla jakichś pozornych, niepewnych a w najlepszym razie mizernych i nader ulotnych beneficji, dla czyjejś jeżdżącej na pstrym koniu łaski? O Vonnegucie i Ballardzie, pisarzach wywodzących się wszak z fantastyki, mawia się, że odjechali z SF z piskiem opon gdy tylko zarobili na benzynę. Nie chciałbym, by o mnie tak mawiano. Gatunku, który uprawiam, wcale nie uważam za odskocznię, za antyszambr, w którym muszę odsiedzieć, by wreszcie raczono mnie wpuścić na jasne salony mainstreamu. W epolety postmodernisty pewne osoby próbowały stroić mnie – ha, ha – z życzliwości, w mniemaniu, że fiszka „pisarza fantasty” to hańbiące klejmo, którego trzeba się wstydzić, które trzeba co rychlej zetrzeć – lub zamalować innym, jakimś lepiej brzmiącym i kojarzącym się. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam nic przeciw postmodernizmowi ani postmodernistom. Wcale się też nie odżegnuję, to za dużo powiedziane. Uważam po prostu, że, primo, jestem autorem fantasy i inne zaszeregowania są niepotrzebne zgoła, secundo – szeregowanie autorów powinno odbywać się post mortem. I oczywiście sine ira et studio.

MS: Twarda science fiction to domena nauki, fantasy – parapsychologii, tak się przynajmniej potocznie sądzi. Czy dlatego łatwiej o zaakceptowanie przez tzw. literaturę wysoką s-f niż fantastyki?

AS: Kompletnie nie rozumiem, co może fantasy mieć wspólnego z parapsychologią, jest to, wybaczy Pani, piramidalna bzdura. Jeśli zaś tak zwana „kultura wysoka” ma trudności z zaakceptowaniem Tolkiena, Ursuli Le Guin, C.S. Lewisa, T.H. White’a, Mervyna Peake, Jonathana Carrolla, Rogera Zelaznego, Gene Wolfa i Orsona Scotta Carda, to brak akceptacji nie jest znowu aż tak wielkim nieszczęściem – jest się w całkiem dobrym towarzystwie.

MS: Artur Sandauer powiedział kiedyś, że krytyk jest jak impotent, wie jak, ale sam nie potrafi. Czy nierzetelną krytykę powinno się traktować jako wyraz zawiści? Czegoś innego?

AS: Nierzetelną krytykę traktuję jako dowód braku profesjonalizmu. I braku elementarnych kwalifikacji koniecznych do tej pracy. Wymienione przywary, z przykrością to stwierdzam, są obecnie wśród krytyków przeraźliwie wręcz częste, ba, krytycy wręcz chwalą się tymi przywarami, demonstrują je, obnoszą się z nimi. Może uważając je za zalety?

MS: Jak ważna jest dla Pana publiczność literacka? Czy byłby Pan w stanie pisać mając świadomość, że nie jest czytany?

AS: O tym, czy jest czytany, czy nie, pisarz dowiaduje się ex post, gdy już skończy dzieło i rzuci je w paszczę wydawcy i szpony wolnego rynku. Bywają, rzecz jasna, hity czytelnicze, niewypały czytelnicze i nijakości czytelnicze – rynek książki łatwo jest przedstawić graficznie za pomocą tak zwanej krzywej Gaussa. Każdy pisarz chciałby – choć Nijacy wielkim głosem będą krzyczeć, że to nieprawda – odnotować hit. Jeśli nie odnotowuje, winien wyciągnąć wnioski. Trzeba się uczyć, przeminął wiek złoty. Wiek, w którym pisarz, państwowy wydawca i krytyk szampańsko bawili się we trójkę, czytelnika nie tylko nie racząc brać pod uwagę, ale nawet zauważać.

MS: Różne określenia pojawiają się w tekstach poświęconych Pańskiej twórczości – bufon, outsider… Ale w końcu sam Pan się do tego przyczynia, „tymi ręcami”. Prowokacja czy dobrze pojęta ochrona własnych dóbr osobistych przed intruzami? Coś innego?

AS: Coś innego. Choć wina i tak leży po mojej stronie. Traktowany arogancko przez mającego się za Bóg wie kogo, a faktycznie będącego niedouczonym błaznem dziennikarza, nie daję się zahukać ani zdominować, nie spuszczam nisko głowy i nie przyjmuję z pokorą bezczelności i arogancji, o nie, wprost przeciwnie, rewanżuję się, daję takiemu poznać, jak arogancja smakuje. Jak się rzekło: moja wina. Należy wszak nadstawiać drugi policzek, udawać, gdy plują, że to deszcz pada. Nie umiem. Sorry. Mea culpa, mea maxima culpa.

MS: Czy jest Pan perfekcjonistą? W życiu czy w pisaniu? W jednym i drugim?

AS: W pracy staram się być, ale cóż, nobody’s perfect. Do mojego zaś życia, excusez moi, nic nikomu.

MS: Czy wróci Pan kiedyś do tłumaczenia? Czyje tłumaczenia literatury fantasy uważa Pan za najlepsze (ja jestem od lat zachwycona „Światem Dysku” w wersji translatorskiej Piotra Cholewy)?

AS: Nie planuję i nie przewiduję, ale i nie wykluczam. Sztukę translatorską mam za Sztukę przez duże S. Jeśli chodzi o literaturę fantasy, to niezwykle mało znam przekładów, czytywałem głównie oryginały. Nie umniejszając roli innych tłumaczy, szybko wymieniłbym Paulinę Braiter-Ziemkiewicz, Piotra Cholewę i Lecha Jęczmyka. W dawnych czasach, gdy do oryginałów dostępu nie było jak mieć, czytywałem fantastykę w świetnych przekładach Jęczmyka właśnie, w pilotowanej przez niego kultowej serii „Kroki w nieznane”.

MS: Przy czytaniu Pańskich powieści wielką przyjemność sprawia mi tropienie różnych „smaczków” literackich i nie tylko (np. cudowne definicje a la ksiądz Chmielowski). Widać po nich, że oprócz pisania, autor powinien także czytać, a Pan czytuje dużo. Czego Pan szuka w literaturze?

AS: Jeśli powiem, że szukam wszystkiego, co tylko można znaleźć, będzie to potraktowane jak żart? To nie był żart.

MS: Psychologia mówi, że mężczyźni po 40 przechodzą kryzys, próbują zmienić coś w swoim życiu z lepszym bądź gorszym skutkiem. Może udział w konkursie Fantastyki był taką właściwie ulokowaną nadwyżką energetyczną?

AS: Opowiadanie na ogłoszony przez „Fantastykę” konkurs napisałem i wysłałem – mając, nota bene, lat trzydzieści i siedem, pod wpływem niewytłumaczalnego impulsu. Dociekanie przyczyn, tłumaczenie zjawiska i gdybanie zostawiam psychologom, parapsychologom, freudystom, postmodernistom, krytykom, geriatrom i komu tylko ochota przyjdzie. Mnie nie przychodzi.

MS: W jaki sposób spożytkował Pan tamtą nagrodę (dziś 10 tys. to brzmi nieźle)?

AS: Podówczas, jak pamiętam, też brzmiało w miarę nieźle. Coś tak koło jednej miesięcznej pensji, jeśli pamięć mnie nie zawodzi. Bo co do tego, jak spożytkowałem, zawodzi, niestety.

MS: Co jest impulsem dla Pańskich pomysłów literackich? Najpierw pojawia się bohater? Jego protagoniści? Jakieś wydarzenie? Fraza językowa? Widzi Pan swoich bohaterów od razu w jakimś kontekście, również językowym?

AS: All of the above, none of the above. Reguły nie ma.

MS: Czy świat z pięcioksięgu o wiedźminie to ucieczka przed dojmującą rzeczywistością? Tam również dzieją się paskudne rzeczy, ale ogólny wydźwięk jest jednak optymistyczny – możliwa jest przyjaźń, miłość zwycięża, świat tak czy inaczej przetrwa. Może po prostu fantasy niesie ocalenie takich wartości jak solidarność, współczucie, wierność sobie i innym?

AS: Pytanie o ucieczkę to, proszę wybaczyć, kolejny ograny standard i banał, od którego flaki nie przewracają mi się li tylko dlatego, że się uodporniły, nabrały immunitetu. Odpowiem więc krótko: nie, to nie jest żadna ucieczka. Życie wcale mnie nie przeraża, radzę sobie z nim jeśli nie świetnie, to znośnie, ciosy znoszę z godnością, radościami się cieszę, smutkami smucę i mało co jest mi równie obce i dalekie, jak skłonności do eskapizmu. A co do reszty pytania – owych wartości w fantasy – ma Pani absolutną rację. Nic dodać, nic ująć.

MS: Czy – a jeśli tak to z jakich powodów – Geralt przypomina Filipa Marlowe’a?

AS: A z jakichże, jeśli nie z młodzieńczej fascynacji Chandlerem? Z czegóż, jeśli nie z archetypu błędnego rycerza, Percivala, z którego Marlowe – tak, tak – się wywodzi? Graala może szukać każdy. Wszędzie. Na różne sposoby. A poszukiwanie trwa.

MS: Czy powieść z nowego cyklu, nad którą Pan teraz pracuje, świadomie przypomina „Baudolino” Umberto Eco (średniowiecze, podobny sposób traktowania historii, bohater w wirze ważnych wydarzeń, zabawy językowe)?

AS: Moja nowa powieść za nic w świecie nie może przypominać „Baudolino”, chyba, że przypadkiem, moją powieść zacząłem bowiem pisać na długo przed tym, nim Eco wydał swoją. To, co piszę, należy do subgatunku fantasy historycznej, uprawianej przykładowo przez takich fantastów jak Judith Tarr czy Guy Gavriel Kay. Jeśli miałbym zaś przywołać jakiś „ślad”, jakąś ciążącą na powieści lekturową fascynację z tak zwanego głównego nurtu, powiedziałbym: Eco owszem, ale bardziej Mika Waltari.

MS: Mówił Pan o potrzebie stylizacji (mądrej!) języka w fantasy. Czy w Pana przypadku styl pierwszych opowiadań „narzucił się” sam czy jest efektem przemyśleń i pracy? Mówi Pan podobnie jak pisze – stylizując, archaizując, parafrazując itp. Co było najpierw – takie mówienie czy pisanie?

AS: Stylizacja języka w powieści – i jej język w ogóle – to efekt długotrwałej i żmudnej pracy, licznych korekt, przeróbek, dopieszczeń i cyzelowań. Żywa mowa rzadko mu dorówna, no, chyba że mamy do czynienia z wyjątkowym krasomówcą. Ja nie mam się za krasomówcę.

MS: Czy jako autor słowa „wiedźmin” czuje się Pan Wielkim Językoznawcą? (Word jednak podkreśla słowo jako błędne)

AS: Po pierwsze, cokół Wielkiego Językoznawcy jest już w historii obsadzony, nie ośmielę się pretendować. Po drugie, Word, przy całym szacunku, za autorytet i filar kultury językowej uważany być nie może bynajmniej – słowo „hobbit” też jest w Wordzie podkreślane jako błąd – a figuruje, dla przykładu, w Collinsie i u Kopalińskiego. Nie wiem, od jak dawna słowo „hobbit” jest w obu tych słownikach, ale wiem, od jak dawna istnieje – od sześćdziesięciu sześciu lat mianowicie, tyle lat ma hobbit. Liczący sobie zaledwie szesnaście wiosen „wiedźmin” ma więc jeszcze czas.

MS: Czy zostawił Pan Geralta na zawsze? A może jednak przydałby się jakiś przewodnik po jego świecie, atlas, encyklopedia?

AS: Jest taki żart o rzeźbiarzu, którego pytano, jaką techniką tak ładnie wyrzeźbił Afrodytę. „Wziąłem dłuto”, odrzekł artysta, „i odkułem z bryły marmuru wszystko, co Afrodytą nie było”. W moim przypadku było podobnie – opowieść została zamknięta, dobiegła końca, nie mam już absolutnie nic więcej do dodania. To samo dotyczy świata, bo jest to, jak łatwo zauważyć, świat opowieści, wobec opowieści służebny i w zasadzie poza opowieścią żadnej racji egzystencji nie mający. By podkreślić i uwypuklić służebność wydumanego przez mnie „krajobrazu” i ontologii mojego „świata” wobec fabuły, złamałem obowiązujący w fantasy kanon, każący wklejać do książek mapy i plany sytuacyjne, a niekiedy dodawać aneksy i indeksy. Nie zrobiłem tego. Celowo. Miałbym robić teraz?

MS: Czy nie uważa Pan, że stworzył własną mitologię i za jakiś czas pojawi się fantasy, w której punktem odniesienia będzie Geralt, jak np. król Artur czy – na gruncie literackim – Mordor?

AS: Na takie pytanie odpowiedzieć może jedynie czas.

MS: Na zakończenie pytanie z „innej bajki”. Mówił Pan, że przekonał się do Internetu, mimo początkowych oporów wewnętrznych. Czy na co dzień korzysta Pan z jego możliwości? W jaki sposób? Raczej jako narzędzie pracy czy rozrywki?

AS: Moje „opory” wobec Sieci były typowym puszczaniem oka i żartem felietonisty, w rzeczywistości Internet niemal natychmiast awansował w moich oczach do rangi Wielkiej Księgi Wszelkich Mądrości. Do tego dostępnej o każdej porze dnia i nocy, na jedno kliknięcie, w języku, w którym akurat mam ochotę czytać. Tego nie przewidział żaden z fantastów! Pracy bez Internetu zwyczajnie sobie nie wyobrażam. A rozrywka? Owszem. Jeśli korespondencję e-mailami potraktuje się jako rozrywkę.

MS: Dziękuję za rozmowę.