Barbara Mitkowska z Andrzejem Sapkowskim, SuperExpress 2001.11.02

BM: Trudno się z Panem umówić na wywiad. Dlaczego nie lubi Pan dziennikarzy?

AS: Nie lubię sposobu, w jaki ze mną rozmawiają, a raczej próbują rozmawiać. Dzwoni oto telefon, a ze słuchawki odzywa się głos słowiczy: „Panie pisarzu, proszę wypowiedzieć swoje poglądy na temat życia, miłości i religii. Ale bardzo proszę, w trzech zdaniach. I zaraz, bo naczelny nade mną stoi, ja muszę mieć to za 5 minut. ” Urocze, prawda? I jakie bezpretensjonalne.

BM: A jakich pytań Pan nie lubi?

AS: „Ile pan zarabia?”

BM: No właśnie. Mówią, że Sapkowski – poczytny polski pisarz, którego filmują, jak Sienkiewicza i Żeromskiego, ma tyle pieniędzy, że gra w kasynie.

AS: Owszem, dotarła już do mnie stugębna plotka, że jestem namiętnym hazardzistą i przepuszczam nieprawdopodobne pieniądze przy zielonym stoliku. Kto wymyślił tę bzdurę, doprawdy nie wiem.

Podejrzewam pewnego kolegę, który regularnie do mnie dzwonił, a ja rozmawiać z nim nie chciałem, istniały powody. Cóż, nakłoniłem żonę do grzechu kłamstwa, i ona kłamała jak z nut, że nie ma mnie, bo poszedłem grać w karty.

BM: Żona wciąż ta sama?

AS: Tak, ta sama. Chociaż druga.

BM: I wciąż mieszka Pan w zwykłym bloku i jeździ na Mazury na ryby?

AS: To prawda. Mieszkam w bloku i jeżdżę na ryby, ale nie na Mazury, tylko w Bory Tucholskie. Łowienie ryb pomaga mi odpocząć. To zresztą atawizm. Mężczyzna, który nie poluje i nie łowi ryb, to, moim zdaniem, mutant. Zatrute środowisko zabiło w nim męskość. Na miejscu kobiet poważnie bym się zastanawiał, czy wdawać się w cokolwiek z facetem, który nie poluje i nie łowi ryb.

BM: Wkrótce odbędzie się premiera „Wiedźmina” według Pana opowiadań. Dużo Pan weźmie od filmowców?

AS: Nic już od nich nie wezmę. Film kupił prawa ode mnie 10 lat temu za umówioną kwotę. Tej kwoty już dawno nie ma, poszła na komorne i różne niezbędne do życia drobiazgi jak ziemniaki i skarpetki, dla przykładu. I w błędzie jest ten, kto mniema, że w każdej kasie kinowej stać będzie wiaderko z napisem „Sapkowski”, do którego wrzucać się będzie złotówkę od każdego sprzedanego biletu.

BM: Reżyser nie zatrudnił Pana jako konsultanta?

AS: Nie i bardzo dobrze zrobił. Uważam, że nie należy wtrącać swych trzech groszy do dziedzin, w których nie jest się fachowcem. Filmy na podstawie prozy Stephena Kinga, w realizacji których pisarz aktywnie uczestniczył, nie wyszły, delikatnie mówiąc, najlepiej. I przeciwnie, całkiem udały się te, przy których filmowcy pracowali na bazie prozy Kinga, ale swobodnie, bez jego osobistych ingerencji. Ale może by już przestać mówić o filmie? Bo, szczerze powiedziawszy, zaczynam zazdrościć Sienkiewiczowi tego, że filmują go pośmiertnie. Nie musi odpowiadać na pytania, co myśli o Żebrowskim.

BM: Jak długo wymyślał Pan wiedźmina?

AS: Nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że najpierw wymyśliłem słowo, nazwę. Zastanawiało mnie, dlaczego w języku polskim nie ma męskiego odpowiednika wiedźmy, skoro w innych językach jest. Uznałem, że byłoby zabawnie móc zrównoważyć wiedźmę – wiedźminem.
W tym roku w grudniu minie 16 lat od momentu, gdy zdecydowałem się napisać i wysłać na konkurs ogłoszony przez „Fantastykę” opowiadanie o wiedźminie.

BM: I nikomu nieznany autor dostał za nie nagrodę. Wtedy postanowił Pan zostać pisarzem?

AS: Przez myśl mi nie przeszło. Tak było, w tym, co mówię, nie ma żadnej kokieterii.

BM: Co Pan wtedy robił?

AS: Pracowałem w handlu zagranicznym. Byłem specjalistą od futrzarstwa. Potem sprzedawałem tekstylia, a jeszcze potem firma padła, choć nie z mojego powodu. Byłem, mówiąc skromnie, dobrym handlowcem. Do momentu, gdy firma zbankrutowała.

BM: Dobry fachowiec ze znajomością języków znalazłby bez trudu nową pracę.

AS: Języki zna się wtedy, kiedy w środku nocy, będąc obudzonym telefonem w obcym języku zaczyna się rozmawiać i odpowiadać na pytania, zanim jeszcze skojarzy się, w jakim języku pytają. Ja to potrafię zrobić w czterech: rosyjskim, niemieckim, angielskim, włoskim. Teraz dochodzi czeski. Sam się nauczyłem. W kilku kolejnych językach potrafię powiedzieć dzień dobry, dogadać się z recepcją hotelu, przeczytać gazetę, sprawdzić rozkład jazdy pociągów.

BM: Ale do zawodu handlowca już Pan nie wrócił?

AS: Kiedy firma padła, miałem już na koncie ładnych kilka opowiadań, wydania książkowe, nazwisko, które niektórym coś mówiło. Prowadziłem rozmowy z wydawcą na temat pierwszego tomu sagi, a już myślałem o kolejnych czterech. Bankructwo mojej firmy pozbawiło mnie profesji handlowca, ale miałem już profesję pisarza. Zdecydowałem, zresztą z niemałym strachem i świadom powagi podejmowanej decyzji, że jednak poświęcę się pisaniu całkowicie.

Było to duże ryzyko, nie tylko dla mnie. Żona, która w tym czasie również zasiliła armię bezrobotnych, patrzyła na moje poczynania z lekkim niepokojem. Postanowiłem przekonać ją, że mój nowy zawód będę traktował poważnie – i tak narodził się mój styl pracy, który towarzyszy mi zresztą po dziś dzień. Codziennie rano siadam do pisania, w dzień powszedni, świątek, piątek, niedzielę, Boże Narodzenie i Sylwestra. Jak górnik na szychtę. Nawet na wakacje nie ruszam się bez laptopa.

BM: Kiedy czytelnicy mogą liczyć na nową powieść?

AS: Już ją napisałem. To powieść z gatunku fantasy, ale tym razem historyczna. Na początku jest coś w rodzaju chóru greckiego, który wprowadza czytelnika w to co było i co będzie. Potem jak w filmie akcji: krewniacy jednego z książąt śląskich przyłapują bohatera na chędożeniu żony owego księcia, a potem rozpoczyna się pościg.

BM: Za nowym wiedźminem Geraltem? Bo pewnie będzie to bohater na jego miarę?

AS: Pewnie nie. Raczej rzadko się udaje dwa razy wrzucić taki kamyk do stawu. Nie mam zresztą najmniejszego zamiaru stawać do jakiegoś szaleńczego wyścigu szczurów, tylko dlatego, by „przebić” swój własny sukces. Wystarczy, jeśli utrzymam poziom. A to mogę ze spokojnym sumieniem zagwarantować.