Marek Ludwicki z Andrzejem Sapkowskim

ML: Liam Neeson pytany o to, kim tak naprawdę są według niego rycerze Jedi – odpowiedział krótko: to rozjemcy. W przypadku wiedźmina sprawa nie wydaje się tak prosta (w końcu jego ofiarami są częściej ludzie – w zasadzie „bestie ludzkie” – niż potwory). Czy mógłby się Pan pokusić o próbę własnej definicji wiedźmina?

AS: A o cóż tu się kusić, skoro, że pozwolę sobie na parafrazę, wiedimin, jaki jest, każdy widzi? Postać – może nie zaszkodzi przypomnieć – zrodziła się jako bohater jednego-jedynego opowiadania, nie przewidywałem żadnych „dalszych ciągów” ani sequeli. Postać wiedźmina wynikała bezpośrednio z przyjętej koncepcji pisania fantasy, czyli z zabiegu zwanego euhemeryzacją, W euhemeryzowanej bajce wiedźmin miał być zupełnie nie bajkowym zawodowcem, profesjonałem, robiącym – za pieniądze – to, co w bajkach ze szlachetności robią szewczykowie, krawczykowie, królewicze, Percivalowie i błędni rycerze. Gdy jednak okazało się, że „dalszy ciąg nastąpi”, musiałem postać nieco skomplikować, przydać jej wyrazu, obdarować problemami, słowem, zrobić z wiedźmina coś w rodzaju postmodernistycznego „bohatera naszych czasów”. Wszystkie te zabiegi wypływały jednak z konieczności uatrakcyjniania fabuły i intrygi, nie z chęci ukucia dla postaci jakiejś mądrej definicji. W swej obecnej postaci wiedźmin jest tworem i dziecięciem opowieści – nie odwrotnie.

ML: Nie da się ukryć, że jednym z największych wyzwań tej ekranizacji było nakręcenie realistycznych scen walk (choreografią walk zajął się mistrz aikido- posiadający szósty dan – Jacek Wysocki). Czy natknął się Pan kiedyś na film, który odpowiadałby choć w części Pańskiej wizji scen walk pojawiających się na kartach „Miecza przeznaczenia” i „Ostatniego życzenia”?

AS: Zaprzeczał będę oskarżeniom o epigońskie naśladownictwa, ale i nie ukryję młodzieńczych (dawnych!) fascynacji. Zarówno „krzyżową, sztuką” Wołodyjowskiego i cyniczną, szpadą d’Artagnana, jak i Kurosawą, samurajami i kodeksem Bushido. Powtarzające się w moich tekstach opisy odbijania klingą strzał z kusz i łuków to impresja z filmu o samuraju Musashim, legendarnym i niedoścignionym mistrzu miecza.

ML: Powiedział Pan kiedyś, że „fantasy filmowe nie bronią się”, ale z drugiej strony chwalił Pan bardzo „Conana barbarzyńcę” Miliusa (w sumie nic dziwnego, w końcu Milius to przecież m.in. współscenarzysta „Czasu Apokalipsy”) Jakie filmy z gatunku fantasy, dla Pana jako widza, jednak „się bronią „?

AS: Przekleństwem filmowej fantasy są dwie rzeczy, w kolejności: brak zrozumienia istoty gatunku i tandeciarstwo. Dlatego tak na dobry początek „bronią się” tylko cztery filmy fantasy: „Conan Barbarzyńca” Johna Miliusa, „Excalibur” Johna Boormana, „Willow” Rona Howarda i „Ladyhawke” Richarda Donnera.

ML: Dla wielu ludzi książki fantasy cały czas pozostają czymś gorszym, niegodnym miana literatury. A przecież książki, tak samo jak filmy, albo są dobre, albo są niedobre. Skąd w takim razie ta niechęć do twórców parających się literacką fantasy (a naprawdę mamy się czym pochwalić, że wspomnę tylko o Feliksie W. Kresie)?

AS: Bardzo, ale to bardzo chciałoby się posłać owych „wielu” do diabła, wyjaśniwszy pierwej, gdzie mam ich „niechęć” i jak dalece nieładnych praktyk się z nią dopuszczam. Powstrzymam się jednak i odpowiem sine ira et studio. Niechętni gatunkowi fantasy irracjonalnie otóż mniemają, że opowieści o smokach, elfach i czarodziejach to bajki, a bajki – ipso facto – są wszak adresowane do niemądrych dzieci. Trzeba zatem być fantasy programowo niechętnym, bo kto jest chętny, ten jest niemądry, infantylny lub zdziecinniały. Inni z kolei mają fantasy za złe odwracanie się od „rzeczywistości” i „spraw ważnych” – zapominając, co kiedyś powiedział Jonathan Carroll – że nie ma innej literatury` jak fantastyczna, że – parafrazując – nie ma absolutnie żadnej różnicy pomiędzy fantastyką historii Anny Kareniny a fantastyką historii wiedźmina. Trzecia wreszcie grupa niechętnych – jakże ujmująca w swej prostocie – nie lubi fantasy za… jej popularność, bo wszak wszystko, co poczytne, to niedobre i miana literatury niegodne.

ML: Fabryka snów, co prawda, nie upomniała się jeszcze o Pana, ale sadzę, że to tylko kwestia czasu. Czy zastanawiał się Pan kiedyś, jak wyglądałaby Pana wymarzona ekranizacja przygód Geralta? Kogo widział by Pan w głównych rolach, kogo na stołku reżyserskim?

AS: Oczywiście może to być wyłącznie zabawa, nigdy w życiu nie głowiłem się nad czymś takim ani tym bardziej nie dopasowywałem postaci do aktora ani do jakiejkolwiek znanej twarzy, nawet podświadomie. Męczony kiedyś przez fanów zdecydowałem się na Kevina Costnera jako wiedźmina i Madeleine Stowe jako Yennefer. Ale wciąż, powtarzam, mam to za żart, jako że i „fabryka snów” snem jeno pozostaje

ML: W wielu wywiadach podkreślał Pan, że od dawna praktycznie nie chodzi Pan do kina. Dlaczego?

AS: Przez całe niemal dorosłe życie byłem w szponach nałogu nikotynowego, tak potężnego, że nie było mowy o wytrzymaniu seansu bez papierosa, zamieniłem więc kino na telewizor i przyzwyczaiłem się. Z nałogu się wyzwoliłem, przyzwyczajenie pozostało.

ML: Niezwykle rzadko zdarzają się ekranizacje utworów literackich pokrywające się z zamysłem pisarza. W jakim klimacie powinien być utrzymany „Wiedźmin” żeby choć w części spełnił Pana oczekiwania jako widza?

AS: Cóż, nic, tylko potwierdzić smutny fakt, że ekranizacje utworów literackich pokrywające się z zamysłem pisarza zdarzają się rzadko, równie rzadkie są ekranizacje równie dobre, jak literackie pierwowzory. Ale – chapeau bas przed filmowcami – zdarzają się, choć i jeszcze rzadziej, ekranizacje od adaptowanego pierwowzoru lepsze. Problem ten istnieje od momentu powstania kina i istniał będzie tak długo, jak kino, toteż i dywagować nad nim nie ma sensu.


Na podstawie materiałów dystrybutora
Pressbook opracował i wywiady przeprowadził Marek Ludwicki