Wojciech Orliński z Andrzejem Sapkowskim, Gazeta Wyborcza

WO: Siedemnaście lat temu wysłał Pan na konkurs „Fantastyki” opowiadanie, od którego zaczął się cykl o wiedźminie. Jak to się dzieje, że dżentelmen w średnim wieku, zajmujący odpowiedzialne stanowisko handlowca w poważnej firmie, nagle siada i pisze utwór o elfach i strzygach?

AS: Nie mam pojęcia. Nie jestem w stanie tego logicznie wyjaśnić. Był to raczej zbieg przyczyn. Przede wszystkim uważałem – i uważam – że jak debiutować, to tylko na konkursie. Nie ma sensu wysyłać znienacka grubej koperty z maszynopisem do czasopisma czy wydawnictwa. Nikt tego nie będzie czytać, a jeśli nawet – to tylko jedna osoba, i do tego pobieżnie. Co innego konkurs, tutaj jest wielu jurorów i więcej uwagi. Konkurs to instytucja, w którą z założenia wpisane jest szukanie nowych autorów, nowych twarzy – każda nowa twarz ma więc szanse. Pierwszym impulsem była zatem dla mnie sama informacja o ogłoszeniu konkursu. Pomyślałem też, że tematyka jest mi bliska, bo wprawdzie dotąd raczej nie pisywałem, ale w światowej fantastyce orientowałem się nieźle – miałem dostęp do obco- języcznych wydawnictw, nie ograniczałem się tylko do tego, co wyszło na polskim rynku. Wydawało mi się więc, że mam znakomity pomysł marketingowy na wygranie tego konkursu – a „pomysł” ten okazał się moim największym błędem.

WO: Jak to „błędem”? Przecież odniósł Pan jednak imponujący sukces!

AS: Rzecz w tym, że byłem wówczas przekonany, że polska fantastyka ugrzęzła w starych schematach wytyczonych jeszcze przez Lema. Żartowałem wtedy, że jest schemat „młodego Lema” – czyli „astronauci lecą do gwiazd, żeby zanieść tam wspaniały komunizm”, oraz „późnego Lema” – czyli „astronauci lecą do gwiazd i odkrywają tam paskudny komunizm”. Tak jak to jest odpowiednio w „Obłoku Magellana” i „Edenie”. Stąd zrodził się cały nurt tak zwanej fantastyki polityczno-socjologicznej, w której zielone ludziki siedzą w łagrach i nie dręczy ich wprawdzie NKWD, tylko coś o innej nazwie, ale aluzje są i tak oczywiste. Autorzy tej prozy pozowali na wielkich bojowników o wolność i demokrację, chodzili w glorii i rozpowiadali, jak to „ci głupcy w cenzurze na Mysiej” nie zrozumieli aluzji. Na Mysiej oczywiście rozumieli, ale fantastyka była dla nich zjawiskiem peryferyjnym, lekceważyli ją i puszczali wszystko. Wtedy objawieniem polskiej fantastyki był Marek Baraniecki, autor „Głowy Kassandry”…

WO: …w której w kraju zniszczonym przez trzecią wojnę światową główny bohater rozbraja ostatnie pozostałe głowice jądrowe…

AS: On wtedy właśnie się skarżył, że „Głowa Kassandry” nie została sfilmowana, bo nie mogli się zdecydować, czy na tych głowicach mają być czerwone gwiazdy, czy nie. Jak nie będą – to znaczy, że Rosjanie przegrali. Jak będą – to znaczy, że wygrali, ale stawia się ich w niezbyt miłym świetle. Ja tego typu doniesienia śledziłem raczej z rozbawieniem. Wydawało mi się, że polska fantastyka uwikłana z jednej strony w kolejne socjologiczne aluzje – z drugiej zaś uciekająca do opisów „przestrzeni wewnętrznej”, trącących dziwaczącym mistycyzmem, staje się dla czytelnika coraz bardziej niestrawna. Bo powiedzmy sobie szczerze: każdy czytelnik science fiction zaczynał swój kontakt z tą literaturą od kolorowej okładki, na której astronauta strzela z blastera do potwora o wyłupiastych oczach, czyli tak zwanego BEM-a („bug-eyed monster”), a za plecami astronauty tuli się wystraszona piękna astronautka.

WO: Ach, w skafandrze za ciasnym w piersiach o dwa numery!

AS: Tak jest! Potwory, blastery, macki, rakiety – od tego wszyscy zaczynali. Oczywiście, potem się z tego wyrasta, robi się żal tych biednych BEM-ów, więc czyta się już raczej – powiedzmy – Lema czy Zajdla. Ale tak postępuje elita, kolejne pokolenia młodych czytelników chcą jednak znowu blasterów i gwiezdnych wojen. I w pewnym momencie – to był właśnie mój pomysł marketingowy – może im się również zachcieć elfów, mieczów i smoków. Wiedziałem już wtedy, że to jest szalenie popularne na Zachodzie. Tam miał miejsce wybuch popularności Zelaznego, Moorcocka, ponowne odkrycie Tolkiena w USA…

WO: W Polsce zresztą też właśnie odkryto go na nowo – w 1981 roku Czytelnik wznowił tłumaczenie Marii Skibniewskiej, które cieszyło się ogromną popularnością.

AS: Co się wtedy objawiało tym, że było nie do dostania. Ja tego wydania nie mam do dzisiaj, a przez wiele lat bezskutecznie polowałem. Na popularność tego wydania, nawiasem mówiąc, wpływ miała moim zdaniem recenzja w „Tygodniku Powszechnym”, w której Tolkiena odczytano pod kątem politycznym. A że ukazała się już po przyjęciu nowej ustawy o cenzurze, była pocięta już zgodnie z jej zasadami. W stylu: „Gandalf, elfy, hobbici – ustawa taka a taka, paragraf taki a taki”, „Mordor, imperium zła – paragraf taki a taki”. „Pierścień Zguby” – jak wyżej. Wszyscy się rzucili szukać tego nowego Orwella. Bardzo jestem ciekaw, czy niektórzy nie czuli się trochę zaskoczeni!

WO: Ale ja ciągle nie rozumiem, gdzie był błąd w Pańskim założeniu. Wszystko to brzmi całkiem do rzeczy.

AS: Otóż ja nigdy nie byłem jakimś maniakiem literatury fantasy. Nigdy nie zamierzam dowodzić – chyba że złośliwie, żeby kogoś sprowokować – jej wyższości nad tradycyjną science fiction. Wybrałem gatunek fantasy, naiwnie licząc, że to mi pozwoli być innym od reszty prac nadesłanych na konkurs, wyróżnić się na tle pseudo-Lemów i pseudo-Zajdli. Tymczasem okazało się – dowiedziałem się o tym, rzecz jasna, znacznie później – że 99 proc. prac nadesłanych na konkurs to było właśnie fantasy, które wbrew moim mniemaniom robiło się właśnie w Polsce szalenie popularne. Ba, byli już liczni autorzy w tym gatunku się niejako specjalizujący – jak Piekara, Kres, Szrejter czy Grzędowicz.

WO: Tylko że oni pisali raczej serio, a Pan od początku zaczął traktować schematy fantasy w sposób ironiczny.

AS: Tu się stanowczo będę bronić przed łatką parodysty, którą niektórzy mi przyklejali. Owszem, mam naturę ekstrawertyczną, raczej wesołą i dowcip często mi się przemknie nawet w sposób niezamierzony, ale swoje pisanie traktowałem serio. Do tego stopnia, że gdy pisałem to pierwsze opowiadanie, odstąpiłem od pierwotnego zamiaru – uśmiercenia głównego bohatera. Bo ja nie myślałem wtedy o rozpoczęciu cyklu – chciałem, żeby wiedźmin zginął pod koniec opowiadania. Widać zresztą, że fabuła początkowo zmierza w tym kierunku. Gdybym dotrzymał tego zamiaru – nie byłoby w ogóle pięcioksięgu ani filmu. Ale jakoś pod koniec zadrżała mi ręka i puściłem swojego bohatera wolno.

WO: Z nadmiaru skromności wprowadzi Pan teraz czytelników w błąd. Może i 90 proc. prac nadesłanych na tamten konkurs istotnie stanowiły utwory fantasy, ale przecież – warto to dzisiaj przypomnieć – nie zajął Pan wtedy pierwszego miejsca. Wyżej oceniono wtedy utwory trzymające się właśnie tego postzajdlowskiego schematu „zielone ludziki w gułagu”.

AS: Tak było. A reszta nadesłanej na konkurs fantasy – jak mi później mówiono – raczej nie wychodziła poza schemat „szli bardzo długo i kogoś tam zarąbali po drodze”. Na tym tle „Wiedźmin” wyróżniał się nie tylko tym, że był dobrze napisany, ale i tym, że był to całkiem oryginalny pomysł na opowiadanie.

WO: Wkrótce potem odciął się Pan od kiepskiej fantasy swoim manifestem programowym zatytułowanym „Piróg„…

AS: Minęło ładnych parę lat, a ja uważałem już siebie za kogoś w rodzaju pisarza, bo drukowano mi opowiadanie mniej więcej raz na rok. Po „Wiedźminie” miesięcznik „Fantastyka” ogólnie przeprosił się z fantasy jako gatunkiem i ukazywało się tego więcej. A pisarze też ruszyli tutaj po linii najmniejszego oporu, zakładając, że skoro jakiś Sapkowski może, to oni chyba tym bardziej. Doszła do tego interpretacja, którą mi kiedyś Ziemkiewicz wmówił w wywiadzie – że kluczem do sukcesu „Wiedźmina” były zawarte w nim elementy słowiańskie. Ja się wtedy zgodziłem, onieśmielony, ale do dzisiaj nie mogę pojąć, co tam jest słowiańskiego, może poza tym, że wykorzystałem schemat fabularny baśni o strzydze, którą Zmorski umieścił w zbiorku bajek ludowych. W każdym razie wśród polskich autorów ruszyła wtedy fala pod hasłem „teraz my” – a więc precz z elfami, precz z goblinami, niech żyją Zbirogi, Pirogi, Mszczywoje, wołchwy, wąpierze i bożęta. Hasło jak hasło, ale dobrze by było, gdyby za tymi Pirogami i wołchwami szedł jakiś głębszy sens. Niestety, nie szedł. Po przeczytaniu kolejnego utworu tego typu nie wytrzymałem i napisałem tekst wyśmiewający tę całą zabawę. Ten tekst zresztą często odczytywano wbrew moim intencjom. W rosyjskim przekładzie wynika z niego na przykład, że ja w ogóle potępiam fantasy jako taką, i musiałem się z tego sporo tłumaczyć na spotkaniach autorskich z Rosjanami. Oni nie znali kontekstu, którym były ówczesne dyskusje na łamach „Fantastyki” na temat przyszłości fantasy. Autorytatywnie wypowiadali się w nich znawcy, o których wiedziałem, że nie czytają w żadnym języku poza polskim, a więc wtedy mogli znać tylko to, co przetłumaczono. Równie dobrze kilku znawców malarstwa mogłoby się spotkać i orzec, że „Mona Lisa” to obrazek mały, niewyraźny i czarno-biały, bo widzieli tylko reprodukcje w gazetach. Naśmiewałem się wtedy nie tyle z literatury, co z takich właśnie znawców.

WO: Wtedy mniej więcej zetknął się Pan z niezwykłym środowiskiem polskich miłośników fantastyki – z ludźmi, którzy zjeżdżają się na tak zwane konwenty…

AS: Tak, właśnie mniej więcej wtedy. Szczerze mówiąc, oburza mnie protekcjonalny sposób, w jaki media prezentują to środowisko. Fani fantastyki w najlepszym wypadku pokazywani są jako zgraja kretynów wierzących w UFO i przebierających się w zbroje z cynfolii. A każdy, kto jeździ na konwenty, wie, że to w rzeczywistości najbardziej oczytana grupa młodzieży. I to oczytana nie tylko w fantastyce. A to dla mnie świadczy o elitarności. Miłośnicy fantastyki z pewnością są większymi erudytami niż Wielka Pani Redaktor z TV – więc kto tu kogo właściwie powinien traktować protekcjonalnie?

WO: W „Pirogu” była też zawarta deklaracja dotycząca Pańskiej odpowiedzi na pytanie, czy w literaturze fantasy może się pojawić taki czy inny rekwizyt, bo „wtedy” go może nie znano. Pańską odpowiedzią było – „jakie wtedy”, przecież fantasy nie rozgrywa się ani w przeszłości, ani w przyszłości, tylko zupełnie gdzie indziej.

AS: To rzeczywiście bardzo częste nieporozumienie – wynikające z nie- zrozumienia. Liv Tyler, która gra Arwenę we „Władcy pierścieni”, powiedziała w wywiadzie, że akcja tego filmu rozgrywa się „w prehistorii Anglii”. Jakiej prehistorii? Jakiej Anglii? Ale wielu ludzi tak właśnie do dzisiaj podchodzi do fantasy, że bohaterka nie może nosić majtek, bo „wtedy” ich nie znano. Częstym tematem sporów było to, czy można w fantasy użyć słowa „psychika”. Argumentowano, że nie – wszak „psychika” pochodzi z greckiego, a więc jeśli „w fantastycznym świecie” nie było starożytnych Greków i mitu Erosa i Psyche, nie ma mowy o psychice. Replikowałem, że zgodnie z takim rozumowaniem nie można też użyć słowa „król”, bo przecież to słowo dotarło do języka polskiego za pośrednictwem czeskiego, a pochodzi od imienia Karola Wielkiego, władcy Franków.

Więc jeśli nie było Franków ani Czechów, nie może też być króla.

WO: A może języki słowiańskie w ogóle się do fantasy słabo nadają? Tolkien znał wiele języków Europy Zachodniej, ale słowiańskie były dla niego za trudne.

AS: Przeczy temu choćby modne obecnie sięganie po elementy słowiańskiej mitologii przez współczesnych anglosaskich pisarzy fantasy. Dla nich słowa takie jak „rusałka” mają mnóstwo egzotycznego piękna, tak jak dla nas „troll” czy „goblin”. A język w fantasy w ogóle jest ważną kwestią, trzeba pamiętać, że gatunek ten ma już swój kanon, a co za tym idzie, swą nomenklaturę nazewniczą, na której najsilniejsze piętno wywarł Tolkien w przekładzie Marii Skibniewskiej i nazewnictwo przyjęte przez gry role-playing. Nie ukrywam, że też się do tego stosowałem, tworząc cykl o wiedźminie – występują wszak u mnie hobbity, a słowo to jest wymyślonym przez Tolkiena neologizmem. Ale wraz z nazwą ów hobbit-neologizm otrzymał od Tolkiena również kanoniczną postać. Nie można teraz nagle zacząć przekonywać czytelnika, że hobbit ma dwa metry wzrostu, nosi hełm z rogami i topór. Bo kanon mówi – a każdy wie – że hobbit jest niski, ma włochate stopy, pogodne usposobienie i zajmuje się najczęściej rolnictwem. Miał z tym problemy mój tłumacz rosyjski, człek starszej daty, z Tolkienem nieobeznany, że o grach role-playing zmilczę. Nie mając się do czego odnieść, jął kanoniczne dla fantasy terminy przekładać po swojemu, wymyślać własne neologizmy. Na przykład nie wiedział, co to są „niziołki” – to zresztą nie był najlepszy pomysł Skibniewskiej, ona tak przełożyła tolkienowskich „halflings”, czyli dosłownie „istoty pół na pół”, stąd Czesi przełożyli ich na „pulczików” – i zrobił z „niziołków” jakieś „elfony”. Zaprotestowałem oczywiście bardzo stanowczo.

WO: Nie miał Pan ambicji wymyślenia własnego świata od początku do końca?

AS: Nie miałem. Interesowali mnie bohaterowie, nie tło. Tło chciałem traktować umownie, jak w jarmarcznej zabawce, w której za plecami lalek przesuwa się taśma papierowa, raz przedstawiająca las, a raz góry i wydaje się, że lalki gdzieś wędrują – podczas gdy tak naprawdę zmienia się tylko tło. Wiedźmin, gdziekolwiek się znajdzie, jest obcy i chciałem, żeby w tym świecie równie obco czuł się czytelnik. Kiedy wiedźmin wjeżdża do jakiejś wioski, nie wiemy, jak daleko stąd jest do stolicy i którędy najbliżej do morza. Nikt tego nie wie – i tak właśnie ma być. Nie chciałem żadnej mapy, leksykonów i indeksów, żadnych tablic genealogicznych. Oczywiście to założenie zemściło się potem okrutnie przy pisaniu pięcioksięgu, bo nagle te różne światy z opowiadań trzeba było połączyć w jeden, a w opowiadaniach są nie-spójności.

WO: Mapę w końcu opracowano do gry role-playing o wiedźminie.

AS: Mapa się pojawiła już wcześniej – zrobił ją czeski tłumacz. Nie protestowałem, ale mnie to do opowiadań nie było w ogóle potrzebne. Ja nie jestem zwolennikiem takiego modelu fantasy, w którym ktoś najpierw latami szkicuje sobie mapki i herby, a potem dopasowuje do tego jakąś schematyczną opowieść. Dla mnie najważniejsza jest fabuła i bohaterowie.

WO: Pańska najnowsza powieść, sądząc po pierwszych rozdziałach, nie zapowiada się na fantasy.

AS: Tak się może zdawać tylko po pierwszych rozdziałach. Potem tego będzie więcej, choć rzeczywiście jest to raczej fantasy historyczna, rozgrywająca się w konkretnym miejscu w konkretnej epoce. Tutaj rzeczywiście już nie mogę napisać, że Świdnica jest na północ od Wrocławia, a mapy nie muszę dorysowywać, bo każdy sobie może kupić w księgarni. Oczywiście, nie jest to utwór ściśle historyczny, ale to przecież żadna nowość. Jeśli ktoś łaknie wiedzy o czasach napoleońskich, powinien przeczytać jakąś monografię, a nie Hugo i Tołstoja. Zresztą to nie najlepszy przykład, bo ci autorzy raczej trzymali się faktów – weźmy więc za przykład zdobycie Jerozolimy w „Krzyżowcach” Kossak-Szczuckiej. Co innego fikcja literacka, co innego podręcznik historii. Tak jak w „Wiedźminie” najważniejsi są dla mnie bohaterowie i fabuła, a tło – którym w tym przypadku są wojny husyckie – to tylko tło. Nie jest dla mnie aż tak ważne, jak dla Kossak-Szczuckiej wyprawy krzyżowe. Zresztą obie te sprawy trochę się zazębiają, bo przeciwko Czechom też wysłano coś koło pięciu krucjat, każda zresztą poniosła sromotną klęskę. A niezwyciężeni husyci w końcu wyrżnęli się między sobą.

WO: Ale teraz już nie może się Pan schować za swoją deklaracją z „Piroga”, bo teraz już pytanie o „tamtą” epokę ma sens. Tymczasem w tej powieści widać anachronizmy – Zawisza Czarny używa na przykład słowa „ludobójstwo”, które wynaleziono w XX wieku.

AS: Owszem, ale są różne anachronizmy. Prawdziwy Zawisza oczywiście nie użyłby tego słowa, ale przecież potrafiłby opisać samo zjawisko – a zważywszy na to, że słowo to pada w dyskusji na temat przyszłych epok, których Zawisza ma nadzieję nie dożyć, uważam, że mogłem sobie na to pozwolić.

WO: A co ze sceną, w której bohater musi udowodnić swoją polskość i żądają od niego wymówienia słowa „soczewica”?

AS: Wydaje się to panu anachronizmem? Nic podobnego. Sto lat przed akcją mojej powieści, za Łokietka, podczas krwawego tłumienia niemieckiego buntu w Krakowie właśnie tak Polacy rozpoznawali „swoich”. Dla Niemca „soczewica” jest nie do wymówienia. Nie przesadzajmy z tym tropieniem anachronizmów, gdybym naprawdę napisał powieść językiem piętnastowiecznym – przy założeniu, że umiałbym – nikt nie zrozumiałby ani słowa.

Co innego anachronizmy wprowadzone całkowicie nieświadomie. Byłem niedawno proszony przez pewnego producenta o ocenę pewnego scenariusza – zmilczę, jakiego, powiem tylko, że w scenariuszu Zbyszko z Bogdańca mówi o turniejach rycerskich, że to „rozrywka dla pedałów”. Miałem zastrzeżenia – i nie tylko dlatego, że w XV wieku nie istniało takie słowo – głównie dlatego, że turnieje rycerskie były imprezami niesłychanie niebezpiecznymi, z których znaczna część uczestników nie wracała o własnych siłach. Startowały tam wyłącznie chłopy na schwał! Bez względu więc na to, jakiego słowa Zbyszko użyłby na określenie zniewieściałego mężczyzny, raczej nie przypisywałby tej cechy uczestnikom turniejów rycerskich – uczestników turniejów podziwiano, jak „Tigerów” Michalczewskich, mieli oni pewnie swoich fanów, pewnie mieli i groupies. Z całą pewnością nikt nie mówił o nich z pogardą! To jest właśnie przykład anachronizmu nieświadomego, nie pasującego do danego miejsca czy epoki.

WO: Miałem też wrażenie, że w tej powieści łagodnie pokpiwa Pan ze swojego największego mistrza literackiego, jakim jest dla Pana Sienkiewicz. W pierwszym rozdziale używa Pan sienkiewiczowskiej frazy do opisu stosunku płciowego, od którego zaczęły się tarapaty głównego bohatera.

AS: Tego rodzaju sceny są w ogóle najtrudniejsze do opisania, bo zawsze tu jest groźba popadnięcia albo z jednej strony w czystą ginekologię, albo z drugiej strony w jakąś mętną poezję. Ja ciągle szukam najlepszej formuły na opis erotyki – w pięcioksięgu znalazłem ją na przykład w scenie bibliotecznej między Geraltem a czarodziejką Fringillą, a w tej powieści akurat w czym innym.

WO: Dodam tutaj, że bardzo sobie cenię Pana właśnie za wprowadzenie dorosłej erotyki do polskiej literatury fantastycznej, w której dotąd nikt sobie z nią nie radził. U Lema wszystko pozostaje właściwie na poziomie Pirxa klepiącego siostrę kolegi w pupę, Ziemkiewicz opisuje niemal wyłącznie erotyczne porażki, Lewandowski potrafi tylko świntuszyć, a seks i świństwa to niezupełnie to samo. Dopiero Pan potrafił opisać Geralta i jego romans z Yennefer, a także jego skoki w bok, tak jakby opisywał Pan dorosłego mężczyznę.

AS: Cóż mogę powiedzieć – staram się. Nad wszystkimi scenami erotycznymi bardzo długo pracowałem. Tutaj jedno niewłaściwe słowo potrafi wszystko zepsuć. Łatwo jest opisać krajobraz – „pochyła sosna nad otchłanią, w dole rzeka płynie” i już mamy scenerię. Ale opis sceny erotycznej wymaga ogromnej ostrożności, bo trzeba pokazać emocje głównych bohaterów bez popadania w pornografię. Chociaż mnie oczywiście o pornografię już oskarżano.

WO: Kiedy? Za co?

AS: Za jedno zdanie, właśnie z owej słynnej sceny bibliotecznej. „Fringilla krzyknęła, ale wiedźmin nie słyszał tego, bo zwarła uda na jego uszach”. Zdanie przecież absolutnie neutralne, wręcz powiedziałbym, moralnie obojętne, ale cóż, zapracowała wyobraźnia cenzorska, z powodu tych ud i tych uszu pewne warszawskie czasopismo długo wzbraniało się z drukiem fragmentu powieści. Najgorsze przeprawy mam tu jednak z Rosjanami, którzy kiedyś wycięli mi połowę sceny z udziałem dwóch dziewczyn, a w dodatku nosili się z zamiarem przerobienia jednej z tych „zboczonych” dziewczyn na chłopaka. W Rosji już wprawdzie nie ma cenzury państwowej, ale dalej działa cenzura w wydawnictwach, panie redaktorki z zapałem tropią i wycinają niecenzuralne fragmenty – a wbrew pozorom wcale nie są to sędziwe i zasuszone stare panny, lecz młode i ładne dziewczyny. Ja, jeśli o erotyce mowa, oczywiście zgadzam się, że co za dużo, to niezdrowo i że znaj proporcją mocium panie. Uwielbiam kulinarne porównania – z erotyką jest dla mnie jak z tabasco. Kilka kropli tabasco i parę szczypt majeranku bardzo się zupie przydadzą. Bez nich będzie mdła. Ale gdy się wleje za dużo, bez opamiętania – nikt tego nie zje. Trzeba znaleźć złoty środek – często przez przykrojenie napisanego tekstu do prawidłowych ram. A tymczasem operacje na własnym tekście należą do najtrudniejszych. Wolałbym sobie własnoręcznie czyrak zoperować tępą żyletką niż wyrzucić kilka zdań z własnego tekstu. A jednak czasem trzeba.

WO: Najnowsza powieść porusza szalenie aktualny dzisiaj temat, jak być jednocześnie Polakiem i Europejczykiem.

AS: Z tej Europy w dalszych rozdziałach lekko będę podkpiwać, ale owszem, jest tutaj ciągłe zderzenie między takimi wartościami. Nie chciałbym, żeby w książce to było wykładane ex cathedra, ale prywatnie uważam, że na naszych oczach Europa leczy się z bolesnego wrzodu, który narastał przez ostatnie setki lat. To wrzód szowinizmów, granic, paszportów, wiz, walut, wszystkich tych rzeczy wynalezionych w XIX wieku, kiedy carska Rosja jako pierwsza postawiła szlabany na swoich granicach i wprowadziła paszporty jako warunek ich przekroczenia. I nagle w Europie zaroiło się od przejść granicznych, urzędów celnych i blokad ekonomicznych. Takich rzeczy nie było w średniowieczu. Każdy wiedział, jakiemu panu płaci feudalną daninę, to wystarczało. Granice – jeśli w ogóle jakieś – przebiegały na górskich grzbietach czy trudnych do przekroczenia rzekach. Ale jaki jest sens robić granicę w dolinie?

Zawsze mnie śmieszy, gdy ktoś teraz straszy, że Europa coś nam „zabierze”. Kiedy w Łodzi stoi sobie ruina fabryki z powybijanymi szybami i interesują się nią tylko bezpańskie koty, wszystko jest w porządku. Ale jeśli przyjedzie tu Niemiec, uruchomi w tej fabryce produkcję i zatrudni ludzi – to nagle się uważa za narodową klęskę. Ale ten proces jest nie do powstrzymania – szlabany na granicach, budki strażnicze, paszporty, wizy, waluty – po prostu nie mają już w Europie racji bytu.

WO: Czy w takim razie główny bohater w ogóle jest Polakiem?

AS: Jest Ślązakiem, cały czas to mówię. Umie wymówić „soczewica, miele, młyn”, bo jest dzieckiem dwujęzycznej kultury – tak jak mieszkaniec Luksemburga. Ale jego ojciec walczył pod Grunwaldem w chorągwi Konrada Białego, czyli – jak on sam to mówi – po stronie chrześcijańskiej. Sienkiewicz całą tę historię pokazał nam fałszywie, jakby pod Grunwaldem starli się Niemcy i Polacy, a to dopiero jest właśnie potężny anachronizm.

WO: Sienkiewicz rzutował XIX-wieczną politykę, z Bismarckiem i Kulturkampfem, na czasy krzyżackie. Pan teraz robi to samo, tylko że rzutuje Pan politykę XXI wieku!

AS: Pan jeszcze nie zna dalszych rozdziałów, w których z kolei ludzie z niemieckiego kręgu kulturowego, w którym niewątpliwie leżał wówczas Wrocław, narzekają na zalew francuszczyzny i jej dominację w obyczajach rycerskich. Tutaj wiele rzeczy nadaje się do zdemitologizowania. Musimy przyjąć do wiadomości to, że Śląska nikt nam przemocą nie odebrał – Kazimierz Wielki zwyczajnie zrzekł się praw do tych ziem na rzecz króla Czech, a panujący tam zniemczeni do cna książęta dobrowolnie i chętnie złożyli królowi Czech hołd lenny, bo w tamtą stronę znacznie bliżej im było – i to nie tylko geograficznie. Śląsk to temat niesłychanie zakłamany w polskiej literaturze. Dochodzi do tego, że pisarze historyczni używają nazwy Dzierżoniów zamiast Reichenbach, chociaż polską nazwę wymyślono dopiero po 1945 roku. To samo z Ząbkowicami, które zawsze przedtem nazywały się Frankenstein.

WO: A w Pańskiej powieści wszystkie nazwy są użyte zgodnie z ich historycznym brzmieniem?

AS: Raczej tak, ale to nie zawsze jest proste – czasami kwestią sporną jest pierwszeństwo nazwy polskiej czy niemieckiej – a przypadków niemczenia nazw polskich też nie brakowało. Przede wszystkim trzymam się źródeł. Jeśli źródło powiada, że dane miasto założono w takim a nie innym roku na prawie niemieckim – trzymam się tego. Ten temat budził dużo emocji, dziś często zabawnych. Ileż energii wkładano w to, żeby udowodnić, że – przykładowo – rycerski ród Zedlitzów to rdzennie polscy, ale „zniemczeni” Czedlice – łatwo poznać po końcówce. A naprawdę to rodowici Niemcy z Turyngii – w Turyngii, Miśni i na Łużycach co drugie nazwisko tak się kończyło.

WO: Jestem ciekaw, jaki wpływ na Pańskie postrzeganie świata ma Łódź, miasto, z którym jest Pan bardzo silnie związany. Czy czuje się Pan Lodzermenschem?

AS: Takim całkiem typowym Lodzermenschem to ja raczej nie jestem. Rodzina mojej matki zamieszkała w Łodzi dopiero w pierwszym pokoleniu, a mój ojciec pochodzi z Wileńszczyzny. A ja z Łodzią rzeczywiście jestem związany. Niestety. Tutaj się urodziłem, wychowałem, studiowałem, pracowałem, żeniłem się, rozwodziłem, tutaj zostałem pisarzem i wszystko to zmierza na razie w stronę łódzkiej kostnicy. Już się stąd raczej nie wyrwę, co jest moją największą klęską życiową.

WO: Dlaczego? Przecież teraz może Pan chyba mieszkać, gdzie chce?

AS: Nie mogę. Pan zapewne zna tę starą prawdę życiową – najpierw nic nie możemy, bo zabraniają nam rodzice, potem nic nie możemy ze względu na dzieci, a potem znów nic nie możemy ze względu na rodziców.

WO: Fascynuje mnie kontrast między sposobem życia Pana i Stanisława Lema. Lem – piewca nowoczesności – mieszka w ślicznym domku ukrytym wśród zieleni, a Pan w betonowym blokowisku jak z koszmarnego snu Le Corbusiera.

AS: To naprawdę nie dlatego, że ja to kocham. Też bym chciał mieszkać w domku wśród zieleni, a jeśli już w mieście – bo miasto jednak ma swoje zalety – to w takim jak Sztokholm, gdzie w centrum łososie można łowić. Albo przynajmniej w Toruniu, gdzie jest czysto i ładnie i też na ryby blisko. Czasami ludzie mnie pytają – jak ty możesz pisać, mając taki widok za oknem. Odpowiadam, że nie miałoby żadnego wpływu na moją prozę, gdyby to okno zakleić gazetami. Żadnego! Ja czerpię inspirację ze swojej przestrzeni wewnętrznej. Nie muszę koniecznie patrzeć na sosny, żeby pisać o sosnach. Jeśli nie jestem „piewcą nowoczesności”, to nie dlatego, że mieszkam w Łodzi, tylko po prostu dlatego, że słabo się w tym czuję. Lem się zna na nauce i technice, a ja nie bardzo. Lubię o tym czytać, ale ilekroć spróbuję coś napisać, zaraz wpadam w jakąś pułapkę. Dla mnie to do dzisiaj niepojęte, że faks przechodzi przez taki cienki kabel i wychodzi nie pomięty, a korki można naprawić (sic!) drutem. Kiedyś napisałem opowiadanie – chodzi o „Battle Dust”, którego tytuł mi oczywiście przerobili na „Bitewny pył”, bo u nas zasadą numer jeden zawsze jest poprawianie autora, bo autor jest wszak głupi i sam nie wie, co napisał. W owym „Battle Dust” opisałem broń o nazwie „granat termitowy”. Gdzieś mi się obiło o uszy, że jest taka substancja. Ale kiedy bułgarski tłumacz mnie zapytał „a cóż to takiego”, zacząłem wertować słowniki i okazało się, że nie ma czegoś takiego.

WO: Jak to nie ma! Termit to mieszanka tlenku żelaza i glinu o bardzo wysokiej temperaturze spalania, używana do lutowania i spawania, między innymi torów tramwajowych.

AS: No tak. Nie dość, że się nie znam, to jeszcze słowniki mam do niczego. Konkluzja wciąż ta sama – nie znasz się, pisz o czymś innym.

WO: A wracając do Pańskiego życia sprzed 1985 roku – na czym właściwie polegała praca handlowca w PRL? Socjalizm i marketing jakoś się kłócą w mojej wyobraźni.

AS: Niesłusznie. Polska musiała handlować, bo wielu rzeczy przemysł krajów Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej po prostu nie potrafił wytworzyć. A żeby kupować, trzeba też sprzedawać. A w kontakcie z handlowcem z Australii czy Ameryki trudno było go przekonywać metodami socjalistycznymi. Jego ideologia nie interesowała. Kożuszek kosztował sto dolarów, a futro pięćset i o tym można było z nim podyskutować, a nie o socjalizmie. Moje miejsce pracy miało więc niewiele wspólnego z socjalizmem. Miało oczywiście tyle, że zawdzięczało mu samo swoje istnienie – w PRL był państwowy monopol handlu zagranicznego. Ale w codziennej praktyce polityki w tym było niewiele.

WO: To na czym polegał socjalistyczny marketing?

AS: Czuję się wśród tych pytań trochę jak dziadek klarujący wnuczkowi, jak to możliwe, że za Stalina nie było McDonalds’a, ale cóż, spróbuję. Socjalistyczny marketing to była bardzo dziwna instytucja. Popularne powiedzonko głosiło, że polega on na myśleniu o tym, jak by tu wydać pieniądze na marketing przyznane – bo jeśli się nie wydało, wyższa instancja obniżała przyznawany limit. W rzeczywistości najwięcej tego szło na prezentacje polskiej oferty na międzynarodowych targach. Przygotowałem i obsłużyłem bardzo wiele ekspozycji na bardzo wielu imprezach targowych.

WO: Jako przedstawiciel polskiego przemysłu tekstylnego?

AS: Nie. Jako przedstawiciel polskiej centrali handlu zagranicznego. Przedstawiciel przemysłu owszem, często mi towarzyszył, ale sam nie miał prawa niczego podpisywać. Często przedstawiciel przemysłu podejmował decyzje – bo to w końcu jego towar sprzedawano albo dla niego kupowano jakieś komponenty. Ale wypisać wszystkie dokumenty miałem prawo tylko ja. I tylko ja ponosiłem odpowiedzialność. Zgodnie z prawem PRL za narażenie państwa na straty przez błędną decyzję gospodarczą groziła kara do pięciu lat więzienia. Pięć lat za to, że się człowiek nie dogadał z zagranicznym kontrahentem i do kontraktu nie doszło albo wyszedł nie taki jak trzeba.

WO: A w którym roku przestał Pan już pracować na takich zasadach?

AS: Kiedy skończył się monopol handlu zagranicznego, duzi producenci i potentaci eksportu wypowiedzieli nam współpracę. Powiedzieli, że sami sobie te dokumenty będą wypełniać, bo to żadna sztuka. Dla nich lepiej jest zatrudnić własnego pracownika zajmującego się marketingiem niż jeździć na targi z eskortą z centrali. Centrale handlu szybko jednak znalazły nowych klientów w postaci drobnych spółdzielni, które produkowały na przykład swetry, chciały je eksportować, a nikt w takiej spółdzielni nie miał zielonego pojęcia, jak się zabrać do szukania klienta za granicą. A to wbrew pozorom nie jest takie proste, trzeba znać różnice między mentalnościami różnych narodów. Gdy Duńczykowi podasz ofertę zawyżoną o pięć dolarów, żeby potem opuścić – Duńczyk nie da szansy, bez targowania wstaje i wychodzi, kontraktu nie ma. A gdy Włochowi podasz taką cenę, to cię uważa za durnia, bo zaczynać trzeba od zawyżenia o 20 dolarów, co to za handel bez kilkugodzinnego targowania się. Pytał mnie pan, jaki wpływ wywarła na mnie Łódź – większy wpływ wywarł chyba właśnie handel zagraniczny. W handlu nie ma miejsca na ideologie i szowinizmy – tutaj Arab musi się dogadać z Żydem, komunista z kapitalistą. Podpisanie kontraktu nigdy nie wyglądało tak, że siedzą naprzeciwko dwie ponure grupy w garniturach. Tak wyglądały najwyżej negocjacje ze Związkiem Radzieckim w ramach RWPG. Kontrakty często zawierało się podczas kolacji, na nieformalnych spotkaniach. Trzeba było umieć zrobić dobre wrażenie, uśmiechnąć się, opowiedzieć dowcip, pogadać o sztuce, łowiectwie, hazardzie i kobietach, myśleć pozytywnie. A wszystkie swoje urazy i uprzedzenia zostawiało się w domu.

WO: A nie czuł Pan pokusy, żeby w nowym ustroju założyć własną firmę?

AS: Zupełnie nie. Ja zawsze twierdziłem, że świat się dzieli na kapitalistów i proletariuszy i siebie nie wyobrażam w innej roli niż proletariusza. Nie mam predyspozycji do bycia kapitalistą, nie miałem ich za ancien regime’u i nowy reżim niczego nie zmienił. Oczywiście, wszyscy moi dawni koledzy pozakładali firmy, ale ja mimo różnych propozycji nie chciałem w to wchodzić. Wtedy właśnie zdecydowałem się przejść na zawodowe pisanie prozy.

WO: I jak właściwie wygląda życie zawodowego prozaika?

AS: Ma bardzo miłe momenty, przede wszystkim poranki, kiedy wstaje się, szykuje do pracy – i przypomina sobie, że miejsce pracy jest kilka ledwie metrów od łóżka. Nie trzeba odbijać karty zegarowej, nie ma się dyrektora kretyna…

WO: …ale ma się redaktora i wydawcę?

AS: Mimo licznych podobieństw i analogii preferuję jednak tych drugich. Ma życie pisarza i takie miłe chwile, kiedy można powiedzieć: „Dzisiaj mi się nie chce pisać, chodź, droga żono, pospacerujemy po Piotrkowskiej”. Albo kiedy dzwonią koledzy z pytaniem, czy w czwartek mogę z nimi jechać na ryby, a ja odpowiadam: „Pewnie, że mogę – wszak jestem artystą, człowiekiem wolnym”. Ma ten zawód jednak i momenty przykre – pod koniec miesiąca chętnie widziałoby się kasę, by pod nią ustawić się w kolejce po wypłatę. A tu ni kasy, ni wypłaty.

WO: A czy na przykład bank dałby kredyt pisarzowi?

AS: Ależ skąd. Pisarz nie ma miejsca pracy, nie może przedstawić zaświadczenia o zarobkach, a to oznacza ni mniej, ni więcej tylko status formalnego lumpenproletariusza. Ja nawet telefon komórkowy mam dzięki zatrudnionej „na posadzie” szwagierce. Nie wypożyczą mi książki z Biblioteki Uniwersyteckiej – instytucja ta żąda podania pracodawcy, który, gdy książkę ukradnę, wejdzie mi na pensję. A ja nie mam pracodawcy. Cześć.

Pismo z Ministerstwa Kultury zaświadczające, że jestem pisarzem – a mam takie – nikogo nie interesuje.

WO: Niektórzy pisarze bronią się przed komputerami, bo najlepiej im się pisze długopisem czy na starej maszynie do pisania. Jak to wygląda u Pana?

AS: Początkowo wszystko pisałem długopisem na karteczkach, które kreśliłem, przyklejałem jedne do drugich, podkreślałem fragmenty różnokolorowymi flamastrami, zamieniałem kolejność – i taki kolaż przepisywałem na czysto na maszynie. W maszynopisie już nie było żadnych poprawek. To był koniec lat 80. i coraz więcej wtedy słyszałem o tym, że ktoś pisze na komputerze. Wydawało mi się to początkowo dziwne, bo komputer kojarzył mi się raczej z rekwizytem science fiction, nie mającym nic wspólnego z pisarstwem. Przesiadka na komputer zbiegła mi się z rozpoczęciem pracy nad pięcioksięgiem. Pamiętam, że zacząłem pracę od przepisania wszystkiego, co mi dotąd fruwało po szufladach na luźnych karteczkach, i podczas tej pracy zrozumiałem, jak bardzo komputer potrafi ułatwić pracę pisarzowi. Odtąd już nie piszę inaczej.
 

(c) AGORA SA — Gazeta Wyborcza