Bohdan Gadomski z Andrzejem Sapkowskim. Angora 15/2001

– Jak żyje się panu w tej smutnej, biednej, ponurej Łodzi?

– Nie najfajniej, delikatnie mówiąc. Zaiste, każde miasto ma coś, co sprawia, że można powiedzieć „brzydkie, niemiłe, ale…”. Łódź, niestety, nie ma „ale”. To miasto ma wyłącznie wady.

– Nie myślał pan o innym miejscu dla siebie, wszakże mówi pan w 8 językach, a czyta aż w 18 i mógłby usadowić się na dowolnie wybranym, znacznie ciekawszym i bogatszym, bardziej lususowym miejscu na ziemi?

– Ma pan bardzo pochlebne mniemanie o kondycji finansowej pisarzy. Oczywista, jest to mniemanie równie pochlebne, co fałszywe.

– Podobno „król polskiej fantasy” mieszka w spółdzielczym, blokowym mieszkaniu, z którego rzadko wychodzi, bo na nic nie ma czasu, poza pisaniem?

– Opinia trochę przesadzona, ale generalnie prawdziwa.

– Pisze pan tak strasznie dużo (najpierw pięcioksiąg teraz trylogia), zapewne aby nadrobić stracone lata, wszakże pisarzem został pan wyjątkowo późno, bo w 40. roku życia?

– Niczego nie muszę nadrabiać, bo niczego nie straciłem. Nie uważam, aby te dziesięć książek i kilka opowiadań na przestrzeni lat piętnastu to było znowu aż tak potwornie dużo. Zwłaszcza że pięć z tych książek stanowiło cykl, a pisząc cykl nie wolno dopuszczać do większych niż roczne przerw między poszczególnymi tomami, wydatnie zwiększa to autorowi dorobek. A że zacząłem późno? Proszę się rozejrzeć, ilu wokół grafomanów, którzy zaczęli za wcześnie.

– A może dla pieniędzy, których nie dorobił się pan jako urzednik-handlowiec w państwowej firmie, która zresztą upadła i stał się pan kolejnym bezrobotnym w Łodzi?

– Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Trochę wstyd, żebym to ja, prosty artysta, musiał o tak podstawowej zasadzie bon tonu przypominać żurnaliście, a więc przedstawicielowi elity i wielkiego mondu.

– Czy to prawda, że pisząc nie widzi pan niczego więcej (twarze swoich bohaterów, sytuacje w jakich działają) poza literami?

– To spore uproszczenie, którego oczywiście nie należy traktować całkiem dosłownie. W wypowiedzi, którą raczył pan zacytować, chodziło mi raczej o podkreślenie, że nie jestem wizualistą, nie staram się serwować czytelnikowi opisanych słowami obrazów. Tworzywem pisarza są słowa – te zaś składają się z liter.

– I uznaje pan tylko własną demagogię?

– A dlaczego niby miałbym uznawać cudzą? Demagogia jest instrumentem, który wykorzystuje się w miarę potrzeb. Ale być wykorzystywanym? Nie uśmiecha mi się.

– Czy przyzna się pan, że ma syndrom Piotrusia Pana?

– Nie. Ale nie był to okrzyk oburzenia, lecz konstatacja faktu. Smutnego zresztą. Bo przecież to wspaniałe móc być wiecznym chłopcem, móc bawić się bez przerwy, już to kolejką elektryczną, już to żołnierzykami, już to lekturą „Tomka w Krainie Kangurów”, już to wdziękami panienek. Żal, ale wyrosłem. Ba, chyba nawet krzynę zdziadziałem. Czas zresztą po temu, mam 53 lata.

– Ale nie zaprzeczy pan, że jest synonimem pisarskiego sukcesu i jednym z nielicznych polskich pisarzy, których nie dotknął kryzys książki i to w czasach, gdy ludzie przestali czytać?

– Nie do mnie należy ocena, nie mnie takie rzeczy komentować. Kwestię sukcesu czy klęski pisarskiej określa księgarska lada i gust czytelniczy, pisarzowi w procesie twórczym to rzeczy absolutnie obce i nie znane, niepoznawalne nawet, od zbyt wielu bowiem czynników zależą. Pisarz może cieszyć się z powodzenia lub godnie znosić porażkę, komentować – ni jednego, ni drugiego – mu nie przystoi.

– To zastanawiające, że tak dużym zainteresowaniem cieszą się nieprawdopodobne i nieprawdziwe przecież historie o elfach, czarownicach, krasnalach i innych dziwolągach, a nie ludziach współczesnych, z krwi i kości, ze współczesnej rzeczywistości. Czy wie pan – dlaczego?

– Nie, nie wiem. Mógłbym, i owszem, rzucić supozycję, że czytelnicy lubią czytać ciekawe historie, a nie lubią nudów na pudy. Ale taka supozycja, nawet nieśmiała, lekko trąciłaby demagogią.

– Może dlatego częściej i więcej czytają pana książki ludzie bardzo młodzi?

– Może. Choć prawdę powiedziawszy wśród znanych mi ludzi dorosłych – ba, nawet bardzo dorosłych – amatorzy nudnych lektur trafiają się stosunkowo rzadko.

– Jakich czytelników najbardziej pan szanuje?

– Pytanie postawione jest niecnie, ma zmusić mnie do wyznania, że są tacy, których nie szanuję. Dziwi mnie i śmieszy przypuszczenie, że ja, stary lis, dam się złapać w tak prymitywny potrzask.

– Domyślam się, że to dla nich przygotował pan „Leksykon miłośników fantasy”, czyli encyklopedię tego gatunku. Czego mogą się po niej spodziewać?

– „Leksykon miłośnika fantasy”, jak wskazuje nazwa, przeznaczony jest dla miłośnika fantasy, zawiera nieco informacji, które miłośnikowi gatunku mogą się przydać, mogą mu pomóc w gatunku zrozumieniu – lub choćby go zabawić. Mniemam, że może „Leksykon…” przydać się i takim, którzy wcale do zagorzałych miłośników fantasy nie należą, ba, nawet i takim, którzy za gatunkiem nie przepadają. A takich – zdziwi to pana pewnie – wśród moich czytelników również da się znaleźć.

– Czemu należy przypisać tak duże zainteresowanie literaturą fantastyczną w naszym kraju?

– Duże? Skąd takie dane? Jak wyliczone? Z czym porównane? Czołówka najpopularniejszych i najbardziej poczytnych w Polsce – panie Chmielewska, Musierowicz, Nurowska, Tokarczuk, panowie Kapuściński, Łysiak i Wołoszański – jakaż to fantastyka?

– Jak się dzisiaj ma klasyczna SF?

– Nie ma, oj, nie ma łatwego życia. Oprócz „fiction” musi być w niej wszak jeszcze „science”, a tu postęp tak gna do przodu, że naprawdę trudno dotrzymać kroku. Pisarz wpada na ekstrafantastyczny, wizjonerski wręcz pomysł – a okazuje się, że ten pomysł już pięć lat temu znano w Pentagonie, a od trzech lat jest w Japonii w seryjnej produkcji.

– Jak pan sądzi – czy wszystko zostało w niej napisane?

– Nie, bo ten syndrom zachodził już wielokrotnie. W czasach, kiedy pisał Juliusz Verne, technika też postępowała i on również często nie nadążał. Poza tym, nawet „naukowa” fantastyka nie musi od razu oznaczać fantastyki „technicznej”. Są jeszcze inne pola do eksploracji.

– Co jeszcze można wymyślić w fantasy?

– Tu na szczęście czas niczego nie zmieni, bo fantasy to literatura archetypów, toposów, a te są wieczne i niezmienne. Zmieniają się, owszem, mody, do tych trzeba się troszkę dopasowywać. Jeśli, oczywista, nie umie się ich dyktować.

– Zapowiada się, że będzie pan musiał przeskoczyć samego siebie?

– Zapowiada się. Ale nieźle się zapowiada.

– Pisanie książek fantastycznych to musi być straszliwy wysiłek intelektualny i fizyczny. Czy tak jest, i jak pan to kondycyjnie znosi?

– Z godnością.

– Ile kartek zapisuje pan każdego dnia?

– Piszę na komputerze, więc w liczy się w kilobajtach, nie kartkach. Ale i tak wychodzi różnie, różniście. Zależy też, jaką część dnia roboczego poświęcam na zmuszanie komputera do posłuszeństwa, którego ów regularnie odmawia.

– Czy to prawda, że opowiadanie „Wiedźmin” napisał pan w ciągu jednej nocy?

– Nieprawda.

– Ale sam pan powiedział, że książkę powinno się pisać dwa lata, następnie należy zrobić rok przerwy, przeczytać ją ponownie i zrobić finalną korektę, więc?

– Więc co?

– Czyli jedna książka powstawałaby w ciągu 4 lat!? Jaki pisarz w Polsce może sobie na to pozwolić?

– Niewłaściwy adres. Proszę z powyższym od razu do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa.

– Czy to prawda, że pisze pan przede wszystkim dla siebie?

– Jeśli przez to rozumie się, że to mnie musi się napisany tekst podobać, to tak.

– Ale pierwsze opowiadanie fantasy napisał pan dla swojego syna?

– Nie. Napisałem je na konkurs do „Fantastyki”. Natomiast egzemplarz pisma, w którym ogłoszono konkurs, faktycznie do mego syna należał. Ja podówczas „Fantastyki” nie kupowałem.

– Co dla pana najbardziej liczy się w pisarstwie?

– Pisanie.

– Czy zdarza się, że rezygnuje pan z fraz i skojarzeń, które były tylko pana i mogłyby być mało czytelne dla odbiorcy?

– Nie. Rezygnuję z fraz słabo napisanych. Zamieniam je na lepiej napisane. Wychodzę z niezmiennego założenia, że zdania, frazy i skojarzenia mają służyć akcji i fabule – a nie temu, by autor miał sposobność porażać czytelnika mocą swego intelektu. To samo dotyczy zresztą stosowania taryfy w tym względzie ulgowej.

– Pisze pan tak dużo i ciekawie o tych wszystkich stworach i czarodziejskich postaciach, a sam przyznał w jednym z wywiadów, że nie wierzy w czary i magię, bo jest typowym ateistą i materialistą. Jak dużym?

– Stuprocentowym i niepodważalnym.

– Skąd więc w pana wyobraźni biorą się tak niezwykli ludzie, stwory i zdarzenia?

– Właśnie, skąd? Z wyobraźni może?

– Nie miewa pan snów i halucynacji?

– Sny, owszem. Halucynacji, Bogu dzięki, nie. W tej liczbie – że uprzedzę zapewne kolejne taktowne pytanie, również tych wywoływanych za pomocą rozmaitych używek.

– Co pobudza pańską wyobraźnię?

– Nie trzeba jej, Bogu dzięki, pobudzać. Ani dobudzać. Na razie działa w prawidłowym dobowym rytmie.

– A może w ten sposób ucieka pan od rzeczywistości, która go przeraża?

– Rzeczywistość nie przeraża mnie. Śmieszy często, bulwersuje, nawet gniewa – ale nie przeraża. Nie tak łatwo mnie przerazić. Nawet dentysty się nie boję.

– Przez jednych jest pan uwielbiany i czczony niczym cesarz, przez innych jest pan znienawidzony i traktowany jako pisarz kategorii „B”. Czy był pan przygotowany na tak skrajne reakcje, na krytykę i ogromną popularność, która bywa męcząca?

– Stwierdzenia przesadzone. Wszystkie z nich. Prawda, jak zwykle, jest znacznie mniej skrajna, we wszystkich podanych przypadkach. Kończące wyliczanie stwierdzeń pytanie pozostawię, rzecz jasna, bez odpowiedzi.

– Ciekawy jestem – co pan lubi czytać i czy w ogóle cokolwiek poza fantastyką czyta?

– Owszem, umiem czytać, lubię czytać i czytam. Wymienienie moich ulubionych lektur – czy choćby tylko lektur z ostatniego tygodnia, znacznie przekroczyłoby ramy, które naczelny wydzielił panu na ten wywiad.

– Niektórzy mówią, że jest pan „książkowym alkoholikiem”, ale w kontekście pana zainteresowań literaturą zagraniczną. Dlaczego nie rodzimą?

– Niektórzy, którzy tak mówią, błądzą. Nie wierzyłbym tak bezkrytycznie we wszystko, co mówią.

– Nie uwierzę, że nie ma pan prywatności. Za co lubi koty?

– Nader słusznie pan czyni, nie wierząc. Koty lubię bardzo bezinteresownie – za to, że są piękne i mądre.

– Dlaczego nie znosi pan psów?

– Są nieestetyczne i głupie.

– Za co ceni kobiety?

– Jak koty – za ich kobiecość.

– A własną żonę?

– Jest piękna i mądra.

– Małżonka też pisze?

– Nie.

– Czy żona i syn to pierwsi czytelnicy pana powieści i opowiadań?

– Nie. Pierwszym czytelnikiem jest zawsze mój wydawca, w przypadku opowiadań pisanych do periodyków – redaktor.

– Jakie talenty objawia syn?

– Przeróżne.

– Znajomi mówią o panu „nieszkodliwy dziwak”. Co mają na myśli?

– Pojęcia nie mam, albowiem nigdy do mnie nie dotarło, by w ten sposób wypowiadał się o mnie ktoś z moich znajomych, w większości również ludzi parających się pisaniem. Nie wiem, skąd ten mniemany cytat, zapewne z jakich czasów prehistorycznych. Chociaż, z drugiej strony, od jakiegoś czasu mnóstwo ludzi podaje się za moich znajomych.

– Tymczasem pan po prostu ma ambicje pisać dobrą literaturę rozrywkową, nic więcej. Czy to bywa panu wyliczane jako dziwactwo?

– Cytuje pan mój pierwszy w życiu wywiad, prehistoryczny, sprzed lat jak obszył piętnastu. Było to tak dawno, że hu, hu, w czasach, gdy nie wiedziałem jeszcze, że wywiady się autoryzuje. A tak nawiasem – każda literatura jest rozrywkowa, wyjąwszy takie rzeczy, jak „Podręcznik hodowli nutrii” czy „Akwarium od A do Z”.

– Czy nie za bardzo pochłonęło pana pisanie, bo ponoć prawie nie wychodzi z domu?

– Wieść jest, delikatnie mówiąc, nieścisła.

– I nikogo u siebie nie przyjmuje?

– I ta jest nieścisła.

– Sam też nie bywa?

– Nieścisłości, wymysły i bzdury mnożą się, jak z przykrością zauważam, w tempie zastraszającym. Jeżeli owa tytułowa „salonowa burza” na tym miała polegać, to zamysł uważam za nieco chybiony.

– Nie uznaje pan weekendów, niedziel, urlopów, wakacji?

– Wieść jest nieścisła. Prawdą jest, że żaden dzień, niezależnie od jego numeracji w tygodniu, pory roku czy przypadającego patrona, nie może być dla mnie dniem automatycznie wolnym, uzasadniającym czy wręcz wymuszającym przerwę w pracy. Innymi słowy – jeśli mam wolę, będę pracował w niedzielę, a jeśli będę miał chęć, zrobię sobie wolne w poniedziałek. I wtorek. Proszę tego nie mówić mojemu wydawcy.

– Totalny pracoholizm?

– Przesada. Ale i o tym proszę nie mówić mojemu wydawcy.

– Co z wyprawami na ryby i grzyby w lasy?

– Niestety, nie tak często i nie tak regularnie jak dawniej. Przyczyny są jednak złożone i grubą przesadą byłoby zwalanie tu całej winy na pracę pisarską.

– Nie boi się pan samotnie wędrować po lesie?

– Doprawdy, po takim pytaniu trudno się zdecydować, śmiać się czy płakać.

– Wokół pana osoby, szczególnie wokół jego erudycji i przyzwzczajeń krąży sporo legend. Czy one do pana docierają i jak pan na nie patrzy?

– Legendy na temat mojej osoby są od początku do końca bzdurami, wiem o tym, bo kilka sam wymyśliłem i puściłem w obieg. Wyjątek stanowią legendy dotyczące mojej erudycji – te są zaledwie bladym cieniem rzeczywistości.

– Czy odpowiada panu rola obiektu kultowego, bo za takowy został pan uznany?

– Proszę o następne pytanie. Dla odmiany może jakieś poważniejsze?

– Kto by się tego wszystkiego po panu spodziewał, przypominając jego początki, gdy zaczynał od napisania opowiadania, potraktowanego jako żart i zgłoszonego na konkurs „Fantastyki”?

– Znowu jakieś bajki, zaprawdę odgadnąć trudno, skąd źródło czerpiące. Doprawdy nie bardzo chce się poważnie odpowiadać na tak niepoważne pytania, ale odpowiem, ostatkiem woli zachowując powagę. Otóż moje debiutanckie opowiadanie było tak dalekie od żartu, że bardziej nie można. Pisane wszak było na bardzo poważny konkurs i z bardzo poważnym zamiarem, aby wygrać. W całym pytaniu prawdziwe zatem jest tylko jedno: że nikt – w tym i ja – się nie spodziewał.

– Zawsze dzielił pan fantastykę na dwie odmiany. Jakie i dlaczego takie?

– To niezbyt ścisłe. Zaś temat zbyt obszerny i skomplikowany, by zbyć go kilkoma słowami. Proszę sięgnąć do mojego „Leksykonu…”, wyjdzie wkrótce.

– Czytają pana chętnie także w Czechach i Rosji. Dlaczego nie w Anglii, Niemczech i Francji?

– Też mnie to ciekawi.

– Dlaczego nigdy nie pokazuje się pan w telewizji?

– Telewizja, wbrew legendom, wcale mnie nie rozpieszcza zaproszeniami, wśród których mógłbym przebierać jak w ulęgałkach, grymasząc przy tym. Swoją drogą, to bardzo dobrze, albowiem mam TV za medium, w którym popisywać winni się posiadacze talentów łatwych do wizualnego wyeksponowania – miotacze noży, dla przykładu, względnie kobiety z brodami, treserzy niedźwiedzi, David Copperfield, et cetera. Dla pisarzy to nie jest właściwe medium. No, chyba że reklamują fundusz emerytalny albo podpaski, to rozumiem, byznes yz byznes.

– W jaki więc sposób promuje swoje książki?

– Promocją książek zajmują się wydawcy, nie autorzy, Proszę zwrócić się z pytaniem pod właściwym adresem.

– Dlaczego nazwano pana „największym bufonem polskiej literatury”?

– Nie mnie analizować – czy, broń Boże, komentować – wypowiedzi dziennikarzy, tytanów i koryfeuszy myśli. Zwłaszcza takich dziennikarzy, którym udowodniłem, że nie mają monopolu na arogancję. I dałem odczuć, jak owa smakuje.

– Słynnego „Wiedźmina” na początku zbagatelizowano…

– Przy całej mej wielkiej skromności trudno mi się z panem zgodzić. W konkursie, na który opowiadanie wysłałem, „Wiedźmin” zajął drugą lokatę, krótko potem, na „Polconie”, wyróżniono opowiadanie główną nagrodą polskiego fandomu. To naprawdę nie tak źle, jak na debiut. Znam wielu, którzy chcieliby być tak bagatelizowani..

– Jak pan sądzi – czy język jego prozy uda się przełożyć na filmowy i film „Wiedźmin” będzie takim samym przebojem jak książka?

– Nie mnie o tym sądzić ni gdybać. Pożyjemy, zobaczymy.

– Na jesieni ma się ukazać pierwszy tom trylogii „Narrenturm”, z akcją toczącą się w średniowieczu. Dlaczego na Dolnym Śląsku?

– „Narrenturm” to tytuł pierwszego tomu. Dlaczego na Dolnym Śląsku? A dlaczego nie? Akcja „Opery za trzy grosze” toczy się w Londynie, „Złego” w Warszawie, a „Blaszanego bębenka” w Gdańsku. Czym Dolny Śląsk ustępuje wyżej wymienionym lokalizacjom?

– Pan nigdy nie podaje czytelnikom na tacy problemów przyprawianych sosem z prawd moralnych, za to zmusza ich do zastanowienia się nad nimi i skłania do własnego wnioskowania. Wydaje mi się, że największą siłą pana prozy jest umiejętność i odwaga wprowadzania nieoczekiwanych rozwiązań, na które zawsze znajduje oryginalny pomysł. Może dlatego nikt nie pozostaje obojętny na to, co pan pisze. Czy własnie tak to przebiega w pana procesie twórczym i włsnie to sobie zakłada?

– Właśnie tak. Utrafione, można rzec, w samo sedno.

– Nasza rozmowa ukaże się w świątecznym numerze „ANGORY”. Wypada mi więc zapytać – jak spędza pan Wielkanoc i jaki ma stosunek do polskich świąt i naszych tradycji?

– Pokraszę jaja. W łupinach cebuli. Postawię je na stole w koszyczku udekorowanym liśćmi borówek. Liczę, że będzie to wystarczający wyraz prawomyślnego patriotyzmu.