Izabella Adamczewska z Andrzejem Sapkowskim

Łączy ich pisanie. Łączą ich rozwody. Tak samo wyglądają na zdjęciach. O dwóch Sapkowskich – Andrzeju i Krzysztofie.

Pierwszą osobą, która wychodzi na spotkanie, jest demoniczny czarny kot. Idziemy wąskim korytarzykiem. Pokój na poddaszu, spadzisty sufit, okna na niebo. Z uchylonej futryny zwisają dwa zasuszone żonkile. W niszy materac. Obok okrągłe, pęknięte lusterko w metalowej, stylizowanej ramie.

Na pytanie, do czego służy pęknięte lustro, Sapkowski Junior uśmiecha się: – Serio czy żartem?

Najpierw niepoważnie. – Łapię w nie sny. Tak było w „Panu Kleksie” – dodaje, gdy widzi moje zdziwienie. – Tak naprawdę to do podtrzymywania gazety. Faktycznie, obok leży nowy numer „Wprost”. I „Gazeta Wyborcza”.

Krzysiek Sapkowski ma 30 lat, na które nie wygląda. Drobny, krótko ostrzyżony, na nosie okulary. Sympatyczny uśmiech i „montypythonowskie” poczucie humoru.

Na stole książka o okultyzmie z czaszką na okładce, oblepiony czerwoną stearyną świecznik. Imponująca biblioteka. Gombrowicz, Witkacy, Dostojewski, Genet – w towarzystwie różowego, pluszowego prosięcia. Obok „Tarot magów”, „Kamasutra”, „Religia gnozy”, „Szamanizm”.

Studiował filozofię, pisał pracę magisterską o gnostycyzmie. – Zrezygnowałem, bo zacząłem zarabiać jako tłumacz. I jakoś nikt się o tę moją gnozę nie upomniał. Oprócz rodziny.

Teraz tłumaczy grę komputerową. Przekładał też teksty dla stacji Animal Planet i Discovery.
Lilith na dachu
Rozmawiamy na dachu. Przed nami rozpościera się panorama Łodzi z Teatrem Wielkim w centrum. Nie jesteśmy sami – obok siedzi wypchany bażant. – Nie wiem, skąd się tu wziął – śmieje się Krzysiek. – Wyglądam kiedyś przez okno i widzę na dachu ptaszysko. Nie myśl, że lubię wypychać martwe zwierzęta. Od 12 lat jestem wegetarianinem.

Oglądamy „Orchideę dla Lilith” – pierwszy tomik poetycki Krzyśka. Ukazał się pięć lat temu w łódzkim wydawnictwie „biblioteka”. Ponad trzydzieści wierszy, prowokacyjnie ponumerowane niechronologicznie. Krzysiek debiutował w „Verte” – dodatku kulturalnym „Gazety”. Drukował też w „Tyglu Kultury”. Pokazywał poezje ojcu. – Raczej ich nie komentował, chyba że coś mu się nie podobało. Znacznie ważniejszym nauczycielem był dla mnie Zdzisław Jaskuła. Pierwsze cenne wskazówki i sugestie usłyszałem właśnie od niego.

– Świat, w którym istniejesz, musisz zamknąć w słowo. To musi być przeżyte – mówi autor o pisaniu. – Teraz piszę wyłącznie dla przyjaciół, którym chcę dać coś ładnego.

Nie próbował nigdy stworzyć powieści. – To za ciężka praca, niemal rzemieślnicza. Pozostawię ją Andrzejowi Sapkowskiemu.

Ostatnio zaczął czytać jeszcze raz książki ojca, które pożycza od dziadków. Na półce leży „Miecz przeznaczenia” z zakładką w środku. – Muszę przynajmniej wiedzieć, co krytykuję – żartuje.

Podoba mu się czy nie? – Lubię je. To popkultura z klasą, przyjemnie się czyta. Ojciec zupełnie zasłużenie zrobił zawrotną karierę, ale czasem mam wrażenie, że idzie na łatwiznę. Pewnie gdyby był kimś mi obcym, nie wymagałbym od niego więcej. Mam nadzieję, że książka, którą pisze teraz, będzie powieścią jego życia. Jego proza jest za mało uszczegółowiona. W gruncie rzeczy niewiele wiemy o bohaterach. Co wiadomo o Wiedźminie? Że miał białe włosy do ramion. Bardzo nie podobał mi się film. Był strasznie sieriozny, oszczędny. Świat fantasy mojego ojca powinien być rozbuchany.

Czy Krzysiek chciałby być sławny? – Pewnie że tak – uśmiecha się – W gruncie rzeczy jestem bardzo próżny. Tak jak ojca podniecałyby mnie spotkania z wielbicielami. On uwielbia, kiedy stawiają przed nim kadzidła.

Kilogramy zdjęć upchniętych w albumach i kopertach. Całe życie Krzyśka – zdjęcia w pieluchach, oswajanie pluszowego niedźwiedzia, trzy największe miłości w różnych pozach, fotografie z wieczoru kawalerskiego oraz w wannie. Porównujemy zdjęcia ze ślubów. Ojciec i syn – mniej więcej w tym samym wieku. Bardzo do siebie podobni.
Katarzyna Frene to ja
Krzysiek ma artystyczną duszę. Już w wieku 17 lat zagrał w filmie. Reżyserem był Niemiec, Niko Brücher. – Wypatrzył mnie i koleżankę w kolejce do teatralnej szatni. Etiudę kręcono w Łodzi i częściowo w Rzgowie. Świetna zabawa. Miałem okazję poznać Jana Peszka i Mikołaja Grabowskiego.

Nie cofa się przed eksperymentami. Pokazuje zdjęcia. Elegancka kobieta półleży na podłodze. Oparta o niski stolik nakryty szydełkowaną serwetką, uśmiecha się. – To część sesji zdjęciowej – tłumaczy Krzysiek, który na czas trwania sesji zmienił płeć. – Fotografie zostały wysłane na jakiś konkurs w Świdnicy.

Swoje najnowsze wiersze Krzysztof podpisuje „Katarzyna Frene”. „Frene” od schizofrenii i frenetyczności. -Jedno z moich wcieleń – tłumaczy. – To tak, jak u Monty Pythona. Jeśli twoje życie jest szare i bezbarwne, rozpuść o sobie plotkę. W każdej jest ziarnko prawdy – trudno być poetą, nie będąc jednocześnie kobietą. Mama chciała, żebym urodził się dziewczynką. Myślę, że ojciec też.

Dlaczego? – Wywnioskowałem to z jego książek. Z postaci Ciri.

Ciri jest księżniczką. Co ma wspólnego z Katarzyną Frene?

– Geralt i Yennefer mogli mieć chłopca. Mają dziewczynkę. Jest prawie jak ich dziecko. Ale tak naprawdę Katarzyna jest emanacją mojej osobowości, a nie realizacją marzeń moich rodziców. Uwolniłem zamkniętą we mnie siostrę-bliźniaczkę, bo tego potrzebowałem.

Zdaniem Krzyśka Geralt jest w pewnej mierze alter ego ojca. – Chociaż on ma więcej wspólnego z Jaskrem. Ale tak naprawdę każda z postaci ma coś z niego. Bo ojciec to Bliźniak – dwoista natura, jeśli nie troista. Może być każdym z bohaterów, też dręczonym wyrzutami sumienia Geraltem.

Krzysztof jest pełen sprzeczności. Słucha pogodnego popu, ale i muzyki eksperymentalnej, Psychic TV i Madonny. Na półce z płytami leży też Beethoven i Strawiński. – Rano albo nocą oglądam na Polsacie teledyski disco polo. Nic tak nie leczy z chandry jak niezamierzenie komiczna piosenka. Kocham kicz. Najbardziej inspirujące są teksty.

Uwielbia Monty Pythona. Ostatnio prześledził u kolegi wszystkie „Cyrki”. – To było 36 godzin o suchym chlebie i piwie. Wyszedłem stamtąd ledwo żywy, ale szczęśliwy.

Pod telewizorem kolekcja filmów. – Podoba mi się „Całkowite zaćmienie” i „Milczenie owiec”. Ostatnio zachwyciłem się „Przekrętem” Guya Richie, a konkretnie galerią ekscentrycznych, oryginalnych postaci. Ale najważniejszym filmem była „Mechaniczna pomarańcza”. Teraz nie mógłbym już jej obejrzeć.
Krzyś z „Kubusia Puchatka”
Medialna legenda głosi, że to Krzysiek zmobilizował ojca do pisania. To on pożyczał mu „Fantastykę”. – Ojciec mówił mi kiedyś, że zapytałem go, czy sam nie napisałby opowiadania. Odpowiedział podobno, że napisze i faktycznie to zrobił. Ale ja tego nie pamiętam – mówi.

Jako miłośnik fantastyki, Krzysiek redagował z przyjaciółmi pismo „Nowy Talizman”. Ukazały się trzy numery. – Kolega, który był sponsorem pisma, niestety wycofał się. Nasza inicjatywa niewiele go interesowała – opowiada

Był pierwszym czytelnikiem ojca. I pierwszym fanem. – Później poszedłem w trochę innym kierunku. Zakochałem się w Dostojewskim, którego ojciec uważa za nudziarza. Ale oboje cenimy Lovecrofta.

Przygoda z fantastyką sięga dalekiej przeszłości. Kiedy Krzysiek był mały, ojciec, który pracował jako handlowiec, przywoził z zagranicy podręczniki do gier rpg. – Grywaliśmy razem. To najfajniejsze wspomnienia, jakie mam z dzieciństwa – mówi. – Co zrozumiałe, był zawsze mistrzem gry, tworzył scenariusze, budował świat.

Ojciec zaszczepił w Krzysztofie miłość do literatury. – Czytał mi pierwsze książki, „Opowieści z Narni” i „Kubusia Puchatka”. To właśnie dzięki „Kubusiowi” mam na imię Krzyś.

Teraz spotykają się raz, dwa razy w miesiącu. – Ojciec żyje w wieży z kości słoniowej. Jeśli już udziela wywiadów, to najchętniej za pośrednictwem e-maili. To zrozumiałe, wymaga tego specyfika jego zawodu.

Fani Andrzeja Sapkowskiego i dziennikarze często dzwonili do Krzyśka, kiedy jeszcze miał podłączony telefon. – Prosili o kontakt, wypytywali. Zawsze odmawiałem. Ojciec zapowiedział mi kategorycznie, żebym nie podawał nikomu jego numeru telefonu.

Kiedy Sapkowscy się spotykają, jedzą razem obiady i rozmawiają.

– Ojciec bardzo lubi mówić. Własnego głosu słucha jak muzyki sfer. Niedawno popsuła mi się pralka. Radził, że nie powinienem wydawać na jej naprawę więcej niż na kupno nowej. Mówił o tym pół godziny. Taki jest. Bardzo lubię Marię, jego żonę. Ma wiele wspólnego z Yennefer – jest silną, niezwykłą kobietą. Zmienną i chimeryczną, ale to przywilej damy.

Na pytanie, jaki jest ulubiony pisarz Andrzeja Sapkowskiego, Krzysiek odpowiada: – Nie wiem. Stawiałbym na Sapkowskiego.

Izabella Adamczewska, Gazeta Wyborcza, Łódź, 06-09-2002