Dawid Brykalski z Andrzejem Sapkowskim.

Dawid Brykalski: Gratuluję 2003 roku! Obok nagród krajowych Pański sztandarowy bohater, wiedźmin Geralt, coraz lepiej poczyna sobie w Hiszpanii. Jak znaczące było wyróżnienie, które Pan tam zdobył?

Andrzej Sapkowski: Członkowie Spanish Association for Science Fiction and Fantasy i zebrani na narodowym konwencie „HispaCon” miłośnicy tej literatury zechcieli najpierw nominować, a potem w głosowaniu wyróżnić narodową nagrodą Ignotus moje „Ostatnie życzenie” w kategorii „najlepszy zbiorek” i moich „Muzykantów” w kategorii „najlepsze opowiadanie zagraniczne”. To zupełnie przyzwoity wynik, puszę się, zwłaszcza obaliwszy mit o bezwzględnej dominacji fantastyki anglojęzycznej, głównie tej made in USA.
DB: A Francja? Czy Francuzi okazali się równie życzliwą czytelniczą publicznością?

AS: Jakoś nie, bo o nagrodach chwilowo ni słychu, ni dychu.
DB: W ubiegłym roku zdobył Pan kolejnego Zajdla (nagroda fandomu), a w styczniu 2004 r. okazało się, że Empik przyznał Panu swojego – nomen omen – AS-a. Osoby otrzymujące na przykład Oskary zazwyczaj dziękują Bogu, rodzicom i kochankom, a jaki jest Pański stosunek do otrzymywanych wyróżnień?

AS: Cóż, może to pretensjonalne, ale wolę, gdy nagradzają niż kiedy gwiżdżą i obrzucają pomidorami. W każdym artyście płonie – lub tli się – ogień próżności. Miło jest, gdy ktoś go podsyca.
DB: Ponoć każda przeczytana książka nas wzbogaca i rozwija. Statystyki podają, że ponad 50 proc. dorosłych Polaków w ubiegłym roku nie przeczytało żadnej książki. Jak Pan, człowiek utrzymujący się z pisania, zinterpretuje ten fakt?

AS: Z przygnębieniem, zwłaszcza przy pewności, że te 50 proc. to kalkulacja potężnie zawyżona. Znaczna część respondentów zwyczajnie kłamie w sondażach, bo im jednak ciut ciut wstyd wtórnego analfabetyzmu. Według mnie w rocznym rachunku żadnej książki nie przeczytało dobre 70 proc. statystycznych Polaków. Taką to się modą jako naród wzbogacamy i rozwijamy. Efekty tego rozwoju widoczne są na każdym kroku gołym okiem. Kto ich nie widzi, ten albo jest ślepy, albo należy do ludzi odpowiadających w tym kraju za kulturę.
DB: O „Narrenturm” czytałem, że „to słaba książka, ponieważ nic nie wnosi, gdyż ma początek, rozwinięcie i koniec”, albo że „za dużo w niej seksu”, albo jeszcze lepiej, „zbyt wiele zdań wtrąceń w obcych językach i przez to książka jest niezrozumiała”. Ciekawi mnie, czy może bawią Pana takie dyrdymały wypisywane przez recenzentów?

AS: Człek ze mnie spolegliwy i wyrozumiały, de gustibus non est disputandum, jeśli ktoś preferuje książki, które ni początku, ni rozwinięcia, ni końca nie mają, to jego wola, rozumiem racje, tolerancyjnie chylę czoło. Gdybym był debiutantem, kto wie, może i spróbowałbym wykorzenić złe nawyki i pisać tak, by głównonurtowym recenzentom się podobało – zwłaszcza że, między nami mówiąc, żadna to sztuka tak pisać. Ale mnie idzie na sześćdziesiąt i za późno, by się reformować. Względem zaś wtrąceń w obcych językach, pozwolę sobie udzielić recenzentom delikatnej przestrogi: są to głównie łacińskie cytaty z Pisma Świętego. Połączone ze słowem „obce” narzekanie na nadmiar gotowe otrzeć się o obrazę. Uczuć.
DB: Pewnie nie da się tego opisać w skrócie, ale zapytam. Ile książek historycznych musiał Pan przeczytać, jak głęboko sięgnąć do źródeł, ile faktów, wydarzeń, szczegółów trzeba sprawdzić, by powieść „Narrenturm” była tak żywa, dokładna i w pewnym sensie prawdopodobna?

AS: Nie przesadzajmy. W źródłach i owszem, trochę musiałem pokopać, może nawet i nieco więcej niż trochę. Opierałem się zaś głównie na piśmiennictwie czeskim. Pewne historyczne detale tropiłem, i owszem, niczym Pinkerton, bo książce dobrze robią takie detale i ciekawostki. Ale ta książka to wszak fantastyka historyczna, a nie doktorat z historii. Nadto, to tylko okres wojen husyckich, malusieńki zaledwie wycinek historii, sama akcja zaś obejmuje jedynie wycinek wycinka, czas od lata 1425 do wiosny 1430. Zaprawdę, ludzie startujący w „Wielkiej grze” muszą studiować pilniej, dłużej i głębiej.
DB: Pod koniec prac nad cyklem wiedźmińskim sygnalizował Pan, że będzie przymierzał się do powieści „historycznej”, której ostateczny kształt to właśnie trylogia („Boży bojownicy”, „Lux Perpetua”) rozpoczęta „Narrenturm”. Czy dziś ma Pan choć mglisty koncept na kolejne książki?

AS: Rzecz jasna, że mam. Ale chyba nie oczekuje pan, że go zdradzę, choćby w sposób najbardziej mglisty. Mam pod tym względem złe doświadczenia. Onegdaj za dużo sygnalizowałem.

Wywiad przeprowadzono w lutym 2004 r.

Gazeta.pl Łódź 10-06-2004