Dawid Brykalski z Andrzejem Sapkowskim

Andrzej Sapkowski – najpopularniejszy obecnie polski pisarz literatury fantasy. Na listach bestsellerów skutecznie konkuruje z Coelho, Jones, Musierowicz czy Chmielewską, co znacznie podniosło rangę gatunku. Nazwisko Sapkowski jest zwykle wymieniane obok klasyków: Lema i Tolkiena. Na przygody wiedźmina Geralta składają się dwa zbiory opowiadań oraz pięć tomów sagi. Autor stale obecny na łamach Nowej Fantastyki. Zdobył wiele prestiżowych literackich nagród, jak również doczekał się hasła w Encyklopedii PWN. Niedawno ukazał się zbiór opowiadań „Coś się kończy, coś się zaczyna…”, niebawem ukaże się nowa książka, potem leksykon, następnie nowa powieść

Fani w Polsce i zagranicą z niecierpliwością oczekują na film (kinowy oraz serial) oparty na wątkach sagi o wiedźminie.
DB: Znany i ceniony filozof Leszek Kołakowski napisał niegdyś, że: „stan skupienia podczas pisania piórem jest zupełnie inny od skupienia przy pracy z komputerem”. Czy i Pan mógłby się pod tym podpisać?

AS: Początkowo też mi się tak zdawało. Przez wiele lat pisałem wyłącznie ręcznie, na tysiącu rozmaitych kartek i karteczek, karteczki składałem, nanosiłem tysięczne poprawki czerwonym długopisem i wykreślałem co trzeba grubym czarnym flamastrem. Potem karteczki ciąłem i za pomocą kleju robiłem z nich collage, collage kładłem obok maszyny do pisania i przystępowałem do pracy fizycznej – czyli do walenia w klawisze hałaśliwej maszyny.

Skomputeryzowałem się dopiero podczas pracy nad pierwszym tomem pięcioksięgu, przypomnę, że był to rok 1992, sześć lat po moim debiucie. Ale i wówczas komputer po prostu zastąpił maszynę do pisania, stertę ręcznie zapisanych papierów kładłem teraz obok klawiatury – a w sumie jedyną zmianą na lepsze, którą zauważałem, było pisanie ciche. Dziś już mało kto pamięta, jaki nieznośny dla rodziny i sąsiadów łomot czyniła zwykła maszyna do pisania.

I właśnie przy „Krwi elfów„, pierwszym tomie sagi, zaryzykowałem po raz pierwszy pisanie z „klawiatury i ekranu”. Przekonałem się, że jeśli na zwykłej maszynie pisanie bez wcześniej przygotowanego materiału jest niemożliwe, to na komputerze wychodzi świetnie. Ba, mało tego, że świetnie i wygodnie – tempo pracy wzrasta przynajmniej pięciokrotnie. Dziś śmiało – i absolutnie bez przesady – mogę powiedzieć, że jedyną rzeczą, którą piszę ręcznie, są autografy. Resztę piszę na komputerze i drukuję. W tej liczbie i karteczki „Nie zapomnieć podlać kwiatów!”, gdy żona wyjeżdża.

DB: A internet i jego poniekąd nieograniczone możliwości?

AS: Pisarka Elizabeth Haydon (ta od „Rapsodii”, trylogii, która ukazała się za sprawą wydawnictwa „Mag”) nazywa internet Wielką Księgą Mądrości Ludzkości. I ma rację. Sieć ma nieograniczone możliwości. I nie „poniekąd”, lecz niewątpliwie.

DB: Może więc zastąpić ludzką wyobraźnię?

AS: Absolutnie nie! Nie wiem, skąd mogła powstać taka myśl i takie pytanie. Ach, przepraszam, wiem: z modnych ostatnio jeremiad i apokaliptycznych proroctw, wedle których Sieć to demon, który nas zniszczy i pożre. Poglądy takie mam za równe owym, które tyczyły początków motoryzacji. Pierwsze samochody uznano za tak niebezpieczne, że wydano rozporządzenie: przed każdym automobilem ma biec pacholik z chorągwią i mosiężną trąbą, machaniem i trąbieniem ostrzegając potencjalne ofiary, że nadjeżdża mordercza machina. Z czasów zaś, których doznałem osobiście, pamiętam opinie, że od telewizora się ślepnie, staje się bezpłodnym i dostaje raka.
Kogoś, kto miałby w domu na półkach tysiąc wielotomowych encyklopedii, w tym kilka wydań Britanniki, chwalono by jako człeka mądrego, podziwiano jako erudytę. Na chłopaka, który ma w Sieci dużo więcej, ojciec drze mordę: „Znowu przy tym komputerze? Głupiejesz od tego!”. Sześć godzin w szkole, w której niedouczony i parszywie nisko opłacany nauczyciel powtarza chłopakowi czy dziewczynie banały, brednie i farmazony czerpane z nędznie i głupio napisanych podręczników, nazywa się „edukacją”. Sześć godzin dziennie w Sieci budzi przerażenie i chęć skierowania dziecka do psychologa.
Reasumując, bo chyba się rozgadałem: Internet nigdy nie zastąpi wyobraźni. Ale wspomóc wyobraźnię źródłem trzeba czasem. A lepszego źródła niż Sieć nie ma.

DB: Fani stworzyli Pańską stronę internetową www.sapkowski.pl. Zdarza się, że pojawiają się tam nawet fragmenty utworów przed wydaniem książkowym.

AS: Strona, co ciekawe, została stworzona bez porozumienia ze mną. Ja się tym wówczas niezbyt przejmowałem, bo byłem, jak to się mówi, off line, nie miałem jeszcze dostępu do Sieci. Zareagował natomiast czuły na takie sprawy Bogusław Polch – wspomniana strona zamieszczała bez pozwolenia jego rysunki. Po reakcji Polcha zwrócił się do mnie wrocławianin Jacek Suliga, autor strony, zademonstrował swoje dzieło i poprosił o współpracę. Współpraca trwa do dziś.

Jest to jedyna strona, która ma moje pozwolenie na zamieszczanie tekstów – lub ich fragmentów przed oficjalną publikacją. Inni, którzy to robią, to bezczelni piraci.

DB: Nie kto inny, ale to fani właśnie rozpętali aferę dotyczącą nigdy nie powstałego tomu szóstego wiedźmińskiej sagi

AS: Owszem, to był taki fanowski żart, który udał się nadspodziewanie, przez co kosztował mnie trochę zachodu, musiałem ów słynny „szósty tom” ostro dementować – sporo ludzi weń bowiem uwierzyło i mordowało mnie pytaniami.

DB: Zabawne, ale przeprowadzając i ten wywiad wspomagamy się siecią…

AS: I bardzo dobrze. To signum temporis. Wszyscy na tym korzystamy. Proszę zauważyć, że w tak zwanych normalnych układach praca nad wywiadem zajęłaby około miesiąca, wliczywszy autoryzację. A tak – autoryzacja niepotrzebna, albowiem to ja piszę to, co mówię.

DB: Niedawno wziął Pan udział w coraz popularniejszych czatach. Jakie wyniósł Pan spostrzeżenia?

AS: Wziąłem dwa razy – pierwszy i ostatni. Zbyt czasochłonne, zbyt pracochłonne, do tego nagle okazuje się, że czat zostaje przez gazety z pół Polski wydrukowany jako wywiad. Wedle zasady: co w Sieci, to niczyje, a jeśli niczyje, to moje. Zupełnie jak te cegły za Peerelu. A ja sobie tego nie życzę. Czat to zabawa, wywiad to wywiad. Cóż, po wszystkich moich poprzednich miodach pod adresem Internetu muszę dodać łyżkę dziegciu: to jest Dziki Zachód, można znaleźć złoto, można też dostać kulkę w plecy. Ale z Wild Westu wyrosły USA i to samo będzie z Siecią.

DB: Wyczytałem gdzieś ostatnio dość nadęty termin „poetyka komputerowa”. Czy coś takiego funkcjonuje w literaturze?

AS: Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Brzmi nie tylko nadęcie, ale i głupio. Bo jeśli zatem ktoś nie ma komputera, to w jakiej pisze poetyce – długopisowej?

DB: Gry oferują coraz więcej – czy tak zapracowany i popularny człowiek znajduje czas na zabawę na komputerze?

AS: Absolutnie nie. Niechaj jednak będzie jasnym, że nie wynika to ze złego do gier nastawienia. Deus avertat, broń Boże. Gry są dla mnie po prostu zbyt czasochłonne, nie mam na nie czasu.
Czasami dla odprężenia stawiam komputerowe pasjanse. Ale ostatnio i na nie czasu mi brak.

DB: A jakie losy spotkały grę „Wiedźmin”?

AS: Mówiąc szczerze – nie mam pojęcia.

DB: Zdaję sobie sprawę, że ekipa filmowa nie miała takiego budżetu, by zaproponować współpracę Industrial Light & Magic.

AS: Też bardzo tego żałuję. Zmorą filmowanej fantasy jest niskobudżetowa tandeta. Te plusze z kanapy udające niedźwiedzie skóry, te gumowe smoki, te zamki błyskawiczne na grzbietach potworów z Czarnej Laguny, te „efekty specjalne” rodem z pierwszych Star Treków z lat sześćdziesiątych… Rzecz tym smutniejsza, że recepta na to zło istnieje, jest remedium, i to całkiem obywające się bez Industrial Light & Magic. Trzeba tylko wiedzieć i chcieć. Ale to jest, jak się okazuje, najtrudniejsze. Od siebie dodam, że przed przystąpieniem do filmowania i obsadzania ról dobrze jest przeczytać książki filmowanego autora. Ale to też jest, jak się okazuje, bardzo kłopotliwe. A więc zbędne.

DB: A gdyby musiał Pan wybierać co ze sobą zabrać, nie wiem na bezludną wyspę… w kosmos… gdziekolwiek… co by to było wędka czy laptop?

AS: Pewnie jedno i drugie – tak, jak to zwykle robię przy wyjazdach urlopowych. Nie osiągnąłem jeszcze bowiem wieku emerytalnego i nie przysługuje mi renta, muszę więc pracować. A praca pisarza, przy rozmaitych miłych stronach, ma i tę mniej miłą – nie ma się niedziel, świąt kościelnych i państwowych, wakacji czysto wypoczynkowych.

DB: W imieniu Czytelników, Redakcji i swoim dziękuję za poświęcony czas i arcyciekawy wywiad.