Liet Kynes z Andrzejem Sapkowskim

Wywiad dla magazynu „Załoga G”. Sapkowski odpowiada na standardowe pytania, komentuje pokrótce filmowego Wiedźmina i „Narrenturm”.

L.K.: Jest Pan ostatnio zapracowany? Premiera nowej książki już niedługo…

A.S.: Fakt, jestem zapracowany. Wszyscy to wiedzą. Ale czy się ktoś przejmuje? Akurat. Bez przerwy zawracają głowę prośbami o wywiady. Proszę nie brać do siebie.

L.K.: Czy pisarz określany w Polsce jako „kultowy”, lub „król polskiej fantasy” może bez problemu utrzymać się na full-timie?

A.S.: No jasne, wiedziałem, że takie będzie jedno z pierwszych pytań. A w cichości ducha liczyłem na jakiś mniejszy banał. Ale cóż robić, odpowiem: „król polskiej fantasy” utrzymać się może, ale żeby bez problemów, to bym nie powiedział. Pisarzom „kultowym” i „królom” wydawcy płacą tak samo, jak innym, jednaki – to znaczy marny – procent od sprzedaży książek. Mnie trochę ratują i wspomagają finansowo wznowienia, w miarę częste, na szczęście – chyba ze względu na ową „kultowość”. Generalnie jednak literatura – Ameryki tu nie odkryję – nie jest szczególnie profitownym polem zawodowym.

L.K.: W Polsce i nie tylko jest Pan sławny. Poczuł się Pan kiedyś jak gwiazda światowego formatu, równa Clancy’emu, Crichtonowi czy innemu Tolkienowi?

A.S.: Nie, nie poczułem się. Z uwagi na pewne zauważalne dysproporcje między wyżej wymienionymi a mną. Chociażby w dochodach, żeby daleko nie szukać.

L.K.: A odczuł Pan negatywne aspekty sławy?

A.S.: Kilka razy. Cóż, takie jest życie.

L.K.: Boli Pana to, że tak mało ludzi w Polsce czyta? Że ich liczba raczej spada?

A.S.: Znacznie bardziej ubolewam nad skutkami tego zjawiska, widocznymi na każdym kroku. To przykre, ale pomału stajemy się społeczeństwem chamskim i głupim. Na brak chamów i głąbów nie narzekaliśmy w tym kraju nigdy, ale obecnie można mówić już wręcz o dyktaturze i dyktacie. Kretynem, chamem, głąbem i nie znającym reguł mowy i pisowni polskiej półanalfabetą wręcz wypada być, jest to comme il faut, jest to modne, społecznie nie tylko akceptowane, ale i mile widziane. O przykłady nietrudno. I nie tylko w środkach komunikacji miejskiej i podmiejskiej. Wystarczy włączyć telewizor lub poczytać prasę. Albo – jeszcze lepiej – przyjrzeć się jakiemuś czatowi – tam dopiero jest zgroza.

L.K.: A Pan? Znajduje Pan czas na czytanie „nie swoich” książek? Ciągle lubi Pan fantastykę?

A.S.: Nieodmiennie i nieustannie, z czego wynika, że dozgonnie.

L.K.: Pańscy ulubieni pisarze?

A.S.: Ernest Hemingway, Raymond Chandler, Umberto Eco, William Shakespeare, Henryk Sienkiewicz, Aleksander Dumas ojciec, Teodor Parnicki, Antoni Gołubiew, Erich Maria Remarque, J.R.R.Tolkien, Stanisław Lem, Ursula Le Guin, Roger Zelazny, Jack Vance, C.S. Lewis, T.H. White, Peter S. Beagle, Stephen R. Donaldson. I wielu, wielu innych.

L.K.: Ostatnio zrobił się wielki szum wokół Tolkienowskiej Trylogii, szczególnie w obliczu pojawienia się w kinach pierwszej części adaptacji. Mnie osobiście książka ta się nie spodobała (teraz pewnie wielu czytelników się oburzy), głównie z powodu tego, iż jest nudnie napisana. Jak Pan ocenia ten cykl, który na Zachodzie Europu czy w Ameryce (może trochę na wyrost) uważany jest za najważniejszą książkę w historii fantasy?

A.S.: „Władca Pierścieni” Tolkiena jest najważniejszą książką fantasy i bynajmniej nie na wyrost. To absolutny Number One, kanon i kamień milowy gatunku, trylogia, od której na dobry porządek gatunek się zaczął, choć nazwy fantasy jeszcze wtedy nie wymyślono i nie używano. Rozumiem, że Panu się Tolkien nie podobał – rozumienie tego faktu przychodzi mi z niejakim trudem, ale cóż, de gustibus non est disputandum. Proszę jednak wziąć pod uwagę, że gdyby nie było Tolkiena, nie byłoby innej fantasy – w tym i tej napisanej mniej nudnie, z większym biglem, pełnej seksu i rąbaniny na miecze.

L.K.: A film. Obejrzał Pan?

A.S.: Jeszcze nie. Jakoś mi się nie spieszy. Trochę odstręcza mnie ów szum medialny wokół sprawy – ale cóż, w dzisiejszych czasach nic nie może się obyć bez hucpy, billboardów i gadżetów.
Najprawdopodobniej poczekam więc, aż dzieło nada kablowa telewizja, wtedy obejrzę tak, jak lubię. W spokoju i ciszy. Nie będą ze wszech stron ryczeć nastawione na full volume głośniki, nikt nie będzie obok chrupał popcornu i szeleścił czipsami, że o zapachach różnych nie wspomnę.

L.K.: Wróćmy sceny fantasy w Polsce. Jak Pan ocenia jej kondycję, szczególnie na tle zachodniej fantasy, której w księgarniach zatrzęsienie?

A.S.: Nie uprawiam krytyki literackiej i nie jestem upoważniony do wystawiania ocen. Wiele jednak w poruszonej kwestii może mówić sam fakt – rankingi czytelnicze świadczą o tym dobitnie – że polska fantasy dzielnie wytrzymuje konkurencję zachodniej. A i o tej wschodniej zapominać nie należy.

L.K.: Których polskich twórców fantastyki uważa Pan za najlepszych?

A.S.: Patrz wyżej. Nie jestem krytykiem literackim.

L.K.: Jakieś tytuły?

A.S.: Next question, please.

L.K.: Saga o wiedźminie to w Polsce cykl kultowy, sam czytałem go już ze trzy razy i pewnie nie raz jeszcze do niego wrócę. Wszyscy wiedzą że zaczęło się od opowiadania „Wiedźmin” na konkurs „Fantastyki”. Ale jak to było dalej? Zawsze mnie ciekawiło, kiedy postanowił Pan je kontynuować? A kiedy pojawił się pomysł na Pięcioksiąg? Jak długo Pan go przetrawiał, nim powstał zarys całej historii?

A.S.: Byłem mile zbudowany popularnością opowiadań o wiedźminie, dość wcześnie zaplanowałem napisanie wielotomowego cyklu, charakterystycznego już wówczas dla gatunku fantasy. Był wszak już „Amber” Zelaznego, była Andre Norton, był Moorcock, był Eddings – że wymienię tylko kilkoro z rzeszy. Pomyślałem, że polska fantasy też zasługuje na taki cykl – a i autorowi duża rzecz pozwala zamaszyściej się „rozpisać”. Scalający fabułę bohater był gotowy, a pomysłem ogniskującym akcję miała być „Niespodzianka” – dziecko, zasygnalizowane w opowiadaniu „Kwestia ceny”. Niespodzianka – czyli Ciri – miała początkowo wystąpić dopiero w cyklu, przymiarki fabularne sprawiły, że wystąpiła wcześniej – w dwóch opowiadaniach, w „Mieczu przeznaczenia” i „Coś więcej”. Akcja i wydarzenia tych dwu opowiadań – zdradzę – miały początkowo być włączone do cyklu, oba opowiadania powstały z przygotowywanych pod kątem cyklu brulionów.

L.K.: Myślał Pan może ostatnio nad zaangażowaniem Geralta do kolejnej opowieści? Pytam, bo na konwencie w Katowicach w czerwcu 2001 wyraźnie Pan odparł przecząco na pytanie postawione przez jednego z fanów (byłem tam, słyszałem). Może jednak coś w głębi mówi Panu: „Andrzej, zróbmy jeszcze jedną książkę o wiedźminie…”

A.S.: Katowicki fan – jak rzesza mu podobnych – spragniony był kolejnego tomu „sagi”. Wychował się na grach komputerowych i w głowie mu się nie mieści, że opowieść może mieć swoje zakończenie, swój definitywny koniec – wieńczący i definitywnie zamykający dzieło. Nie rozumie, że wiedźmin to nie Lara Croft. Inni fanowie rozumieją, ale wskazują przykład choćby Eddingsa, cóż prostszego, mówią, napisać sequel, następne pięć tomów o Ciri lub „synu wiedźmina”. Względnie prequel – o ojcu wiedźmina.

Ja tych ludzi rozumiem, ba, pochlebia mi, że tak bardzo pragną czytać o – będących wszak moją kreacją – walecznych wiedźminach, dowcipnych krasnoludach, urodziwych i mądrych czarodziejkach. I wcale nie wykluczam, że kiedyś ponowię taką kreację, w końcu, Roger Zelazny też nie palił się do sequela „Amberu”, a sequel taki jednak popełnił, pracę przerwała śmierć, gdyby nie to, któż wie, ile jeszcze byłoby tomów. Dlatego i ja się nie zarzekam. Może coś napiszę. Ale nie dziś i nie jutro. Na razie mam w planach co innego i „głosy z głębi” mają być cicho.

L.K.: W naszym kraju „zrobili” „film” na podstawie opowiadań o Geralcie. Obejrzał go Pan?

A.S.: I owszem. Na specjalnym pokazie.

L.K.: Boję się spytać o opinię na jego temat….

A.S.: Strach całkiem nie na miejscu. Ale opinii mojej i tak Pan nie pozna. Wychodzę z założenia, że sprzedaż praw autorskich to trochę jak intercyza małżeńska. A małżeństwo jak to małżeństwo, jakby w tym małżeństwie nie było, co by się tam nie działo – to nic do tego prasie, radiu, telewizji i sieciowym fanzinom. Umowa zobowiązuje. Również do zachowywania się godnie.

L.K.: Pasował Panu Michał Żebrowski w roli Białego Wilka?

A.S.: Pasował. Nawet bardzo. Pomijając kwestię wizerunku, Michał Żebrowski pokazał w grze aktorskiej klasę prawdziwego profesjonała, zawodowca dużej klasy. Wielu mogłoby się od niego uczyć. A wielu powinno.

L.K.: A muzyka ś.p. Grzegorza Ciechowskiego? Wielu fanów Pańskiej twórczości, którzy mieli ten smutny „zaszczyt” obejrzenia filmu (w tym ja) wymieniało ją jako jedyny pozytywny element tej „produkcji”?

A.S.: Muzyka i owszem, też niezła.

L.K.: Brodzki i spółka proponowali Panu współpracę przy filmie?

A.S.: Proponowali pisanie scenariusza. Musiałem odmówić. Gdybym pisał scenariusz, z całą pewnością nie dałbym rady napisać pięcioksięgu. A pięcioksiąg, z całym szacunkiem, wydał mi się znacznie bardziej ważny. A szczytny cel pisania kolejnych tomów w odstępach rocznych jeszcze ważniejszy.

L.K.: Podobno sprzedał Pan prawa do ekranizacji amerykanom. Można się w ogóle spodziewać „Wiedźmina made in U.S.A”?

A.S.: To jest – niestety – bzdura wyssana z palca. Albo celowa puszczona „sensacyjna” plotka, kaczka dziennikarska. Jeśli to ostatnie, to w największym podejrzeniu mam moich internetowych fanów. Mają w takich akcjach już spory dorobek. Między innymi zapowiedź „rychłego ukazania się szóstego tomu sagi”, osławionego „Białego zimna”, czym wprawili w istny amok połowę polskich księgarń i hurtowni księgarskich.

L.K.: W „Nowej Fantastyce” i na Sapkowski Zone ma się niedługo ukazać fragment Pańskiej najnowszej książki o tajemniczym tytule „Narrenturm”. Zdradzi Pan datę premiery?

A.S.: Kompletnie nie pojmuję, co może być w tym tytule tajemniczego. A premiera? Hmm… Wkrótce.

L.K.: Co oznacza tytuł książki?

A.S.: „Narr” – jak powszechnie wiadomo – to po niemiecku błazen, głupiec, wariat, „Turm” zaś to wieża. „Narrenturm” znaczy więc Wieża Błaznów. Miejsce noszące taką nazwę – zwykle murowana wieża właśnie – służyło w średniowieczu do izolowania chorych umysłowo. Najwięcej takich wież było podobno w Niemczech, stąd utarła się niemiecka nazwa.

L.K.: Jakie klimaty?

<B.A.S.: Fantasy historyczna. Klasyczna dla subgatunku – tło całkowicie historyczne, w każdym szczególe. Ale zostaje cała reszta, która rządzi fabułą, wszystkie kojarzące się z fantasy elementy, w tym i magia. Okres historyczny lat 1425 do 1430, czas, gdy czescy husyci rozpoczęli – jak dziś powiedzielibyśmy – eksport rewolucji na sąsiednie kraje, podejmując zbrojne najazdy, tak zwane spanile jízdy – między innymi na Śląsk, główny teren akcji.

L.K.: To będzie cykl, prawda?

A.S.: Nie. Trylogia.

L.K.: Czy będzie miał oficjalny, wspólny tytuł?

A.S.: Nie, każdy tom będzie miał swój tytuł, nadtytułu nie przewiduje się.

L.K.: W jakich odstępach czasu ukazywać się będą kolejne tomy?

A.S.: Będę się starał o odstępy nie dłuższe niż jeden rok, ale obiecać tego nie mogę. Pisanie w rocznych odstępach wymaga niezwykle intensywnej, wręcz morderczej pracy, siły – w tym i te twórcze – mogą zawieść.

L.K.: Andrzej Sapkowski, to także http://www.sapkowski.pl. Jacek Suliga (dla niego serdeczne dzięki, wie za co – przyp. Liet Kynes), jej webmaster jest z Panem w ciągłym kontakcie, jeśli chodzi o to, co dzieje się na Zonie? Bywa Pan czasem na tej stronce?

A.S.: „Sapkowski Zone” zawsze otrzymuje ode mnie nowości, równolegle z premierami tychże gdzie indziej. To jest moja strona „dawcza”. Jeśli chodzi zaś o „biorczą” – to bywam tam, jeśli chcę coś znaleźć – wywiad, recenzję, krytykę, notkę prasową – you name it. O połowie ukazujących się nie wiem, do tych, o których wiem, zwykle nie mam dostępu, jeśli mam, to materiał często gubię. A w Zonie jest wszystko, skompletowane, posegregowane, uporządkowane, bierz i ściągaj.

L.K.: Czyta Pan fanfikcje, które „sapki” tam zamieszczają? Jak Pan je ocenia?

<B.A.S.: Nie, tego akurat nie czytam. Z braku czasu.

L.K.: Jakie rady dałby Pan młodym ludziom, którzy dopiero próbują swych sił z piórem?

A.S.: Radziłbym im szczerze i serdecznie, żeby wybili sobie z głów mrzonki i głupstwa i wzięli do jakiejś uczciwej i pożytecznej roboty.

L.K.: A jak to było z powstaniem gry fabularnej „Wiedźmin”? To system ? W branżowych pismach o RPGach raczej słabo ją ocenili… Grał pan w nią?

A.S.: Jak było? Standardowo. Znaleźli się chętni, poprosili o zgodę na wykorzystanie moich praw autorskich, zgodę otrzymali, zrobili grę. System nie jest więc made by lecz based on. Co do reszty pytania: no comments. W gry role playing nie grywam od lat. Nie śledzę też sceny RPG tak uważnie, jak niegdyś.

<B.L.K.: A teraz standardowe pytanie: czytuje Pan Załogę G? Jak Pan ocenia tego typu inicjatywy? Jak pan ocenia nasz zin? Jaka jest według Pana przyszłość prasy internetowej, szczególnie darmowej?

A.S.: Z internetowymi zinami spotykam się najczęściej off line, w CD-ROMach załączanych do prasy komputerowej. W dywagacje i oceny wdawać bym się nie chciał, powiem jedno: inicjatywy takie nieodmiennie oceniam wysoko a o podejmujących takie inicjatywy ludziach mam nieodmiennie bardzo dobre zdanie. Cenię i podziwiam ludzi, którym się „chce chcieć”, którzy coś robią, są czegoś motorami, nadają czemuś kształt i są – jak tuszę – z tego dumni. Mają prawo być dumni. A przyszłość takich inicjatyw? Odpowiem krótko – tyle jej, co ludzi. Rzutkich i chętnych ludzi nie stanie – zjawisko zniknie. Oby nigdy.

L.K.: Dziękuję za rozmowę. Czego życzyć pisarzowi? By jego pióro było wiecznie „połamane”?

A.S.: Generalnie, wolałbym niczego sobie nie łamać, a nadto słowo „złamany” budzi dwuznaczne asocjacje. Poza tym, nie piszę piórem, lecz na komputerze. W związku z tym najczęstszym moim – zwykle wygłaszanym gromko przy pracy – życzeniem jest, by firmę Microsoft Corporation trafił szlag. Takie życzenie – przy całej jego nierealności – chętnie przyjmę.

L.K.: Mam na dzieję, że uda mi się pana namówić na dłuższą rozmowę o „Narrenturm” już po jego premierze…

A.S.: Pożywiom, uwidim.

 

Wywiad ukazał się w numerze 33 magazynu internetowego „Załoga G” 05/2002