Fragment rozdziału czwartego „Wieży jaskółki”.

Ściany komnat pokrywały bogate arrasy i przepyszne tapiserie,
przedstawiające sceny religijne, myśliwskie i sielanki z udziałem
rozebranych kobiet. Meble lśniły intarsjami i mosiądzem okuć, a dywany
były takie, że przy stąpnięciu stopa zagłębiała się po kostkę. Ciri nie
zdążyła zaobserwować szczegółów, bo Bonhart kroczył szparko i ciągnął za
łańcuch.

– Witaj, Houvenaghel.

W tęczy kolorów, rzucanej przez witraż, na tle myśliwskiej tapiserii,
stał mężczyzna o imponującej tuszy, ubrany w kapiący od złota kaftan i
obszywaną wyporkami delię. Choć w sile wieku męskiego, był mocno łysy, a
policzki zwisały mu jak u ogromnego buldoga.

– Witaj, Leo – powiedział. – I ty, pani…

– Żadna pani – Bonhart pokazał łańcuch i obrożę. – Witać nie trzeba.

– Grzeczność nic nie kosztuje.

– Oprócz czasu – Bonhart pociągnął za łańcuch, podszedł,
bezceremonialnie poklepał grubasa po brzuchu.

– Ładnieś przybrał – ocenił. – Na honor, Houvenaghel, gdy stoisz na
drodze, łatwiej cię przeskoczyć, niż obejść.

– Dobrobyt – wyjaśnił jowialnie Houvenaghel i zatrząsł policzkami. –
Witaj mi, witaj, Leo. Miłym mi jesteś gościem, bom też dziś i radosny
niezmiernie. Interesy idą nad podziw dobrze, że aż się chce od uroku pluć,
kassa tylko brzęczy! Tylko dziś, daleko nie szukając, jeden nilfgaardzki
rotmistrz rezerwy, prowiant-majster zajmujący się transportami sprzętu na
front, opylił mi sześć tysięcy wojskowych łuków, które ja z
dziesięciokrotnym przebiciem sprzedam w detalu myśliwym, kłusownikom,
zbójcom, elfom i innym bojownikom o wolność. Tanio kupiłem też od jednego
tutejszego markiza zamek…

– A na cholerę ci zamek?

– Muszę mieszkać reprezentacyjnie. Wracając do interesów: jeden
wręcz zawdzięczam tobie, Leo. Beznadziejny zdawałoby się dłużnik uiścił.
Dosłownie przed chwilą. Ręce mu się trzęsły, gdy uiszczał. Typ widział cię
i myślał…

– Wiem, co myślał. Dostałeś mój list?

– Dostałem – Houvenaghel usiadł ciężko, potrącając brzuchem stół, aż
zadzwoniły karafki i puchary. – I wszystko przygotowałem. Nie widziałeś
afiszów? Pewnie hołota zdarła… Ludzie już schodzą się do teatru. Kassa
brzęczy… Siadaj, Leo. Mamy czas. Pogadamy, napijemy się wina…

– Nie chcę twojego wina. Pewnie kazionne, ukradzione z nilfgaardzkich
transportów.

– Kpisz chyba. To Est Est z Toussaint, grona zebrane, gdy nasz
miłościwy cesarz Emhyr był o, takim maleńkim pędrakiem, srywającym w
becik. Był to dobry rok. Dla win. Twoje zdrowie, Leo.

Bonhart w milczeniu odsalutował roztruchanem. Houvenaghel zamlaskał,
nader krytycznie przyglądając się Ciri.

– Ta więc oto wielkooka sarenka – powiedział wreszcie – ma
zagwarantować przyrzeczoną w liście zabawę? Wiadomym mi jest, że Windsor
Imbra jest już pod miastem. Że prowadzi ze sobą kilku niezłych rezunów. A
i paru lokalnych rębajłów widziało afisze…

– Czyś ty się kiedy zawiódł na moim towarze, Houvenaghel?

– Nigdy, fakt. Alem też i dawno nic od ciebie nie miał.

– Pracuję rzadziej, niż dawniej. Myślę też o tym, by całkiem
przejść w stan spoczynku.

– Do tego potrzebny kapitał, by mieć się z czego sustentować.
Miałbym może na to sposób… Wysłuchasz?

– Z braku innej rozrywki – Bonhart nogą podsunął krzesło, zmusił
Ciri, by usiadła, owijając łańcuch dookoła przegubu.

– Nie myślałeś, żeby ruszyć na Północ? Do Cintry, na Stoki, albo i za
Jarugę? Czy wiesz, że każdemu, kto tam pociągnie i zechce osiedlić się na
zdobytych terenach, cesarstwo gwarantuje nadział czterech łanów gruntu? I
wolniznę od podatku na lat dziesięć?

– Ja – odrzekł spokojnie łowca – nie nadaję się na rolnika. Nie
mógłbym kopać w ziemi ani hodować żadnych bydląt. Jestem zbyt wrażliwy. Na
widok gówna albo glizdy zbiera mi się na rzyganie.

– To tak jak mnie – zatrząsł policzkami Houvenaghel. – Z całego
rolnictwa toleruję jedynie bimbrownictwo. Reszta jest odrażająca. Mówią,
że rolnictwo to podstawa ekonomiki i że gwarantuje dobrobyt. Uważam jednak
za niegodne i upokarzające, by o moim dobrobycie przesądzało coś, co
śmierdzi nawozem. Poczyniłem w tym kierunku starania. Ziemi nie ma musu
uprawiać, Bonhart, nie ma musu hodować na niej bydląt. Wystarczy ją mieć.
Jeśli ma się odpowiednio dużo, można ładne ciągnąć intraty. Można, wierz
mi, żyć naprawdę dostatnio. Tak, poczyniłem w tym kierunku pewne starania,
stąd zresztą moje pytanie o podróż na Północ. Bo widzisz, Bonhart, ja
miałbym tam dla ciebie zajęcie. Stałe, dobrze płatne, nie absorbujące. I w
sam raz dla człeka wrażliwego: żadnych gówien, żadnych dżdżownic.

– Gotów jestem wysłuchać. Niezobowiązująco, oczywista.

– Z nadziałów, które cesarz gwarantuje osadnikom, można przy
odrobinie przedsiębiorczości i niewielkim kapitale zakładowym złożyć do
kupy całkiem ładne latyfundium.

– Pojmuję – łowca przygryzł wąs. – Pojmuję, ku czemu zmierzasz. Już
wiem, jakie to starania czynisz względem własnego dobrobytu. Trudności nie
przewidujesz?

– Przewiduję. Dwojakie. Po pierwsze, trzeba znaleźć najmitów, którzy
udając osadników pojadą na północ brać od osadźców i obejmować nadziały.
Formalnie dla siebie, praktycznie dla mnie. Ale znalezieniem najmitów
zajmę się ja. Ciebie dotyczy druga z trudności.

– Zamieniam się w słuch.

– Niektórzy najmici obejmą ziemię i nie będą skłonni oddać. Zapomną
o umowie i o pieniądzach, jakie wzięli. Nie uwierzysz, Bonhart, jak
głęboko oszustwo, podłość i skurwysyństwo zakorzenione są w naturze
ludzkiej.

– Uwierzę.

– Trzeba będzie więc przekonywać nieuczciwych, że nieuczciwość nie
popłaca. Że jest karana. Tym zajmiesz się ty.

– Brzmi pięknie.

– Brzmi tak, jakie jest. Ja mam praktykę, ja już robiłem takie
przekręty. Po formalnej inkluzji Ebbing do Cesarstwa, gdy rozdawano
nadziały. I później, gdy wszedł w życie Akt o Ogradzaniu. Tym sposobem
Claremont, to urocze miasteczko, stoi na mojej ziemi, a więc należy do
mnie. Cały ten teren należy do mnie. Aż tam, hen, po zasnuty siwą mgiełką
horyzont. Wszystko to jest moje. Całe sto pięćdziesiąt łanów. Łanów
cesarskich, nie kmiecych. To daje sześćset trzydzieści włók. Czyli
osiemnaście tysięcy dziewięćset mórg.

– O nierządne cesarstwo i zginienia bliskie – wyrecytował szyderczo
Bonhart. – Upaść musi imperium, w którym wszyscy kradną. W prywacie i
samolubstwie słabość jego tkwi.

– W tym tkwi moc jego i siła – zatrząsł policzkami Houvenaghel. – Ty,
Bonhart, mylisz złodziejstwo z indywidualną przedsiębiorczością.

– Nader często – przyznał beznamiętnie łowca nagród.

– Jak więc będzie z naszą spółką?

– A nie za wcześnie dzielimy te północne grunta? Może by tak dla
pewności zaczekać, aż Nilfgaard wygra tę wojnę?

– Dla pewności? Nie żartuj sobie. Wynik wojny jest przesądzony.
Wojny wygrywa się pieniędzmi. Cesarstwo je ma, Nordlingowie ich nie mają.

Bonhart chrząknął wymownie.

– Jeśli już o pieniądzach mowa…

– Załatwione – Houvenaghel pogrzebał w leżących na stole
dokumentach. – Tu jest czek bankierski na sto florenów. Tu akt umowy o
cesji zobowiązań, na mocy którego wyciągnę od Varnhagenów z Geso nagrodę
za głowy bandytów. Podpisz. Dziękuję. Należy ci się jeszcze procent z
wpływów z przedstawienia, ale nie zamknięto jeszcze rachunków, kassa wciąż
brzęczy. Jest duże zainteresowanie, Leo. Naprawdę duże. Ludziom w moim
miasteczku okrutnie dokuczają nuda i chandra.

Urwał, popatrzył na Ciri.

– Mam szczerą nadzieję, że się nie mylisz co do tej osoby. Że
zapewni nam ona godziwą rozrywkę… Że zechce kooperować gwoli wspólnego
zysku…

– Dla niej – Bonhart zmierzył Ciri obojętnym spojrzeniem – nie będzie
w tym żadnego zysku. Ona o tym wie.

Houvenaghel skrzywił się i żachnął.

– To niedobrze, do diabła, niedobrze, że o tym wie! Nie powinna
wiedzieć! Co z tobą, Leo? A jeśli ona nie zechce być rozrywkowa, jeśli
okaże się złośliwie nie spolegliwa? Co wtedy?

Bonhart nie zmienił wyrazu twarzy.

– Wtedy – powiedział – poszczujemy na nią na arenie twoje brytany.
One, jak pamiętam, zawsze były rozrywkowo spolegliwe.

* * *

Ciri milczała długo, trąc okaleczony policzek.

– Zaczynałam rozumieć – powiedziała wreszcie. – Zaczynałam
pojmować, co chcą ze mną zrobić. Spięłam się, byłam zdecydowana uciekać
przy pierwszej sposobności… Gotowa byłam na każde ryzyko. Ale nie dali
mi okazji. Pilnowali mnie dobrze.

– Zawlekli mnie na dół. Tam czekali goście tego grubego
Houvenaghela. Następne oryginały! Skąd na świecie bierze się tylu
dziwacznych rarogów, Vysogoto?

– Mnożą się. Dobór naturalny.

* * *

Pierwszy z mężczyzn był niski i grubiutki, przypominał raczej
niziołka, niż człowieka, nawet nosił się jak niziołek – skromnie, ładnie,
schludnie i pastelowo. Drugi mężczyzna, choć niemłody, miał strój i
postawę żołnierza, był przy mieczu, a na ramieniu czarnego kubraka
błyszczał srebrny haft, przedstawiający smoka o nietoperzych skrzydłach.
Kobieta była jasnowłosa i chuda, miała lekko haczykowaty nos i wąskie
wargi. Jej pistacjowej barwy suknia była mocno wydekoltowana. Nie był to
najlepszy pomysł. Dekolt miał do pokazania niewiele, jeśli nie liczyć
pomarszczonej i pergaminowo suchej skóry pokrytej grubą warstwą różu i
blanszu. I kolii z szafirów.

– Jaśnie urodzona markiza de Nementh-Uyvar – przedstawił Houvenaghel.
– Pan Declan Ros aep Maelchlad, rotmistrz rezerwy wojsk konnych jego
imperatorskiej mości cesarza Nilfgaardu. Pan Pennycuick, burmistrz
Claremont. A to pan Leo Bonhart, mój krewniak i dawny komiliton.

Bonhart ukłonił się sztywno.

– To jest więc owa mała rozbójniczka, która ma nas dziś zabawić –
stwierdziła fakt chuda markiza, utykając w Ciri bladoniebieskie oczy. Głos
miała chrapliwy, seksownie wibrujący i okropnie przepity.

– Niezbyt piękna, rzekłabym. Ale nieźle zbudowana… Całkiem
przyjemne… ciałeczko.

Ciri szarpnęła się, odepchnęła natrętną rękę, blednąc ze wściekłości
i sycząc jak wąż.

– Proszę nie dotykać – rzekł zimno Bonhart. – Nie karmić. Nie
drażnić. Nie biorę odpowiedzialności.

– Ciałeczko – markiza oblizała wargi, nie zwracając na niego uwagi –
można zawsze przywiązać do łóżka, wtedy jest bardziej przystępne. Może
byście mi ją odsprzedali, panie Bonhart? Lubimy z moim markizem takie
ciałeczka, a pan Houvenaghel czyni nam wyrzuty, gdy chwytamy tutejsze
pasterki i chłopskie dzieci. Markiz zresztą nie może już polować na
dzieciaki. Nie może biegać, a to z powodu tych szankrów i kondylomatów,
które mu się w kroczu pootwierały…

– Dość, dość, Matyldo – rzekł łagodnie ale szybko Houvenaghel,
widząc na twarzy Bonharta wyraz rosnącego obrzydzenia. – Musimy już iść do
teatru. Panu burmistrzowi doniesiono właśnie, że do miasta wjeżdżał
Windsor Imbra z oddziałem knechtów barona Casadei. Znaczy, na nas czas.

Bonhart wyciągnął z kalety flakonik, przetarł rękawem onyksowy blat
stoliczka, wysypał na niego malutki wzgórek białego proszku. Przyciągnął
Ciri za łańcuch przy obroży.

– Wiesz, jak tego używać?

Ciri zacisnęła zęby.

– Wciągnij do nosa. Albo weź na pośliniony palec i wetrzyj w dziąsło.

– Nie!

Bonhart nawet nie odwrócił głowy.

– Zrobisz to sama – powiedział cicho – albo zrobię to ja, ale takim
sposobem, by wszyscy obecni mieli uciechę. Masz śluzówkę nie tylko w
ustach i w nosie, Szczurzyco. W kilku innych zabawnych miejscach
również. Zawołam pachołków, każę cię rozebrać, przytrzymać i użyję tych
zabawnych miejsc.

Markiza de Nementh-Uyvar zaśmiała się gardłowo, patrząc, jak Ciri
drżącą ręką sięga po narkotyk.

– Zabawne miejsca – powtórzyła i oblizała wargi. – Ciekawy pomysł.
Warto by któregoś dnia wypróbować! Ejże, ejże, dziewczyno, ostrożnie, nie
trwoń dobrego fisstechu! Zostaw trochę dla mnie!

* * *

Narkotyk był o wiele silniejszy od tego, którego próbowała u
Szczurów. W kilka chwil po użyciu Ciri ogarnęła oślepiająca euforia,
kształty wyostrzyły kontury, światło i barwy zakłuły oczy, zapachy
podrażniły nos, dźwięki zrobiły się nieznośnie głośne, a wszystko dookoła
stało się nierealne, ulotne, niczym senne marzenie. Były schody, były
śmierdzące ciężkim kurzem arrasy i tapiserie, był chrapliwy śmiech markizy
de Nementh-Uyvar. Było podwórze, były szybkie krople deszczu na twarzy,
szarpnięcie obroży, którą wciąż miała na szyi. Ogromny budynek z drewnianą
wieżą i wielkim, obrzydliwie kiczowatym malunkiem na frontonie. Malunek
przedstawiał psy, kąsające potwora – ni to smoka, ni to gryfa, ni to
wiwernę. Przed wejściem do budynku byli ludzie. Jeden krzyczał i
gestykulował.

– To wstrętne! Wstrętne i grzeszne, panie Houvenaghel, by będący
niegdyś świątynią przybytek wykorzystywać do tak bezbożnego, nieludzkiego
i obrzydliwego procederu! Zwierzęta też czują, panie Houvenaghel! Też mają
swą godność! To zbrodnia, by dla zysku szczuć jedne na drugie ku uciesze
gawiedzi!

– Uspokójcie się świątobliwy mężu! I nie wtrącajcie mi się do
prywatnej przedsiębiorczości! A tak w ogóle, to nie będzie się tu dziś
szczuć zwierząt. Ani jednego zwierzęcia! Wyłącznie ludzie!

– A to przepraszam.

Wewnątrz budynku pełno było ludzi, siedzących na rzędach ław,
tworzących amfiteatr. W centrum amfiteatru był wykopany w ziemi dół,
koliste zagłębienie o średnicy jakichś trzydziestu stóp, ostemplowane
grubymi balami, otoczone balustradą. Smród i hałas oszałamiały. Ciri znowu
poczuła szarpnięcie obroży, ktoś chwycił ją pod pachy, ktoś popchnął. Nie
wiedząc kiedy znalazła się na dnie ostemplowanego balami dołu, na mocno
ubitym piasku.

Na arenie.

Pierwsze uderzenie minęło, teraz narkotyk jedynie podniecał i
wyostrzał zmysły. Ciri przycisnęła dłonie do uszu – wypełniająca ławy
amfiteatru ciżba huczała, buczała, gwizdała, hałas był nieznośny.
Zobaczyła, że prawy przegub i przedramię opina jej ciasno skórzany
ochraniacz. Nie pamiętała momentu, kiedy go jej zapinano.

Usłyszała znajomy przepity głos, zobaczyła chudą pistacjową
markizę, nilfgaardzkiego rotmistrza, pastelowego burmistrza, Houvenaghela
i Bonharta, zajmujących górującą nad areną lożę. Znowu chwyciła się za
uszy, bo ktoś walnął nagle w miedziany gong.

– Spojrzyjcie, ludzie! Dziś na arenie nie wilk, nie goblin, nie
endriaga! Dziś na arenie mordercza Falka z bandy Szczurów! Zakłady
przyjmuje kassa przy wejściu! Nie żałujcie grosza, ludzie! Rozrywki nie
zjesz, nie wypijesz, ale jeśli na nią poskąpisz, nie zyskasz, a stracisz!

Tłum ryczał i klaskał. Narkotyk działał. Ciri dygotała z euforii, jej
wzrok i słuch rejestrowały wszystko, każdy szczegół. Słyszała rechot
Houvenaghela, przepity śmiech markizy, poważny głos burmistrza, zimny bas
Bonharta, wrzaski kapłana, obrońcy zwierząt, piski kobiet, płacz dziecka.
Widziała ciemne zacieki krwi na ogradzających arenę balach, ziejącą w nich
zakratowaną, śmierdzącą dziurę. Błyszczące od potu, bydlęco wykrzywione
gęby nad balustradą.

Nagłe poruszenie, podniesione głosy, przekleństwa. Zbrojni ludzie,
rozpychający tłum, ale grzęznący, utykający na murze straży uzbrojonej w
partyzany. Jednego z tych ludzi widziała już, pamiętała smagłą twarz i
czarny wąsik, wyglądający jak kreska namalowana węglem nad drgającą w tiku
górną wargą.

– Pan Windsor Imbra? – głos Houvenaghela. – Z Geso? Seneszal jaśnie
urodzonego barona Casadei? Witamy, witamy, zagranicznych gości. Zajmijcie
miejsce, widowisko zaraz się zacznie. Ale nie zapomnijcie, proszę,
zapłacić przy wejściu!

– Ja tu nie na rozrywki, panie Houvenaghel! Ja tu po sprawach służby!
Bonhart wie, o czym mówię!

– Doprawdy? Leo? Wiesz, o czym mówi pan seneszal?

– Bez kpin! Nas tu piętnastu jest! Po Falkę przyjechaliśmy! Dawajcie
nam ją, bo będzie źle!

– Nie pojmuję twej ekscytacji, Imbra – zmarszczył brwi Houvenaghel. –
Ale zwracam uwagę, tu nie Geso ani ziemie waszego barona-sobiepana.
Będziecie hałasy czynić i inkomodować, to was każę stąd bizunami
przepędzić!

– Bez urazy, panie Houvenaghel – zmitygował się Windsor Imbra. – Ale
prawo za nami! Obecny tu Bonhart przyobiecał Falkę panu baronowi Casadei.
Słowo dał. Niechże się z danego słowa wywiąże!

– Leo? – Houvenaghel zatrząsł policzkami. – Wiesz, o czym on gada?

– Wiem i rację mu przyznaję – Bonhart wstał, niedbale machnął ręką. –
Nie będę oponował ani czynił subiekcji. Dziewczyna ot, gdzie, wszyscy
widzą. Komu wola, niech ją bierze.

Windsor Imbra osłupiał, warga zadrgała mu silnie.

– Że jak?

– Dziewczyna – powtórzył Bonhart, mrugając do Houvenaghela – jest dla
tego, kto ją zechce z areny zabrać. Żywą lub martwą, podług gustu i smaku.

– Że jak?

– Psiakrew, pacjencję tracę pomału! – Bonhart udatnie udał złość. –
Nic, ino jak i jak! Katarynka cholerna! Jak? A tak, jak sobie chcesz! Wola
twoja, to mięso zatruj jadem, rzuć jej, jak wilczycy. Ale nie wiem, czy
ona zeżre. Na głupią nie wygląda, co? Nie, Imbra. Kto chce ją dostać, musi
się do niej sam pofatygować. Tam, na arenę. Chcesz Falki? To bierz ją!

– Ty mi tę Falkę pod nos podsuwasz, niby sumowi żabę na wędzie –
zawarczał Windsor Imbra. – Nie ufam ci, Bonhart. Nosem czuję, że żelazny
hak w tej przynęcie ukryty siedzi!

– Czułego na żelazo nosa pogratulować – Bonhart wstał, wyjął spod
ławy otrzymany w Fano miecz, wyciągnął go z pochwy i rzucił na arenę, tak
zręcznie, że brzeszczot wbił się w piasek pionowo, dwa kroki przed Ciri. –
Ot, jest i żelazo. Jawne, wcale nie ukryte. Bo ja o tę dziewkę nie stoję,
kto chce, niech ją bierze. Jeśli ją wziąć zdoła.

Markiza de Nementh-Uyvar zaśmiała się nerwowo.

– Jeśli ją wziąć zdoła! – powtórzyła swym przepitym kontraltem. – Bo
teraz już ciałeczko ma miecz. Brawo, mości Bonhart. Wstrętnym mi się
zdawało ciałeczko bezbronne wydać na pastwę tych łapserdaków.

– Panie Houvenaghel – Windsor Imbra wziął się pod boki, nie
zaszczycając chudej arystokratki nawet spojrzeniem. – To pod pańską się
auspicją ta jasełka wyprawia, bo wżdy teatrum wasze. Rzeknijcie mi jeno,
wedle czyich reguł i prawideł igrać tu mamy, waszych-li, czy też
Bonhartowych?

– Według teatralnych – zarechotał Houvenaghel, trzęsąc brzuchem i
buldożymi policzkami. – Bo choć prawdą jest, że teatrum moje, to wszakże
klient nasz pan, on płaci, on wymaga! To klient ustanawia reguły. My zaś,
kupcy, wedle tych reguł postępować musimy: czego klient żąda, to trzeba
jemu dać.

– Klient? Znaczy, te ludzie? – Windsor Imbra szerokim gestem powiódł
po wypełnionych ławach. – Te wszystkie ludzie przyszli tu i zapłacili, by
się dziwowisku dziwować?

– Interes jest interes – odrzekł Houvenaghel. – Jeśli jest na coś
popyt, czemu tego nie sprzedawać? Płacą ludzie za bój wilków? Za walki
endriag i aardvarków? Za szczwanie psów na borsuka w beczce albo na
wiwernę? Czemu ty się tak dziwisz, Imbra? Ludziom igrzyska i hece są jak
chleb potrzebne, ba, bardziej aniżeli chleb. Wielu z tych, co tu przyszli,
od ust sobie odjęło. A spójrz na nich, jak im się oczy świecą. Doczekać
się nie mogą by się heca zaczęła.

– Ale na hecy – dodał Bonhart, uśmiechnięty zjadliwie – pozory choć
sportu zachowane być muszą. Jaźwiec, nim go sobaki z beczki wywlekę, może
kąsać zębiskami, tak jest sportowo. A dziewczyna ma klingę. Niech i tu
będzie sportowo. Co, dobrzy ludzie? Mam rację?

Dobrzy ludzie nieskładnym acz gromkim i radosnym chórem potwierdzili,
że Bonhart ma rację, w całej rozciągłości.

– Baron Casadei – rzekł wolno Windsor Imbra – nierad będzie, panie
Houvenaghel, ręczę wam, że będzie nierad. Nie wiem, czy warto wam w zwadę
z nim wchodzić.

– Interes jest interes – powtórzył Houvenaghel i poruszył policzkami.
– Baron Casadei wie o tym dobrze, siła pieniędzy on u mnie na mały procent
pożyczył, a gdy przyjdzie, by jeszcze pożyczyć, wtedy jakoś nasze zwady
załadzimy. Ale nie będzie mi się jakiś zagraniczny pan baron wtrącał w
prywatną i indywidualną przedsiębiorczość. Tu są zakłady porobione, a
ludzie za wejście zapłacili. W ten piasek, tam, na arenie, musi wsiąknąć
krew.

– Musi? – rozdarł się Windsor Imbra. – Łajno psie! Ot, korci mnie,
by wam pokazać, że nie musi wcale! Ot, wyjdę stąd i precz sobie pojadę,
wstecz się ani oglądając. Wtedy własną se tu krew wytaczajcie! Mnie mierzi
sama myśl, by motłochowi uciechy przysparzać!

– Niechże idzie – z tłumu wystąpił nagle zarośnięty aż po oczy typ w
kubraku z końskiej skóry. – Niechże idzie, jeśli jego mierzi. Mnie tam nie
mierzi. Mówili, że kto tę Szczurzycę usiecze, weźmie nagrodę. Ja się
zgłaszam i na arenę wchodzę.

– A takiego! – zawrzasnął nagle jeden z ludzi Imbry, niewysoki,
lecz żylasty i mocno zbudowany mężczyzna. Włosy miał bujne, potargane i
skołtunione. – Myśwa pierwsi byli! Prawda, chłopy?

– Ba, wierę! – zawtórował drugi, chudy, ze spiczastą bródką. – Przy
nas pierwszeństwo! A ty się honorem nie unoś, Windsor! Co z tego, że czerń
się przygląda? Falka na arenie, wystarczy rękę wyciągnąć i wziąć. A
chamstwo niech wytrzeszcza gały, nam pluć na to!

– I jeszcze nam coś skapnąć na boku gotowo! – zarżał trzeci,
ustrojony w dublet o żywej barwie amarantu. – Jak sport, to sport, nie tak
li, panie Houvenaghel? Jak heca, to heca! Była tu o jakiejsi nagrodzie
mowa!

Houvenaghel uśmiechnął się szeroko i przytaknął kiwnięciem głowy,
dumnie i majestatycznie trzęsąc obwisłymi policzkami.

– A jak – zaciekawił się ten z bródką – zakłady stoją?

– Na razie – zaśmiał się kupiec – wyniku walki jeszcze się nie
obstawia! Na razie jeno trzy do jednego stoi, że ni jeden z was nie
ośmieli się wejść do ogrodzieńca.

– Phuuuu! – wrzasnął Końska Skóra. – Ja się ośmielę! Jam gotów!

– Usuń się, rzekłem! – odwrzasnął Kołtun. – Myśwa pierwsi byli i przy
nas pierwszeństwo. Dalejże, na co czekamy?

– W ilu możem tam do niej, na plac? – Amarant okręcił pas. – Azali
tylko pojedyńczo lża?

– Ach, wy skurwysyny! – ryknął nagle całkiem niespodziewanie
pastelowy burmistrz, byczym głosem zupełnie nie przystającym do postury. –
Może w dziesięciu chcecie na nią samojedną? Może konno? Może na rydwanach?
Może wam katapultę z cekhauzu wypożyczyć, byście z daleka głazami w
dziewkę miotać mogli? Co?

– Dobra, dobra – przerwał Bonhart, konsultując coś szybko z
Houvenaghelem. – Niechaj będzie sport, ale i uciecha jakaś też niech
będzie. Można po dwu. Parą, znaczy.

– Ale nagroda – uprzedził Houvenaghel – nie będzie podwojona! Jeśli
we dwu, to będzie się trzeba podzielić.

– Jaką parą? Jakie we dwu? – Kołtun gwałtownym ruchem strząsnął z
ramion płaszcz. – Nie wstyd wam, chłopy? Toż to tylko dziewka! Tfu!
Odsuńta się. Sam pójdę i położę ją. Wielki mi szysz!

– Ja chcę Falkę mieć żywą! – zaprotestował Windsor Imbra. – Cholera
na wasze walki i pojedynki! Ja na Bonhartową hecę nie pójdę, ja chcę
dziewki! Żywej! Pójdziecie we dwu, ty i Stavro. I wywleczecie ją stamtąd.

– Dla mnie – powtórzył Stavro, ten z bródką – despekt jest, we
dwóch iść na tego chuderlawca.

– Baron ci ten despekt florenami osłodzi. Ale tylko za żywą!

– Znaczy się, baron jest skąpiec – zarechotał Houvenaghel, trzęsąc
brzuchem i buldożymi policzkami. – I ducha sportowego nie ma w nim ni
krztyny. Ani woli, by u innych ducha nagradzać! Ja zaś sport popieram. I
niniejszym nagrodę podwyższam. Kto samojeden na tę arenę wejdzie i sam, na
własnych nogach, z niej zejdzie, tą oto ręką, z tego oto puzdra nie
dwadzieścia, ale trzydzieści florenów mu wypłacę.

– Na co tedy czekamy? – wrzasnął Stavro. – Ja idę pierwszy!

– Wolnego! – zaryczał znowu mały burmistrz. – Dziewka ma jeno cienki
len na grzbiecie! Skiń tedy i ty brygantynę, żołnierzu. To jest sport!

– Mór na was! – Stavro zdarł z siebie nabijany żelazem kaftan, po
czym ściągnął koszulę porzez głowę, odsłaniając chude, zarośnięte jak u
pawiana ramiona i pierś. – Mór na was, wielmożni, i na wasz sport zasrany!
Tak pójdę, z gołą skórą! O wa! Portki też zdjąć?

– Zdejmij i femurały! – wychrypiała seksownie markiza de
Nementh-Uyvar. – Okaże się, czyliś męski nie jedynie w gębie!

Nagrodzony hucznym aplauzem goły do pasa Stavro dobył broni,
przełożył nogę przez bale bariery, uważnie obserwując Ciri. Ciri
skrzyżowała ręce na piersi. Nie zrobiła nawet kroku w stronę wbitego w
piasek miecza. Stavro zawahał się.

– Nie rób tego – powiedziała Ciri, bardzo cicho. – Nie zmuszaj
mnie… Ja nie pozwolę się dotknąć.

– Nie miej żalu, dziewko – Stavro przeskoczył przez barierę. – Nic
do ciebie nie mam. Ale interes jest interes…

Nie dokończył, bo Ciri już była przy nim, już miała w ręku Jaskółkę –
tak już w myśli nazywała gnomi gwyhyr. Zastosowała najprostszy, dziecinny
wręcz wypad, fintę zwaną „trzy kroczki” – ale Stavro dał się na to złapać.
Zrobił krok do tyłu i odruchowo uniósł miecz, a wtedy był już na jej łasce
– po odskoku oparł się plecami o ogradzające arenę bale, a ostrze Jaskółki
miał o cal od czubka nosa.

– Ta sztuczka – wyjaśnił Bonhart markizie, przekrzykując ryk i brawa
– nazywa się „trzy kroczki, zmyłka i wypad tercją”. Tani numer,
oczekiwałem od dziewki czegoś bardziej wyrafinowanego. Ale trzeba przyznać
– gdyby chciała, typek już by nie żył.

– Zabij go! Zabij! – darli się widzowie, a Houvenaghel i burmistrz
Pennycuick pokazywali kciuk skierowany w dół. Z twarzy Stavro odpłynęła
krew, na policzkach brzydko uwidoczniły się pryszcze i dzioby po ospie.

– Mówiłam ci, nie zmuszaj mnie – syknęła Ciri. – Nie chcę cię
zabijać! Ale nie pozwolę się dotknąć. Wracaj tam, skądżeś przyszedł.

Cofnęła się, odwróciła, opuściła miecz i spojrzała w górę, w stronę
loży.

– Bawicie się mną? – krzyknęła łamiącym się głosem. – Chcecie mnie
zmusić do walki? Do zabijania? Nie zmusicie! Nie będę walczyć!

– Słyszałeś, Imbra? – rozbrzmiał w ciszy drwiący głos Bonharta. –
Czysty zysk! I żadnego ryzyka! Ona nie będzie walczyć. Można ją więc
zabrać z areny i zawieźć żywą baronowi Casadei, by sobie z nią poigrał do
woli. Można ją brać bez hazardu! Gołą ręką!

Windsor Imbra splunął. Wciąż przyciśnięty plecami do bali Stavro
dyszał, ściskając miecz w dłoni. Bonhart zaśmiał się.

– Ale ja, Imbra, stawiam brylanty przeciw orzechom, że się wam to nie
uda.

Stavro odetchnął mocno. Wydało mu się, że odwrócona do niego plecami
dziewczyna jest rozkojarzona, zdekoncentrowana. Wrzał z gniewu, wstydu i
nienawiści. I nie wytrzymał. Zaatakował. Szybko i zdradziecko.

Widownia nie zauważyła uniku i odwrotnego ciosu. Zobaczyła tylko, jak
rzucający się na Falkę Stavro wykonuje nagle iście baletowy podskok, po
którym w mało baletowy sposób pada brzuchem i twarzą w piach, a piach
momentalnie nasiąka krwią.

– Instynkty biorą górę! – przekrzyczał tłum Bonhart. – Odruchy
działają! Co, Houvenaghel? Nie mówiłem? Zobaczysz, brytany nie będą
potrzebne!

– Cóż za piękne i zyskowne widowisko – Houvenaghel aż zmrużył oczy z
rozkoszy.

Stavro uniósł się na drgających z wysiłku ramionach, zaszamotał
głową, zakrzyczał, zachrypiał, rzygnął krwią i opadł na piasek.

– Jak się nazywał ten cios, mości Bonhart? – seksownie wychrypiała
markiza de Nementh-Uyvar, pocierając kolanem o kolano.

– To była improwizacja – spod wargi łowcy nagród, który w ogóle na
markizę nie patrzył, błysnęły zęby. – Piękna, twórcza – i wręcz, rzekłbym,
wisceralna – improwizacja. Słyszałem o miejscu, gdzie uczą takiego
improwizowanego wypruwania flaków. Założę się, że nasza panienka zna to
miejsce. Ja już wiem, kim ona jest.

– Nie zmuszajcie mnie! – wrzasnęła Ciri, a w głosie jej zadygotała
iście upiorna nuta. – Nie chcę! Rozumiecie? Nie chcę!

– Ty dziwko z piekła rodem! – Amarant zwinnie przeskoczył barierę,
momentalnie okrążając arenę, by odwrócić uwagę Ciri od wskakującego z
przeciwnej strony Kołtuna. Za Kołtunem barierę przesadził Końska Skóra.

– Nieczysta gra! – zaryczał czuły na czystość gier mały jak
niziołek burmistrz Pennycuick, a wraz z nim ryczał tłum. – Trzech na nią
idzie! Nieczysta gra!

Bonhart zaśmiał się. Markiza oblizała wargi i zaczęła mocniej
przebierać nogami.

Plan trójki był prosty – przyprzeć cofającą się dziewczynę do bali,
a potem dwóch blokuje, trzeci zabija. Nic z tego nie wyszło. Z prostej
przyczyny. Dziewczyna nie cofnęła się, lecz zaatakowała.

Wślizgnęła się między nich baletowym piruetem, tak zwiewnie, że
prawie nie znacząc piasku. Kołtuna uderzyła w przelocie, dokładnie tam,
gdzie należało uderzyć. W tętnicę szyjną. Cięcie było tak lekkie, że nie
straciła rytmu, tanecznie wywinęła się w odwrotny zwód, tak szybko, że nie
spadła na nią nawet kropla krwi, buchającej z szyi Kołtuna strumieniem
długim niemal na sążeń. Amarant, który znalazł się za nią, chciał rąbnąć
ją w kark, ale zdradziecki cios zadzwonił o błyskawiczną paradę wyrzuconej
za plecy klingi. Ciri odwinęła się jak sprężyna, cięła oburącz,
wzmacniając siłę ciosu ostrym skrętem bioder. Ciemna gnomia klinga była
jak brzytwa, rozchlastała brzuch z sykiem i mlaśnięciem. Amarant zawył i
runął ma piach, zwijając się w kłębek. Końska Skóra, doskakując, zadał
dziewczynie sztych w gardło, ona zaś wywinęła się w uniku, obróciła
płynnie i krótko sieknęła go środkiem klingi w twarz, rozwalając oko, nos,
usta i podbródek.

Widownia wrzeszczała, gwizdała, tupała i wyła. Markiza de
Nementh-Uyvar włożyła obie dłonie pomiędzy ściśnięte uda, oblizywała
błyszczące wargi i śmiała się przepitym nerwowym kontraltem. Nilfgaardzki
rotmistrz rezerwy był blady jak welinowy papier. Jakaś kobieta próbowała
zasłonić oczy wyrywającemu się dzieciakowi. Siwy staruszek z pierwszego
rzędu wymiotował gwałtownie i głośno, opuściwszy głowę między kolana.

Końska Skóra łkał, trzymając się za twarz, spod palców lała się
zmieszana ze śliną i śluzem posoka. Amarant tarzał się i kwiczał jak
wieprz. Kołtun przestał drapać bale, śliskie od krwi, posikującej z niego
w takt skurczów serca.

– Ratuuujtaaaa! – wył Amarant, kurczowo przytrzymując wywalające
się z brzucha wnętrzności. – Kamraaaty! Ratuuuuujtaaaaa!

– Phyyy.. bhuuu… bhyyy… – pluł i smarkał krwią Końska Skóra.

– Za-bij-go! Za-bij-go! – skandowała widownia, tupiąc do rytmu.
Rzygającego staruszka zepchnięto z ławki i wykopano do galerii.

– Brylanty przeciw orzechom – rozległ się wśród rejwachu drwiący
bas Bonharta – że nikt już nie odważy się wejść na arenę. Brylanty przeciw
orzechom, Imbra! A, co mi tam – nawet przeciw pustym orzechom!

– Za-bić! – ryk, tupanie, klaskanie. – Za-bić!

– Mościa panno! – zawrzasnął Windsor Imbra, gestami przywołując
podkomendnych. – Poranionych pozwól zabrać! Pozwól wejść na arenę i zabrać
ich, nim się wykrwawią i pomrą! Bądźże ludzka, mościa panno!

– Ludzka – powtórzyła z wysiłkiem Ciri, czując, jak dopiero teraz
zaczyna bić w nią adrenalina. Opanowała się szybko, serią wyuczonych
oddechów.

– Wejdźcie i zabierzcie ich – powiedziała. – Ale wejdźcie bez broni.
Bądźcie i wy ludzcy. Chociaż raz.

– Nieeeee! – ryczał i skandował tłum. – Za-bić! Za-bić!

– Wy podłe bydlaki! – Ciri odwróciła się tanecznie, wiodąc wzrokiem
po trybunach i ławkach. – Wy nikczemne świnie! Wy kanalie! Wy skurwysyny
parszywe! Chcecie krwi? Chodźcie tu, zejdźcie, posmakujcie i powąchajcie!
Wyliżcie, póki nie skrzepła! Bydlaki! Wampiry!

Markiza jęknęła, zadygotała, przewróciła oczami i miękko przylgnęła
do Bonharta, nie wyjmując rąk spomiędzy ud. Bonhart skrzywił się i odsunął
ją od siebie, wcale nie siląc się na delikatność. Tłum wył. Ktoś rzucił na
arenę pogryzioną kiełbasę, ktoś inny but, jeszcze ktoś cisnął ogórkiem,
celując w Ciri. Rozsiekła ogórek uderzeniem miecza, wzbudzając jeszcze
głośniejszy ryk.

Windsor Imbra i jego ludzie podnieśli Amaranta i Końską Skórę.
Amarant, gdy go ruszono, zaryczał, Końska Skóra natomiast zemdlał. Kołtun
i Stavro nie dawali już żadnych znaków życia. Ciri cofnęła się tak, by
stać jak najdalej, jak tylko pozwalała arena. Ludzie Imbry też starali się
trzymać od niej na dystans.

Windsor Imbra stał nieruchomo. Czekał, aż wytaszczą rannych i
zabitych. Patrzył na Ciri spod zmrużonych powiek, a dłoń miał na rękojeści
miecza, którego mimo przyrzeczenia nie odpasał, wchodząc na arenę.

– Nie – ostrzegła, ledwo poruszając wargami. – Nie zmuszaj mnie.
Proszę.

Imbra był blady. Tłum tupał, ryczał i wył.

– Nie słuchaj jej! – Bonhart znowu przekrzyczał rejwach. – Dobądź
miecza! W przeciwnym razie pójdzie w świat, żeś tchórz i zasraniec! Od
Alby po Jarugę głośno będzie, że Windsor Imbra uciekł przed małoletnią
dziewczyną, podkuliwszy ogon jak kundel!

Klinga Imbry na cal wysunęła się z pochwy.

– Nie – powiedziała Ciri.

Klinga schowała się.

– Tchórz! – zaryczał ktoś z tłumu. – Gównojad! Zajęcza skóra!

Imbra z kamienną twarzą podszedł do skraju areny. Nim chwycił
wyciągnięte z góry ręce kamratów, odwrócił się jeszcze raz.

– Chyba wiesz, co cię czeka, dziewko – powiedział cicho. – Chyba już
wiesz, kim jest Leo Bonhart. Chyba już wiesz, co Leo Bonhart potrafi. Co
go podnieca. Będziesz wypychana na areny. Będziesz zabijać na uciechę
takim świniom i swołoczom, jak te tutaj. I jeszcze gorszym od nich. A gdy
już to, że ty zabijasz, przestanie ich bawić, gdy Bonharta znudzi zadawany
ci gwałt, wtedy zabiją ciebie. Wypuszczą na arenę tylu, że nie zdołasz
obronić pleców. Albo wypuszczą psy. I psy cię roztargają, a czerń na
widowni będzie niuchać krew i bić brawo. A ty zdechniesz na ubroczonym
piasku. Tak, jak dzisiaj ci, których posiekałaś. Wspomnisz moje słowa.

Dziwne, ale dopiero teraz zwróciła uwagę na niewielką tarczę
herbową na jego emaliowanym ryngrafie.

Srebrny wspięty jednorożec na czarnym polu.

Jednorożec.

Ciri opuściła głowę. Patrzyła na ażurową klingę miecza.

Nagle zrobiło się bardzo cicho.

– Na Wielkie Słońce – odezwał się nagle milczący do tej pory Declan
Ros aep Maelchlad, nilfgaardzki rotmistrz rezerwy. – Nie. Nie rób tego,
dziewczyno. Ne tuv’en que’ss, luned!

Ciri powoli obróciła Jaskółkę w dłoni, oparła głowicę o piasek.
Zgięła kolano. Przytrzymując brzeszczot prawą dłonią, lewą precyzyjnie
wycelowała sztych pod mostek. Ostrze momentalnie przebiło odzież, ukłuło.

Tylko się nie rozpłakać, pomyślała Ciri, coraz silniej napierając na
miecz. Tylko nie płakać, nie ma po czym i nad czym. Jeden mocny ruch i
będzie po wszystkim… Po wszystkim…

– Nie zdołasz – rozległ się w zupełnej ciszy głos Bonharta. – Nie
zdołasz, wiedźminko. W Kaer Morhen nauczyli cię zabijać, więc zabijasz jak
maszyna. Odruchowo. Do tego, by zabić siebie, trzeba charakteru, siły,
determinacji i odwagi. A tego oni nie mogli cię nauczyć.

* * *

– Jak widzisz, miał rację – powiedziała z wysiłkiem Ciri. – Nie
zdołałam.

Vysogota milczał. Trzymał skórkę nutrii. Nieruchomo. Od dłuższego
czasu. Niemal zapomniał o tej skórce, słuchając.

– Stchórzyłam. Byłam tchórzem. I zapłaciłam za to. Tak, jak płaci
każdy tchórz. Bólem, hańbą, paskudnym upokorzeniem. I okropnym wstrętem do
siebie samej.

Vysogota milczał.

* * *

Gdyby tej nocy ktoś podkradł się do chaty z zapadniętą strzechą,
gdyby zajrzał przez szparę w okiennicy, zobaczyłby w skąpo oświetlonym
wnętrzu białobrodego starca i popielatowłosą dziewczynę, siedzących przy
kominie. Spostrzegłby, że oboje milczą, zapatrzeni w żarzące się rubinowo
węgle.

Ale tego nikt nie mógł zobaczyć. Chata z zapadniętą i omszałą
strzechą była dobrze ukryta wśród mgieł i oparów, wśród bezkresnych
trzcinowisk, na moczarach Pereplutu, dokąd nikt nie odważał się
zapuszczać.