Fragment rozdziału dziesiątego „Wieży jaskółki”.

Karczma na rozstajach za wysiółkiem była pusta, Cyprian Fripp Młodszy
i jego trzej druhowie zakazali wstępu miejscowym i przepędzali
przejezdnych. Sami zaś ucztowali i pili całymi dniami, przesiadując w
zadymionym i mrocznym lokalu, śmierdzącym tak, jak zwykle śmierdzi
karczma w zimie, gdy nie otwiera się okien ani drzwi – potem, kotem,
myszami, onucami, sośniną, bździną, tłuszczem, spalenizną i mokrą
parującą odzieżą.

– Srał pies taką dolę – powtórzył po raz chyba setny Yuz Jannowitz,
Gemmerczyk, machając w stronę dziewek służebnych, by przyniosły wódki. –
Żeby tego Puszczyka pokręciło. W takiej dziurze parszywej kazał
siedzieć! Już bych wolał po lasach z patrolami jeździć!

– Toś chyba głupi – odrzekł Dede Vargas. – Na dworze sakramencki
ziąb! Ja tam wolę w cieple. I przy pannie!

Z rozmachem klepnął dziewkę w pośladki. Dziewka pisnęła, niezbyt
przekonująco i z wyraźnym zobojętnieniem. Była, prawdę powiedziawszy,
przygłupawa. Praca w karczmie nauczyła ją tylko tego, że jak klepią albo
szczypią, wypada piszczeć.

Cyprian Fripp i jego kompania dobrali się do obu służebnych dziewek
już drugiego dnia po przyjeździe.

Karczmarz bał się protestować, a dziewki były zbyt mało rozgarnięte,
by myśleć o protestach. Życie nauczyło je już, że jeśli dziewka
protestuje, to ją biją. Rozumniej więc poczekać, aż się znudzą.

– Ta cała Falka – znudzony Rispat La Pointe podjął kolejny
standardowy temat znudzonych wieczornych rozmów – skapiała gdzieś w
lasach, powiadam wam. Widziałem, jak ją wtedy Skellen w gębę orionem
sieknął, jak z niej jucha fontanną bluzgnęła! Z tego, powiadam wam, nie
mogła się wykaraskać!

– Puszczyk chybił jej – orzekł Yuz Jannowitz. – Ledwo zawadził
orionem. Gębę i owszem, nieźle jej rozwalił, samem widział. Ale
przeszkodziło to dziewce w skoku ponad kołowrót? Spadła z konia? Akurat!
A kołowrót zmierzylim potem – siedem stóp i dwa cale, jak w pysk dał. I
co? Skoczyła! I jak jeszcze! Między siodło a dupkę klingi noża byś nie
wcisnął.

– Krew z niej szła, by z cebra – zaprotestował Rispat La Pointe. –
Jechała, mówię wam, jechała, a potem spadła i skapiała w jakim wykrocie,
wilcy i ptacy ścierwo zjedli, kuny dokończyli, a mrówcy wyczyścili
ślady. Koniec, deireadh! Tedy my tu, powiadam wam, na darmo siedzimy i
pieniądze przepijamy. I to własne, bo lafy jakoś nie widać!

– Nie może tak być, by po trupie ni śladu ni znaku nie zostało –
rzekł z przekonaniem Dede Vargas. – Zawsze coś zostaje, czerep, miednica,
grubszy jaki gnat. Rience, ten czarownik, ostatki Falki wreszcie znajdzie.
Wtedy będzie sprawie koniec.

– I może wtedy tak nas pogonią, że z lubością to nieróbstwo i ten
parszywy chlew wspomnimy – Cyprian Fripp Młodszy obrzucił znudzonym
spojrzeniem ściany karczmy, na których znał już każdy gwóźdź i każdy
zaciek. – I tę gorzałę paskudną. I te o, dwie, co cebulą śmierdzą, a gdy
je chędożysz, to leżą jak cielęta, w powałę patrzą i w zębach sobie
dłubią.

– Wszystko lepsze, niż ta nuda – zawyrokował Yuz Jannowitz. – Wyć się
chce! Zróbmy, kurwa, coś! Cokolwiek! Wieś podpalmy, albo co?

Skrzypnęły drzwi. Dźwięk był tak niecodzienny, że wszyscy czterej
zerwali się z miejsc.

– Won! – zaryczał Dede Vargas. – Wynocha, dziadu! Żebraku!
Śmierdzielu! Won, na dwór!

– Zostaw – machnął ręką znudzony Fripp. – Widzisz, dudy targa. To
jeno dziad proszalny, pewnie stary żołnierz, co graniem i śpiewem po
zajazdach zarabia. Na dworze słota i ziąb. Niech sobie siędzie…

– Byle dalej od nas – Yuz Jannowitz wskazał dziadowi, gdzie ma
usiąść. – Bo nas wszy oblezą. Stąd widzę, jakie po nim łażą okazy.
Myślałby kto, nie wszy to, a żółwie.

– Daj mu – władczo skinął Fripp Młodszy – jakiej strawy, gospodarzu!
A nam gorzałki!

Dziad ściągnął z głowy wielką futrzaną czapę i dostojnie roztoczył
wokół siebie smród.

– Dzięki niech wam będą, moiściewy wielmożni – przemówił. – Toż dziś
wilia Saovine, święto. W święto nie godzi się nikogo napędzać, by na dżdżu
mókł a marzł. W święto godzi się poczęstować…

– Prawda – palnął się w czoło Rispat La Pointe. – Toż dziś wilia
Saovine! Koniec października!

– Noc czarów – dziad siorbnął przyniesionej mu wodnistej polewki. –
Noc duchów a strachów!

– Oho! – rzekł Yuz Jannowitz. – Dziadek, baczcie, zaraz nas tu
dziadowską opowieścią uraczy!

– Niechże uraczy – ziewnął Dede Vargas. – Wszystko lepsze, niż ta
nuda!

– Saovine – powtórzył zasępiony Cyprian Fripp Młodszy. – Już pięć
tygodni od Goworożca. A już dwa tygodnie, jak tu siedzimy. Dwa bite
tygodnie! Saovine, ha!

– Noc dziwów – dziad oblizał łyżkę, palcem wybrał coś z dna miski i
zjadł owo coś. – Noc strachów i czarów!

– A nie mówiłem? – wyszczerzył zęby Yuz Jannowitz. – Będzie
dziadowska gadka!

Dziad wyprostował się, podrapał i czknął.

– Wilia Saovine – zaczął z emfazą – ostatnia noc przed nastaniem
listopadowego nowiu, jest to u elfów ostatnia noc starego roku. Gdy nowy
dzień nastanie, to jest już u elfów rok nowy. Tedy jest u elfów zwyczaj,
by w noc Saovine wszystkie ognie w domie i obejściu jedną szczapką smolną
podpalić, a resztę szczapki schować dobrze, aż do maja, i tąże samą ogień
Belleteyn rozniecić, wtedy, mówią, będzie się wiodło a darzyło. Tak nie
jeno elfy, nasi też niektórzy tak czynią. Żeby się od duchów złych
uchronić…

– Duchów! – parsknął Yuz. – Słuchajcie jeno, co ten pierdoła gada!

– To noc Saovine! – oznajmił dziad przejętym głosem. – W taką noc
duchy chodzą po ziemi! Duchy zmarłych pukają do okien, wpuśćcie nas,
jęczą, wpuśćcie. Tedy im trzeba miodu dać a kaszy, a to wszystko wódką
pokropić…

– Wódką to ja sobie samemu wolę gardło pokropić – zarechotał Rispat
La Pointe. – A twoje duchy, stary, mogą mnie o, tu pocałować.

– Oj, moiściewy, nie róbcie sobie z duchów żartów, posłyszeć gotowe,
a mściwe są! Dziś wilia Saovine, noc strachów i czarów! Nadstawcie uszu,
słyszycie, jak dookoła szuści coś i stuka? To umarli przychodzą z
zaświatów, chcą wkraść się do domów, by ogrzać się przy ogniu i podjeść
sobie suto. Tam, po ogołoconych rżyskach i bezlistnych lasach hula
wicher i zamróz, biedne duchy ziębną, ciągną tedy ku domostwom, gdzie
ogień i ciepło. Tedy nie zapomnieć wystawić im jadła w miseczce na próg,
albo gdzie na gumno – bo jeśli tam zmory niczego nie najdą, po północku
same do chałupy wejdą, by poszukać…

– O rety! – szepnęła głośno jedna ze służebnych dziewek i zaraz
pisnęła, bo Fripp uszczypnął ją w tyłek.

– Niezła gadka! – powiedział. – Ale jeszcze jej do dobrej daleko!
Nalejcie, gospodarzu, staremu kufel grzańca, może dobrą opowie! Dobrą
opowieść o duchach, chłopcy, po tym poznacie, że dziewkom zasłuchanym
możesz kuku zrobić, ani się spostrzegą!

Mężczyźni zarechotali, rozległy się piski obu dziewcząt, u których
sprawdzano stopień zasłuchania. Dziad pociągał grzane piwo, siorbiąc
głośno i bekając.

– Aby się tu nie uchlaj i nie uśnij! – ostrzegł groźnie Dede Vargas.
– Darmo cię nie poim! Bajaj, śpiewaj, na dudach graj! Wesoło ma być!

Dziad otworzył gębę, w której pojedyńczy ząb bielał niby słup milowy
pośród ciemnego stepu.

– Toż to, moiściewy, Saovine! Jaka tu muzyka, jakie granie? Nie lza!
Muzyka Saovine to ten za oknem wicher! To wilkołaki wyją i wąpierze,
mamuny zawodzą i jęczą, ghule zębami zgrzytają! Beann’shie skowyczy i
krzyczy, a kto jej krzyk posłyszy, temu niezawodnie rychły zgon pisany.
Wszelki zły duch opuszcza swe ukrycie, wiedźmy lecą na ostatni ich przed
zimą zbór! Saovine jest noc strachów, dziwów a zwidów! W las nie
chodzić, bo borowy zagryzie! Przez żalnik nie iść, bo umrzyk ucapi! W
ogóle z chałupy lepiej nie wychodzić, a dla pewności w próg wbić nowy
nóż żelazny, nad takim złe się przestąpić nie ośmieli. Babom zasię pilnie
strzec dzieci, albowiem w noc Saovine może dziecko rusałka albo płaczka
skraść, podłożyć obmierzłego odmieńca. A która baba brzemienna, niechajże
lepiej nie wychodzi na dwór, bo może nocnica płód w łonie zauroczyć! Miast
dzieciątka zrodzi się strzyga z żelaznymi zębami…

– O rety!

– Z żelaznymi zębami. Wpierw matce pierś obgryzie. Potem ręce
obgryzie. Lico obgryzie… Uch, alem też zgłodniał…

– Naści kość, jest ci na niej jeszcze mięso. Więcej starym jeść
niezdrowo, zatknąć się mogą i kopyrtnąć, hahaha! A, niech tam, przynieś mu
jeszcze piwa, dziewko. No, stary, gadaj nam o duchach jeszcze!

– Saovine, moiściewy, jest dla upiorów ostatnia noc, by sobie
poswywolić – później już zamróz siły im odbiera, schodzą więc do Otchłani,
pod ziemię, skąd już całą zimę nosa nie wyściubią. Dlatego od Saovine aż
do lutego, do święta Imbaelk, najlepszy jest czas na wyprawy do miejsc
nawiedzonych, by skarbów tam szukać. Jeśli w ciepły czas, weźmy dla
przykładu, przy wichtowym kurhanie gmerać, jak dwa a dwa cztery zbudzi się
wicht, wyskoczy rozeźlony i gmeracza zji. A od Saovine do Imbaelk gmeraj a
grzeb, ile sił starczy – wicht jak stary niedźwiedź mocno śpi.

– Ot, wydumał, stary piernik!

– Wżdy prawdę ja, moiściewy. Tak, tak. Czarodziejska jest noc
Saovine, straszna, ale i zarazem najlepsza do wróżb i wieszczb wszelakich.
W taką noc kabały warto stawiać i z kostek wróżyć, i z ręki, i z koguta
białego, z cebuli, z sera, z króliczych bebechów, ze zgnitego
nietopyrza…

– Tfu!

– Noc Saovine, noc strachów i upiorów… Lepiej po chałupach
siedzieć. Całą rodziną… Przy ogniu…

– Całą rodziną – powtórzył Cyprian Fripp, szczerząc nagle drapieżnie
zęby do kamratów. – Całą rodziną, miarkujecie? Wraz z tą, co się od
tygodnia przed nami chytrze po jakichś komyszach kryje!

– Kowalówna! – domyślił się momentalnie Yuz Jannowitz. – Złotowłosa
nadobnisia! Ty masz łeb, Fripp. Dzisiaj ją możem w chałupie przydybać! Co,
chłopy? Naskoczymy na kowalową zagrodę?

– Uuuch, choćby zaraz – Dede Vargas przeciągnął się mocno. – Przed
oczyma mam, powiadam wam, tę kowalównę przez wieś idącą, te cycuszki
podskakujące, ten tyłeczek kręcący… Trza ją było już wtedy brać, nie
czekać, ale Dacre Silifant, głupi służbista… No, ale nynie nie masz tu
Silifanta, a kowalówna w chałupie! Czeka!

– Rozszczepiliśmy już w tej wsi sołtysa czekanem – skrzywił się
Rispat. – Rozpruliśmy chama, co mu w sukurs szedł. Potrzeba nam więcej
trupów? Kowal i syn jego chłopy są jak dęby. Strachem ich nie weźmiemy.
Trza ich będzie…

– Pokaleczyć – dokończył spokojnie Fripp. – Tylko trochę
pokaleczyć, więcej nic. Kończcie piwo, sposobim się i jedziem do wsi.
Urządzimy sobie Saovine! Nadziejemy kożuchy włosem na wierzch, ryczeć
będziemy i hałłakować, chamy pomyślą, że to diabły albo wichty!

– Weźmiemy kowalównę tu, na kwaterę, czy zabawimy się po naszemu, po
gemmersku, u rodzinki na oczach?

– Jedno drugiego nie wyklucza – Fripp Młodszy wyjrzał w noc przez
błony okna. – Ależ wiuga się zaczęła, psia mać! Aż się topole kłonią!

– Ohoho – powiedział z nad kufla dziad. – To nie wiatr, moiściewy,
nie wiuga to! To czarownice pędzą okrakiem na miotłach, niektóre zasię w
moździerzach i stępach, ślady za sobą miotłami zamiatają. Nie wiada, gdy
takowa człeku w lesie drogę przetnie i od tylca zachodzi, nie wiada, kiedy
napadnie! A zęby ona o, takie ma!

– Dzieci ci, dziadu, czarownicami straszyć!

– Nie wymówcie, panie, w złą godzinę. Bo jeszcze wam rzeknę, że
najgroźniejsze wiedźmy, te wiedźmowego stanu hrabiny i księżne, ohohoho,
te nie na miotłach, nie na ożogach ni moździerzach jeżdżą, nie! Te
cwałują na swych czarnych kotach!

– Hehehehe!

– Prawda to! Albowiem w wilię Saovine, na tę jedną jedyną noc w
roku, zmieniają się koty wiedźm w czarne jak smoła klacze. I biada temu,
kto nocą jak kir czarną posłyszy stuk kopyt i ujrzy wiedźmę na karej
klaczy. Kto się z taką wiedźmą spotka, nie odejmie się śmierci. Zakręci
nim wiedźma jak wieja liściowiem, porwie w zaświaty!

– Gdy wrócimy, dokończysz! A dobrą aby opowieść wykoncypuj, dziadu
sakramencki, a dudy wyrychtuj! Gdy wrócimy, będzie tu hulanka! Będzie się
tu tańcować i pannę kowalównę obłapiać… Co jest, Rispat?

Rispat La Pointe, który wyszedł na ganek, by ulżyć pęcherzowi,
wrócił biegiem, a twarz miał białą jak śnieg. Gwałtownie zagestykulował,
wskazując na drzwi. Nie zdążył wykrztusić słowa. I nie było trzeba. Z
podwórza donośnie zarżał koń.

– Kara klacz – powiedział Fripp z twarzą niemal przyklejoną do błon
okna.

– Ta sama kara klacz. To ona.

– Czarownica?

– Falka, durniu.

– To jej duch! – Rispat gwałtownie wciągnął powietrze. – Upiór! Ona
nie mogła przeżyć! Umarła i wraca upiorem! W noc Saovine…

– Przybędzie nocą jak kir czarną – zamamrotał dziad, przyciskając
pusty kufel do brzucha. – A kto się z nią spotka, nie odejmie się
śmierci…

– Broń, brać broń – powiedział gorączkowo Fripp. – Bystro! Drzwi
obstawić z obu stron! Nie rozumiecie? Poszczęściło się nam! Falka nie wie
o nas, zjechała tu, by się ogrzać, mróz i głód wygnały ją z kryjówki!
Prosto w nasze ręce! Puszczyk i Rience złotem nas obsypią! Bierzcie
broń…

Skrzypnęły drzwi.

Dziad zgarbił się nad blatem stołu, zmrużył oczy. Widział źle. Oczy
miał stare, zrujnowane jaskrą i chronicznym zapaleniem spojówek. Do tego w
karczmie było ciemnawo i dymno. Dziad ledwo widział więc szczupłą
postać, która wkroczyła do izby z sieni, ubrana w kubrak z piżmaczych
skórek, nosząca kaptur i szal zasłaniający twarz.

Słuch natomiast dziad miał dobry. Słyszał cichy okrzyk jednej ze
służebnych dziewek, stuk sabotów drugiej, półgłośne przekleństwo
karczmarza. Słyszał zgrzyt mieczów w pochwach. I cichy, zjadliwy głos
Cypriana Frippa.

– Mamy cię, Falka! Nie spodziewałaś się nas tu, co?

– Spodziewałam się – usłyszał dziad. I zadygotał na dźwięk tego
głosu.

Zobaczył ruch szczupłej postaci. I usłyszał westchnienia zgrozy.
Zduszony krzyk którejś z dziewek. Nie mógł widzieć, że nazwana Falką
dziewczyna zdjęła kaptur i szal. Nie mógł widzieć szkaradnie oszpeconej
twarzy. I oczu, umalowanych dookoła barwiczką z sadzy i tłuszczu, tak, że
wyglądały jak oczy demona.

– Nie jestem Falką – powiedziała dziewczyna. Dziad znowu zobaczył
jej szybki, rozmazany ruch, widział, jak coś płomieniście zalśniło w
świetle kaganków.

– Jestem Ciri z Kaer Morhen. Jestem wiedźminką. Przyszłam tu, by
zabijać.

Dziad, który w swym życiu widział niejedną karczemną bijatykę, miał
wypracowany sposób na uniknięcie obrażeń: dał nura pod stół, skulił się i
mocno uczepił stołowych nóg. Z tej pozycji widzieć już, rzecz jasna,
niczego nie mógł. I wcale nie chciał. Kurczowo dzierżył się stołu, a stół
jeździł już po izbie wraz z pozostałymi meblami, wśród stuku, trzasku i
chrupu, łomotu ciężko obutych stóp, przekleństw, krzyków, stęknięć i
szczęku stali.

Dziewka służebna wrzeszczała przeraźliwie, bez przerwy.

Na stół ktoś runął, przesuwając mebel wraz z uczepionym dziadem,
zwalił się obok na podłogę.

Dziad zaryczał, czując, jak bryzga na niego gorąca krew. Dede
Vargas, ten, który zrazu chciał go wypędzić – dziad poznał go po
mosiężnych guzach na kubraku – skrzeczał makabrycznie, rzucał się,
tryskał krwią, tłukł wokół siebie rękoma. Jeden z bezładnych ciosów trafił
dziada prosto w oko. Dziad przestał już widzieć cokolwiek. Wrzeszcząca
dziewka służebna zachłysnęła się, ucichła, wzięła wdech i zaczęła
wrzeszczeć znowu, w cokolwiek wyższej tonacji.

Znowu ktoś z hukiem rymnął na podłogę, znowu po świeżo wymytej
sośninie desek podłogi rozbryzgnęła się krew. Dziad nie poznał, że tym,
który właśnie umierał, był Rispat La Pointe, cięty przez Ciri w bok
szyi. Nie widział, jak Ciri wykręciła piruet tuż przed nosami Frippa i
Jannowitza, jak przeszła przez ich zastawy jak cień, jak szary dym.
Jannowitz wywinął się za nią, szybkim, miękkim, kocim zwrotem. Był
wprawnym szermierzem. Pewnie stając na prawą stopę uderzył długą,
wyciągniętą primą, mierząc w twarz dziewczyny, wprost w jej paskudną
bliznę. Musiał trafić.

Nie trafił.

Zasłonić się nie zdążył. Cięła go z wypadu, z bliska, oburącz, przez
pierś i brzuch. I od razu odskoczyła, zawirowała, uchodząc przed ciosem
Frippa, chlasnęła zgiętego Jannowitza po szyi. Jannowitz wyrżnął czołem
o ławę. Fripp przeskoczył nad ławą i trupem, ciął zamaszyście. Ciri
sparowała ukośnie, wywinęła półpiruet i krótko cięła go w bok nad
biodrem. Fripp zatoczył się, runął na stół, łapiąc równowagę odruchowo
wyciągnął przed siebie rękę. Gdy oparł dłoń o blat, Ciri szybkim ciosem
odrąbała mu ją.

Fripp podniósł sikający krwią kikut, przyjrzał mu się w skupieniu,
potem popatrzył na leżącą na stole dłoń. I nagle upadł – gwałtownie, z
rozmachem siadł zadkiem na podłodze, zupełnie jak gdyby pośliznął się na
mydle. Siedząc zaryczał, a potem zaczął wyć, dzikim, wysokim, przeciągłym
wilczym wyciem.

Skurczony pod stołem, zalany krwią dziad słyszał, jak przez chwilę
trwał ten upiorny duet – wrzeszcząca monotonnie dziewka służebna i
spazmatycznie wyjący Fripp.

Dziewka umilkła pierwsza, kończąc wrzask nieludzkim, dławiącym się
skrzekiem. Fripp po prostu ucichł.

– Mamo… – powiedział nagle, całkiem wyraźnie i przytomnie. –
Mamusiu… Jak to tak… Jak to… Co mi… się stało? Co mi… jest?

– Umierasz – powiedziała oszpecona dziewczyna.

Dziadowi resztka włosów stanęła sztorcem na głowie. By powstrzymać
dzwonienie zębów, zacisnął je na rękawie sukmany.

Cyprian Fripp Młodszy wydał z siebie odgłos, jak gdyby coś z trudem
przełykał. Więcej odgłosów już nie wydawał.

Żadnych.

Było zupełnie cicho.

– Coś ty uczyniła… – zajęczał w ciszy karczmarz. – Coś ty
uczyniła, dziewczyno…

– Jestem wiedźminką. Zabijam potwory.

– Powieszą nas… Wieś i karczmę spalą!

– Zabijam potwory – powtórzyła, a w jej głosie nagle zjawiło się coś
jakby zdziwienie. Jakby wahanie. Niepewność.

Karczmarz zajęczał, zastękał. I zaszlochał.

Dziad powoli wylazł spod stołu, odsuwając się od trupa Dede Vargasa,
od jego ohydnie rozrąbanej twarzy.

– Na czarnej klaczy jedziesz… – wymamrotał. – Nocą czarną jak
kir… Ślady za sobą zamiatasz…

Dziewczyna odwróciła się, spojrzała na niego. Twarz już zdążyła
okręcić szalem, z nad szala patrzyły obramowane czarnymi kręgami oczy
upiorzycy.

– Kto się z tobą spotka – wybełkotał dziad – ten już nie odejmie się
śmierci… Boś ty sama jest śmiercią.

Dziewczyna patrzyła na niego. Długo. I dość obojętnie.

– Masz rację – powiedziała wreszcie.