Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 139/1994

Mnożą się ostatnio wypowiedzi dotyczące literatury. Wypowiadający się
dochodzą niejednokrotnie do wniosku, że literatura się dzieli. Często jest
to jedyny wniosek, do którego dochodzą. Być może dzieje się tak dlatego,
że jest to wniosek niezmiernie łatwy do wyciągnięcia, a w dodatku
słuszny.

Mnożą się ostatnio wypowiedzi dotyczące literatury. Wypowiadający się
dochodzą niejednokrotnie do wniosku, że literatura się dzieli. Często jest
to jedyny wniosek, do którego dochodzą. Być może dzieje się tak dlatego,
że jest to wniosek niezmiernie łatwy do wyciągnięcia, a w dodatku
słuszny.

Literatura faktycznie się dzieli. Po pierwsze, na klasyczną i
współczesną. Aby zostać uznanym za klasyka, trzeba, jak wiadomo, być
nieboszczykiem, stąd też rezerwuar klasyków rośnie w miarę upływu czasu i
postępującej liczby zgonów. Nie stosuje się tu wszelako medycznych i
prawnych definicji śmierci – niekiedy wystarcza, aby pisarz potężnie
zdziadział. W takim przypadku warunkiem sine qua non uznania za klasyka
jest kompletne i nieodwołalne zaprzestanie pisania, przy czym pisanie
rzeczy bezsensownych lub niezrozumiałych jest dopuszczalne.

Literaturę współczesną dzielimy natomiast na dobrą, łaskawie
tolerowaną, złą oraz niewidzialną. Zacznijmy od złej – jej nieomylnym
wyróżnikiem jest to, że dobrze się sprzedaje. Najbardziej typowymi
reprezentantami tej grupy są kryminał, thriller i zełgane memuary.

Literatura łaskawie tolerowana obejmuje twórczość dla dzieci i
młodzieży. Jest to o tyle jasne, że młodzież i dzieci też są łaskawie
tolerowane, nie sposób bowien traktować ich inaczej. Literatura ta
niekiedy również sprzedaje się dobrze, specjaliści od marketingu wiedzą
wszakże, jak nieobliczalną grupę konsumencką stanowi młodzież.

Literaturę dobrą otrzymujemy w drodze prostej operacji matematycznej
– od literatury współczesnej należy odjąć złą i łaskawie tolerowaną.
Matematyków, którzy po takiej operacji otrzymają wynik bliski zeru,
uspokajam – jest to rezultat absolutnie prawidłowy i odpowiadający stanowi
faktycznemu. Literatura dobra stanowi interesujący casus z punktu widzenia
marketingu; jest to towar rzadki i trudno dostępny – a pomimo tego
absolutnie niesprzedawalny.

W definicji – uwaga! – kryje się też drugi casus, tym razem
matematyczny. Wydawałoby się bowiem, że literatura współczesna, po
wyłączeniu z niej złej i łaskawie tolerowanej, powinna mieścić w sobie nie
tylko dobrą, ale również niewidzialną. Nic podobnego. Królowa nauk nie ma
tu zastosowania. Cztery minus dwa daje jeden. Koniec, kropka. It’s a kind
of magic.

Gdzież jest i czym jest owa literatura niewidzialna, nie poddająca
się matematycznej i logicznej kwalifikacji i klasyfikacji? Nie bardzo
wiadomo, bo literatury niewidzialnej nie widać i nie słychać. Twórczość
niewidzialna jest po prostu niewidzialna, a przy podziałach literatury w
ogóle nie bierze się jej pod uwagę – tak jak nie kalkuluje się ciężaru
szczura przy ustalaniu wagi netto kontenera starych gnatów, ekspediowanych
do „Bacutilu” celem utylizacji. Literatura niewidzialna włazi bowiem do
literatury jak ów szczur do kontenera z gnatami – chyłkiem, cichcem, pod
osłoną nocy. Potajemnie i skrycie.

Skrytość i dyskrecja – uwaga, uwaga! – nie obowiązuje li tylko
szczura. Pracownicy „Bacutilu” doskonale wiedzą, że wśród gnatów siedzi
szczur. Może nawet niejeden. I co robią? Ano nic. Udają, że szczura nie
ma. I utylizują jak leci, wychodząc z założenia, że mączka jest wszystkim,
a szczur niczym. Pod warunkiem, rzecz jasna, że wszystko zostanie
troskliwie i skrupulatnie zmielone.

Bystrzy czytelnicy zorientowali się zapewne już dawno, co wchodzi w
skład literatury niewidzialnej. I nie mylą się bynajmniej. Tak, tak,
literatura niewidzialna to nasza ukochana, jedyna, szeroko rozumiana
fantastyka.

Tych, których powyższa klasyfikacja oburza, chciałbym spacyfikować.
Pax, pax vobiscum, drodzy moi, czyż nie dostrzegacie, że jest to
klasyfikacja dla fantastyki pochlebna, wręcz komplementująca? Że
wspaniałomyślnie przyznaje owemu gatunkowi cechy literatury w ogóle,
choć mogłaby nie przyznawać? Że mogłaby zaliczyć fantastykę do
nieliteratury (nie-LITERATURY), czyli grupy, obejmującej rzeczy wchodzące
w skłąd literatury jedynie nominalnie? Czyż uważa się za literaturę
podręcznik hodowcy nutrii względnie skalarów, podręcznik
krótkofalowca-amatora albo bogato ilustrowane kompendium seksu
małżeńskiego? Nie, nie uważa się. Wychodzi się bowiem z założenia, że
podręcznik o nutriach adresowany jest do wąskiej grupy ludzi – do takich,
których pasjonuje chów tych sympatycznych, czerwonozębych gryzoni,
spędzających żywot na gryzieniu marchwi. Tylko i wyłącznie przez takowych
osobników podręcznik taki zostanie nabyty. Nie ma szans znaleźć się na
półce osobnika, którego pasjonują inne zagadnienia. Chociażby seks przed,
w lub pozamałżeński. Ale pomimo faktu, że lobby lubiących uprawiać seks
bije iczebnością na głowę hodowców nutrii, bogato ilustrowane kompendium
seksu również nie jest uznawane za literaturę (LITERATURĘ). A fantastyka
jest za nią uznawana i to pomimo niezaprzeczalnego faktu, że czytający ją
osobnicy również ustępują pod względem liczebności tym, którzy lubią seks.
Fantastyka jest uznawana za literaturę – lubo za literaturę niewidzialną.
Za szczura utylizowanego wraz z kupą starych gnatów.

Tajemnica tkwi w jednym, jedynym słowie upodobanym przez krytyków.
Słowie, które brzmi: TYLKO.

Zilustrujmy to przykłądem, zacytujmy „Ex libris”, który omawia w
jednym z ostatnich numerów twórczość autorki, uszczęśliwiającej czytelnika
opisami perypetii niejakiej Pulpecji i innych nieodrodnych cór rudej Ani i
Polyanny. „Książki te” – stwierdza poważnie „Ex libris” – „czytają nie
TYLKO dorastające panienki, ale także ich rodzice, a kto wie, może nawet
bezdzietni”. Wniosek – jest to literatura, aczkolwiek opatrzona wyraźną i
czytelną etykietką: „łaskawie tolerowana”. Nikt nie śmiałby bowiem
określić „Doliny Issy” mianem dzieła, które czytają mężczyźni, kobiety,
dzieci, a kto wie, może nawet bezdzietni hermafrodyci.

W przypadku fantastyki, dla krytyków wątpliwości się kończą. Jest to
coś, co czytują TYLKO miłośnicy i zapaleńcy. Oprócz tychże – nikt.
Wniosek – jest to literatura, ale niewidzialna. Quod erat demonstrandum,
czyli co było do okazania.

A nam, zapaleńcom, miłośnikom i fanom fantastyki, cóż pozostaje? Nic.
Możemy tylko pocieszać się faktem, że trafiają się wśród nas nie tylko
kobiety i mężczyźni, ale nawet ich dzieci. Więcej – są wśród nas
niedorosłe, dorastające i przerośnięte panienki. Ba, trafiają się ludzie
całkiem bezdzietni. A choć to wielce ryzykowne stwierdzenie, to jednak
skłonny jestem przypuszczać, że jeśli dobrze poszukać, to znajdzie się
wśród nas nawet kilku hodowców nutrii.