Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 165/1996

Tego, że podstawową sprawą dla każdego piszącego jest używany w pisaniu
język, udowadniać raczej nie ma potrzeby – wszakże facta notoria non
exigent probationem
. Pisanie fantasy wyjątkiem nie jest.

Tego, że podstawową sprawą dla każdego piszącego jest używany w pisaniu
język, udowadniać raczej nie ma potrzeby – wszakże facta notoria non
exigent probationem
. Pisanie fantasy wyjątkiem nie jest.

Dziś zajmiemy się
językiem, którego w fantasy należy używać – ze szczególnym zaś
uwzględnieniem słów, w których w fantasy nie wolno używać. Celem
teoretycznego wprowadzenia uczynimy maleńką powtórkę z literatury.
Henryk Sienkiewicz, „Potop”. Scena powszechnie i dobrze znana. Oto pan
Andrzej Kmicic, zaskoczony podczas próby zapalenia lontu zwisającego z
lufy szwedzkiej kolubryny, zręcznie się wyłgiwa – utrzymuje oto, że
stempel mu diabli do rowu wzięli, krzesze więc ogień, by móc go odszukać.

Zdanie to wygłasza w języku niemieckim, którego zgodnie z wolą autora
wyuczył się perfekt podczas birbanckich pogwarek z kawalkatorem Zendem.
Pomijajam fakt cholernego szcześcia, jakie miał Kmicic trafiając na
wartownika Niemca, nie zaś na rodowitego Szweda z pułku westgotlandzkiego,
wątpię bowiem, by pan Andrzej i kawalkator Zend wiedzieli, jak po szwedzku
nazywa się stempel. Zauważyć jednak należy, że zdanie o stemplu napisane
jest po polsku, nie po niemiecku. Cała „Trylogia” napisana jest po polsku,
przez polskiego pisarza dla polskiego czytelnika. Zdanie o utraconym
jakoby stemplu to nie jakaś tam „Ałła” czy jakieś tam „Jarema ide”, które
dla uatrakcyjnienia tekstu można było zostawić w quasi oryginale.
Niemieckie zdanie o stemplu należało przełożyć, by czytelnik był w
stanie je zrozumieć.

Podobnie postępujemy w fantasy – wzorem klasyków. U Tolkiena orki
wykrzykują swoje „durbatuluk krakatuluk”, ale za chwilę mówią zrozumiale.
Dla hobbitów. I dla czytelników. Dlatego, że Tolkien przekłada
zrozumiałą dla hobbitów Wspólną Mowę na angielski. My, pisząc polską
fantasy, wymyślamy świat, w którym używa się wymyślonego języka Uru, albo
Guru, albo Shuru-Buru. I przekładamy ten język na polski. Z
dobrodziejstwem inwentarza.

No tak, powie ktoś, ale nawet taki przekład winien być dokonany na
fantastyczny polski. To znaczy stylizowany polski. Pod żadnym pozorem nie
na współczesny polski! Język w fantasy należy stylizować!

W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, by to robić. Stylizować,
znaczy. Pomijając drobny fakt, że nie bardzo wiadomo, na co. Sienkiewicz
miał łatwiej, bo on wiedział, na co. „Trylogia”, jak powszechnie wiadomo,
obejmuje akcją lata 1647 – 1673. Podówczas co drugie zdanie można było
zaczynać od „Quod attinet”, a o każdym, kto się zarumienił, winno się było
powiadać, że jako panna się zapłonił, bo modestia w nim męstwu równa.
Podobnie dało się jakoś stylizować długoszowski język piętnastowieczny
(„Krzyżacy”), na nim opierać stylizację czternastowieczną, ba, nawet
wcześniejszą, sięgającą wieku dziesiątego (Bunsch, Gułubiew). Na co jednak
stylizować język w fantasy, której akcja nie dzieje się wszak w żadnym
określonym wieku, ale w nieokreślonej Nibylandii – w another galaxy,
another time?

Ktoś powie: należy stylizować zgodnie z duchem czasu. Fantasy to światy
(i czasy) miecza, kolczugi, konia, kropierza i kulbaki. W kolczudze i z
kulbaki trzeba mówić: „Na honor, srogiego doznaję cierpienia atoli
pragnienie trapi mnie ustawiczne.” Włożenie w usta siedzącego na kulbace
rycerza słów „Mam cholernego kaca” równałoby się wszak włożeniu mu na uszy
słuchawek walkmana. Bo chociaż w wyimaginowanym przez nas języku
Shuru-Buru niezawodnie istnieje słowo, które krótko, niewyszukanie,
treściwie a precyzyjnie oddaje stan przepicia, nie możemy przełożyć go w
fantasy na „kac”, wywodzący się z niemieckiego Katzenjammer. W
Never-Never Landzie nie było wszak Niemców i nie ma prawa być niemczyzny.

Dobrze. Przechodzimy do zajęć praktycznych. Napiszemy za moment jedno
niezbyt długie fantastyczne zdanie, po czym wyeliminujemy z tego zdania
wszystkie słowa, których w fantasy użyć nie można. Dla ułatwienia zajmiemy
się wyłącznie rzeczownikami.

Zdanie brzmi: „Król, widząc długą kolumnę uzbrojonych w lance rycerzy
na bojowych koniach, doznał głębokiej frustracji”.

Co należy wyeliminować? Oczywiście frustrację. Nie pasuje, bo to jest
fantasy i pełny mieczów i kulbak Never-Never Land. Tutaj nie wolno się
frustrować. Wolno się trapić, frasować, markocić, wolno do srogiej cholery
być przywiedzionym. Frustracja to słowo obce, pochodzące od łacińskiego
frustra, frustratio. Frustracja – won!

Czy tylko ona? Otóż nie. Won idą także, po kolei: kolumna, lance i
rycerze. To także są słowa, których w fantasy użyć nie wolno. Słowo rycerz
ma źródło w od starogermańskim ritan, ritha, stąd angielskie ride, rider,
niemieckie Ritt, reiten, Reiter. Słowo lanca idzie od łacińskiego lancea,
stąd lance, lancer, Lanze. Słowo kolumna idzie od wziętego z tejże łaciny
columna, columen. Nie godzi się używać w Nibylandii takich słów, albowiem
w tejże Nibylandii nie było ani starodawnych Germanów, ani Rzymian, ani
łaciny.

A więc został król? Nieprawda, nie został. Król jest do eliminacji i
detronizacji. Słowo to pochodzi od czeskiego kral, a wzięło się to od
imienia króla Franków, Karola zwanego Wielkim. W fantastycznym
Never-Never Landzie pod żadnym pozorem nie mogło być Karola Wielkiego, a
więc i słowa król użyć nie można. Won z królem. Le roi est mort. Król
jest, nie bójmy się tego powiedzieć, nagi.

Co więc zostało? Konie.

A konie, jakie są, każdy widzi.