Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 145/1994

„Medicina fructuosior ars nulla.”

(Pliniusz Młodszy)

Coraz częściej zdarza mi się być adresatem (korespondencyjnie lub
bezpośrednio) próśb w rodzaju: „Niech pan mi pomoże, chciałbym pisać
fantastykę, ale nie wiem jak.” Prośby takie stawiają mnie w wyjatkowo
trudnej sytuacji, albowiem pomógłbym chętnie, lecz nie wiem, jak. Nie
roszczę sobie praw do bycia autorytetem, radą zaś dyletancką mógłbym
wyłącznie zaszkodzić, a wszakże primum non nocere.

Tymczasem zjawisko tak przybiera na sile, że milczeć również nie
mogę, albowiem qui tacet, consentire videtur, a ja się nie zgadzam.
Poniżej udzielam zatem porady. Nie, nie mojej, Boże broń. Fachowej.
Zdobyłem dostęp do dzieła p.t. „Medycyna dla ludu wieyskiego,
zawieraiąca przepisy rozsądnego pielęgnowania zdrowia i leczenia
zwyczaynych chorób małą liczbą pewnych śrzodków lekarskich, przez
Fryderyka Karola Paulizkiego, doktora medycyny i chirurgii Król.pruskiego,
doktora cyrkułu i miasta Wetzlar, toż Amtu Atzbach etc.”, wydanie drugie
poprawne, Wilno 1830. Książeczka ta zawiera mnóstwo pożytecznych porad.
Polecam ją zarówno tym, którzy na pisarstwo chorują jak i rodzinom
pisarzy, którym choroba tych ostatnich utrudnia i komplikuje życie.

Przejdźmy zatem do rzeczy. Rozpoznać dolegliwość, zwaną Paranoia
poetica chronica
można po następujących objawach:

„…Nader wiele jest gatunków tey choroby, iakoto ponurość,
melancholia, nierozgarnienie, głupowatość i szaleństwo. Każda może bydź
osobną chorobą, a niekiedy iedna z drugiey powstaie. Osoby melancholiczne
są boiaźliwe, smutne, często zajęte skrupułami religiynemi, są wybladłe i
słabe. Doświadczaią zatwardzenia i wiatrów. Głupowaci są powolni, myśli
ich są niedokładne i żadnego sądu o rzeczach czynić nie umieią. Szaleni
więcej są czynni, wyniośli, popędliwi, mściwi, złośliwi, doświadczaią bolu
głowy i dzwonienia w uszach. Nakoniec zupełnie głupieią i zmysły tracą.
Te smutne choroby z wielu mogą pochodzić przyczyn – z długiego użycia
suchych potraw przy zupełnej nieczynności, od wielkiego wyniszczenia ze
zbyt częstego spółkowania lub wcześnego samogwałtu, od poruszeń umysłu, od
ciągłych trosk, zgryzoty i wielkiego smutku. W ogólności zazwyczay
powstaią, gdy dusza ciągle iednym tylko zaięta iest przedmiotem, z
wyłączeniem wszystkich innych.”

Mając tedy w domu potencjalnego pisarza, należy w pierwszej
kolejności zadbać o właściwą pielęgnację i prewencję – wówczas, być może,
choroba sama minie, a przynajmniej nie rozwinie się do stadium
nieodwracalnego. Tak tedy, ogromnego znaczenia nabiera właściwa dieta.
Pisarzowi nie wolno serwować: „… mięsa suszonego ze starych zwierząt,
zakalistych melszpayzów, legumin, cierpkich i niedoyrzałych owoców. Wina
alibo gorzałki można dozwolić osobom, które do nich przywykły, a w swey
chorobie nie doświadczaią pomnożonego ciepła w głowie. Lekkie potrawy,
iakoto szczaw, endywia i szpinak winny bydź użyte z rana i na czczo, aby
biegunkę zrządziły.”

Dieta taka pomóc może w lekkich przypadkach, gdy, dajmy na to, pisarz
pisze mało i głównie do szuflady. Zdarza się jednakowoż, że chory zaczyna
pisać regularnie, wysyła manuskrypty do różnych redakcji i domaga się, by
je drukowano. To są przypadki ciężkie. O nich cytowana księga tak powiada:
„… Smutnych i melancholicznych trzeba napędzać do częstej agitacyi.
Trzeba, by używali przejażdżki w takie mieysca, gdzieby co nowego widzieć
mogli. Z takimi, którzy imaginacyą są dręczeni, unikać iak naytroskliwiej
wszelkiey okazyi, któreby ią w nich odświeżyć mogły i nie sprzeczać się z
nimi, choćby niedorzeczne iakie prawili rzeczy.

Szalonych lub złośliwych głupców utrzymywać groźbą, głodem,
zamknięciem w mocnych i ciemnych mieyscach i innemi karami. W ogólności,
trzeba z nimi postępować iak z dziećmi i nie pomnażać ich nędzy złem
obeyściem się. Póki sobie i drugim nie szkodzą, można ich zostawić przy
wolności, lecz postrzegłszy nadchodzący paroxyzm, trzeba ich zamknąć do
obszerney i dobrze obwarowanej izby. Wiązanie i obciążanie pętami jest
wielce szkodliwe i okrutne; paroxyzm większej stąd nabiera mocy, gdy nie
mogą wolno użyć swych członków. Gdzie koniecznie, wypada użyć kaftanika z
mocnej materyi, któregoby rękawy nierównie były dłuższe od rąk: ten
nadziewa się na chorego, a końce rękawów przywiązuią się do łóżka lub
stołka. Lecz takowych gwałtownych śrzodków nie dłużey nad potrzebę używać
trzeba i zaraz ie usunąć, skoro paroxyzm szaleństwa minie.”

Hmmm… Może minie, może nie minie. Różnie to bywa, jak dowodzi
lektura czasopism i książek. Ale zapewne chodzi tu o przypadki mocno
zaniedbane, w których nie stosowano się do zaleceń dra Paulizkiego z
cyrkułu miasta Wetzlar, a w szczególności nie stosowano leczenia, a samą
jeno prewencję. A leczyć ogarniętych manią pisania trzeba koniecznie. Dr
Paulizki doradza, aby wyjątkowo upartych i zapamiętałych autorów traktować
w sposób następujący:

„… Upuścić krwi z nogi, lecz dawać baczność, by potem bandażu nie
zerwali i krwią nie spłynęli. Często dawać lawatywy z serwatki, octu i
miodu. Kąpać ich dwa razy na tydzień w wodzie wcale letniey, a głowę
podczas kąpieli często zimną wodą zmywać.”

Brzmi zachęcająco i nieskomplikowanie. Od siebie dodałbym, że
obiecująca względem niektórych już piszących – zwłaszcza fantastykę –
wydaje się być metoda, którą leczono dekowników i symulantów u Jaroslava
Haska- częsta irygacja, i to taka, by delikwent wielkim głosem jął wzywać
świętych pańskich. Dr Paulizki o świętych nie wspomina, zaleca natomiast
równoległe stosowanie medykamentów, jak:

„…Napóy z cykorii, podróżnika pospolitego (Leontodon Taraxacum),
perzu, korzeni Łopianu pospolitego (Bardana arctium L.): każdego z tych
wziąwszy po garści, gotuie się w pół garncu wody, a dekokt zasładza się
miodem. Powinni tego obficie i długo używać. Kupna lekarstw aptecznych,
toiest przyrządzonych do lekarskiego użycia, nie życzę wszelako czynić w
sklepach żydowskich, bo tam zazwyczay grosz tylko a oszukaństwo na celu.”
No tak. Jeśli piszą, dać im lawatywę, wykąpać i napoić aryjskim
łopianem na miodzie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że za czasów Dra
Paulizkiego życie i twórczość mniej były skomplikowane. Ale, jak
powiedziano na wstępie, nie mnie, dyletantowi, kwestionować medyczne
autorytety. Tym bardziej, że Dr Paulizki też nie popada w nadmierny
optymizm, napomykając w konkluzji, iż:

„…Choroby te maią recydywy, a wtenczas nierównie bywaią
uporczywsze, niż wprzód. Troskliwie unikać więc trzeba przyczyn, z których
choroba powstała. Młodzieńcom, którzy dopuszczaią się samogwałtu, zgoła
żadney dadź pomocy nie można, póki się od tego nie wstrzymaią.”
Wszystko jasne, poza jednym – nie pojmuję przyczyny, dla której dobry
doktor nie wspomina o dziewczętach. Mniemam, że również za jego czasów nie
tylko płeć brzydka sięgała po pióro, rażona paroxyzmem manii pisarskiej.
Tego typu choroba, jak wiadomo, z dawien dawna najzacniejsze trafia głowy
i nie rozróżnia płci. Cytowane zdanie było więc w tym względzie zapewne
wyłącznie figurą retoryczną. W razie potrzeby, gdyby dziewczę-pisarka nie
chciało wstrzymać się od samogwałtu i pisało nadal, proszę nie wahać się i
stosować te same metody, które doktor zaleca dla młodzieńców, z lawatywą z
octu i serwatki włącznie.

Tyle tytyłem porady. Nie mam niczego więcej do dodania.
Korespondencję z wyrazami wdzięczności proszę kierować na adres „Nowej
Fantastyki”. Gdyby zaś kogoś tekst ten zdenerwował, niechaj pomni, iż:
„…Gniew i wielka namiętność sprawia zbyteczną sekrecyą żółci,
wywołać może womity, apoplexyą i śmierć nagłą. Kto w gniew wpadnie, temu
dadź trzeba wody z cukrem, kilka lawatyw i kilka nakońców noża nadwinianu
potasu (Cremor tartari).”

Smacznego.