Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 161/1996

Zanim usiądziemy do pisania książki, należy wymyślić tytuł. Stanowczo
odradzam bałamutną szkołę, głoszącą, że tytuł należy wykoncypować dopiero
po napisaniu książki tak, aby pasował do treści. Po pierwsze, czasami do
napisanej treści absolutnie nic nie pasuje. Po drugie, istnieje coś
takiego jak kanon.

Zanim usiądziemy do pisania książki, należy wymyślić tytuł. Stanowczo
odradzam bałamutną szkołę, głoszącą, że tytuł należy wykoncypować dopiero
po napisaniu książki tak, aby pasował do treści. Po pierwsze, czasami do
napisanej treści absolutnie nic nie pasuje. Po drugie, istnieje coś
takiego jak kanon.

Tytuł książki fantasy bezwzględnie musi składać się z dwóch wyrazów.
Pojawili się ostatnio koryfeusze fantastyki, którzy wykpiwają tytuły typu
„rzeczownik z dopełniaczem” i radzą młodym adeptom zrywanie z tym banalnym
schematem. Sa to rady głupie, nie bójmy się tego powiedzieć. Tytuł
składający się z dwóch słów to tradycja i ukłon w stronę klasyków gatunku
i zarazem sygnał, że książka należy do fantasy, a nie do Nowej Fali czy
innej fantastycznej awangardy. Swego czasu dziwaczne tytuły były bowiem
czymś w rodzaju sztandaru nowofalowców, którzy za wszelką cenę chcieli
wyłamywać się ze schematów i epater le bourgeois, dzięki czemu powstał
nowy schemat. Gdy spojrzało się na tytuł „Time Considered as a Helix of
Semi-precious Stones” albo „We, in Some Strange Power’s Employ, Move on a
Rigorous Line”, „I Have No Mouth But I Must Scream”, „The Beast That
Shouted Love at the Heart of the World” względnie „Czy to pan zamawiał
tortury?” – to wiedziało się z miejsca: awangardzista.

Pisząc fantasy, takie tytuły musimy odrzucić bez mrugnięcia okiem.
Wymaga tego, jak powiedziano, kanon gatunku. David Pringle wymienia w swej
„Modern Fantasy” 100 najlepszych książek fantasy. Z tych stu 41 nosi
klasyczny dwuwyrazowy tytuł („The Broken Sword” Andersona, „The Dying
Earth” Vance’a, „Mythago Wood” Holdstocka, „The Fionvar Tapestry” Kaya
itd). Dalsze 23 pozycje mają również tytuły, które są dwuwyrazowe w
polskim przekładzie, ale w angielskim mają klasyczny łącznik „of” (typ:
„The Lord of the Rings”). Przykłady: „The Wizard of Earthsea” LeGuin ,
„The Swords of Lankhmar” Leibera, „The Land of Laughs” Carolla. Sześć
tytułów jest dwuwyrazowych z łącznikiem „and” (np. „The Dragon and the
George” Dicksona). Dwa tytuły są dwuwyrazowe z łącznikiem „the”,
określającym przymioty bohatera” „Conan the Conqueror” Howarda i „Nifft
the Lean” Michaela Shea. Dalsze 15 pozycji ma tytuł jednowyrazowy (typ:
„Hobbit”) – przy czym najczęściej jest to imię („Grendel” Gardnera,
„Ariosto” Yarbro), profesja („Mag” Fowlesa) lub magiczny aspekt
(„Stormbringer” Moorcocka, „Glamour” Priesta). I tylko zaledwie 13 pozycji
wyłamuje się z kanonu na rzecz „oryginalniejszego” tytułu. Do wyjątków
tych należą m.in. „Darker Than You Think” Williamsona, „Seven Days in New
Crete” Gravesa czy „Who Made Stevie Crye?” Bishopa. Od siebie dodam, że
pomimo ich figurowania w setce Pringle’a ja powyższych pozycji za
fantasy nie uważam. Za oryginalne (choć, cholera, też dwuwyrazowe) uważam
natomiast takie klasyczne tytuły fantasy jak „Małe, duże” Crowleya czy
„Conjure Wife” Leibera. Za najoryginalniejszy (najdziwaczniejszy?) tytuł
fantasy uważam natomiast nie wymieniony przez Pringle’a „Magic Kingdom
for Sale, Sold!” Brooksa.

Tak więc tytuł ma być dwuwyrazowy. Ale jakich użyć wyrazów? Wychodząc
z założenia, ze takie sprawy należy badać sine ira et studio, a statystyka
jest królową nauk, dokonałem analizy tytułów własnego – niemałego i dość
reprezentatywnego – księgozbioru fantasy. I dokonałem stosownych
kalkukacji. Wyniki są następujące:

Najczęściej powtarzającymi się słowami w tytułach były: miecz – 18
razy, czarodziej – 16, smok – 15, król – 12 razy (ale królowa tylko cztery
razy), władca i jednorożec – po 10, chaos – 5 razy. Trzykrotnie
stwierdzono obecność takich słów jak krew, tron, kamień, wieża, cień, oko
i ręka. Dwukrotnie wystąpiły róża, znak, zguba, powrót, dzień i gwiazda.
Zasadnicza przewaga tzw. słów pomocniczych to kolory, przy czym stosuje
się wyłącznie tzw. tynktury heraldyczne, dzielące się na farby (z
synonimicznymi klejnotami): czerwony-rubin, błękitny-szafir,
zielony-szmaragd, czarny-diament oraz metale złoty i srebrny (czyli
biały). Popularnymi słowami-podpórkami są tez cztery żywioły – woda,
ziemia, ogień i powietrze.

Dość teorii, przechodzimy do zajęć praktycznych. Jeśli chcemy mieć
dobry tytuł dla naszej książki, postępujemy następująco: bierzemy kartkę
papieru formatu A-4 i zapisujemy na niej ciurkiem wszystkie podane
powyżej, wynikłe z mojego researchu słowa, przy czym starannie baczymy,
aby zachować wyłonione statystycznie proporcje. Czyli: piszemy 18 razy pod
rząd „miecz”, 16 razy „czarodziej”, 12 razy „król” itd., ale tylko dwa
razy takie słowa jak „powrót” czy „znak”. Tynktury heraldyczne oraz
żywioły zapisujemy po dziesięć razy każdy.

Bierzemy teraz nożyczki i tniemy zapisaną kartkę na maleńkie skrawki
tak, aby na każdym skrawku było tylko jedno słowo. Skrawki mieszamy
starannie i wrzucamy do kapelusza, garnka lub wazonu, przy czym w dwóch
ostatnich przypadkach opróżnienie garnka z resztek gulaszu, a wazonu z
kwiatów i wody jest ze wszech miar wskazane. Teraz na oślep wyciągamy z
pojemnika dwa skrawki. I oto jest nasz tytuł. „Szafirowy miecz”. „Zguba
jednorożca”, „Cień smoka”, „Oko chaosu”, „Czarna gwiazda”, „Zielony elf”.
Jeśli trzeba, dodajemy „i” („Krew i kamień”) albo „z” („Czarodziej z
wody”).

Wprawnym – i mającym jednak niepowstrzymane ciągotki do awangardy i
Nowej Fali – polecam metodę bardziej zaawansowaną: wyciągamy z pojemnika
tylko jeden papierek, po czym wypalamy skręta z marihuany i poprawiamy
szklaneczką Glenfiddich on the rocks. I mamy tytuł: „Czarodziej
rozumiany jako sinusoida wykonana z cynfolii”. „My, będący we władzy
miecza, śnimy o zaczarowanych owcach”. Albo: „Czy pan zamawiał chaos?” A
jeśli uporczywie nic nam nie wychodzi, jeśli ciągle wyciągamy wredne
kombinacje typu „zielony” i „czerwony” albo „oko” i „ręka” powtarzamy
operację aż do skutku. W końcu uda się nam wyciągnąć coś sensownego.
Chociażby „Powrót króla”. Albo „Ogniem i mieczem”. Ach, jakie ładne
tytuły.