Fragment rozdziału szóstego „Pani jeziora”.

Proces, wyrok i egzekucję Joachima de Wetta większość historyków
zwykła przypisywać gwałtownej, okrutnej i tyrańskiej naturze cesarza
Emhyra, nie brak też – zwłaszcza u autorów z ciągotami do beletrystyki –
aluzyjnych hipotez o zemście i porachunkach najzupełniej prywatnych.
Najwyższy czas chyba powiedzieć prawdę – prawdę, która jest dla każdego
uważnego badacza bardziej niż oczywista. Diuk de Wett dowodził grupą armii
„Verden” w sposób, dla którego określenie „nieudolny” jest wybitnie za
delikatne. Mając przeciw sobie dwakroć słabsze siły ociągał się z ofensywą
na północ, a całą aktywność obrócił na walkę z verdeńskimi gerylasami.
Armia „Verden” dopuszczała się wobec ludności niesłychanych okrucieństw.
Skutek był łatwy do przewidzenia i nieunikniony: jeżeli w zimie siły
insurgentów liczono na niecałe pół tysiąca ludzi, to wiosną powstało całe
niemal Verden.

Oddanego Cesarstwu króla Ervylla zgładzono, a na czele powstania
stanął jego syn, królewicz Kistrin, sympatyzujący z Nordlingami. Mając na
flance desanty piratów ze Skellige, od czoła ofensywę Nordlingów z
Cidaris, a na tyłach rebelię, de Wett zaplątał się w bezładne walki,
ponosząc klęskę za klęską. Tym samym opóźniał ofensywę Grupy Armii
„Środek” – miast, jak ustalono, wiązać skrzydło Nordlingów, wiązał Menno
Coehoorna. Nordlingowie natychmiast wykorzystali sytuację i przeszli do
kontruderzenia, rozrywając pierścień wokół Mayeny i Mariboru, niwecząc
szanse na szybkie powtórne zdobycie tych ważnych fortec.

Nieudolność i głupota de Wetta miały też znaczenie psychologiczne.
Prysł mit o niezwyciężonym Nilfgaardzie. Do armii Nordlingów zaczęli
setkami napływać ochotnicy…

Restif de Montholon, „Wojny Północne, mity, kłamstwa i półprawdy”

* * *

Jarre był bardzo rozczarowany. Wychowanie w świątyni i jego własna
otwarta natura sprawiały, że wierzył w ludzi, w ich dobroć, życzliwość i
bezinteresowność. Z wiary tej nie zostało wiele.

Przespał już dwie noce na dworze, w resztkach stogów, a teraz
zanosiło się na to, że w podobny sposób spędzi trzecią. W każdej wsi, w
której prosił o nocleg lub kawałek chleba, zza zawartych na głucho wierzei
odpowiadało mu albo ciężkie milczenie, albo obelgi i groźby. Nic nie
pomagało, gdy mówił, kim jest, dokąd i w jakim celu wędruje.

Bardzo, bardzo rozczarowali go ludzie.

Zmierzchało szybko. Chłopiec raźno i dziarsko maszerował dróżką wśród
pól. Wypatrywał stogu, zrezygnowany i przybity perspektywą kolejnej nocy
pod gołym niebem. Marzec był, i owszem, wyjątkowo ciepły, ale nocą robiło
się naprawdę zimno. I naprawdę straszno.

Jarre spojrzał na niebo, na którym, jak co noc od niemal tygodnia,
widać było złoto-czerwoną pszczołę komety, przemierzającej niebo z zachodu
na wschód, ciągnącej za sobą migotliwy warkoczyk ognia. Zastanowił się,
cóż też naprawdę może zwiastować to dziwne, wspominane w wielu proroctwach
zjawisko.

Podjął marsz. Robiło się coraz ciemniej. Dróżka wiodła w dół, w
szpaler gęstych krzaków, przybierających w półmroku przerażające kształty.
Z dołu, stamtąd, gdzie było jeszcze ciemniej, wiało zimnem, brzydkim
zapachem butwiejącego zielska i czymś jeszcze. Czymś bardzo niedobrym.

Jarre zatrzymał się. Próbował wmówić sobie, że to, co pełza mu po
grzbiecie i ramionach, to nie strach, lecz chłód. Bez efektu.

Brzegi obrośniętego łoziną i pokracznymi wierzbami kanału, czarnego i
błyszczącego jak świeżo wylana smoła, spinał niski mostek. W miejscach,
gdzie bale zgniły i zapadły się, mostek ział podłużnymi dziurami,
balustrada była złamana, jej drągi zanurzone w wodzie. Za mostkiem wierzby
rosły gęściej. Choć daleko było jeszcze do prawdziwej nocy, choć odległe
łąki za kanałem wciąż jeszcze jaśniały wiszącym na czubkach traw
przędziwem mgieł, wśród wierzb panowała ciemność. W mroku Jarre
niewyraźnie widział ruiny jakiegoś budynku – zapewne młyna, śluzy albo
węgorzarni.

Muszę przejść przez ten mostek, pomyślał chłopiec. Trudno, darmo!
Chociaż przez skórę czuję, że tam, w tym ćmoku, czai się coś niedobrego,
muszę przejść na drugą stronę tego kanału. Muszę przekroczyć ten kanał,
tak, jak uczynił to ów mityczny wódz czy bohater, o którym czytałem w
zetlałych manuskryptach w świątyni Melitele. Przekroczę kanał i wówczas…
Jak to było? Karty będą rozdane? Nie, kości będą rzucone. Za mną zostanie
moja przeszłość, przede mną rozpostrze się moja przyszłość…

Wkroczył na mostek i z miejsca wiedział, że przeczucie go nie myliło.
Zanim jeszcze ich zobaczył. I usłyszał.

– A co? – charknął jeden z tych, którzy zastąpili mu drogę – Nie
mówiłem? Mówiłem, ino poczekać krzynę, a ktosik nadejdzie.

– Prawie, Okultich – drugi z uzbrojonych w grube pały typów seplenił
lekko. – Iście za wróża albo wołchwa ci robić. No, przechodniu miły,
samopas idący! Dasz, co tam masz, po dobroci, czy też nie obędzie się bez
szarpaniny?

– Ja nic nie mam! – wrzasnął co sił w płucach Jarre, choć niewiele
miał nadziei na to, że ktoś usłyszy i przybieży z pomocą. – Jestem ubogim
wędrowcem! Nie mam grosza przy duszy! Co mam wam oddać? Ten kij? Odzienie?

– Też – powiedział ten sepleniący, a w głosie jego było coś, co
sprawiło, że Jarre zadygotał. – Bo trza ci wiedzieć, ubogi wędrowcze, że
tak po prawdzie to my tu, w potrzebie pilnej będący, dziewki jakiejś
wyglądalim. No, ale noc już za pasem, nikt już nie przyjdzie, tedy na
bezrybiu i rak ryba! Łapaj jego, zuchy!

– Ja mam nóż! – wrzasnął Jarre. – Ostrzegam!

Faktycznie, miał nóż. Gwizdnął go w świątynnej kuchni, w przeddzień
ucieczki. Miał go w tobołku. Ale nie sięgał po niego. Miał przerażającą –
i paraliżującą – świadomość, że to bez sensu i że nic mu to nie pomoże.

– Mam nóż!

– Proszę, proszę – zadrwił ten sepleniący, zbliżając się. – Ma nóż.
Kto by pomyślał.

Jarre nie mógł uciekać. Przerażenie sprawiło, że jego nogi zamieniły
się w dwa wbite w ziemię słupy. Adrenalina capnęła go za gardło jak pętla
arkanu.

– Hola! – krzyknął nagle trzeci typek, młodym i dziwnie znajomym
głosem.

– Ja jego chyba znam! Tak, tak, znam go! Ostawcie, mówię, to
znajomek! Jarre? Poznajesz mnie? Jestem Melfi! Hej, Jarre? Poznajesz?

– Poz… naję… – Jarre ze wszystkich sił walczył z paskudnym,
przemożnym, nieznanym mu do tej pory uczuciem. Dopiero gdy poczuł ból
biodra, którym grzmotnął o dyle mostu, zrozumiał, co to było za uczucie.

Uczucie tracenia przytomności.

* * *

– Oj, a to niespodzianka – powtarzał Melfi. – Ot, traf nad trafy! Ot,
swojaka zdarzyło się napotkać! Z Ellander znajomka! Druha! Co, Jarre?

Jarre przełknął kęs twardego i ciągliwego kawała słoniny, którym
poczęstowała go jego dziwna kompania, zagryzł pieczoną rzepą. Nie
odpowiedział, kiwnął tylko głową w stronę całej otaczającej ognisko
szóstki.

– A dokąd to tobie droga, Jarre?

– Do Wyzimy.

– Ha! Tak i nam do Wyzimy! Ot, traf nad trafy! Co, Milton? Pamiętasz
Miltona, Jarre?

Jarre nie pamiętał. Nie był pewien, czy w ogóle widział go
kiedykolwiek na oczy. Melfi też zresztą lekko przesadzał, zwąc się jego
druhem. Był to syn bednarza z Ellander. Gdy razem uczęszczali do
przyświątynnej infimy, Melfi zwykł był regularnie i dotkliwie bijać Jarre
i nazywać go poczętym w pokrzywach bękartem bez ojca ni matki. Trwało to
około roku, po którego upływie bednarz zabrał syna ze szkoły, potwierdziło
się bowiem, że latorośl nadaje się wyłącznie do beczek. Tak to Melfi,
miast w pocie czoła poznawać arkana czytania i pisania, w pocie czoła
strugał klepki w warsztacie ojca. A gdy Jarre ukończył naukę i z
rekomendacji świątyni został pomocnikiem pisarza w sądzie grodzkim,
bednarczyk – wzorem taty – kłaniał mu się w pas, dawał prezenty i
deklarował przyjaźń.

– …do Wyzimy idziem – kontynuował opowieść Melfi. – Do armii.
Wszyscy my tu, jak mąż jeden, do wojska idziem. Owi tu, uważasz, Milton i
Ograbek, kmiecy synowie, z łanowej powinności wybrani, wiesz przecie…

– Wiem – Jarre obrzucił spojrzeniem kmiecych synów, jasnowłosych,
podobnych jak bracia, gryzących jakieś nierozpoznawalne opieczone w
popiele pożywienie. – Jeden z dziesięciu łanów. Łanowy kontyngens. A ty,
Melfi?

– Ze mną – westchnął bednarczyk – to, uważasz, jest tak: za pierwszym
razem, gdy cechy miały dać rekruta, to mię ociec wybronili od ciągnięcia
gałki. Ale przyszła bieda, trza było losować wtóry raz, bo tak miasto
uradziło… Wiesz przecie…

– Wiem – przytaknął znowu Jarre. – Uzupełniające losowanie
kontyngensu rada miasta Ellander ustanowiła wilkierzem z dnia szesnastego
stycznia. Było to konieczne w obliczu nilfgaardzkiego zagrożenia…

– Posłuchaj ino, Szczupak, jak on gada – wtrącił się charkliwie krępy
i ostrzyżony do skóry typ, ten zwany Okultichem, który niedawno pierwszy
okrzyknął go na moście. – Paniczyk! Mądrala jakiś!

– Mądruś! – zawtórował przeciągle drugi, wielki parob z wiecznie
przylepionym do krągłej gęby głupawym uśmiechem. – Mądraliński!

– Zatknij się, Klaproth – zaseplenił wolno ten nazwany Szczupakiem,
najstarszy w kompanii, rosły, z obwisłym wąsem i podgolonym karkiem. –
Jeśli mądrala, godzi się posłuchać, gdy prawi. Spor może z tego być.
Nauka. A nauka nigdy nikomu nie zaszkodziła. No, prawie nigdy. I prawie
nikomu.

– Co prawda, to prawda – ogłosił Melfi. – On, Jarre znaczy,
faktycznie niegłupi jest, czytaty jest i pisaty… Uczony! Onże przecie w
Ellander za pisarczyka sądowego robi, a w chramie Melitele cały księgów
zbiór w pieczy ma…

– Cóż tedy, ciekawość – przerwał Szczupak, wpatrzony w Jarre przez
dym i iskry – taki sądowo-świątynno-zasrany księgarz na gościńcu ku
Wyzimie porabia?

– Jak i wy – powiedział chłopiec – do wojska idę.

– A czego to – oczy Szczupaka błyszczały, odbijały blask jak oczy
prawdziwej ryby w świetle łuczywa na dziobie czółna – czego to
sądowo-świątynny uczony we wojsku szukać myśli? Bo przecie nie w rekruty
idzie? Hę? Toć każdy głupi wie, że świątynie wyjęte są spod kontyngensu,
nie mają musu rekruta dostarczać. A i to wie każdy głupi, że każdy jeden
sąd swego pisarczyka od służby zdolen jest wybronić i wyreklamować. Jakże
to więc jest, panie urzędnik?

– Idę do wojska na ochotnika – oświadczył Jarre. – Zaciągam się sam,
z własnej woli, nie z kontyngensu. Częściowo z pobudek osobistych, ale
głównie z poczucia patriotycznego obowiązku.

Kompania ryknęła gromkim, dudniącym, chóralnym śmiechem.

– Baczcie, zuchy – przemówił wreszcie Szczupak – jakie to
sprzeczności w człeku nieraz siedzą. Natury dwie. Ot, młodzik, zdać by się
mogło, kształcony i bywały, do tego niezawodnie z przyrodzenia niegłupi.
Wiedzieć powinien, co na wojnie się dzieje, znać, kto kogo bije i wnet
całkiem pobije. A on, jak samiście słyszeli, bez przymusu, z własnej woli,
z paterotycznego obowiązku chce się do przegrywającej partyji przyłączyć.

Nikt nie skomentował. Jarre też nie.

– Taki paterotyczny obowiązek – rzekł wreszcie Szczupak – zwykle jeno
chorych na umyśle cechujący, cóż, może i nawet przystoi świątynno-sądowym
wychowankom. Ale była tu mowa i o jakisi pobudkach osobistych. Groźnie
ciekawym, jakież owe osobiste pobudki są?

– Są one na tyle osobiste – uciął Jarre – że nie będę o nich
opowiadał. Tym bardziej, że wam, mospanie, o waszych pobudkach też jakoś
mówić niespieszno.

– Otóż bacz – rzekł po chwili ciszy Szczupak – że gdyby jaki prostak
tak do mnie zagadał, z punktu wziąłby w pysk. No, ale jeśli uczony
pisarczyk… Takiemu daruję… na ten raz. I odpowiem: ja też do wojska
idę. I też na ochotnika.

– By jak kto chory na umyśle przyłączyć się do przegrywających? –
Jarre sam dziwił się, skąd nagle bierze się w nim tyle zuchwałości – Po
drodze obdzierając podróżnych na mostach?

– Onże – zarechotał Melfi, uprzedzając Szczupaka – cięgiem boczy się
na nas za zasadzkę na mostku. Odpuść-że, Jarre, toć to tylko figle były!
Szutki takie niewinne! Prawda, Szczupak?

– Prawda – Szczupak ziewnął, kłapnął zębami, aż echo poszło. – Szutki
takie niewinne. Życie smutne jest i osowiałe, rychtyk niby cielę, co je do
szlachtuza wiodą. Tedy jeno szutką albo figlem można je sobie rozweselić.
Nie uważasz tak, pisarczyku?

– Uważam. W zasadzie.

– To dobrze – Szczupak nie spuszczał z niego błyszczących oczu. – Bo
inakszy marny by z ciebie był dla nas kompanion i lepiej by ci było do
Wyzimy samopas powędrować. Choćby zaraz.

Jarre zmilczał. Szczupak przeciągnął się.

– Rzekłem, com miał rzec. No, zuchy, tedy my poszucili, pofiglowali,
poweselili się, a tera do wczasu pora. Jeśli na odwieczerz mamy w Wyzimie
być, to ze słonkiem, trzeba, wyruszymy.

* * *

Rano, faktycznie ledwo słonko wzeszło, cała siódemka ruszyła w drogę.
Milton i Ograbek, kmiecy synowie z łanowego kontyngensu, dodawali sobie
animuszu wojacką piosenką.

Jadzie, wojak, jadzie, zbrują pobrzękuje

Uciekaj, dziewczyno, nuż cię pocałuje!

A niech pocałuje, kto jemu zabrania,

Wszak on własną piersią ojczyznę zasłania!

Szczupak, Okultich, Klaproth i przyklejony do nich bednarczyk Melfi
opowiadali sobie dykteryjki i anegdoty, niesłychanie w ich mniemaniu
śmieszne.

– …a Nilfgaardczyk pyta: „Co tu tak śmierdzi?” A elf na to:
„Gówno.” Haaa-haa-haaaa!

– Heheheheee!

– Hahahaha! A taki znacie? Idą Nilfgaardczyk, elf i krasnolud.
Patrzą: leci mysza…

Im bardziej dzień rósł, tym więcej spotykali na gościńcu innych
wędrowców, chłopskich wozów, komorniczych powodów, oddziałków
maszerującego wojska. Niektóre wozy były wyładowane dobrem, za tymi banda
Szczupaka szła z nosami niemal przy ziemi, niczym wyżły, zbierając, co
spadło – a to marchewkę, a to kartofel, rzepę, czasem nawet cebulę. Część
łupu przemyślnie chowano na czarną godzinę, część łapczywie pożerano, nie
przerywając opowiadania dowcipów.

– …a Nilfgaardczyk: pruuuu! I zesrał się po same uszy!
Hahahahahaha!

– Haa-haaa-haa! O bogowie, nie strzymam… Zesrał się… Haaaa-haaa
haaa!

– He-heeee-heee!

Jarre czekał na okazję i pretekst do odłączenia się. Nie podobał mu
się Szczupak, nie podobał mu się Okultich. Nie podobały mu się spojrzenia,
jakimi Szczupak i Okultich obrzucali mijające ich kupieckie wozy,
chłopskie zaprzęgi i siedzące na furmankach kobiety i dziewki. Nie podobał
mu się drwiący ton Szczupaka, gdy ów co i rusz zagadywał o celowości
zaciągania się na ochotnika w chwili, gdy klęska i zagłada są pewne i
oczywiste.

Zapachniało oraną ziemią. Dymem. W dolinie, wśród regularnej
szachownicy pól, gajów i lśniących jak zwierciadełka rybników widzieli
dachy zabudowań. Do ich uszu dobiegało czasem dalekie szczekanie psa, ryk
wołu, pianie koguta.

– Widać, że zamożne te wioseczki – wyseplenił Szczupak, oblizując
wargi. – Nieduże, ale misterne.

– Tu, w dolinie – pospieszył z wyjaśnieniem Okultich – niziołki żywią
i gospodarzą. U nich wszystko misterne i ładne. Gospodarny to narodek, one
karzełki.

– Nieludzie przeklęte – charknął Klaproth. – Chobołdy jedne! Une tu
gospodarzą, a prawdziwemu człeku bieda przez takich a nędza. Takim nawet
wojna nie szkodzi.

– Na razie – Szczupak rozciągnął usta w brzydkim uśmiechu. –
Zapamiętajcie, zuchy, tę wioseczkę. Tę skrajną, wśród brzózek, u samego
boru. Zpamiętajcie dobrze. Gdybym kiedy zapragnął tamój w gości, nie
chciałbym błądzić.

Jarre odwrócił głowę. Udawał, że nie słyszy. Że widzi tylko gościniec
przed sobą.

Maszerowali. Milton i Ograbek, kmiecy synowie z łanowego poboru,
zaintonowali nową pieśń. Mniej wojacką. Trochę jakby bardziej
pesymistyczną. Mogącą – zwłaszcza po wcześniejszych aluzjach Szczupaka –
być wręcz uznaną za niedobry omen.

Wszytcy ludzie, posłuchajcie

Okrutność śmirci poznajcie,

Bądź ty stary abo młody

Nie ujść ci śmiertelnej szkody;

Kogo koli śmirć udusi

Każdy jeji ulec musi…

* * *

– Ten – ocenił ponuro Okultich – musi mieć dudki. Jeślić on nie ma
dudków, to niech mnie wymiszą.

Osobnikiem, dla którego Okultich szedł na tak okropny hazard, był
dogoniony wędrowny handlarz, idący obok ciągniętej przez osła dwukółki.

– Dudki dudkami – zaseplenił Szczupak – a osiełek też coś wart.
Przyspieszcie kroku, zuchy.

– Melfi – Jarre chwycił bednarczyka za rękaw. – Otwórz no oczy. Nie
widzisz, co tu się szykuje?

– Toć to tylko żarty, Jarre – Melfi wyszarpnął się. – Tylko żarty…

Wózek handlarza – z bliska widać to było wyraźnie – był jednocześnie
straganem, mógł być na stragan zamieniony i rozłożony w ciągu kilku chwil.
Cała ciągnięta przez osła konstrukcja pokryta była jaskrawymi i malowniczo
zamaszystymi napisami, w myśl których oferta handlarza obejmowała balsamy
i driakwie leczące, talizmany i amulety ochronne, eliksiry, filtry i
kataplazmy magiczne, środki piorące, a nadto wykrywacze metali, kruszców i
trufli oraz niezawodne przynęty na ryby, kaczki i dziewki.

Handlarz, chudy i mocno przytłamszony brzemieniem wieku jegomość,
obejrzał się, zobaczył ich, zaklął i popędził osła. Ale osioł, jak to
osioł, ani myślał iść szybciej.

– Zacne rucho na onym – ocenił z cicha Okultich. – I na wózeczku
cosik pewno najdziem…

– No, zuchy – skomenderował Szczupak. – Raz, dwa! Uporajmy się ze
sprawą, póki mało świadków na gościńcu.

Jarre, sam nie mogąc nadziwić się swemu męstwu, kilkoma szybkimi
krokami wysforował się przed kompanię i obrócił, stając między nimi a
dogonionym kupcem.

– Nie – powiedział, z trudem dobywając głosu ze ściśniętego gardła. –
Nie pozwolę…

Szczupak powoli rozchylił kapotę i pokazał zatknięty za pas długi
nóż, ewidentnie wyostrzony jak brzytwa.

– Nastąp no się, pisarczyku – zaseplenił złowrogo. – Jeśli szyję swą
szanujesz. Myślałem, przygodzisz się w naszej kompanii, ale nie, nazbyt
ciebie, widzę, twoja świątynia wyświętoszkowała, nazbyt żeś pobożnym
kadzidłem prześmiardnął. Tedy nastąp się precz z drogi, bo inaczej…

– A co tu się wyrabia? Hę?

Zza flankujących gościniec pękatych i rosochatych wierzb,
najpowszechniejszego elementu krajobrazu doliny rzeki Ismeny, wyłoniły się
dwie dziwaczne postacie.

Obaj mężczyźni nosili nawoskowane i podkręcone ku górze wąsiska,
barwne bufiaste pludry, pikowane, przybrane wstążkami kaftany i wielkie,
miękkie, aksamitne berety z pękami piór. Oprócz wiszących przy szerokich
pasach tasaków i puginałów, obaj mężczyźni nosili na plecach dwuręczne
miecze, długie chyba na sążeń, o łokciowej długości rękojeściach i dużych
wygiętych jelcach.

Lancknechci, podskakując, dopinali spodnie. Żaden nie uczynił choćby
ruchu w stronę rękojeści ich straszliwych mieczy, ale Szczupak i Okultich
i tak momentalnie spotulnieli, a wielki Klaproth skurczył się jak mechera,
z której uszło powietrze.

– My tu… My tu nic… – zaseplenił Szczupak. – Nic złego…

– Żarty jeno! – kwiknął Melfi.

– Nikomu nie stała się krzywda – odezwał się niespodzianie zgarbiony
handlarz. – Nikomu!

– My – wtrącił się szybko Jarre – idziemy do Wyzimy, do wojska się
zaciągnąć. Może i wam tamtędy po drodze, panowie wojacy?

– A i owszem – lancknecht parsknął, od razu orientując się, o co
idzie. – I nam do Wyzimy. Komu wola, może iść z nami. Bezpieczniej będzie.

– Bezpieczniej, jako żywo – dodał znacząco drugi, mierząc Szczupaka
długim spojrzeniem – Godzi się wszakoż dodać, że widzieliśmy tu niedawno w
okolicy wyzimskiego bajlifa konny patrol. Wielce są oni do wieszania
skorzy, marny los grasanta, którego na licu pochwycą.

– I wielmi dobrze – Szczupak odzyskał kontenans, wyszczerzył się
szczerbato. – Wielmi dobrze, waćpanowie, że jest na łotrzyków prawo i
kara, słuszny to porządek. Ruszajmy tedy w drogę, do Wyzimy, do armii, bo
paterotyczny obowiązek wzywa.

Lancknecht patrzył na niego długo i dość pogardliwie, potem wzruszył
ramionami, poprawił mieczysko na plecach i pomaszerował drogą. Jego
towarzysz, Jarre, tudzież handlarz ze swym osłem i wozem ruszyli w ślad, a
z tyłu, w małym oddaleniu, poczłapała Szczupacza hałastra.

– Dzięki wam – rzekł po jakimś czasie handlarz, popędzając osła witką
– panowie żołnierze. A i tobie dzięki, młody paniczu.

– Nic to – machnął ręką lancknecht. – Przywyklim.

– Różni do wojska ciągną – jego towarzysz obejrzał się przez ramię. –
Przyjdzie na wieś lub miasteczko przymus wybrańca z co dziesiątego łanu
dać, to czasem korzystają, by tą modłą najsamprzód co najgorszej swołoczy
się pozbyć. I pełne później trakty takich, o, jak ci tam, zawalidrogów.
No, ale już tam w armii wyćwiczy ich w posłuchu gefrejterski kij, nauczą
się gałgany moresu, gdy raz a drugi pójdą na praszczęta, w uliczkę z
rózeg…

– Ja – pospieszył z wyjaśnieniem Jarre – idę zaciągnąć się na
ochotnika, nie z przymusu.

– Chwali się, chwali – lancknecht spojrzał na niego, podkręcił
nawoskowany koniuszek wąsa. – A to i widzę, żeś ty z deczko innej niż
tamci ulepiony gliny. Czemuż to z nimi pospołu?

– Los nas zetknął.

– Widziałem już – głos żołnierza był poważny – takie losowe
zetknięcia i zbratania, co zbratanych pod jedną wspólną przywiodły
szubienicę. Wyciągnij z tego naukę, chłopcze.

– Wyciągnę.

* * *

Nim przyćmione chmurami słońce stanęło w zenicie, dotarli do traktu.
Tu czekała ich wymuszona przerwa w podróży. Podobnie jak spora grupa
wędrowców, którzy dotarli tu przed nimi, Jarre i jego kompania musieli się
zatrzymać – trakt bowiem szczelnie wypełniony był maszerującym wojskiem.

– Na południe – znacząco skomentował kierunek marszu jeden z
lancknechtów. – Na front. Ku Mariborowi i Mayenie.

– Znaki bacz – wskazał głową drugi.

– Redańczycy – powiedział Jarre. – Srebrne orły na karmazynie.

– Dobrześ zgadł – lancknecht poklepał go ramieniu. – Iście łebski z
ciebie młodzik. To jest redańskie wojsko, które królowa Hedwig w pomoc nam
przysłała. My teraz jednością mocni, Temeria, Redania, Aedirn, Kaedwen,
teraz my wszyscy alianci, jednej sprawy adherenci.

– Rychło w czas – odezwał się zza ich pleców Szczupak, z wyraźnym
przekąsem. Lancknecht obejrzał się, ale nic nie powiedział.

– Owóż siędźmy – zaproponował Melfi – i wytchnąć dajmy kulasom. Tego
wojska końca nie widać, wiele czasu minie, nim się droga oswobodzi.

– Siędźmy – rzekł handlarz – tamój, na górce, stamtąd prospektum
lepsze.

Redańska konnica przejechała, za nią, wzbijając pył, maszerowali
kusznicy i pawężnicy. Za nimi widać już było kolumnę jadącej stępa
pancernej jazdy.

– A tamci – wskazał pancernych Melfi – pod inszym idą znakiem. Czarną
mają sztandartę, biało czymsiś upstrzoną.

– Ot, prowincja ciemna – lancknecht spojrzał na niego z pogardą. –
Godła własnego króla nie poznają. To są srebrne lilie, tępa głowo…

– Pole czarne srebrnymi liliami usiane – powiedział Jarre i naraz
zapragnął udowodnić, że kto jak kto, ale on nie jest ciemną prowincją.

– W dawnym herbie królestwa Temerii – zaczął – widniał lew kroczący.
Ale temerscy koronni książęta odmienionego herbu używali, a to mianowicie
tym sposobem, że do tarczy dodawali dodatkowe pole, w którym były trzy
lilie. Albowiem w symbolice heraldycznej jest kwiat lilii znakiem następcy
tronu, królewskiego syna, dziedzica tronu i berła…

– Mądruś zasrany – szczeknął Klaproth.

– Niechaj go i zawrzyj gębę, koński łbie – rzekł groźnie lancknecht.
– A ty, chłopcze, praw dalej. Ciekawe to.

– A gdy królewicz Goidemar, syn starego króla Gardika, szedł do boju
przeciw insurgentom Diablicy Falki, wojsko temerskie właśnie pod jego
znakiem, pod godłem lilii walczyło i walne odnosiło przewagi. I gdy
Goidemar tron po ojcu odziedziczył, na pamiątkę owych przewag i dla
cudownego ocalenia żony i dziatek z rąk wrażych, herbem królestwa
ustanowił trzy lilie srebrne w polu czarnym. A później król Cedric
specjalnym dekretem herb państwowy tym sposobem odmienił, że jest czarna
tarcza srebrnymi liliami usiana. I taki jest Temerii herb po dziś dzień.
Co łacno możecie wszyscy naocznie stwierdzić, albowiem traktem właśnie
temerscy kopijnicy jadą.

– Bardzoś zgrabnie – rzekł handlarz – nam to wykoncypował, paniczu.

– Nie ja – westchnął Jarre – lecz Jan z Attre, uczony heraldyk.

– I tyś nie gorzej, widno, wyuczony.

– W sam raz – rzekł półgłosem Szczupak – na rekruta. By dać się utłuc
pod tych srebrnych leliji znakiem, za króla i Temerię.

Usłyszeli śpiew. Groźny, wojacki, huczący jak sztormowa fala, jak
pomruk zbliżającej się burzy. Śladem za Temerczykami szło równym i zwartym
szykiem inne wojsko. Szara, niemal bezbarwna kawaleria, nad którą nie
powiewały chorągwie ani proporce. Przed jadącymi na czele kolumny
dowódcami niesiono ozdobioną końskimi ogonami tykę z poziomą poprzeczką,
do której przybite były trzy ludzkie czaszki.

– Wolna Kompania – wskazał szarych jeźdźców lancknecht. –
Kondotierzy. Najemne wojsko.

– Zrazu widać – westchnął Melfi – że bitni. Chłop w chłopa! A równo
idą, by na paradzie…

– Wolna Kompania – powtórzył lancknecht. – Przypatrzcie się, kmiotki
i gołowąsy, prawdziwemu żołnierzowi. Owi już w boju byli, oni to,
kondotierzy właśnie, banderie Adieu Pangratta, Molli, Frontina i
Abatemarco, one szalę przeważyły pod Mayeną, dzięki nim pękł nilfgaardzki
pierścień, im to zawdzięczać, że twierdza oswobodzona.

– Wierę – dodał drugi – waleczny i mężny to naród, owi kondotierzy, w
bitwie nieustępliwy, jak ta skała. Choć za pieniądze Wolna Kompania służy,
jak z ich piosenki łacno wymiarkujesz.

Oddział zbliżał się stępa, śpiew grzmiał mocną i gromką, lecz dziwnie
ponurą, złą nutą.

Żadne nas berło ni tron nie pozyszczy

Nigdy z królami nie będziem w aliansach

My u dukata, co jak słońce błyszczy

Na ordynansach!

Niczym są dla nas waszych przysiąg roty

Sztandarów waszych ni rąk nie całujem

My dukatowi, co jak słońce złoty

Wierność ślubujem!

– Ech, u takich służyć – westchnął znowu Melfi. – Z takimi pospołu
wojować… Zaznałby człek sławy a łupu…

– Wzrok mnie myli abo jak? – Okultich zmarszczył twarz. – Na czele
drugiego hufu… Baba? To oni pod babską wojują komendą, owe najemniki?

– Baba to – potwierdził lancknecht. – Ale nie byle jaka baba. To
Julia Abatemarco, co na nią wołają Słodka Trzpiotka. Wojowniczka, że ho,
ho! Pod jej to komendą roznieśli kondotierzy zagon Czarnych i elfów pod
Mayeną, choć jeno w dwakroć po pięć setek na trzy tysiące uderzyli.

– Owociem słyszał – odezwał się Szczupak, dziwnym, obleśnie
służalczym, a zarazem złośliwym tonem – że nie na wiele się ta wiktoria
zdała, w błoto poszły wydane na najmitów dukaty. Pozbierał się Nilfgaard i
znowu zadał naszym bobu, a tęgiego. I Mayenę znów opasał. A może już i
dobył twierdzy? A może już tu zmierza? Może lada dzień tutaj będzie? Może
już ci przekupni kondotierzy dawno nilfgaardzkim złotem przekupieni? A
może…

– A może – przerwał rozsierdzony żołnierz – w mordę chcesz dostać,
chamie? Bacz, za szczekanie przeciw naszemu wojsku strykiem karzą! Zawrzyj
tedy gębę, pókim dobry!

– Ooo! – osiłek Klaproth, rozwarłszy szeroko usta, rozładował
sytuację. – Ooo, patrzajta! Jakie śmiszne korduple idą!

Drogą, pod głuchy łomot litawrów, zajadłe trąbienie kóbz i dziki
świst piszczałek, maszerował szyk piechoty uzbrojonej w halabardy,
gizarmy, berdysze, cepy i kolczaste wekiery. Odziani w futrzane burki,
kolczugi i szpiczaste szyszaki żołnierze byli rzeczywiście niezwykle
niscy.

– Krasnoludy z gór – wyjaśnił lancknecht. – Któryś z regimentów
Mahakamskiego Ochotniczego Hufu.

– A ja żem myślał – rzekł Okultich – że krasnoludy nie z nami, a
przeciw nam. Że zdradziły nas one paskudne karły i że z Czarnymi w
zmowie…

– Tyś myślał – lancknecht spojrzał na niego z politowaniem. – A czym,
ciekawość? Ty, kapcanie, gdybyś w zupie połknął karalucha, to w kiszkach
więcej byś miał mózgu, aniżeli w głowie. Ci, którzy tam maszerują, to
któryś z regimentów krasnoludzkiej piechoty, którą przysłał nam w sukurs
Brouver Hoog, starosta z Mahakamu. Oni też w większości już w boju byli,
straty mieli duże, tedy ich pod Wyzimę cofnęli na przeformowanie.

– Bitny to naród, krasnoludy – potwierdził Melfi. – Mnie, jak w
Ellander w oberży kiedyś jeden w ucho na Saovine dał, to mi w tym uchu
dzwoniło do Yule.

– Krasnoludzki regiment jest w kolumnie ostatni – lancknecht osłonił
oczy dłonią. – Koniec przemarszu, gościniec zaraz wolny będzie. Zbierajmy
się i w drogę, bo już skoro południe.

– Tyle wojennego luda na południe maszeruje – powiedział sprzedawca
amuletów i driakwi – że niechybnie wielka będzie wojna. Wielkie spadną na
ludzi nieszczęścia! Wielkie klęski na armie! Ginął będzie lud tysiącami,
od miecza i pożogi. Owóż uważcie, panowie, że ów kometa, którego na niebie
co noc widać, czerwony ogon ognisty za sobą wlecze. Jeślić u komety ogon
siny albo blady, zwiastuje on zimne choroby, febry, pleury, flegmy i
katary, a takoż nieszczęścia wodne, jak powodzie, ulewy albo długie słoty.
Czerwona zasię barwa wskazuje, że jest to kometa gorączki, krwi i ognia, a
takoż żelaza, które z ognia się rodzi. Straszne, straszne klęski spadną na
lud! Wielkie pogromy będą i rzezie. Jak to stoi w tym proroctwie: będą
trupy leżeć wysoko na łokci dwanaście, na opustoszałej ziemi wyć będą
wilcy, a człek ślad stopy drugiego człeka będzie całował… Biada nam!

– Dlaczego nam? – przerwał chłodno lancknecht. – Kometa wysoko leci,
z Nilfgaardu też go widać, nie mówiąc o dolinie Iny, skąd, mówią, Menno
Coehoorn nadciąga. Czarni też w niebo patrzą i kometę widzą. Czemu tedy
nie przyjąć, że on nie nam, ale im klęskę wróży? Że to ich trupy będą w
stertę ułożone?

– Tak jest! – warknął drugi lancknecht. – To im biada, Czarnym!

– Zgrabnieście to, panowie, wykoncypowali.

– No pewnie.

* * *

Minęli otaczające Wyzimę lasy, weszli na łąki i pastwiska. Pasły się
tu całe tabuny koni, różnych – kawaleryjskich, zaprzęgowych, pociągowych
ciężkich perszeronów. Trawy, jak to w marcu, było na łąkach co kot
napłakał, ale stały tam pełne siana wozy i brogi.

– Widzita? – oblizał wargi Okultich. – Ech, koniki! I nikt nie
pilnuje! Tylko brać, wybierać…

– Zawrzyj gębę – syknął Szczupak i służalczo wyszczerzył do
lancknechtów szczerbate uzębienie. – On, panowie, w jeździe zamarzył
służyć, po temu tak na te rumaki łaso patrzy.

– W jeździe! – parsknął lancknecht. – Ot, co to się chamowi roi!
Koniuchem prędzej mu być, gnój spod koni widłami wybierać, taczką wywozić!

– Prawie, panie, mówicie.

Poszli dalej, wnet dotarli na groblę, wiodącą wzdłuż stawów i rowów.
I nagle nad wierzchołkami olch zobaczyli czerwone dachówki wież górującego
nad jeziorem wyzimskiego zamku.

– No, to my prawie na miejscu – rzekł handlarz. – Czujecie?

– U-uu! – wykrzywił się Melfi. – Ależ smród! Co to?

– Pewnie żołnierze, co z głodu zdechli na królewskiej lafie –
zamruczał za ich plecami Szczupak, ale tak, by lancknechci nie dosłyszeli.

– Mało nosa nie urwie, he? – zaśmiał się jeden. – Ano, stał tu
tysiącami całemi wojenny lud na hibernie, a wojenny lud jeść musi, a jak
zje, to fajda. Takim już to kształtem natura sprawiła i nic na to nie
poradzisz! A co się nafajdało, to tu, o, do tych rowów wywożą, wywalają,
nawet nie przysypując. Zimą, póki mróz gówno mroził, szło jakoś strzymać,
ale od wiosny… Tfu!

– A coraz to nowi nadchodzą i na starą kupę ładują – drugi lancknecht
też splunął. – A ów wielgi bzyg słyszycie? To muchy. Chmary ich tu są,
wczesną wiosną nie widziana rzecz! Owińcie sobie gęby, czym który może, bo
do oczu i ust nawłażą, psiejuchy. I żwawo, im prędzej tędy przejdziem, tym
lepiej.

* * *

Minęli rowy, ale nie udało im się zgubić smrodu. Przeciwnie, Jarre
dałby głowę, że im bliżej miasta, tym zaduch był gorszy. Tyle, że bardziej
urozmaicony, bogatszy skalą i odcieniami. Śmierdziały gęstym pierścieniem
otaczające gród wojskowe obozy i namioty. Śmierdział ogromny lazaret.
Śmierdziało tłoczne i ruchliwe podgrodzie, śmierdział wał, śmierdziała
brama, śmierdziało podwale, śmierdziały placyki i uliczki, śmierdziały
mury wznoszącego się nad miastem zamczyszcza. Szczęściem nozdrza
przyzwyczajały się szybko i wkrótce zajedno im było, czy to gnój, czy to
padlina, czy to koci mocz, czy to kolejna jadłodajnia.

Muchy były wszędzie. Bzyczały natrętnie, pchały się do oczu, do uszu,
do nosa. Nie dawały się odpędzić. Łatwiej było je rozgnieść na twarzy. Lub
rozgryźć.

Gdy tylko wyszli z cienia podbramia, w oczy uderzył ich ogromny
malunek na ścianie, przedstawiający rycerza z wycelowanym w nich palcem.
Napis pod malunkiem pytał wielkimi literami: „A ty? Czy już się
zaciągnąłeś?”

– Już, już – mruknął lancknecht. – Niestety.

Podobnych malunków było dużo, można było rzec – co ściana, to
malunek. Przeważał ów rycerz z palcem, częsta była też patetyczna Matka
Ojczyzna z rozwianym siwym włosem, mająca w tle płonące wsie i niemowlęta
na nilfgaardzkich pikach. Zdarzały się też wizerunki elfów z ociekającymi
krwią nożami w zębach.

Jarre nagle obejrzał się i stwierdził, że są sami, on, lancknechci i
handlarz. Po Szczupaku, Okultichu, wybranieckich kmiotkach i Melfim nie
było śladu.

– Tak, tak – potwierdził jego przypuszczenie lancknecht, przypatrując
mu się badawczo. – Zmyli się twoi druhowie przy pierwszej sposobności, za
pierwszym węgłem zamietli za sobą chwostami. I wiesz, co ci rzeknę,
chłopcze? Dobrze to, że się wasze drogi rozeszły. Nie dąż k’temu, by się
znów zeszły.

– Szkoda Melfiego – mruknął Jarre. – To w sumie dobry chłopak.

– Każdy swój los sam wybiera. A ty chodź z nami. Pokażemy, gdzie
werbunek.

Wyszli na placyk, pośrodku którego, na kamiennym podwyższeniu, stał
pręgierz, Dookoła pręgierza kupili się żądni uciechy mieszczanie i
żołnierze. Zakuty skazaniec, dopiero co trafiony pecyną błota w twarz,
pluł i płakał. Tłum ryczał ze śmiechu.

– Ejże! – krzyknął lancknecht. – Patrzajta, kogo to w dyby wzięli!
Toż to Fuson! Ciekawość, za co jego tak?

– Za rolnictwo – pospieszył z wyjaśnieniem gruby mieszczanin w
wilczym futrze i filcowej czapce.

– Za co?

– Za rolnictwo – powtórzył z naciskiem grubas. – Za to, że siał!

– Ha, tera toście walnęli, z przeproszeniem, kieby wół na klepisko –
zaśmiał się lancknecht. – Ja Fusona znam, on szewcem jest, szewca synem,
szewca wnukiem. W życiu on ani orał, ani siał, ani zbierał. Walnęliście,
powiadam, z tym sianiem, aże duch poszedł.

– Bajlifa własne słowa! – zaperzył się mieszczanin. – Będzie on pod
prangerem stał do zorzy, za to, że siał! Siał zaś, złoczyńca, za
nilfgaardzkim poduszczeniem i za nilfgaardzkie srebrniki… Dziwne,
prawda, zboże jakieś siał, zamorskie bodaj… Niech wspomnę… Aha!
Defetyzm!

– Tak, tak! – zawołał sprzedawca amuletów. – Słyszałem, mówiło się o
tym! Nilfgaardzcy szpiegarze i elfy mór szerzą, studnie, źródła i ruczaje
różnymi jady zatruwają, a to akurat: bieluniem, szalejem, leprą i
defetyzmem.

– Ano – kiwnął głową mieszczanin w wilczurze – Wczora dwóch elfów
powiesili. Pewnikiem za to trucie właśnie.

* * *

– Za rogiem tej uliczki – pokazał lancknecht – jest oberża, w której
urzęduje komisyja werbunkowa. Wielka płachta tam jest rozpięta, na niej
temerskie lilie, znane ci przecie, chłopcze, trafisz więc bez kłopotu.
Bywaj w zdrowiu. Dajcie nam bogowie spotkać się w lepszych czasach.
Bywajcie i wy, panie przekupień.

Handlarz zachrząkał głośno.

– Cni panowie – powiedział, kopiąc w kuferkach i puzdrach –
pozwólcie, bym za waszą pomoc… W dowód wdzięczności…

– Nie trudźcie się, dobry człeku – rzekł z uśmiechem lancknecht. –
Pomogło się i już, nie ma o czym gadać…

– Może cudowna maść przeciw postrzałom? – handlarz wyszperał coś na
dnie puzdra. – Może uniwersalny a niezawodny lek na bronchit, podagrę,
paraliż, łupież tudzież zołzy? Może balsam żywiczny na użądlenia pszczół,
żmij i wampirów? Może talizman do ochrony przed skutkami spojrzenia złego
oka?

– A macie może – zagadnął z uśmiechem drugi lancknecht – coś do
ochrony przed skutkami złego żarcia?

– Mam! – krzyknął rozpromieniony handlarz. – Oto wielce skuteczna
dryjakiew, z magicznych korzeni uczyniona, pachnącymi zioły doprawiona.
Wystarczą trzy krople po posiłku. Proszę, bierzcie, cni panowie.

– Dzięki. Bywajcie tedy, panie. Bywaj i ty, chłopcze. Powodzenia!

– Uczciwi, polityczni i grzeczni – ocenił handlarz, gdy żołnierze
zniknęli w tłumie. – Nie co dnia takich napotkasz. No, aleś i ty udał mi
się, paniczu. Cóż tedy tobie dam? Amulet-piorunochron? Bezoar? Żółwi
kamyk, przeciw wiedźmowym urokom skuteczny? Ha, mam i trupi ząb do
okadzania, mam i kąsek ususzonego diablego łajna, dobrze jest takie w
prawym bucie nosić…

Jarre oderwał wzrok od ludzi, zawzięcie zmywających ze ściany domu
napis PRECZ Z ZASRANĄ WOJNĄ.

– Ostawcie – powiedział. – Czas na mnie…

– Ha – wykrzyknął handlarz, wyciągając z puzdra mosiężny medalionik w
kształcie serduszka. – To winno ci się przygodzić, młodzieńcze, bo rzecz
to w sam raz dla młodych. Jest to wielki rarytas, jeden tylko taki mam. To
czarodziejski amulet. Sprawia, że o noszącym jego miła nie zapomni, choćby
czas ich rozdzielił i mnogie mile. Otóż spójrz, tu się otwiera, wewnątrz
karteluszek z papirusu cienkiego. Na onym karteluszku inkaustem magicznym,
czerwonym, który mam, wystarczy imię ukochanej zapisać, a owa nie zapomni,
serca nie odmieni, nie zdradzi i nie porzuci. No?

– Hmmm… – Jarre zaczerwienił się lekko. – Czy ja wiem…

– Jakie imię – kupiec zanurzył patyczek w magicznym inkauście – mam
zapisać?

– Ciri. To znaczy, Cirilla.

– Gotowe. Bierz.

– Jarre! A ty co tu robisz, do kroćset diabłów?

Jarre odwrócił się gwałtownie. Myślałem, pomyślał machinalnie, że
zostawiam za sobą całą moją przeszłość, że wszystko będzie teraz nowe. A
bez przerwy niemal wpadam na starych znajomych.

– Pan Dennis Cranmer…

Krasnolud w ciężkiej szubie, kirysie, żelaznych karwaszach i lisim
szłyku z kitą obrzucił bystrym spojrzeniem chłopca, handlarza, potem znowu
chłopca.

– Co ty – spytał surowo, strosząc brwi, brodę i wąsy – tutaj robisz,
Jarre?

Chłopiec przez moment zastanawiał się, czy nie skłamać, a dla
uwiarygodnienia nie wplątać w kłamliwą wersję życzliwego kupca. Ale prawie
natychmiast porzucił pomysł. Dennis Cranmer, służacy niegdyś w gwardii
księcia Ellander, cieszył się opinią krasnoluda, którego trudno oszukać. I
nie warto próbować.

– Chcę zaciągnąć się do wojska.

Wiedział, jakie będzie następne pytanie.

– Nenneke zezwoliła na to?

Nie musiał odpowiadać.

– Zwiałeś – pokiwał brodą Dennis Cranmer. – Zwyczajnie zwiałeś ze
świątyni. A Nenneke i kapłanki rwą tam sobie włosy z głowy…

– Zostawiłem list – bąknał Jarre. – Panie Cranmer, ja nie mogłem…
Ja musiałem… Nie godziło się siedzieć bezczynnie, gdy nieprzyjaciel w
granicach… W groźnej dla ojczyzny chwili… A do tego ona… Ciri…
Matka Nenneke za nic nie chciała się zgodzić, chociaż trzy czwarte
dziewcząt ze świątyni posłała do armii, mnie nie pozwalała… A ja nie
mogłem…

– Więc zwiałeś – srogo zmarszczył brwi krasnolud. – Do kroćset
sakramenckich demonów, powinienem związać cię w kij i odesłać do Ellander
kurierską pocztą! Kazać cię zamknąć w jamie pod zamkiem do czasu, gdy
kapłanki zjawią się po odbiór! Powinienem…

Sapnął gniewnie.

– Kiedy ostatnio jadłeś, Jarre? Kiedy ostatnio miałeś w gębie ciepłą
strawę?

– Prawdziwie ciepłą? Trzy… Nie, cztery dni temu.

– Chodź.

* * *

– Jedz wolniej, synku – upomniał Zoltan Chivay, jeden z kamratów
Dennisa Cranmera. – To niezdrowo, żreć na chybcika, nie żując jak należy.
Dokąd ci tak spieszno? Wierz mi, nikt ci tej strawy nie odbierze.

Jarre nie był tego taki pewien. W głównej sali zajazdu „Pod Misiem
Kudłaczem” odbywał się właśnie pojedynek na kułaki. Dwóch przysadzistych i
szerokich jak piece krasnoludów prało się pięściami, aż dudniło, wśród
ryku kamratów z Ochotniczego Hufu i aplauzu miejscowych prostytutek.
Trzeszczała podłoga, padały meble i naczynia, a krople rozsiewanej z
rozbitych nosów krwi sypały się dookoła jak deszcz. Jarre tylko czekał,
kiedy któryś z wojowników runie na ich oficerski stół, zwalając drewniany
talerz ze świńskimi golonkami, michę parzonego grochu i gliniane kufle.
Przełknął szybko odgryziony kawał tłustości, wychodząc z założenia, że to,
co połknięte, to jego.

– Nie bardzo pojąłem, Dennis – drugi krasnolud, nazywany Sheldonem
Skaggsem, nawet nie odwrócił głowy, choć jeden z walczących omal go nie
zawadził, zadając sierpowy. – Jeśli ten chłopak to kapłan, to jaką modą
jemu się zaciągać? Kapłanom krwi przelewać nie lza.

– On jest wychowankiem świątyni, nie kapłanem.

– Nigdy, psiakrew, nie mogłem zrozumieć tych pokrętnych ludzkich
zabobonów. No, ale z cudzych wierzeń nie godzi się drwić… Wynika jednak,
że ten tu młodzian, choć w świątyni wychowany, nie ma nic przeciwko
rozlewowi krwi. Zwłaszcza nilfgaardzkiej. Co, młodzieńcze?

– Dajże mu w spokoju zjeść, Skaggs.

– Ja z chęcią odpowiem… – Jarre przełknął kęs golonki i wpakował do
ust przygarść grochu. – Otóż jest to tak: przelewać krew wolno na wojnie
sprawiedliwej. W obronie wyższych racji. Dlatego się zaciągnąłem… Matka
ojczyzna wzywa…

– Widzicie sami – Sheldon Skaggs powiódł wzrokiem po towarzyszach –
jak wiele jest prawdy w twierdzeniu, że ludzie to rasa bliska nam i
pokrewna, że wywodzimy się z jednego korzenia, i my, i oni. Najlepszy
dowód, o, siedzi przed nami i ciamka groch. Innymi słowy – multum takich
samych głupich zapaleńców spotkacie wśród młodych krasnoludów.

– Zwłaszcza po mayeńskiej potrzebie – zauważył chłodno Zoltan Chivay.
– Po wygranej batalii zawsze wzrasta zaciąg ochotniczy. Pęd ustanie, gdy
rozejdzie się wieść o idącym w górę Iny wojsku Menno Coehoorna, ziemię i
wodę zostawiającym.

– Żeby tylko nie zaczął się wtedy pęd w drugą stronę – mruknął
Cranmer. – Nie mam ja jakoś zaufania do ochotników. Ciekawe, że co drugi
dezerter to właśnie ochotnik.

– Jak możecie… – Jarre o mało się nie udławił. – Jak możecie
sugerować coś podobnego, panie… Ja z pobudek ideowych… Na wojnę
sprawiedliwą i słuszną… Matka ojczyzna…

Pod ciosem, który, jak zdawało się chłopcu, wstrząsnął posadami
budynku, jeden z walczących krasnoludów runął, kurz ze szpar podłogi wzbił
się na pół sążnia w górę. Tym razem jednak obalony, miast zerwać się i
grzmotnąć adwersarza, leżał, niezdarnie i niezbornie poruszając
kończynami, budząc skojarzenia z wielkim przewróconym na grzbiet
chrabąszczem.

Dennis Cranmer wstał.

– Sprawa rozstrzygnięta! – ogłosił gromko, rozglądając się po
karczmie. – Stanowisko dowódcy roty, wakujące po bohaterskiej śmierci
Elkany Fostera, poległego na polu chwały pod Mayeną, obejmuje… Jak ci,
synu? Bom zapomniał?

– Blasco Grant! – zwycięzca w kułacznym boju wypluł na podłogę ząb.

– …obejmuje Blasco Grant. Czy są jeszcze jakieś kwestie sporne
dotyczące awansów? Nie ma? To i dobrze. Gospodarzu! Piwa!

– O czym to myśmy?

– O wojnie sprawiedliwej – zaczął wyliczać Zoltan Chivay, odginając
palce.

– O ochotnikach. O dezerterach…

– Właśnie – przerwał Dennis. – Wiedziałem, że chciałem do do czegoś
nawiązać, a rzecz tyczyła dezerterujących i zdradzających ochotników.
Przypomnijcie sobie były cintryjski korpus Vissegerda. Skurwysyny, okazuje
się, nie zmieniły nawet sztandaru. Wiem to od kondotierów z Wolnej
Kompanii, z banderii Julii Słodkiej Trzpiotki. Pod Mayeną banderia Julii
ścięła się z Cintryjczykami. Szli w awangardzie nilfgaardzkiego zagonu,
pod tym samym proporcem z lwami…

– Wezwała ich matka ojczyzna – wtrącił ponuro Skaggs. – I cesarzowa
Ciri.

– Ciszej – syknął Dennis.

– Prawda – odezwał się milczący do tej pory czwarty krasnolud, Yarpen
Zigrin. – Ciszej, i to ciszej od cichości samej! I nie ze strachu przed
szpiclami, a dlatego, że nie gada się o rzeczach, o których nie ma się
bladego pojęcia.

– Ty zaś, Zigrin – wypiął brodę Skaggs – owo pojęcie masz, tak?

– Mam. I rzeknę jedno: nikt, czy to Emhyr var Emreis, czy to
czarownicy-rebelianci z Thanedd, czy nawet sam diabeł, nie zdołaliby do
niczego zmusić tej dziewczyny. Nie zdołaliby jej złamać. Ja to wiem. Bo ja
ją znam. To mistyfikacja, to całe małżeństwo z Emhyrem. Mistyfikacja, na
którą dali się złapać różni durnie… Inne, powiadam wam, jest tej dziewki
przeznaczenie. Całkiem inne.

– Gadasz – mruknął Skaggs – jakbyś ją naprawdę znał, Zigrin.

– Zostaw – warknął niespodziewanie Zoltan Chivay. – Z tym
przeznaczeniem, to on ma rację. Ja w to wierzę. Mam po temu powody.

– At – machnął ręką Sheldon Skaggs. – Co tu gadać darmo. Cirilla,
Emhyr, przeznaczenie… Odległe to kwestie. Bliższa zasię kwestia,
panowie, to Menno Coehoorn i Grupa Armii „Środek”.

– Ano – westchnął Zoltan Chivay. – Coś mi się widzi, że nie minie nas
wielka batalia. Może największa, jaką zna historia.

– Wiele – mruknął Dennis Cranmer. – Zaiste, wiele się rozstrzygnie…

– A jeszcze więcej skończy.

– Wszystko… – Jarre beknął, obyczajnie przysłaniając usta dłonią. –
Wszystko się skończy.

Krasnoludy przypatrywały mu się przez chwilę, zachowując milczenie.

– Nie całkiem – odezwał się wreszcie Zoltan Chivay – pojąłem cię,
młodzieńcze. Nie zechciałbyś wyjaśnić, co miałeś na myśli?

– W radzie książęcej… – zająknął się Jarre. – W Ellander znaczy,
mówiono, że zwycięstwo w tej wielkiej wojnie dlatego jest tak ważne, bo…
Bo jest to wielka wojna, która położy kres wszystkim wojnom.

Sheldon Skaggs parsknął i opluł sobie brodę piwem. Dennis Cranmer
zaryczał w głos.

– Wy tak nie sądzicie, panowie?

– Synu – powiedział poważnie Yarpen Zigrin. – Spójrz. Tam, przy
szynkwasie, siedzi Evangelina Parr. Jest ona, trzeba przyznać, pokaźna.
Ba, nawet wielka. Ale mimo jej rozmiarów ponad wszelką wątpliwość nie jest
to kurwa, zdolna położyć kres wszystkim kurwom.

* * *

Skręciwszy w ciasny i bezludny zaułek, Dennis Cranmer zatrzymał się.

– Trza mi cię pochwalić, Jarre – powiedział. – Wiesz, za co?

– Nie.

– Nie udawaj. Przede mną nie musisz. Warte pochwały jest, żeś ni
okiem nie mrugnął, gdy o tej Cirilli gadano. Jeszcze bardziej chwalebne,
żeś wówczas gęby nie otwarł… No, no, nie rób głupiej miny. Ja wiedziałem
wiele o tym, co się działo u Nenneke za świątynnym murem, możesz mi
wierzyć, że wiele. A gdyby tego ci było mało, to wiedz, żem słyszał, jakie
imię ci handlarz na medalionie wypisał.

– Trzymaj tak dalej – krasnolud taktownie udał, że nie zauważa pąsów,
którymi oblał się chłopiec. – Trzymaj tak dalej, Jarre. I nie tylko w
sprawie Ciri… Na co ty się gapisz?

Na ścianie widocznego w wylocie uliczki spichlerza widniał koślawy,
wymalowany wapnem napis, głoszący RÓB MIŁOŚĆ NIE WOJNĘ. Tuż pod spodem
ktoś – znacznie mniejszymi literami – nabazgrał RÓB KUPĘ CO RANO.

– Ty w inną stronę patrz, durny – szczeknął Dennis Cranmer. – Za samo
patrzenie na takie napisy możesz podpaść, a powiesz co nie w porę, oćwiczą
u słupa, krwawo skórę z grzbietu złuszczą. Tu chybkie sądy! Wielce
chybkie!

– Widziałem – mruknął Jarre – szewca w dybach. Jakoby za sianie
defetyzmu.

– Jego sianie – stwierdził poważnie krasnolud, ciągnąc chłopca za
rękaw – polegało prawdopodobnie na tym, że odprowadzając syna do oddziału
płakał, miast wznosić patriotyczne okrzyki. Za poważniejszą siejbę inaczej
tu karzą. Chodź, pokażęć.

Wyszli na placyk. Jarre cofnął się, zakrywając rękawem usta i nos. Na
pokaźnej kamiennej szubienicy wisiało kilkanaście trupów. Niektóre –
zdradzał to wygląd i zapach – wisiały już długo.

– Ten – wskazał Dennis, oganiając się jednocześnie od much –
wypisywał na murach i płotach głupie napisy. Tamten twierdził, że wojna to
sprawa panów i że nilfgaardzcy wybranieccy chłopi nie są jego wrogami.
Tamten po pijanemu opowiadał następującą anegdotę: „Co to jest dzida? To
broń wielmożów, kij, mający biedaka na każdym z końców”. A tam, na końcu,
widzisz tę babę? To bajzelmama z wojskowego bordelu na kółkach, który
ozdobiła napisem: „Ciupciaj, wojaku, dziś! Bo jutro możesz już nie móc”.

– I tylko za to…

– Jedna z jej dziewczyn miała nadto, jak się okazało, trypra. A to
już paragraf o dywersji i obniżaniu zdolności bojowej.

– Zrozumiałem, panie Cranmer – Jarre wyprężył się w pozycji, którą
uważał za żołnierską. – Ale nie obawiajcie się o mnie. Ja nie jestem
żadnym defetystą…

– Gówno zrozumiałeś i nie przerywaj mi, bom nie skończył. Ten ostatni
wisielec, ten już dobrze zaśmierdziały, zawinił tylko tym, że na gadkę
szpicla-prowokatora zareagował okrzykiem: „Prawiście, panie, racja wasza,
tak jest, nie inaczej, jak dwa a dwa cztery!” Teraz powiedz, żeś
zrozumiał.

– Zrozumiałem – Jarre rozejrzał się ukradkiem. – Będę uważał. Ale…
Panie Cranmer… Jak to jest naprawdę…

Krasnolud też się rozejrzał.

– Naprawdę – powiedział cicho – to jest tak, że Grupa Armii „Środek”
marszałka Menno Coehoorna idzie na północ, w sile jakichś stu tysięcy
chłopa. Naprawdę, to gdyby nie powstanie w Verden, już by tu byli.
Naprawdę, to dobrze by było, gdyby doszło do rokowań. Naprawdę, to Temeria
i Redania nie mają sił, by powstrzymać Coehoorna. Naprawdę, nie przed
strategiczną rubieżą Pontaru.

– Rzeka Pontar – szepnął Jarre – jest na północ od nas…

– To właśnie chciałem powiedzieć. Ale pamiętaj: o tym gębę na kłódkę.

– Będę się strzegł. Gdy już będę w oddziale, też muszę? Też mogę tam
trafić na szpicla?

– W liniowym oddziale? Blisko linii frontu? Raczej nie. Szpicle
dlatego są tacy nadgorliwi za frontem, bo boją się sami trafić na front.
Nadto, gdyby wieszano każdego żołnierza, który sarka, narzeka i bluźni,
nie byłoby komu wojować. Ale gębę, Jarre, to ty – jak w sprawie owej Ciri
– zawżdy trzymaj zamkniętą. Do zamkniętej, miarkuj moje słowa, nigdy nie
wleci żadna sralimucha. Nynie pójdź, zaprowadzę do komisyi.

– Powiecie tam za mną słowo? – Jarre z nadzieją spojrzał na
krasnoluda. – Co? Panie Cranmer?

– Oj, głupiś ty, pisarczyku. Tu jest armia! Gdybym za tobą mówił i
cię protegował, to jakbym ci na plecach złotą nicią „Oferma” wyhaftował!
Życia byś w oddziale nie miał, chłopczyno.

– A do was… – zamrugał Jarre. – Do waszego oddziału…

– Nawet nie myśl o tym.

– Bo u was – rzekł gorzko chłopiec – tylko dla krasnoludów miejsce,
prawda? Nie dla mnie, prawda?

– Prawda.

Nie dla ciebie, pomyślał Dennis Cranmer. Nie dla ciebie, Jarre. Bo ja
mam wciąż jeszcze nie spłacone długi u Nenneke. Dlatego chciałbym, byś
cało wrócił z tej wojny. A Ochotniczy Huf Mahakamski, złożony z
krasnoludów, z osobników obcej i gorszej rasy, będą zawsze posyłać z
najwredniejszymi zadaniami, na najgorsze odcinki. Tam, skąd się nie wraca.
Tam, dokąd nie posłałoby się ludzi.

– Jak zatem sprawić – podjął Jarre, zachmurzony – by trafić do
dobrego oddziału?

– A który, po twojemu, taki ekstra, by się do niego aż starać?

Jarre odwrócił się, słysząc śpiew, wzbierający jak fala przyboju,
rosnący jak grzmoty szybko nadciągającej burzy. Śpiew głośny, butny,
mocny, twardy jak stal. Słyszał już taki śpiew.

Uliczką od zamku, zwinąwszy się w trójki, jechał stępa oddział
kondotierów. Na czele, na siwym ogierze, pod ozdobioną ludzkimi czaszkami
tyką, podążał dowódca, szpakowaty mężczyzna o orlim nosie i włosach
splecionych w opadający na zbroję harcap.

– Adam „Adieu” Pangratt – mruknął Dennis Cranmer. Śpiew kondotierów
grzmiał, huczał, hurgotał. Kontrapunktowany dzwonem podków o bruk,
wypełniał uliczkę aż po szczyty domów, wzbijał się ponad nie, hen, wysoko,
w błękitne niebo nad miastem.

Śloz nie wyleją kochanki ni żony

Gdy ziemię przyjdzie nam obłapić krwawą

Bo my za dukat, jak słońce czerwony

W bój idziem żwawo!

– Pytacie, jaki oddział… – rzekł Jarre, nie mogąc oderwać wzroku od
kawalerzystów. – A choćby taki, jak ten! W takim chciałoby się…

– U każdego swoja piosenka – przerwał cicho krasnolud. – I każdy po
swojemu ziemię skrwawioną obłapi. Tak, jak mu wypadnie. I albo zapłaczą po
nim, albo nie. Na wojnie, pisarczyku, tylko śpiewa i maszeruje się równo,
w szyku stoi się równo. A potem, w boju, każdemu to, co właśnie jemu
pisane. Czy w Wolnej Kompanii „Adieu” Pangratta, czy w piechocie, czy w
taborach… Czy w błyszczącej zbroi i z kraśnym pióropuszem, czy w
łapciach i zawszonym kożuchu… Czy na rączym dzianecie, czy za pawężą…
Każdemu co innego. Jak mu wypadnie! No, ot i komisyja, widzisz szyld nad
wejściem? Tam tobie droga, jeśliś żołnierzem być zadumał. Idź, Jarre.
Bywaj. Uwidzim się, gdy będzie po wszystkim.

Krasnolud odprowadził wzrokiem chłopca aż do chwili, gdy ten znikł w
drzwiach oberży, zajętej przez komisję rekrutacyjną.

– Albo się i nie uwidzim – dodał cicho. – Nie wiada, co komu pisane.
Co komu wypadnie.

* * *

– Konno jeździsz? Z łuku albo z kuszy szyjesz?

– Nie, panie komisarzu. Ale umiem pisać i kaligrafować, także Starsze
Runy… Znam Starszą Mowę…

– Mieczem robisz? Wdrożonyś do kopii?

– …czytałem „Historię wojen”… Dzieła marszałka Pelligrama… I
Rodericka de Novembre…

– A może chociaż zdolisz gotować?

– Nie, nie zdolę… Ale nieźle rachuję…

Komisarz skrzywił się i machnął ręką.

– Oczytany mądrala! Któryż to już dzisiaj? Wypisać mu papier do
be-pe-pe. Będziesz służył w be-pe-pe, młodzieńcze. Jazda, z tym kwitem na
południowy kraniec miasta. Za jezioro.

– Ale…

– Trafisz bez ochyby. Następny!

* * *

– Hej, Jarre! Hej! Poczekaj!

– Melfi?

– A jużci, że ja! – bednarczyk zachwiał się, podtrzymał muru. – Ja,
tutki, he, he!

– Co ci jest?

– Że niby mnie? He-he! Nic! Popilim trochu! Nilfgaardowi na pohybel
pilim! Uch, Jarre, rad cię widzę, bom myślał, żeś mi się gdzieś stracił…
Mój ty druhu…

Jarre cofnął się, jakby go ktoś uderzył. Od bednarczyka niosło nie
tylko podłym piwem i jeszcze podlejszą gorzałą, ale też cebulą, czosnkiem
i licho tylko wie, czym jeszcze. Ale strasznie.

– A gdzie – spytał z przekąsem – twoja prześwietna kompania?

– Ty o Szczupaku? – skrzywił się Melfi. – To ja ci rzekę: pies z nim
tańcował! Wiesz, Jarre, dumam, że to niedobry był człek.

– Brawo. Szybko go rozszyfrowałeś.

– A ino! – Melfi nadął się, nie zauważając drwiny. – Strzegł się, ale
diabła zje, kto mię oszuka! Wiem ci ja, co on zamyślił! Po co tu, do
Wyzimy, ściągnął! Myślisz pewnie, Jarre, że on i ci jego obwiesie do
wojska szli jako i my? Ha, toś w grubym jest błędzie! Wiesz-li ty, co on
umyślił? Wiary byś nie dał!

– Dałbym.

– Jemu – dokończył triumfalnie Melfi – konie aby potrzebne były a
uniformy, chciał ich tu gdzie ukraść. Bo umyślił w żołnierskim przebraniu
na zbój iść!

– Niechaj mu kat zaświeci.

– A co rychlej! – bednarczyk zatoczył się lekko, stanął pod murem i
rozpiął portki. – Żal mi ino, że Ograbek i Milton, durne wsiowe łby, dali
się omamić, poszli za Szczupakiem, tedy i im kat zaświecić gotów. No, ale
srał ich pies, buraków jednych! A jak tam z tobą, Jarre?

– Względem?

– Przydzieliły cię gdziesik komisary? – Melfi puścił strugę na
bielony mur. – Pytam, bo ja już zaciągnięty. Trzeba mi na południową
stronę grodu. A tobie, dokąd trzeba?

– Też na południową.

– Ha – bednarczyk podskoczył kilka razy, potrząsnął, zapiął spodnie.
– To może razem będziem wojować?

– Nie sądzę – Jarre spojrzał na niego z wyższością. – Ja dostałem
przydział zgodny z mymi kwalifikacjami. Do be-pe-pe.

– No pewno – Melfi czknął i zionął na niego swą straszliwą mieszanką.
– Tyś uczony! Takich mądralów pewno do jakichsi ważnych sprawów bierą, do
niebylejakich. No, co robić? Ale póki co, trochu jeszcze razem powędrujem.
Na południowy grodu koniec wżdy razem nam droga.

– Tak wychodzi.

– Tedy chodźmy.

– Chodźmy.

* * *

– To chyba nie tu – ocenił Jarre, patrząc na otoczony namiotami
majdan, na którym wzbijała kurz rota oberwańców z długimi kijami na
ramionach. Każdy oberwaniec, jak zauważył chłopiec, miał do prawej nogi
przymocowany wiecheć siana, a do lewej pęk słomy.

– Chyba źle trafiliśmy, Melfi.

– Słoma! Siano! – słychać było z majdanu ryki dyrygującego
oberwańcami gefrejtra. – Słoma! Siano! Równaj, kurwa wasza mać!

– Nad namiotami sztandarta powiewa – powiedział Melfi. – Pojrzyj sam,
Jarre. Te same lelije, coś to o nich na trakcie prawił. Jest sztandarta?
Jest. Jest wojsko? Jest. Znaczy, to tu. Dobrze trafilim.

– Może ty. Ja na pewno nie.

– A ot, tam u płota stoi szarża jakowaś. U onej spytajmy.

Potem już poszło szybko.

– Nowi? – rozdarł się sierżant. – Z werbunku? Dawać papiery! Czego,
kurwa, stoisz jeden z drugim? W miejscu marsz! Nie stać, kurwa! W lewo
zwrot! Wróć, kurwa, w prawo! Biegiem marsz! Wróć, kurwa! Słuchać i
zapamiętać! Najsampierw, kurwa, do prowiant-majstra! Pobrać rustunek!
Kolczugę, skórznie, pikę, kurwa, hełm i kord! Potem na musztrę! Być
gotowym do apelu, kurwa, o zmierzchu! Maaaaaarsz!

– Zaraz – Jarre rozejrzał się niepewnie. – Bo ja chyba mam jednak
inny przydział…

– Jaaaaaaaaaaaaaaak?!?

– Przepraszam, panie oficerze – Jarre poczerwieniał. – Idzie mi tylko
o to, by zapobiec ewentualnej pomyłce… Albowiem pan komisarz wyraźnie…
Wyraźnie mówił o przydziale do be-pe-pe, więc ja…

– Jesteś w domu, chłopie – parsknął sierżant, rozbrojony nieco
„oficerem”. – To jest właśnie twój przydział. Witaj w Biednej Pierdolonej
Piechocie.

* * *

– A dlaczegóż to – powtórzył Rocco Hildebrandt – i jakąż to modą mamy
waćpanom daninę płacić? Myśmy wszystko, co należało, już zapłacili.

– O wa, patrzta go, niziołka-mądralę – rozparty na kulbace
ukradzionego konia Szczupak wyszczerzył się do kamratów. – Już zapłacił! I
duma, że wszystko. Istowo, wypisz wymaluj jako ten indyk, co dumał o
niedzieli. Ale mu w sobotę łeb ucięli!

Okultich, Klaproth, Milton i Ograbek zgodnie zarechotali. Żart był
przecie przedni. A zabawa zapowiadała się jeszcze przedniej.

Rocco dostrzegł wstrętne, kleiste spojrzenia grasantów, obejrzał się.
Na progu chałupy stała Incarvilia Hildebrandt, jego żona, oraz Aloe i
Yasmin, obie jego córki.

Szczupak i jego kompania patrzyli na hobbitki, uśmiechając się
obleśnie. Tak, niechybnie, zabawa zapowiadała się wyśmienita.

Do żywopłotu po drugiej stronie gościńca zbliżyła się siostrzenica
Hildebrandta, Impatientia Vanderbeck, pieszczotliwie zwana Impi. Była to
naprawdę ładna dziewczynka. Uśmiechy bandytów stały się jeszcze
obleśniejsze i wstrętniejsze.

– No, karzełku – ponaglił Szczupak. – Dawaj królewskiemu wojsku
grosz, dawaj żarcie, dawaj konie, wyprowadzaj krowy z obory. Nie będziem
tu stać do zachodu. Musim jeszcze parę wsi obskoczyć dzisia.

– Dlaczego mamy płacić i dawać? – głos Rocco Hildebrandta drżał
lekko, ale wciąż dźwięczały w nim zawziętość i upór. – Powiadacie, że to
na wojsko, że to na naszą obronę. A przed głodem, zapytuję, kto nas
obroni? Myśmy już i hibernę zapłacili, i liwerunek, i pogłówne, i
poradlne, i podymne, i ogonowe, i osep, i licho wie, co jeszcze! Mało, toż
czterej z tego sioła, w tej liczbie i syn mój własny, zaprzęgi w wojennych
taborach wodzą! A nie kto inny, a szurzy mój, Milo Vanderbeck, zwany
Rusty, chirurgiem jest polowym, ważną personą w armii. Znaczy się, myśmy z
nawiązką nasz łanowy kontyngens wypełnili… Jaką więc modą nam płacić? Za
co i na co? I dlaczego?

Szczupak popatrzył przeciągle na żonę niziołka, Incarvilię
Hildebrandt z domu Biberveldt. Na jego pucate córki, Aloe i Yasmin. Na
śliczniutką jak laleczka, ustrojoną w zieloną sukieneczkę Impi Vanderbeck.
Na Sama Hofmeiera i jego dziadka, staruszka Holofernesa. Na Babkę Petunię,
zawzięcie dziobiącą grządkę motyką. Na pozostałych niziołków z osady,
głównie niewiasty i wyrostków, trwożliwie wyglądających z domostw i zza
płotów.

– Pytasz, dlaczego? – zasyczał, pochylając się w siodle i zaglądając
w przerażone oczy niziołka. – Rzeknę ci, dlaczego. Dlatego, żeś jest
niziołek parszywy, obcy, przybłęda, kto ciebie, nieludzia obrzydłego,
obdziera, ten bogów raduje. Kto tobie, nieludziowi, dopieka, ten dobry i
paterotyczny uczynek spełnia. A takoż dlatego, że mię mdli z ochoty, by to
twoje gniazdo nieludzkie z dymem puścić. Dlatego, że mię aż oskoma bierze,
by te twoje karliczki wychędożyć. I dlatego, że nas jest pięciu tęgich
zuchów, a was jest garść kurduplowatych zafajdańców. Teraz już wiesz,
dlaczego?

– Teraz już wiem – powiedział wolno Rocco Hildebrandt. – Idźcie stąd
precz, Duzi Ludzie. Idźcie precz, niecnoty. Niczego wam nie damy.

Szczupak wyprostował się, sięgnął po wiszący u siodła kord.

– Bij! – wrzasnął. – Zabij!

Ruchem tak szybkim, że aż umykającym wzrokowi, Rocco Hildebrandt
schylił się do taczek, wyciągnął ukrytą pod rogożą kuszę, podrzucił kolbę
do policzka i wpakował Szczupakowi bełt prosto w rozwarte we wrzasku usta.

Incarvilia Hildebrandt z domu Biberveldt machnęła ręką na odlew, w
powietrzu zakoziołkował sierp, bezbłędnie i z impetem trafiając w gardło
Miltona. Kmiecy syn rzygnął krwią i fiknął kozła przez koński zad,
komicznie machając nogami. Ograbek, wyjąc, runął pod kopyta konia, w jego
brzuchu, wbity po drewniane okładziny uchwytu, tkwił sekator dziadka
Holofernesa. Osiłek Klaproth zamierzył się na staruszka maczugą, ale
zleciał z siodła, kwicząc nieludzko, trafiony prosto w oko szpikulcem do
flancowania, ciśniętym przez Impi Vanderbeck. Okultich obrócił konia i
chciał uciekać, ale Babka Petunia doskoczyła do niego i wycięła zębami
motyki w udo. Okultich zaryczał, spadł, noga uwięzła mu w strzemieniu,
spłoszony koń powlókł go przez opłotki, przez ostre tyczki. Wleczony zbój
ryczał i wył, a w ślad za nim, niczym dwie wilczyce, mknęły Babka Petunia
z motyką i Impi z krzywym nożem do szczepienia drzewek.

Dziad Holofernes wysmarkał się głośno.

Całe zajście – od okrzyku Szczupaka po smarknięcie dziada Holofernesa
– zajęło mniej więcej tyle czasu, co wypowiedzenie zdania: „Niziołki są
niesamowicie szybkie i bezbłędnie miotają wszelkiego rodzaju pociski”.

Rocco usiadł na schodkach chałupy. Obok usiadła jego żona, Incarvilia
Hildebrandt z domu Biberveldt. Ich córki, Aloe i Yasmin, poszły pomóc
Samowi Hofmeierowi dorzynać rannych i obdzierać zabitych.

Wróciła Impi, w zielonej sukieneczce z rękawkami skrwawionymi po
łokcie. Babka Petunia też wracała, szła wolno, sapiąc, stękając,
podpierając się ubroczoną motyką i trzymając za krzyże. Oj, starzeje się
nasza babka, starzeje, pomyślał Hildebrandt.

– Gdzie zakopać zbójów, panie Rocco? – spytał Sam Hofmeier.

Rocco Hildebrandt objął plecy żony ramieniem, popatrzył w niebo.

– W brzozowym gaiku – powiedział. – Obok tych poprzednich.