Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 2(149)/1995

W roku 1991, we wrześniu, zjawiłem się – nieproszony – na Drugim
Ogólnopolskim Konwencie Twórców Komiksu, odbywającym się właśnie w mym
rodzinnym mieście. Byłem tego dnia w dość parszywym nastroju, a takowy
zwykle objawia się u mnie napadami złośliwości oraz wstrętnego a daleko
posuniętego czepiactwa.

Krążyłem więc po wystawie polskiej la bande
dessinee, do złudzenia przypominając myszołowa, wypatrującego zdobyczy –
czyli czegoś, czego mógłbym się uczepić. Nie szukałem długo. Wśród
komiksów, kandydujących do nagrody, w jednym z tak zwanych „dymków”,
wypatrzyłem słowo „chołota”. Tak, właśnie „chołota”.

Humor („chumor”?) poprawił mi się z punktu za sprawą znalezionej
sposobności do wygłoszenia długiej, a elokwentnej tyrady, w której
wydrwiłem autora komiksu i pleno titulo organizatorów. Do jasnej
cholery, wołałem, wszak jest to Konwent Twórców! Jeśli pewien mechanik
samochodowy ozdabia swój warsztat napisem reklamującym szybkie i fachowe
„Naprawy bierzące”, to parskam, ale po chrześcijańsku wybaczam – w końcu,
facet nie umie pisać, ale być może jest artystą młotka, krzyżakowego
wkrętaka i klucza-francuza. Jeśli niemieckie słowo „Schrott”, które
wkradło się do polszczyzny jako synonim składowiska motoryzacyjnego złomu,
na każdym składowisku w Polsce napisane jest inaczej, ale nigdzie
prawidłowo, to wybaczam również – w żadnym z listów apostolskich nie jest
napisane, że złomiarz musi być poliglotą. Ale od Twórcy, pomstowałem
dalej, od Twórcy nawet tak bezpretensjonalnej i ludycznej Sztuki, jaką
jest komiks, należałoby oczekiwać znajomości, dajmy na to, „Trylogii”, w
której cytuje się wszak kuplet o ubogim szlachetce, który nie mógł dać
córeczce w posagu niczego prócz garnuszka wiunów i lechy błota. Twórca,
pokrzykiwałem zadziornie, może nie wiedzieć, że „wiun” to piskorz, no i
Bóg z nim, z piskorzem. Ale pisownię nazwiska szlachciury, który zwał się
Hołota, Twórca winien zapamiętać. Jest to coś w rodzaju absolutnego
minimum tego, czego należałoby od Twórcy wymagać.

Pokrzyczałem, pokrzyczałem i poszedłem sobie precz, żegnany
niechętnymi spojrzeniami i niewyraźnie artykułowanymi słowami. Słowa te
znałem i wiedziałem, że w języku polskim zapisuje się je czterema
literami. Wszelakoż te, które rzucano mi w ślad, były ewidentnie
trzyliterowe (tzw. wersja płotowa), a zatem nieortograficzne. Użas, jak
mawiał Kolka Gogol.

Zanim doszedłem do mego home, sweet home, to przeszło mi już,
wychłódło, uleciało i przeminęło z wiadrem („Gone With the Bucket”). Cóż,
pomyślałem trzeźwo, jakie tempora, takie mores. Dziś już się nie czyta,
dziś się ogląda video, zwane przez niektórych milusińskich „widełem”. Słów
się nie widzi i nie zapamiętuje pisowni – słowa się słyszy. W zasadzie,
różnicę pomiędzy „chołotą” a „hołotą” powinno się również słyszeć, ale
niestety, dykcję zniszczyła w naszym narodzie historia. Nic nie niszczy
dykcji tak, jak wrzask, a jak tu nie wrzeszczeć na barykadach, murach i
przedmurzach? Trzeba wrzeszczeć, by przekrzyczeć huk armat na wałach
Zbaraża, wrzeszczeć, by podkomendni w powstańczej partii usłyszeli, bo
gotowi się przesłyszeć i zamiast na Moskala pójść do szpitala, i
nieszczęście gotowe.

Dykcję zniszczyły tedy powstania i liczne wiosny ludów, pomyślałem, a
ortografię zniszczy video. Jeszcze sto lat, założyłem, a stosowanie „h” i
„ch”, „u” i „ó”, „ż” i „rz” będzie absolutnie dowolne, a któregoś dnia
zostanie to oficjalnie potwierdzone przez zalecenie Komisji Kultury Języka
Komitetu Językoznawstwa przy Polskiej Akademii Nauk. Cóż, język i pisownia
ulegają zmianom, to normalne. Wszystko się zmienia i panta rei. Któż mawia
dziś i pisze: „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”? No kto?

Ale porzućmy czarne myśli i apokaliptyczne wizje, wróćmy do Konwentów
i Twórców. Jak łatwo się domyślić, przez dobrych kilka lat z rzędu na
łódzką imprezę komiksową niżej podpisanego awanturnika nie zapraszano.
Wreszcie, w roku 1994, uznano, że można zaryzykować i sprawdzić, czy
dorósł on wreszcie do miana persony grata. Poszedłem, całą drogę ślubując,
że zachowam się godnie i powściągliwie. I z dumą oto oświadczam wam, moi
drodzy, że ślubowania dotrzymałem! Gdy w kolejnym „dymku” kolejnego
kandydującego do Wielkiej Nagrody komiksu znalazłem słowo „samobujca”,
zachowałem spokój. Z kamienna, pokerową twarzą udałem się wolno i
dostojnie do klozetu, a tam wszystko, co miałem na sercu, dyskretnie,
cicho i godnie wyznałem kafelkom, sedesom i pisuarom. A potem wróciłem
do domu.

W domu, na stole, leżało czasopismo. Jego ostatnie strony wypełniały
reklamy. Różne. Cóż, jakie tempora, takie mores. Jedna z reklam
przedstawiała nad wyraz skąpo odzianą, uśmiechniętą zalotnie niewiastę.
Obok widniał numer telefonu, a niżej tchnące temperamentem pytanie: „Czy
pragniesz ujżeć najgorętsze miejsca mego ciała?”

Nie. Nie pragnę ich ujżeć, łaskawa pani. Na samą sugestię opadają
mnie myśli o samobujstwie.