Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 1(148)/1995

Zakładam, że słowa niniejsze czytać będzie już tylko nieliczne grono
rozważających pisanie fantasy dziewcząt i chłopców, którzy nie dali się
spławić mymi poprzednimi enuncjacjami na temat gatunku i szyderczymi
uwagami na temat tych, którzy pisać próbują.

Zakładam, że słowa niniejsze czytać będzie już tylko nieliczne grono
rozważających pisanie fantasy dziewcząt i chłopców, którzy nie dali się
spławić mymi poprzednimi enuncjacjami na temat gatunku i szyderczymi
uwagami na temat tych, którzy pisać próbują.

Niektórzy zapewne czekali
wytrwale. Słusznie podejrzewając, że drwię i szydzę po to tylko, by w
jeszcze w zygocie dusić centaury konkurencji i urywać łby hydrom
rywalizacji, czekali, aż me nieopanowane gadulstwo sprawi, że kiedyś
wreszcie się wygadam, że zdradzę sekrety, wychlapię tajniki, a wtedy…
Ha!

I tak, proszę państwa, jest. Cierpliwi mieli rację. Oto część
pierwsza najzupełniej poważnego poradnika dla młodych autorów fantasy.

Zaczniemy od spraw absolutnie technicznych – od używanego w utworze
nazewnictwa, czyli od fantastycznej nomenklatury. Autor fantasy, niczym
Ged Sparrowhawk w wieży starego Kurremkarmerruka, musi bowiem w w utworze
wszystko ponazywać, wszystkiemu ponadawać imiona i nazwy – i warto, by
wiedział, jak się to robi. A ja, życzliwy starszy kolega, powiem, jak się
to robi.

Reguła pierwsza: nauczyć się języków obcych. Znajomość choćby podstaw
takowych jest przy pisaniu fantasy bardzo cenna, strzeże bowiem przed
popełnianiem lapsusów i śmiesznostek nazewniczych, takich, jak, dla
przykładu, Wyspy Islands, góra Berg, pies Chien, siostry Sisters, miasto
Boulogne sur Merde, hidalgo Hijo de Puta, markiz Cazzo, baron von und zu
Katzenscheisse am See, centurion Coitus Interruptus czy hrabina Elvira
Always-Hotpussy, primo voto Goodfuck.

Nie znający języków winni w dyrdy biegać do bardziej wykształconych,
a zaprzyjaźnionych osób i konsultować wszystkie wymyślone przez siebie
imiona i nazwy na okoliczność śmieszności. Nie można bowiem wykluczyć, że
powstałe dzieło będzie kiedyś przełożone na język obcy, a wówczas
nieszczęsna pomyłka może znacznie zaszkodzić utworowi. Pisarze anglosascy,
których pewne „słowiańskopodobne” słowa i dźwięki ciągną w nazewnictwie
jak magnes, ewidentnie zapominają o konsultowaniu zaprzyjaźnionych
Słowian, dzięki czemu światowa fantasy pełna jest takich nazw i imion jak
Bawmorda, Morda, Mordak, Merdak, Mendak, Menda, Durnik, Barak,
Shurak-Burak, Srak, Wysrol, a nawet Khutas. Nazwy te w polszczyźnie
nieodparcie się kojarzą i zmuszają do „chychotu” w zupełnie niewłaściwych
momentach. Klasyczna już, tolkienowska Czarna Mowa Orków też zresztą
niekiedy nieodparcie się kojarzy. Czytam „Grishnak ash nazg durbatuluk
thrakatuluk burzum ishi krimpatul” a słyszę uszyma duszy mojej: „Nu,
Griszka, dawaj w magazin, wazmiom wodku, rybu, ogórcow, konfiet i
Borżomi”. I wówczas oczyma duszy mojej widzę orków w szpiczastych
budionnówkach z czerwonymi gwiazdami.

Uwaga! Srogie niebezpieczeństwa czyhają wśród gąszczu nomenlatury i
nazewnictwa zwłaszcza na autorów tzw. fantasy quasihistorycznej. Tu żartów
nie ma. W kanonicznej fantasy ork ma prawo krzyczeć „Thrakatuluk
durbatuluk” a autor może twierdzić, że znaczyło to „Zamknijcie drzwi, bo
muchy lecą”. Licentia poetica. Ale nie tak dawno temu czytałem
opowiadanie, w którym jeden z młodych koryfeuszy polskiej – przepraszam,
uahaha – słowiańskiej fantasy przedstawia Chazara czy innego Warega, który
chcąc sprzedać czy też kupić żelazne nakrycie głowy, powiada po
słowiańsku: „Mocnyj hołm”. Cóż, tak się składa, że w większości języków
słowiańskich najbliższym odpowiednikiem określenia „mocnyj hołm” byłoby,
jak tuszę, „oblany moczem pagórek”, a i to pod warunkiem, że Chazar
sepleni. Ani z „mocnym”, ani z „hełmem” słów tych skojarzyć nie da się za
cholerę. Autor, który z rosyjskiego miał w szkole trzy z minusem (po
chazarsku: „twardyj łeb”) zlekceważył obowiązek konsultacji u kogoś o
niższej odporności na wiedzę.

Reguła druga: jeśli osadzamy akcję w naszym własnym Never Never
Landzie, z reguły podkreślamy jego dziwność dziwnym nazewnictwem.
Dziwność, moi drodzy adepci, nie polega jednak na kuciu nazw tak dalece
obcych i sprzecznych z melodyką rodzimego języka, jak tylko się da. W
szczególności, należy się wystrzegać imion jednosylabowych, a zwłaszcza
takich, które onomatopeicznie bliskie są odgłosom kaszlu, bekania,
czkania, wymiotowania, puszczania bąków i innym dźwiękom, powszechnie
uważanym za niedopuszczalne w towarzystwie. Z przykrością jednak
konstatuję, że imiona typu Urg, Wurg, Bhurg, Gharg, Purg, Sruuth, Whyrgh,
Hyyrg, Harkh, Huargh, Dhrumgh i Pruungh z zagadkowych powodów fascynują i
przyciągają licznych autorów fantasy, bo jakoby brzmią fantastycznie.
Nieprawda. Brzmią one tak, jakby ktoś kasłał, rzygał lub pierdział.

Reguła trzecia: jeśli imion nie udziwniamy, to unikamy takich, które
są immanentnie głupie. Do takich należą, dla przykładu: Zbiróg, Piróg,
Merynos, Kozub, Kapeć, Kłapeć, Zbuk, Min, Kumin, Klin, Kmin i Ksin. Rzecz
jasna, gdy piszemy parodię fantasy, postępujemy dokładnie odwrotnie.
Występujący w parodii woj Kapeć, kneź Kozub czy wieszczy Zbuk spełnią swą
rolę znakomicie – rozbawią żądnego ubawu czytelnika nawet wówczas, gdy
samej fabule i dialogom nie dostaje dowcipu ni polotu.

Na koniec jeszcze słowo o starej jak świat, opatentowanej przez
klasyków metodzie – gdy zawiedzie imaginacja nazewnicza, można sięgnąć do
jakichś żródeł, zerżnąć stamtąd nazwy i imiona, po czym twierdzić, że to
było zamierzone, ba, nawet postmodernistyczne, że to definiuje – pardon my
French – ontologię stworzonego przez nas świata. Postępując we wskazany
sposób warto jednak baczyć na źródła, z których rżnęli przed nami już
inni, zwłaszcza klasycy. I tak, dla pragnących zrzynać imiona z „Eddy”,
starego, nordyckiego eposu, mała informacja – zerżnięte stamtąd zostały
już imiona następujące: Gandalf, Durin, Thorin, Thrain, Thror, Balin,
Dwalin, Bifur, Bombur, Fili i Kili. Uwaga: Balin i Dwalin byli rżnięci
dwukrotnie. Ale nie popadajcie we frustrację, moi drodzy adepci. Sporo
imion jeszcze tam zostało.