Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 4(151)/1995

Pisanie fantasy autor winien poprzedzić stworzeniem świata. Tworzenie
świata to jednak rzecz niełatwa i cholernie pracochłonna. Także
czasochłonna. Rekord w tym względzie, wynoszący dni sześć, nie został
dotychczas pobity i nie wydaje mi się, by próby bicia były specjalnie
rozsądne.

Pisanie fantasy autor winien poprzedzić stworzeniem świata. Tworzenie
świata to jednak rzecz niełatwa i cholernie pracochłonna. Także
czasochłonna. Rekord w tym względzie, wynoszący dni sześć, nie został
dotychczas pobity i nie wydaje mi się, by próby bicia były specjalnie
rozsądne.

Na szczęście, zamiast świata możemy po prostu stworzyć jego
ekwiwalent, a mianowicie mapę. Nie tylko możemy. Musimy.
Mapa jest w książce fantasy elementem nieodzownym, warunkiem sine qua
non. Po prostu musi być.

Po pierwsze, mapa jest niezbędna czytelnikowi do podjęcia decyzji,
kupić czy nie kupić. Mapa – to dla wyrobionego czytelnika fantasy
wizytówka książki. Nie jest taką wizytówką okładka – wprost przeciwnie,
wyrobiony czytelnik nie zaszczyca okładki więcej niż jednym spojrzeniem,
nie chcąc sobie książki z góry obrzydzić poprzez odruchowe, a bezzasadne
niekiedy identyfikowanie przypuszczalnej treści utworu z wymalowanym na
okładce koszmarkiem.

Wyrobiony czytelnik nie patrzy też na tylną stronę książki, albowiem
wie, że zdania „The best fantasy ever written!”, „Smashing bestseller!”
czy „Nowy Tolkien!” figurują na odwrocie absolutnie wszystkich książek
fantasy i przez swe upowszednienie zdewaluowały się i zduperelniały ze
szczętem. Na tzw. czwartej stronie okładki takie cytaty pełnią wyłącznie
rolę ornamentacyjną lub są wyrazem sympatii wydawcy do pewnych osób,
którym przy okazji wydania książki wydawca chciał też dać zarobić.

Ponadto, zarówno okładka jak i odtylcowe inskrypcje są zazwyczaj
dziełem ludzi, którzy nie mają bladego pojęcia ani o autorze ani o utworze
– artysty plastyka, krytyka i wydawcy.

Z mapą jest inaczej. Mapę opracował sam autor. Patrząc na mapę,
czytelnik dysponuje oto informacją rzetelną – z pierwszej ręki.

A zatem, wyrobiony czytelnik patrzy na mapę. Swym wprawnym okiem
natychmiast wyławia ukryte na Zachodzie Królestwo Dobra i Ładu, po czym
fachowo ocenia odległość dzielącą ów kraj od położonego na Dalekim
Wschodzie Imperium Zła. Następnie poddaje krytycznej analizie rozsiane
między Wschodem a Zachodem przeszkody terenowe, na podstawie których ma
natychmiastową orientację w stopniu skomplikowania trasy, jaką będzie
musiał pokonać protagonista. Skomplikowanie trasy i antycypowane przygody
na szlaku czytelnik błyskawicznie przekalkulowywuje na atrakcyjność
fabuły, atrakcyjność fabuły porównuje z ceną książki… po czym albo
kupuje, albo nie.

Drugą ważną personą, dla której mapę rysujemy, jest krytyk. Krytyk
książki fantasy nie przeczyta – nikt też tego od niego nie oczekuje.
Ograniczenie sfery działania do recenzowania wyłącznie książek
przeczytanych oznaczałoby dla krytyka tytaniczną robotę za psie pieniądze,
a czegoś takiego wypada życzyć jedynie durniom lub zapamiętałym wrogom.
Rozsądny krytyk zostawia takie recenzowanie miłośnikom fantastyki, autorom
listów do redakcji. Ci bowiem recenzują tak entuzjastycznie, że w ogóle
nie trzeba im płacić.

Oko krytyka-profesjonała zatrzyma się jednak na mapie. To z reguły
wystarczy, by krytyk mógł ocenić „stworzony przez autora świat”. Niestety,
nie mogę młodym adeptom pisania fantasy niczego w tym względzie doradzić.
Nie wiem, jaka powinna być mapa, by recenzja była pozytywna. Jeszcze do
niedawna żywiłem przekonanie, że najlepsze efekty daje umieszczanie gór na
północy, kierowanie rzek ku południu i wlewaniu tychże do morza w postaci
mocno rozbudowanej delty. Ale moje złudzenia rozwiała ostatnio recenzja
negatywna z takiej mapy, a jednocześnie ukazała się recenzja pozytywna z
mapy, na której w ogóle nie było rzek! Zaiste, tajemnicza to sprawa.

A tak zupełnie a propos – pogląd, że najlepsze recenzje uzyskuje się z
map, na których Shire jest na północy, zaś Mordor na południowym wschodzie
uważam za demagogiczny.

Przejdźmy teraz do zajęć praktycznych.

Rysowanie mapy jest proste. Bierzemy czystą kartkę papieru i
wyobrażamy sobie, że ta kartka jest morzem. Wolno i dostojnie powtarzamy
kilkakrotnie słowa Pisma (Genesis, 1,2): „Na początku ciemność była nad
powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami”. Potem,
wypowiadamy słowa „Niech się ukaże powierzchnia sucha” (Genesis, 1,9) i za
pomocą ołówka nanosimy na kartkę zarys lądu. Starannie baczymy, by to nie
był kształt kwadratu. Nie chodzi wcale o to, że takiego kształtu
kontynenty nie miewają, lecz o to by być twórczym i świeżym – albowiem co
drugi kontynent w książkach fantasy przypomina kwadrat.

Nie należy się przejmować, jeśli za pierwszym razem powstanie coś, co
przypomina plamę na prześcieradle w internacie dla chłopców. To normalne.
To się poźniej skoryguje. Jeśli jednak plama uparcie pozostaje plamą i za
nic nie chce być kontynentem, postępujemy tak: wykreślamy na arkuszu zarys
Niderlandów, prowincji Seczuan lub Ziemi Franciszka Józefa, a następnie
obracamy kartkę w celu ustalenia innej „północy” i zmieniamy skalę.
Rezultaty – zwłaszcza gdy dodamy trochę półwyspów i fiordów – przechodzą
oczekiwania.

Mając kontynent, należy nanieść nań góry i rzeki. Nie jest to trudne,
należy jednak bezwzględnie pamiętać, że rzeki zawsze płyną z gór na niziny
i wpadają do morza, nigdy zaś odwrotnie. Pamiętamy również, że płynące
rzeki żłobią doliny, tworzą dorzecza i działy wodne, co należy na mapie
realistycznie pokazać. Nie zachęcam jednak do naśladowania purystów,
którzy posuwają się do superrealistycznego kształtowania hydrografii
swoich Never Never Landów metodą sikania na przyniesioną do domu kupę
piachu. To gruba przesada, zważywszy, że żaden czytelnik takiego
poświęcenia nie doceni, a każdy krytyk je wykpi.

Gdy już mamy na kontynencie góry i rzeki, reszta to już kosmetyka. Tu
nie daję żadnych wskazówek, bo i po co – kosmetyka to sprawa osobista,
tutaj każdy dudek może mieć swój czubek, w dowolnie wybranym miejscu.
Mapa, rzecz jasna, musi być opisana. To tradycja, której łamać nie
należy. Każde morze, każda rzeka, każdy łańcuch górski, każdy płaskowyż i
każda pustynia musi mieć swoją nazwę.

Generalne zasady obowiązujące w nazewnictwie omówiliśmy już w
poprzednim odcinku. Teraz zajmiemy się zatem wyłącznie prawidłami
nazewnictwa kartograficznego.

Podstawowe – i w zasadzie jedyne – prawidło brzmi: nigdy nie zapominać
o czytelniku, głowiącym się, kupić, czy nie kupić. Nie utrudniajmy mu
decyzji, każąc, by snuł podejrzenia, że nudna droga bohatera od Zamku
Białych Wież do Czarnej Cytadeli Chaosu wiodła będzie poprzez Smolarnię,
Wielkie Łuki, Małe Wasiuki, Charków, Piotrków i Kozią Górkę. Dajmy
analizującemu mapę czytelnikowi szybki zastrzyk adrenaliny i niuch
kokainy: niech droga z Zachodu na Wschód biegnie przez Wampirze Błonia,
Zgniłe Bagna, Równiny Pyłu, Puszczę Klekocących Piszczeli, Mgliste
Rozpadliny Śmierci, Góry Łez, Pagórki Zgrzytania Zębów i Wąwozy Duru
Brzusznego. Niech czytelnik wie, co go czeka i na jakie atrakcje może
liczyć, wędrując wraz z protagonistami przez Las Kłapiących Szczęk,
Jaskinię Szeloba (samca), Smoczą Puszczę, Wężowe Jary, Straszne Dziury i –
obowiązkowo – Gaj Rozkosznych, Chętnych i Pozbawionych Przesądów Nimf.
Nie muszę chyba dodawać, że na autorze spoczywa obowiązek wywiązania
się z danego nazewnictwem przyrzeczenia. Czytelnik ma prawo i przywilej
antycypowania akcji na podstawie „nazw mówiących” i bardzo nie lubi, by go
oszukiwano. „Wampirze Błonia” muszą okazać się terenem łowieckim całych
watah Garych Oldmanów, nie zaś ośrodkiem hodowli motyli jedwabników czy
terenem wyścigów kwadryg. W „Lesie Kłapiących Szczęk” ma rozlegać się
gromkie i złowrogie kłapanie, ktoś też bezwarunkowo musi zostać malowniczo
kłapnięty. „Góry Łez” mogłyby, co prawda, być rejonem uprawy cebuli, ale
nie powinny! Czytelnik nie lubi takich żartów. Czytelnik nie lubi
dwuznaczności!

Dlatego absolutnie – powtarzam – absolutnie niewskazana jest
jakakolwiek dwuznaczność odnośnie Strasznych Dziur i Rozkosznych Nimf.