Rozdział drugi „Narrenturm”, w którym czytelnik dowiaduje się o Reynevanie jeszcze więcej, a to z rozmów, jakie o nim wiodą różni ludzie, tak życzliwi, jak
i wprost przeciwnie. W tym czasie sam Reynevan błąka się po
podoleśnickich lasach. Opisu tego błąkania autor czytelnikowi
skąpi, toteż czytelnik, nolens volens, musi sam je sobie wyobrazić.

Rozdział drugi
w którym czytelnik dowiaduje się o Reynevanie jeszcze więcej, a
to z rozmów, jakie o nim wiodą różni ludzie, tak życzliwi, jak
i wprost przeciwnie. W tym czasie sam Reynevan błąka się po
podoleśnickich lasach. Opisu tego błąkania autor czytelnikowi
skąpi, toteż czytelnik, nolens volens, musi sam je sobie wyobrazić.

 

– Siadajcie, siadajcie za stół, panowie – zaprosił rajców
Bartłomiej Sachs, burmistrz Oleśnicy. – Co kazać podać? Z win,
szczerze rzekłszy, nie mam niczego, czym bym mógł zaimponować.
Lecz piwo, oho, dziś mi wprost ze Świdnicy dowieziono, przedni
leżak, pierwszego waru, z głębokiej, zimnej piwniczki.

– Piwa tedy, piwa, panie Bartłomieju – zatarł dłonie Jan
Hofrichter, jeden z bogatszych kupców miasta. – Nasz to trunek,
piwo, winem niechaj szlachta i różni pankowie trzewia sobie
kwaszą… Z przeproszeniem waszej wielebności…

– Nic to – uśmiechnął się ksiądz Jakub von Gall, proboszcz od
świętego Jana Ewangelisty. – Jam już nie szlachcic, jam pleban. A
pleban, jak z samej nazwy zgadniesz, zawżdy z ludem, tedy i mnie
piwem gardzić nie przystoi. A napić się mogę, bo nieszpór
odprawiony.

Siedli za stołem, w wielkiej, niskiej, surowo bielonej
ratuszowej sali, zwykłym miejscu obrad magistratu. Burmistrz na
swym zwykłym krześle, plecami do komina, ksiądz Gall obok,
twarzą ku oknu. Naprzeciw siadł Hofrichter, obok niego Łukasz
Frydman, wzięty i majętny złotnik, w swym modnie watowanym wamsie
i aksamitnym rondlecie na ufryzowanej głowie wyglądający iście
jak szlachcic. Burmistrz odchrząknął, nie czekając na służbę z
piwem rozpoczął.

– I cóż to mamy? – przemówił, splatając dłonie
na wydatnym brzuchu. – Cóż to zafundować nam raczyli w naszym
grodzie szlachetni pasowani panowie rycerze? Bijatyka u
augustianów. Konne, tego tam, gonitwy ulicami miasta. Tumult na
rynku, kilku poturbowanych, w tym jedno dziecko poważnie.
Poniszczony dobytek, zmarnowany towar. Znaczne straty, tego tam,
materialne, do odwieczerza niemal pchali mi się tu mercatores et
institores z żądaniami odszkodowań. Zaprawdę, powinienem odsyłać
ich z pretensjami do panów Sterczów, do Bierutowa, Lednej i
Sterzendorfu.

– Lepiej nie – poradził sucho Jan Hofrichter. – Choć i jam
zdania, że panowie rycerze ostatnio ponad miarę się nam
rozwydrzyli, nie lza zapominać ni o sprawy przyczynach ni o
skutkach owej. Skutkiem zaś, skutkiem tragicznym, jest śmierć
młodego Niklasa de Stercza. A przyczyną – wszeteczeństwo i
rozpusta. Sterczowie bronili honoru brata, gonili za gaszkiem,
co bratową uwiódł, skalał łoże małżeńskie. Prawda, że w zapale
przesadzili owsinek…

Kupiec umilkł pod znaczącym spojrzeniem księdza Jakuba. Bo gdy
ksiądz Jakub sygnalizował spojrzeniem chęć wypowiedzenia się,
milkł nawet sam burmistrz. Jakub Gall był nie tylko proboszczem
miejskiej fary, ale zarazem sekretarzem księcia oleśnickiego
Konrada i kanonikiem w kapitule katedry wrocławskiej.

– Cudzołóstwo jest grzechem – przemówił ksiądz, prostując za
stołem swą chudą postać. – Cudzołóstwo jest też przestępstwem.
Ale za grzechy karze Bóg, a za przestępstwa prawo. Samosądów zaś
i mordów nie usprawiedliwia nic.

– O to, to – wpadł w credo burmistrz, ale zaraz umilkł i
poświęcił się piwu, które właśnie podano.

– Niklas Stercza, co nas boli wielce – dodał ksiądz Gall –
zginął tragicznie, ale wskutek nieszczęśliwego wypadku. Ale
gdyby Wolfher z kompanią dopadli Reinmara de Bielau, mielibyśmy
w naszej jurysdykcji do czynienia z zabójstwem. Nie wiada
zresztą, czy nie będziemy mieli. Przypominam, że przeor
Steinkeller, dotkliwie pobity przez Sterczów świątobliwy starzec
leży bez ducha u augustianów. Jeśli z tego pobicia zemrze,
będzie problem. Dla Sterczów właśnie.

– Względem zaś przestępstwa cudzołóstwa – złotnik Łukasz Frydman
przyjrzał się pierścieniom na swych wypielęgnowanych palcach –
to zważcie, panowie szanowni, że nie nasza to wcale
jurysdykcja. Choć w Oleśnicy miała miejsce rozpusta, delikwenci
nie nam podlegają. Gelfrad Stercza, zdradzony małżonek, jest
wasalem księcia ziębickiego. Podobnie uwodziciel, młody medyk
Reinmar de Bielau…

– U nas się zdarzyła rozpusta i u nas było przestępstwo – rzekł
twardo Hofrichter. – I to niebłahe, jeśli temu wierzyć, co
małżonka Sterczowa u augustianów wyznała. Że ją medykus czarami
omamił i czarnoksięstwem do grzechu przywiódł. Przymusił, niechcącą.

– Wszystkie tak mówią – zabuczał z wnętrza kufla burmistrz.

– Zwłaszcza – dodał bez emocji złotnik – kiedy im nóż do gardła
przykłada ktoś pokroju Wolfhera de Stercza. Dobrze powiedział
wielebny ojciec Jakub, że cudzołóstwo to przestępstwo, crimen, a
jako takie wymaga śledztwa i sądu. Nie chcemy tu rodowych wróżd
ani bitew na ulicach, nie dopuścimy, by rozbestwieni pankowie
podnosili tu rękę na duchownych, wywijali nożami i tratowali
ludzi na placach. W Świdnicy za to, że płatnerza uderzył i
kordem mu groził, poszedł do wieży jeden z Pannewitzów. I tak ma
być. Nie mogą wrócić czasy rycerskiej samowoli. Sprawa musi
trafić przed księcia.

– Tym bardziej – potwierdził kiwnięciem głowy burmistrz – że
Reinmar z Bielawy to szlachcic, a Adela Sterczowa to
szlachcianka. Jego nie możemy wychłostać ani jej jak byle
gamratkę z miasta wyświecić. Sprawa musi iść przed księcia.

– Spieszyć się z tym nie należy – ocenił, patrząc w sufit,
proboszcz Jakub Gall. – Książę Konrad wyjeżdża do Wrocławia,
przed wyjazdem bez liku spraw ma na głowie. Plotki, jak to
plotki, zapewne już do niego dotarły, ale nie czas, by plotki te
uoficjalniać. Dość będzie sprawę księciu przedłożyć, gdy wróci.
Do tego czasu wiele samo może się rozwiązać.

– Też tak uważam – kiwnął znowu głową Bartłomiej Sachs.

– I ja – dodał złotnik.

Jan Hofrichter poprawił kuni kołpak, zdmuchnął pianę z kufla.

– Księcia – orzekł – informować póki co nie stoi, zaczekamy aż
wróci, w tym zgadzam się z wami, szanowni. Ale Święte Oficjum
powiadomić mus nam. I to szybko. O tym, cośmy u medykusa w
pracowni znaleźli. Nie kręćcie głową, panie Bartłomieju, nie
róbcie min, cny panie Łukaszu. A wy, wielebny, nie wzdychajcie i
nie liczcie much na powale. Tak mi do tego pilno jako i wam, tak
samo pragnę tu Inkwizycji, jak i wy. Ale przy otwarciu pracowni
było wiele osób. A gdzie jest wiele osób, tam zawsze – wielce
odkrywczy chyba nie będę – przynajmniej jeden się znajdzie taki,
co Inkwizycji donosi. A gdy się zjawi w Oleśnicy wizytator, nas
pierwszych zapyta, czemuśmy zwlekali.

– Ja zaś – proboszcz Gall oderwał wzrok od sufitu – zwłokę
wyjaśnię. Ja, osobiście. Bo moja to fara i na mnie spoczywa
obowiązek informowania biskupa i inkwizytora papieskiego. Do
mnie też należy ocena, czy zaistniały okoliczności, wzywanie i
trudzenie kurii i Oficjum uzasadniające.

– Czarownictwo, o którym wydzierała się u augustianów Adela
Sterczowa, okolicznością nie jest? Pracownia nie jest?
Alchemiczny alembik i pentagram na podłodze nie są? Mandragora?
Trupie czaszki, trupie ręce? Kryształy i zwierciadła? Butle i
flakony diabli wiedzą z jakim plugastwem czy jadem? Żaby i
jaszczurki w słojach? Okolicznościami nie są?

– Nie są. Inkwizytorzy to ludzie poważni. Ich rzecz to
inquisitio de articulis fidei. Nie zaś babskie bajania, zabobony
i żaby, tymi ani myślę zawracać im głowy.

– A księgi? Te, które tutaj leżą?

– Księgi – odrzekł spokojnie Jakub Gall – należy wpierw
przestudiować. Wnikliwie i bez pośpiechu. Święte
Oficjum nie zabrania czytania. Ani posiadania ksiąg.

– We Wrocławiu – rzekł ponuro Hofrichter – dopiero co dwóch
poszło na stos. Wieść głosi, że za posiadane księgi właśnie.

– Bynajmniej nie za księgi – zaprzeczył sucho proboszcz – lecz
za kontumację, za hardą odmowę wyparcia się głoszonych treści, w księgach
owych zawartych. Wśród których były pisma Wiklefa i Husa, lollardzki „Floretus”,
artykuły praskie i liczne
inne husyckie libelle i manifesty. Czegoś podobnego nie widzę
tu, wśród książek zarekwirowanych w pracowni Reinmara z Bielawy.
Widzę tu niemal wyłącznie dzieła medyczne. Będące zresztą w
większości, lub w całości nawet, własnością scriptorium
klasztoru augustianów.

– Powtarzam – Jan Hofrichter wstał, podszedł do wyłożonych na
stole ksiąg. – Powtarzam, wcale mi się nie pali ani do biskupiej
ani do papieskiej inkwizycji, na nikogo donosić nie chcę i
nikogo widzieć skwierczącym na stosie. Ale tu i o nasze zadki
idzie. By i nas o te księgi nie oskarżono. A cóż tu mamy? Prócz
Galena, Pliniusza i Strabona? Saladinus de Asculo, „Compendium
aromatorium”. Scribonius Largus, „Compositiones medicamentorum”.
Bartolomeus Anglicus, „De proprietatibus rerum”, Albertus
Magnus, „De vegetalibus et plantis”… Magnus, ha, przydomek
iście godny czarownika. A tu, proszę bardzo, Sabur ben Sahl… Abu Bekr al-Râzi…
Poganie! Saraceni!

– Tych Saracenów – wyjaśnił spokojnie, oglądając swe
pierścienie, Łukasz Frydman – wykłada się na chrześcijańskich
uniwersytetach. Jako medyczne autorytety. A wasz „czarownik” to
Albert Wielki, biskup Ratyzbony, uczony teolog.

– Tak powiadacie? Hmmm… Spójrzmy dalej… O! „Causae et
curae”, napisane przez Hildegardę z Bingen. Pewnie czarownica,
ta Hildegarda!

– Nie bardzo – uśmiechnął się ksiądz Gall. – Hildegarda z
Bingen, prorokini, zwana Sybillą Reńską. Zmarła w aurze
świętości.

– Ha. Ale jeśli tak twierdzicie… A cóż to jest? John Gerard,
„Generall… Historie… of Plantes”… Ciekawe, po jakiemu to,
po żydowsku chyba. Ale to pewnie kolejny jaki święty. Tu zaś
mamy „Herbarius”, przez Thomasa de Bohemia…

– Jak powiedzieliście? – uniósł głowę ksiądz Jakub. – Tomasza
Czecha?

– Tak tu stoi.

– Pokażcie. Hmmm… Ciekawe, ciekawe… Wszystko, jak się
okazuje, zostaje w rodzinie. I wokół rodziny się kręci.

– Jakiej rodziny?

– Tak rodzinnej – Łukasz Frydman nadal zdawał się interesować
wyłącznie swymi pierścieniami – że bardziej nie można. Tomasz
Czech, czyli Behem, autor tego „Herbariusa”, to pradziad naszego
Reinmara, amatora cudzych żon, który tyle nam narobił
zamieszania i kłopotów.

– Tomasz Behem, Tomasz Behem – zmarszczył czoło burmistrz. –
Zwany też Tomaszem Medykiem. Słyszałem. Był druhem któregoś z książąt… Nie pamiętam…

– Księcia Henryka VI Wrocławskiego – pospieszył ze spokojnym wyjaśnieniem złotnik Frydman. – Faktycznie był ów Tomasz jego przyjacielem. Wybitny był to ponoć uczony, zdolny lekarz. Studiował w Padwie, w Salerno i Montpellier…

– Mówili też – wtrącił Hofrichter, już od paru chwil kiwnięciami
głowy potwierdzający, że również sobie przypomniał – że był
czarownikiem i kacerzem.

– Przyczepiłeś się, panie Janie – skrzywił się burmistrz – do
tego czarownictwa jako pijawka. Darujże sobie.

– Tomasz Behem – pouczył surowym z lekka głosem proboszcz – był duchownym. Kanonikiem wrocławskim, potem nawet sufraganem diecezji. I tytularnym biskupem Sarepty. Znał osobiście papieża Benedykta XII.

– O owym papieżu też różnie mówiono – nie myślał rezygnować Hofrichter. – A zdarzało się czarownictwo i między infułatami. Inkwizytor Schwenckefeld, za jego czasu…

– Ostawcież to wreszcie – uciął ksiądz Jakub. – Co innego nas tu zajmować winno.

– W samej rzeczy – potwierdził złotnik. – Ja akurat wiem, co. Książę
Henryk nie miał męskiego potomka, miał tylko trzy córki. Z
najmłodszą, Małgorzatą, nasz ksiądz Tomasz pozwolił sobie na
romans.

– Książę do tego dopuścił? Aż taka była to przyjaźń?

– Książę nie żył już wówczas – wyjaśnił znowu
złotnik. – Księżna Anna zaś albo nie widziała, co się święci, albo
widzieć nie chciała. Tomasz Behem nie był jeszcze wówczas biskupem, ale był w znakomitej
komitywie z resztą Śląska – z Henrykiem Wiernym na Głogowie,
Kazimierzem na Cieszynie i Frysztacie, Bolkiem Małym
świdnicko-jaworskim, Władysławem bytomsko-kozielskim, Ludwikiem
z Brzegu. Bo też i wyobraźcie sobie, panowie – ktoś, kto nie
tylko że bywa w Awinionie u Ojca Świętego, ale jeszcze potrafi
usunąć kamienie moczowe tak zręcznie, że pacjent nie dość, że po
operacji ma jeszcze kuśkę, to owa nawet mu staje. Jeśli nawet
nie codziennie, to jednak. Choć może i brzmi to jak krotochwila,
ja bynajmniej nie żartuję. Powszechnie się mniema, że to dzięki
Tomaszowi do dziś mamy jeszcze Piastów na Śląsku. Pomagał bowiem
z równą wprawą mężczyznom, jak i kobietom. A także parom, jeśli
panowie rozumieją, co mam na myśli.

– Boję się – rzekł burmistrz – że nie.

– Potrafił pomóc stadłu, któremu nie wiodło się w łożnicy. Teraz
rozumiecie?

– Teraz tak – kiwnął głową Jan Hofrichter. – Znaczy się,
wrocławską księżniczkę przechędożył też pewnie wedle medycznej
sztuki. Naturalnie, było z tego dziecko.

– Naturalnie – potwierdził ksiądz Jakub. – Sprawę załatwiono
zwykłą modą. Małgorzatę zamknięto u klarysek, dzieciak trafił do
Oleśnicy, do księcia Konrada. Konrad wychowywał go jak syna.
Tomasz Behem stawał się coraz większą figurą, wszędzie, na Śląsku, w
Pradze u cesarza Karola IV, w Awinionie, dlatego chłopak karierę
miał zapewnioną już w dzieciństwie. Karierę duchowną, ma się
rozumieć. Zależną od tego, jakim wykaże się rozumem. Byłby
głupi, dostałby wiejską farę. Byłby średnio głupi, zrobiono by
go opatem gdzieś u cystersów. Byłby mądry, czekała na niego
kapituła którejś z kolegiat.

– Jaki się okazał?

– Niegłupi. Przystojny jak ojciec. I waleczny. Zanim ktokolwiek
zdołał coś przedsięwziąć, przyszły ksiądz już bił się z
Wielkopolanami u boku młodszego księcia, przyszłego Konrada
Starego. Bił się tak dzielnie, że nie było wyjścia, pasowano go
na rycerza. Z nadaniem. Tym to sposobem umarł księżyk Tymo,
niech żyje Ritter Tymo Behem z Bielawy, von Bielau. Rycerz Tymo,
który wkrótce nieźle się skoligacił, poślubiając najmłodszą córkę Heidenreicha Nostitza.

– Nostitz dał córkę kleszemu bękartowi?

– Klecha, rodzic bękarta, został tymczasem wrocławskim sufraganem i biskupem Sarepty, znał się z
Ojcem Świętym, doradzał Wacławowi IV i był za pan brat z wszystkimi książętami Śląska.
Stary Heidenreich zapewne sam i ochotnie snębił mu córeczkę.

– To możliwe.

– Ze związku Nostitzówny z Tymonem de Bielau zrodzili się Henryk i Tomasz. W Henryku odezwała się widać krew dziada, bo został księdzem, odbył studia w Pradze i do śmierci – całkiem
niedawnej – był scholastykiem u Świętego Krzyża we Wrocławiu.
Tomasz zaś pojął Boguszkę, córkę Mikszy z Prochowic i spłodził z
nią dwoje dzieci. Piotra, zwanego Peterlinem, i Reinmara,
zwanego Reynevanem. Peterlin, czyli Pietruszka i Reynevan, czyli
Wrotycz. Takie warzywno-ziołowe cognomeny, pojęcia nie mam, sami
sobie je wydumali, czy to fantazja ojca. Ów zaś, jeśli już przy
nim jesteśmy, poległ pod Tannenbergiem.

– Po czyjej stronie?

– Po naszej, chrześcijańskiej.

Jan Hofrichter pokiwał głową, łyknął z kufla.

– A ów Reinmar-Reynevan, zwykły dobierać się do cudzych żon? Kim
on jest u augustianów? Oblatem? Konwersem? Nowicjuszem?

– Reinmar Bielau – uśmiechnął się ksiądz Jakub – jest medykiem,
szkolonym w Pradze, na Uniwersytecie Karola. Jeszcze przed
studiami chłopiec uczył się w szkole katedralnej we Wrocławiu,
potem poznawał arkana zielarstwa u aptekarzy świdnickich i u duchaków w hospicjum
brzeskim. To właśnie duchacy – i stryj Henryk, scholastyk
wrocławski – umieścili go u naszych augustianów, w leczeniu
ziołami wyspecjalizowanych. Chłopak uczciwie i z sercem,
dowodząc powołania, popracował dla szpitala i leprozorium.
Potem, jak się rzekło, studiował medycynę w Pradze, też zresztą
za protekcją stryja i za pieniądze, jakie stryj miał z kanonii.
Na studiach przykładał się widać, bo już po dwóch latach był
bakałarzem sztuk, artium baccalaureus. Z Pragi wyjechał zaraz
po… Hmm…

– Zaraz po defenestracji – nie bał się dokończyć burmistrz. – Co
jawnie pokazuje, że nic go z husycką, tego tam, herezją nie
łączy.

– Nic go z nią nie łączy – potwierdził spokojnie złotnik Frydman.
– Wiem to dobrze od syna, który w tym czasie również w Pradze
studiował.

– Bardzo dobrze też się stało – dodał burmistrz Sachs – że
Reynevan na Śląsk powrócił, i dobrze, że do nas, do Oleśnicy,
nie zaś do księstwa ziębickiego, gdzie brat jego u księcia Jana
rycersko służy. To dobry chłopak i rozumny, choć młody, a w
leczeniu ziołami tak zmyślny, że mało podobnych znajdziesz.
Żonie mojej czyraki, co się jej na, tego tam, ciele pojawiły, wyleczył, córkę zasię z
kaszlu ustawicznego uzdrowił. Mnie na oczy, co mi ropiały, dał
odwar, przeszło, jak ręką odjął…

Burmistrz zamilkł, zachrząkał, wsunął dłonie w obszyte futrem
rękawy delii. Jan Hofrichter popatrzył nań bystro.

– Tym sposobem – oświadczył – nareszcie przejaśniło mi się w
głowie. Z owym Reynevanem. Już wszystko wiem. Choć bękarcią
modą, ale krew piastowska. Syn biskupi. Ulubieniec książąt. Krewniak
Nostitzów. Synowiec scholastyka wrocławskiej kolegiaty. Dla synów bogaczy
kompanion ze studiów. Do tego, jakby nie dosyć, wzięty medyk,
niemal cudotwórca, umiejący zaskarbić sobie wdzięczność możnych.
A z czegóż to was wyleczył, wielebny ojcze Jakubie? Z jakiej,
ciekawość, przypadłości?

– Przypadłości – rzekł zimno proboszcz – to żaden temat do
debat. Powiedzmy więc bez detali, że wyleczył.

– Kogoś takiego – dodał burmistrz – nie warto tracić. Żal dać
takiemu zginąć w rodowej wróżdzie dlatego jeno, że zapomniał się
dla pary pięknych, tego tam, oczu. Niechże służy społeczności.
Niechże leczy, skoro umie…

– Nawet – parsknął Hofrichter – z wykorzystaniem pentagramu na
podłodze?

– Jeśli leczy – rzekł poważnie ksiądz Gall – jeśli pomaga, jeśli
uśmierza bóle, to nawet. Takie zdolności to dar Boży, Pan
obdarza nimi wedle Swej woli i wedle Sobie jeno znanego zamiaru.
Spiritus flat, ubi vult, nie nam dróg Jego dociekać.

– Amen – podsumował burmistrz.

– Krótko mówiąc – nie rezygnował Hofrichter – ktoś taki jak
Reynevan winny być nie może? O to idzie? Hę?

– Kto jest bez winy – odrzekł z kamienną twarzą Jakub Gall –
niechaj pierwszy rzuci kamieniem. A Bóg nas wszystkich osądzi.

Przez chwilę panowała cisza, tak głęboka, że dało się słyszeć
szelest skrzydełek ciem, tłukących się u okien. Z ulicy
Świętojańskiej dobiegło przeciągłe i śpiewne zawołanie strażnika
miejskiego.

– Tak tedy, reasumując – burmistrz wyprostował się za stołem
tak, że wparł się weń brzuchem – tumultu w grodzie naszym
Oleśnicy winni są bracia Sterczowie. Szkód materialnych i
obrażeń cielesnych na rynku powstałych winni są Sterczowie.
Zdrowia utraty, a nie daj Boże śmierci jego wielebności przeora
Steinkellera winni są bracia Sterczowie. Oni i tylko oni. To
zaś, co przydarzyło się Niklasowi von Stercza, było
nieszczęśliwym, tego tam, wypadkiem. Tak księciu rzecz
przedstawim, jeno wróci. Jest zgoda?

– Jest zgoda.

– Consensus omnium.

– Concordi voce.

– A gdyby się gdzie Reynevan objawił – dodał po chwili milczenia
proboszcz Gall – doradzam pojmać go cichcem i zamknąć. Tu, w
naszym ratuszowym karcerku. Dla jego własnego bezpieczeństwa.
Dopokąd sprawa nie ucichnie.

– Dobrze by było – dorzucił, oglądając swe pierścienie, Łukasz
Frydman – zrobić to szybko. Zanim o całej aferze dowie się Tammo
Stercza.

* * *

 

Wychodząc z ratusza wprost w mrok ulicy Świętojańskiej, kupiec
Hofrichter kątem oka złowił ruch na oświetlonej księżycem
ścianie wieży, przesuwający się niewyraźny kształt, nieco
poniżej okien miejskiego trębacza a powyżej okien komnaty, w
której dopiero co skończyła się rada. Spojrzał, osłaniając oczy
przed przeszkadzającym światłem niesionej przez pachołka
latarni. Ki diabeł, pomyślał i zaraz się przeżegnał. Cóż to tam
łazi po murze? Puchacz? Sowa? Nietoperz? A może…

Jan Hofrichter wzdrygnął się, przeżegnał znowu, aż na uszy
wcisnął kuni kołpak, otulił szubą i szparko ruszył w stronę
domu.

Nie widział więc, jak wielki pomurnik rozpostarł skrzydła,
sfrunął z parapetu i bezszelestnie, jak duch, jak nocny upiór
poszybował nad dachami miasta.

* * *

 

Apeczko Stercza, pan na Lednej, nie lubił bywać na zamku
Sterzendorf. Powód był jeden i był prosty – Sterzendorf był
siedzibą Tammona von Stercza, głowy, seniora i patriarchy rodu.
Względnie, jak mówili niektórzy – tyrana, despoty i dręczyciela.

W komnacie było duszno. I ciemno. Tammo von Stercza nie pozwalał
otwierać okien w obawie, by go nie zawiało, okiennice też
musiały stale być zamknięte, bo światło raziło oczy kaleki.

Apeczko był głodny. I zakurzony po podróży. Ale nie było czasu
ani na posiłek, ani na ochędożenie. Stary Stercza nie lubił
czekać. Nie zwykł też częstować gości. Zwłaszcza rodziny.

Apeczko łykał tedy ślinę, by zwilżać gardło – niczego do picia
nie podano mu, rzecz jasna – i relacjonował Tammonowi
oleśnickie wydarzenia. Robił to niechętnie, ale cóż, mus. Kaleka
czy nie, paralityk czy nie, Tammo był seniorem rodu. Seniorem,
nie tolerującym nieposłuszeństwa.

Starzec słuchał relacji, rozparty na krześle w zwykłej dla
siebie, niewiarygodnie koślawej pozie. Stary, pokręcony piernik,
pomyślał Apeczko. Cholerny połamany dziadyga.

Przyczyny stanu, w jakim aktualnie znajdował się patriarcha rodu
Sterczów, nie do końca i nie wszystkim były znane. Zgoda
panowała co do jednego – Tammona trafił szlag, albowiem Tammo
się wściekł. Jedni twierdzili, że starzec wściekł się na wieść,
że jego osobisty wróg, znienawidzony książę wrocławski Konrad
otrzymał sakrę biskupią i stał się najpotężniejszą osobistością
Śląska. Jeszcze inni zapewniali, że feralny wybuch spowodowała
teściowa, Anna z Pogorzelów, przypaliwszy Tammonowi jego
ulubione danie – kaszę gryczaną ze skwarkami.
Jak tam było naprawdę, nie odgadnąć, rezultat jednak był widomy
i nie do przeoczenia. Stercza po wypadku mógł poruszać –
niezdarnie zresztą – tylko lewą ręką i lewą stopą. Prawą powiekę
miał opadniętą zawsze, spod lewej, którą czasami podnieść
zdołał, cięgiem wypływały śluzowate łzy, a z kącika
przykurczonych w koszmarny grymas ust ciekła ślina. Wypadek
spowodował też zupełną niemal utratę mowy, stąd wziął się
przydomek starca – Balbulus. Jąkała-bełkotacz.

Utrata zdolności mówienia nie pociągnęła jednak za sobą tego, na
co liczyła cała rodzina – utraty kontaktu ze światem. O, nie.
Pan na Sterzendorfie nadal trzymał ród w garści i był postrachem
wszystkich, a to, co miał do powiedzenia, mówił. Zawsze miał
bowiem na podorędziu kogoś, kto potrafił zrozumieć i przełożyć
na ludzki język jego gulgoty, charkoty, bełkoty i krzyki. Tym
kimś było z reguły dziecko – któreś z licznych wnucząt lub
prawnucząt Balbulusa.

Teraz tłumaczką była dziesięcioletnia Ofka von Baruth, która
siedząc u nóg starca stroiła lalkę w strzępki kolorowych
szmatek.

– Tak tedy – Apeczko Stercza skończył opowiadać, odchrząknąwszy,
przeszedł do konkluzji – Wolfher przez posłańca prosił
uwiadomić, że ze sprawą upora się rychło. Że Reinmar Bielau będzie
schwytany na trakcie wrocławskim i poniesie karę. Teraz jednak
ręce ma Wolfher związane, bo traktem podróżuje książę oleśnicki
z całym dworem i różne ważne duchowne osoby, tedy nie ma jak…
Nie ma jak pościgu wieść. Ale Wolfher przysięga, że złapie
Reynevana. Że można mu zawierzyć honor rodu.

Powieka Balbulusa podskoczyła, z ust wyciekła strużka śliny.

– Bbbhh-bhh-bhh-bhubhu-bhhuaha-rrhhha-phhh-aaaarrrh! – rozległo się w
izbie. – Bbb… hrrrh-urrrhh-bhuuh! Guggu-ggu…

– Wolfher jest pieprzonym kretynem – przełożyła cieniutkim i melodyjnym
głosikiem Ofka von Baruth. – Głupkiem, któremu nie zawierzyłbym
nawet wiadra rzygowin. A jedyne, co on zdolen złapać, to jego
własny kutas.

– Ojcze…

– Bbb.. brrrh! Bhhrhuu-phr-rrrhhh!

– Milczeć – przełożyła, nie unosząc głowy, zajęta lalką Ofka. –
Słuchać, co powiem. Co rozkażę.

Apeczko cierpliwie przeczekał charkoty i skrzeki, doczekał się
przekładu.

– Ustalić każesz wpierw, Apecz – rozkazywał Tammo Stercza ustami
dziewczynki – która to baba z Bierutowa miała poruczony dozór
nad Burgundką. Która to nie połapała się w prawdziwym celu tych
dobroczynnych wycieczek do Oleśnicy. Względnie była w zmowie z
gamratką. Babie trzydzieści pięć odlewanych rózeg. Na gołą rzyć.
Tu, u mnie, na moich oczach. Niech mam choć te trochę radości.

Apeczko Stercza kiwnął głową. Balbulus kaszlnął, zacharczał i opluł się cały. Potem wykrzywił upiornie i zagęgał.

– Burgundkę zaś – przełożyła Ofka, czesząc małym zgrzebełkiem
pakułowe włosy lalki – o której już wiem, że schroniła się u ligockich cysterek, nakazuję wydobyć stamtąd, choćby trzeba było brać klasztor szturmem. Potem zamknąć nierządnicę u mnichów nam przychylnych, przykładowo w…

Tammo raptownie przestał jąkać się i gulgotać, rzężenie zamarło mu w gardle. Wiercony przekrwionym okiem Apeczko zrozumiał, że starzec zauważył jego zakłopotaną minę. Że połapał się. Nie można było dłużej ukrywać prawdy.

– Burgundka – wyjąkał – zdołała umknąć z Ligoty. Cichcem… Nie wiedzieć dokąd. Zajęci pościgiem… Nie upilnowali… śmy.

– Ciekawe – przełożyła Ofka po długiej chwili ciężkiej ciszy – ciekawe, dlaczego wcale mnie to nie dziwi. Ale skoro tak, to niech i tak będzie. Nie będę sobie kurwą głowy zaprzątał. Niech tę sprawę załatwi Gelfrad, gdy wróci. Niech załatwi sprawę własnoręcznie. Mnie jego rogi nie obchodzą. W tej
rodzinie to nic nowego zresztą. Mnie samego zdrowo musiano
uwieńczyć. Bo nie może być, by to z moich własnych lędźwi zrodzili się
tacy durnie.

Balbulus przez kilka chwil kaszlał, charczał i krztusił się. Ale
Ofka nie przekładała, nie była to więc mowa, ale kaszel zwykły.
Wreszcie starzec zarzęził, nabrał tchu, wykrzywił jak demon i
walnął kosturem o podłogę, po czym dziko zagulgotał. Ofka
przysłuchiwała się, włożywszy do buzi koniec warkocza.

– Ale Niklas – przełożyła – był nadzieją tego rodu. Prawdziwą
moją krwią, krwią Sterczów, nie jakimiś popłuczynami po diabli
wiedzą jakich kundlich koneksjach. Nie może więc być, by za jego
przelaną krew morderca nie zapłacił. I to z nawiązką.

Tammo znowu łomotnął kosturem o podłogę. Kij wypadł mu z
trzęsącej się dłoni. Pan na Sterzendorfie kaszlnął i kichnął,
opluwając się i osmarkując. Stojąca obok Hrozwita von Baruth,
córka Balbulusa, matka Ofki, otarła mu brodę, podniosła i
wcisnęła do ręki kostur.

– Hgrrrhhh! Grhhh… Bbb..bhrr… bhrrrllg…

– Reinmar Bielau zapłaci mi za Niklasa – przekładała
beznamiętnie Ofka. – Zapłaci, Bóg mi świadkiem i wszyscy święci.
Wsadzę go do lochu, do klatki, do skrzyni takiej jak ta, w
której Głogowczycy zamknęli Henryka Grubego, z jedną dziurą na
pokarm i drugą na wprost przeciwnie, tak, by nawet podrapać się
nie zdołał. I potrzymam go tak z pół roku. I dopiero potem
zabiorę się za niego. A po oprawcę poślę aż do Magdeburga, bo
wybornych tam mają oprawców, nie takich jak ci tu, na Śląsku,
którym delikwent umiera już drugiego dnia tortur. O nie, ja
sprowadzę mistrza, który poświęci mordercy Niklasa tydzień. Albo
dwa.

Apeczko Stercza przełknął ślinę.

– Ale żeby móc to zrobić, należy gaszka schwytać. Ale do tego
trzeba głowy. Rozumu. Bo gaszek nie jest głupi. Głupi nie
zostałby bakałarzem w Pradze, nie wkradłby się w łaski
oleśnickich mnichów. I nie zdołałby tak gracko dobrać się do
Gelfradowej Francuzki. Za takim spryciarzem nie wystarczy
uganiać się jak dureń po wrocławskim trakcie, na śmiech się
podawać. Nadawać sprawie rozgłos, który posłuży gaszkowi, nie
nam.

Apeczko kiwnął głową. Ofka spojrzała na niego, pociągnęła
zadartym noskiem.

– Gaszek – przekładała dalej – ma brata, siedzącego na nadaniu
gdzieś podle Henrykowa. Jest dość prawdopodobne, że tam poszuka
schronienia. Może i już poszukał. Inny zaś Bielau był, póki
żył, klechą przy wrocławskiej kolegiacie, nie wykluczone więc,
że łajdak zechce schronić się u łajdaka. Chciałem rzec, u jego
wielebności biskupa Konrada. Starego opoja i złodzieja!

Hrozwita Baruth znów wytarła starcowi brodę, osmarkaną w gniewie.

– Gaszek ma nadto znajomków u duchaków w Brzegu. W hospicjum. Tam właśnie mógł się
nasz spryciarz udać, by zaskoczyć i zmylić Wolfhera. Co nie jest
zresztą trudnym zadaniem. I wreszcie najważniejsze, nadstaw uszu,
Apecz. Pewnym, że nasz gaszek zechce grać truwera, udawać
jakiegoś zasranego Lohengrina czy innego Lancelota… Zechce
zbliżyć się do Francuzki. I tam, w Ligocie, najpewniej go
dostaniemy, jak pieska u ciekącej suczki.

– Jakże to, w Ligocie? – odważył się Apeczko – Przecie ona…

– Uciekła, wiem. Ale on nie wie.

Stary pierdoła, pomyślał Apeczko, duszę ma jeszcze bardziej
pokrętną niż ciało. Ale chytry, jak lis. A wie, trza oddać mu cześć, dużo.
Wszystko.

– Ale do tego, com dopiero był rzekł – przekładała na język
ludzki Ofka – wy mi się marnie nadajecie, moi wy synowie i
synowcy, krwie – podobno – z krwi i kości z kości mojej. Dlatego
co tchu udasz się wpierw do Niemodlina, a później do Ziębic.
Tam… Słuchaj dobrze, Apecz. Odnajdziesz Kunza Aulocka, zwanego
Kyrielejson. I innych: Waltera de Barby, Sybka z Kobylejgłowy,
Storka z Gorgowic. Tym rzekniesz, że Tammo Stercza płaci tysiąc złotych reńskich za żywego Reinmara von Bielau. Tysiąc, zapamiętaj.

Apeczko przełykał ślinę przy każdym nazwisku. Bo były to
nazwiska najgorszych na całym niemal Śląsku zbirów i morderców,
łotrów bez czci i wiary. Gotowych zamordować własną babkę za
trzy skojce, a co dopiero za bajeczną sumę tysiąca guldenów.
Moich guldenów, pomyślał gniewnie Apeczko. Bo to moja winna być
scheda, pod tym, gdy ten zatracony koślawiec wreszcie
strzeli kopytami.

– Pojąłeś, Apecz?

– Tak, ojcze.

– Tedy precz, zabieraj się stąd. Jazda, w drogę, wykonać, com
rozkazał.

Najpierw, pomyślał Apeczko, w drogę do kuchni, gdzie podjem
sobie i wypiję za dwóch. Ty skąpy dziadu. A potem się zobaczy.

– Apecz.

Apeczko Stercza odwrócił się. I spojrzał. Ale nie na wykrzywione
i nabiegłe krwią oblicze Balbulusa, które nie po raz pierwszy
wydało mu się tu, na Sterzendorfie, czymś nienaturalnym,
niepotrzebnym, czymś nie na miejscu. Apeczko spojrzał w wielkie
orzechowe oczy małej Ofki. Na Hrozwitę, stojącą za krzesłem.

– Tak, ojcze?

– Nie zawiedź nas.

A może, przemknęło mu przez myśl, to wcale nie on? Może jego tu
już nie ma, może na tym krześle siedzi zewłok, półtrup, któremu
paraliż doszczętnie wyżarł już mózg? Może to… one? Może to
baby – młodziuśkie, młode, średnie i stare – rządzą na
Sterzendorfie?

Prędko odpędził od siebie tę niedorzeczną myśl.

– Nie zawiodę. Ojcze.

* * *

 

Apeczko Stercza ani myślał spieszyć się z wykonaniem rozkazów.
Szparko udał się, pomrukując gniewnie, do zamkowej kuchni, gdzie
kazał podać sobie wszystko, czym rzeczona kuchnia dysponowała. W
tej liczbie resztkę jeleniego udźca, tłuste świńskie żeberka,
wielkie pęto krwawej kiszki, kawał obsuszanej praskiej szynki i
kilka ugotowanych w rosole gołębi. Do tego cały chleb, wielki
jak saraceński puklerz. Do tego, ma się rozumieć, wina, te
najlepsze, węgierskie i mołdawskie, które Balbulus miał tylko do
własnego użytku. Ale paralityk mógł być sobie panem w komnacie
na górze, poza komnatą komu innemu należała się władza
wykonawcza. Poza komnatą panem był Apeczko Stercza.

Apeczko czuł się panem i zaraz po wejściu do kuchni pokazał, że
nim jest. Pies zarobił kopniaka i ze skowytem uciekł. Uciekł
kot, z gracją schodząc z trasy lotu rzuconej za nim warząchwi.
Służące aż przysiadły, gdy o kamienną podłogę z nieopisanym
hukiem wyrżnął żeliwny sagan. Najbardziej opieszała służąca
dostała po karku i dowiedziała się, że jest kurewską niedojdą.
Bardzo różnych rzeczy o sobie i swych rodzicielkach dowiedzieli
się też pachołkowie, a kilku zaznajomiło się z pańskim kułakiem,
twardym i ciężkim jak lite żelazo. Ten, któremu rozkaz
przyniesienia win z pańskiej piwnicy trzeba było powtórzyć,
dostał takiego kopa, że w drogę udał się na czworakach.

Krótko potem rozparty za stołem Apeczko – pan Apeczko – żarł
łapczywie i wielkimi kęsami, pił na przemian mołdawskie i
węgierskie wino, po pańsku rzucał na podłogę kości, pluł, bekał
i spodełba przyglądał się grubej ochmistrzyni, czekając tylko,
aż ta da mu pretekst.

Stary piernik, pierdoła, paralityk, ojcem każe się zwać, a jest
mi przecie ino strykiem, ojcowym bratem. Ale mus to ścierpieć.
Bo kiedy wreszcie wyciągnie nogi, ja, najstarszy Stercza,
zostanę wreszcie głową rodu. Schedą, jasne, trzeba się będzie
podzielić, ale głową rodu będę ja. Wszyscy to wiedzą. Nic mi nie
przeszkodzi, nic nie może mi w tym…

Przeszkodzić, zaklął półgłosem Apeczko, może mi draka z
Reynevanem i żoną Gelfrada. Przeszkodzić może mi rodowa wróżda,
oznaczająca zadarcie z landfrydem. Przeszkodzić może najmowanie
zbirów i morderców. Hałaśliwe ściganie, gnojenie w lochu,
maltretowanie i torturowanie chłopaka, będącego krewnym
Nostitzów i powinowatym Piastów. I lennikiem Jana Ziębickiego. A
biskup wrocławski Konrad, który Balbulusa kocha tak samo jak
Balbulus jego, tylko czeka na sposobność, by dobrać się Sterczom
do rzyci.

Niedobrze, niedobrze, niedobrze.

A wszystkiemu, zadecydował nagle Apeczko, dłubiąc w zębach,
winien jest Reynevan, Reinmar z Bielawy. I za to zapłaci. Ale
nie tak, by miało to wzburzyć cały Śląsk. Zapłaci zwyczajnie, po
cichu, w ciemności, nożem między żebra. Wtedy, gdy – jak to
trafnie odgadł Balbulus – zjawi się tajemnie w Ligocie, w klasztorze cysterek, pod okienkiem swej
miłośnicy, Gelfradowej Adeli. Jeden cios noża, chlup do cysterskiego stawu z karpiami. I
sza. Jak karpiem zasiał.

Z drugiej strony, rozkazów Balbulusa całkiem zlekceważyć nie
można. Choćby z tego tylko powodu, że Bełkotacz zwykł
kontrolować wykonywanie swych rozkazów. Zlecać ich wykonanie nie
jednej, lecz kilku osobom.

Co tedy czynić, u diaska?

Apeczko z hukiem wbił nóż w blat stołu, jednym zamachem wychylił
kubek. Uniósł głowę, napotkał wzrok grubej ochmistrzyni.

– Czego się gapisz? – warknął.

– Stary pan – przemówiła spokojnie ochmistrzyni – sprowadził
ostatnimi czasy jeszcze przednie włoskie. Kazać utoczyć, jaśnie
panie?

– Iście – Apeczko uśmiechnął się mimo woli, poczuł, jak spokój
kobiety udziela się i jemu. – Iście, proszę, każcie utoczyć,
skosztujem, cóż to też tam dojrzało w Italii. Pchnijcie też,
proszę, pacholika do czatowni, niechaj mi się tu na jednej nodze
stawi taki, któren konno dobrze skacze a i głowę ma na karku.
Ktoś, kto zdoła posłanie doręczyć.

– Jak każecie, jaśnie panie.

* * *

 

Podkowy załomotały o most, opuszczający Sterzendorf goniec
obejrzał się, pomachał swej niewieście, żegnającej go z wału
bielutką nałęczką. I nagle goniec złowił ruch na oświetlonej
księżycem ścianie czatowni, przesuwający się niewyraźny kształt.
Ki diabeł, pomyślał, a cóż to tam łazi? Puchacz? Sowa?
Nietoperz? A może…

Goniec zamruczał zaklęcie od uroku, splunął do fosy i dał
koniowi ostrogę. Posłanie, które niósł, było pilne. A pan, który
je zlecił, srogi.

Nie widział więc, jak wielki pomurnik rozpostarł skrzydła i
bezszelestnie, jak duch, jak nocny upiór poszybował nad lasami
na zachód, w stronę doliny Widawy.

* * *

 

Zamek Sensenberg, jak wszyscy wiedzieli, zbudowali templariusze, a nie bez
kozery wybrali to właśnie, nie inne miejsce. Wznoszący się nad
poszarpanym urwiskiem szczyt góry był w zamierzchłych
czasach miejscem kultu bogów pogańskich, stała tu kącina, w
której, jak głosiły podania, pradawni mieszkańcy tych ziem,
Trzebowianie i Bobrzanie, składali swym bożkom ofiary z ludzi. W
czasach, gdy po kącinie zostały tylko kręgi obłych, omszałych,
ukrytych wśród chwastów kamieni, pogański kult szerzył się
nadal, na szczycie wciąż płonęły sobótkowe ognie. Jeszcze w 1189
biskup wrocławski Żyrosław srogimi karami groził tym, którzy
odważyliby się świętować na Sensenbergu festum dyabolicum et maledictum.
Jeszcze sto bez mała lat później biskup Wawrzyniec gnoił w lochach tych, którzy
świętowali.

Tymczasem zaś, jak się rzekło, przybyli templariusze. Zbudowali
swe śląskie zameczki, groźne i zębate miniatury syryjskich
kraków, stawiane pod nadzorem ludzi o głowach omotanych chustami
i twarzach ciemnych jak garbowana bycza skóra. Nie mogło być
przypadkiem, że na lokalizacje warowni zawsze wybierano święte
miejsca pradawnych, ginących w niepamięci kultów – jak Mała
Oleśnica, Otmęt, Rogów, Habendorf, Fischbach, Peterwitz, Owiesno,
Braciszowa Góra, Srebrna Góra, Kaltenstein. I oczywiście Sensenberg.

Potem zaś przyszła na templariuszy kryska. Sprawiedliwie, czy nie,
spierać się próżno, ale zrobiono z nimi koniec, każdy wie, jak
to było. Ich zamki przejęli joannici, rozdrapały je między
siebie szybko bogacące się klasztory i szybko wyrastający śląscy
magnaci. Niektóre, mimo drzemiącej u ich korzeni potęgi,
niezwykle szybko obróciły się w ruiny. Ruiny, których unikano,
które omijano. Których się bano.

Nie bez powodu.

Mimo szybko postępującej kolonizacji, mimo nadpływających z
Saksonii, Turyngii, Nadrenii i Frankonii fal głodnych ziemi
osadników, górę i zamek Sensenberg nadal otaczał szeroki pas ziemi
niczyjej, pustkowia, na które zapuszczał się jedynie kłusownik
lub zbieg. To od nich właśnie, kłusowników i zbiegów, po raz pierwszy zasłyszano
opowieści o niesamowitych ptakach, o koszmarnych jeźdźcach, o
migających w oknach zamku światłach, o dzikich i okrutnych
krzykach i śpiewach, o dobiegającej jak gdyby spod ziemi
upiornej muzyce organów.

Byli tacy, co nie wierzyli. Byli i tacy, których nęcił skarb
templariuszy, podobno wciąż leżący gdzieś w podziemiach Sensenbergu.
Byli zwyczajni ciekawscy i niespokojne duchy.

Ci nie wracali.

* * *

 

Tej nocy, gdyby w okolicy Sensenbergu znalazł się jaki kłusownik, zbieg
lub poszukiwacz przygód, góra i zamek dałyby asumpt do kolejnych legend.
Zza horyzontu nadciągała burza, niebo co i rusz płonęło światłem
dalekich błyskawic, tak dalekich, że nie słychać było nawet
pomruku gromów. A czarny na tle rozbłyskującego nieba blok zamku
zapłonął nagle jaskrawymi ślepiami okien.

Była bowiem wewnątrz pozornej ruiny wielka, wysoko sklepiona
sala rycerska. Oświetlające ją świeczniki, kandelabry i płonące
w żelaznych obejmach pochodnie wydobywały z mroku freski na
surowych murach. Freski przedstawiały sceny rycerskie i
religijne. Na stojący pośrodku sali ogromny, okrągły stół
patrzył więc Percival, klęczący przed Graalem, i Mojżesz,
znoszący kamienne tablice z góry Synaj. Roland w bitwie pod
Albrakką i święty Bonifacy, ginący męczeńsko od fryzyjskich
mieczy. Godfryd de Bouillon, wjeżdżający do zdobytej Jerozolimy.
I Jezus, pod raz wtóry upadający pod krzyżem. Wszyscy oni
patrzyli swymi bizantyńskimi nieco oczami na stół i na
zasiadających za stołem rycerzy w pełnych zbrojach i płaszczach
z kapturami.

Przez otwarte okno wleciał na fali wiatru wielki pomurnik.

Ptak zatoczył koło, rzucając widmowy cień na freski, usiadł,
strosząc pióra, na oparciu jednego z krzeseł. Rozwarł dziób i
zaskrzeczał, a nim skrzeczenie przebrzmiało, na krześle siedział
już nie ptak, ale rycerz. W płaszczu i kapturze, bliźniaczo
podobny do pozostałych.

– Adsumus – przemówił głucho Pomurnik. – Jesteśmy tu, Panie,
zebrani w Twoim imieniu. Przybądź do nas i bądź wśród nas.

– Adsumus – powtórzyli jednym głosem zgromadzeni za stołem
rycerze. – Adsumus! Adsumus!

Echo przebiegło przez zamek jak dudniący grom, jak odgłos
dalekiej bitwy, jak gruchot taranu o grodową bramę. I nikło
powoli wśród ciemnych korytarzy.

– Chwała Panu – przemówił Pomurnik, gdy zapadła cisza. – Bliski
jest dzień, gdy w prochu legną wszyscy jego wrogowie. Biada im!
Dlatego jesteśmy!

– Adsumus!

– Opatrzność – Pomurnik uniósł głowę, a jego oczy zalśniły
odbitym światłem płomienia – zsyła nam, bracia moi, kolejną
sposobność, by znowu porazić wrogów Pana i raz jeszcze pognębić
nieprzyjaciół wiary. Nadszedł czas, by zadać kolejny cios!
Zapamiętajcie, o bracia, to imię: Reinmar z Bielawy. Reinmar z
Bielawy, zwany Reynevanem. Posłuchajcie…

Rycerze w kapturach pochylili się, słuchając. Upadający pod
krzyżem Jezus patrzył na nich z fresku, a w jego bizantyńskich
oczach był bezmiar bardzo ludzkiego cierpienia.