Rozdział pierwszy

w którym próbującego natrafić na ślad swej lubej Reynevana spotykają rozliczne przykrości. W szczególności przeklęty jest. W domu i na dworze, stojący, siedzący i robiący. A Europa w tym czasie zmienia się. Adaptując nowe techniki walki.

Poranek był mglisty, jak na miesiąc luty dość ciepły. Całą noc miało się na odwilż, od świtu śnieg topniał, odciski podkutych kopyt i wygniecione kołami wozów koleiny momentalnie wypełniały się czarną wodą. Osie i orczyce skrzypiały, konie chrapały, woźnice klęli sennie. Licząca blisko trzysta wozów kolumna posuwała się wolno. Nad kolumną unosił się ciężki, duszący zapach solonych śledzi.
Sir John Fastolf sennie kiwał się w siodle.

 

***
Po paru dniach mrozu przyszła nagle odwilż. Mokry śnieg, który padał noc całą, tajał szybko. Roztopiona okiść kapała ze świerków.
– Hyyyr na niiich! Bij!
– Haaaa!
Zgiełk gwałtownej walki spłoszył gawrony, ptaki zerwały się z gołych gałęzi, ołowiane lutowe niebo upstrzyła czarna i ruchliwa mozaika, przesycone rozmarzłą wilgocią powietrze wypełniło się krakaniem. Szczękiem i łomotem żelaza. Krzykiem.
Bito się krótko, ale zajadle. Kopyta zryły śniegową breję, skotłowały ją z błotem. Konie rżały i kwiczały cienko, ludzie wrzeszczeli. Jedni bojowo, drudzy z bólu. Zaczęło się raptownie, skończyło szybko.
– Hooo! Zachooodź! Zachoooooodź!
I jeszcze raz, ciszej, dalej. Echo tłukło się po lesie.
– Hooo! Hooooo!
Gawrony krakały, krążąc nad lasem. Tętent oddalał się pomału. Cichły krzyki.
Krew barwiła kałuże, wsiąkała w śnieg.

 

***
Ranny armiger usłyszał zbliżającego się jeźdźca, zaalarmował go chrap konia i brzęk uprzęży. Stęknął, spróbował się podnieść, nie zdołał, wysiłek wzmógł krwotok, spomiędzy płatów kirysu silniej zapulsował karminowy strumień, spływając po blasze. Ranny wparł się mocniej plecami w zwalony pień, dobył puginału. Świadom, jak licha jest to broń w ręku kogoś, kto nie może wstać, mając bok przebity włócznią i nogę wywichniętą przy upadku z konia.
Zbliżający się gniady źrebiec był inochodźcem, nietypowe stawianie nóg rzucało się w oczy od razu. Dosiadający gniadosza jeździec nie miał na piersi znaku Kielicha, nie był więc jednym z husytów, z którymi oddział armigera dopiero co stoczył walkę. Jeździec nie nosił zbroi. Ani broni. Wyglądał na zwykłego podróżnego. Ranny armiger wiedział jednak aż nadto dobrze, że teraz, w miesiącu lutym roku Pańskiego 1429, w rejonie Wzgórz Strzegomskich nie bywało podróżnych. W lutym roku 1429 po Wzgórzach Strzegomskich i Równinie Jaworskiej nie podróżował nikt.
Jeździec długo przyglądał mu się z wysokości siodła. Długo i w milczeniu.
– Krwawienie – odezwał się wreszcie – trzeba powstrzymać. Mogę to zrobić. Ale tylko wtedy, jeśli precz odrzucisz ten sztylet. Jeśli tego nie uczynisz, odjadę, a ty radź sobie sam. Decyduj.
– Nikt… – stęknął armiger. – Nikt nie da za mnie okupu… Żeby potem nie było, com nie uprzedzał…
– Rzucisz sztylet czy nie?
Armiger zaklął z cicha, cisnął puginał, machnąwszy mocno na odlew. Jeździec zsiadł z konia, odtroczył juki, ze skórzaną torbą w ręce uklęknął obok. Krótkim składanym nożem rozciął rzemyki, łączące oba płaty napierśnika z naplecznikiem. Zdjąwszy blachy, rozpruł i rozsunął przesiąknięty krwią aketon, zajrzał, pochylając się nisko.
– Nieładnie… – mruknął. – Oj, nieładnie to wygląda. Vulnus punctum, rana kłuta. Głęboka… Nałożę opatrunek, ale bez dalszej pomocy się nam nie obyć. Dowiozę cię pod Strzegom.
– Strzegom… oblężony… Husyci…
– Wiem. Nie ruszaj się.
– Ja ciebie… – wydyszał armiger. – Ja ciebie chyba znam…
– Mnie, wyobraź sobie, twoja gęba też się wydaje znajoma.
– Jestem Wilkosz Lindenau… Giermek rycerza Borschnitza, świeć, Panie, nad jego duszą… Turniej w Ziębicach… Wiodłem cię do wieży… Boś ty jest… Boś wszak jest Reinmar z Bielawy… Tak?
– Aha.
– Toś ty przecie… – Oczy armigera rozwarły się z przerażenia. – Chryste… Tyś jest…
– Przeklęty w domu i na dworze? Zgadza się. Teraz zaboli.
Armiger silnie zacisnął zęby. W samą porę.

 

***
Reynevan prowadził konia. Skulony w siodle Wilkosz Lindenau stękał i pojękiwał.
Za wzgórzem i lasem był gościniec, przy nim, niedaleko, osmalone ruiny, resztki do gruntu rozwalonych budynków, w których Reynevan z trudem rozpoznał niegdysiejszy karmel, klasztor zakonu Beatissimae Virginis Mariae de Monte Carmeli, służący niegdyś jako dom demerytów, miejsce odosobnienia i kary dla księży zdrożnych. A dalej był już Strzegom. Oblężony.
Oblegająca Strzegom armia była liczna, Reynevan z pierwszego rzutu oka oszacował ją na dobre pięć, sześć tysięcy ludzi, potwierdzały się zatem pogłoski, że Sierotki otrzymały posiłki z Moraw. W grudniu ubiegłego roku Jan Kralovec wiódł na śląską rejzę niecałe cztery tysiące zbrojnych, z proporcjonalną liczbą wozów bojowych i artylerii. Obecnie wozów było z pięćset, a co do artylerii, to akurat teraz właśnie wypadło jej się zaprezentować. Jakieś dziesięć bombard i moździerzy wypaliło z hukiem, zasnuwając dymem działobitnie i przedpole. Kamienne kule z gwizdem poleciały ku miastu, waląc w mury i budynki. Reynevan widział, w co trafiły pociski, wiedział, w co celowano. Ostrzałowi poddawano Wieżę Dziobową i basztę nad Bramą Świdnicką, główne bastiony obrony od południa i wschodu, jak również bogate kamienice w rynku i kościół farny. Jan Kralovec z Hradku był doświadczonym dowódcą, wiedział, komu dokuczać i czyj majątek niszczyć. O tym, jak długo miasto się broniło, decydowały zwykle nastroje wśród patrycjatu i kleru.
W zasadzie po salwie można było spodziewać się szturmu, ale nic nań nie wskazywało. Dyżurne oddziały prowadziły zza szańców ostrzał z kusz, hakownic i taraśnic, ale pozostałe Sierotki oddawały się lenistwu przy biwakowych ogniskach i kuchennych kotłach. Nie dało się obserwować żadnej wzmożonej aktywności również w okolicy namiotów sztabu, nad którymi powiewały niemrawo chorągwie z Kielichem i Pelikanem.
Reynevan poprowadził konia w kierunku sztabu właśnie. Mijane Sierotki obojętnie odprowadzały ich wzrokiem, nikt ich nie zatrzymał, nikt nie okrzyknął ani nie zapytał, kim są. Sierotki mogły poznać Reynevana, wielu go wszak znało. Mogło też im być wszystko jedno.
– Szyję mi tu utną… – zamamrotał z siodła Lindenau. – Na mieczach rozniosą… Heretyki… Husyty… Diabły…
– Nic ci nie zrobią – sam siebie przekonał Reynevan, widząc zbliżający się ku nim zbrojny w rohatyny i gizarmy patrol. – Ale dla pewności mów: „Czesi”. Vitáme vas, bratři!! Jestem Reinmar Bielawa, poznajecie? Medyk nam potrzebny! Felčar! Wołajcie, proszę, felczera!

 

***

 

     Reynevana, gdy się pojawił w sztabie, z miejsca uściskał i obcałował Brazda z Klinsztejna, po nim do potrząsania prawicą i klepania po plecach wzięli się Jan Kolda z Żampachu, bracia Matej i Jan Salavowie z Lipy, Piotr Polak, Wilem Jenik, inni, których nie znał. Jan Kralovec z Hradku, hejtman Sierotek i wódz wyprawy, żadnym nadmiernym emocjom upustu nie dał. I nie wyglądał na zaskoczonego.
– Reynevan – pozdrowił go dość chłodno. – Patrzcie, patrzcie. Powitać syna marnotrawnego. Wiedziałem, że do nas wrócisz.

 

***
– Czas będzie kończyć – rzekł Jan Kralovec z Hradku.
Oprowadzał Reynevana po liniach i stanowiskach. Byli sami. Kralovec chciał, by byli sami. Nie miał pewności, od kogo i z czym Reynevan przybywa, spodziewał się tajnych posłań przeznaczonych wyłącznie dla jego uszu. Dowiedziawszy się, że Reynevan niczyim wysłannikiem nie jest i żadnych posłań nie przynosi, spochmurniał.
– Czas będzie kończyć – powtórzył, wstępując na szaniec i sprawdzając dłonią temperaturę lufy bombardy, chłodzonej moczonymi surowymi skórami. Patrzył na mury i baszty Strzegomia. Reynevan wciąż oglądał się na ruiny zburzonego karmelu. Na miejsce, w którym – całą wieczność temu – po raz pierwszy spotkał Szarleja. Cała wieczność, pomyślał. Cztery lata.
– Czas kończyć – głos Kralovca wyrwał go z zamyślenia i wspomnień. – Czas najwyższy. Swoje zrobiliśmy. Wystarczyło nam grudnia i stycznia, by zdobyć i złupić Duszniki, Bystrzycę, Ziębice, Strzelin, Niemczę, cysterski klasztor w Henrykowie, do tego bezlik miasteczek i wiosek. Daliśmy Niemcom nauczkę, popamiętają nas. Ale już jest po Zapustach, już Popielec, psiakrew, dziewiąty dzień lutego. Wojujemy już grubo ponad dwa miesiące, i to zimowe miesiące! Przemaszerowaliśmy chyba ze czterdzieści mil. Wleczemy za sobą wozy ciężkie od łupu, pędzimy stada krów. A morale spada, ludzie pomęczeni. Oparła się nam Świdnica, pod którą leżeliśmy całe pięć dni. Powiem ci prawdę, Reynevan: nie mieliśmy sił na szturm. Grzmieliśmy z puszek, miotaliśmy ogień na dachy, straszyliśmy, a nuż się świdniczanie poddadzą albo choć rokować zechcą, wypalne zapłacić. Ale pan Kolditz nie uląkł się, a nam z niczym odejść stamtąd przyszło. Widno, Strzegom przykład wziął, bo też trzyma się dzielnie. A my znowu udajemy groźnych, straszymy, palimy z bombard, gonimy się po lasach z próbującymi nas szarpać wrocławskimi podjazdami. Ale powiem ci prawdę: przyjdzie i stąd z niczym odejść. Całkiem. Do domu. Bo czas. Jak uważasz?
– Nic nie uważam. Ty tu dowodzisz.
– Dowodzę, dowodzę – hejtman odwrócił się gwałtownie. – Wojskiem, którego morale leci na pysk. A ty, Reynevan, ramionami wzruszasz i nic nie uważasz. A co robisz? Ratujesz rannego Niemca. Papistę. Przywozisz, każesz leczyć naszemu felczerowi. Okazujesz miłosierdzie wrogowi? Na oczach wszystkich? Dorżnąć go było w lesie, cholera!
– Nie mówisz chyba poważnie.
– Kląłem się… – warknął przez zęby Kralovec. – Po Oławie… Przysiągłem sobie, że po Oławie żadnemu z nich nie okażę łaski. Żadnemu.
– Nie możemy przestać być ludźmi.
– Ludźmi? – Hejtmanowi Sierotek piana niemal wystąpiła na wargi. – Ludźmi? Czy ty wiesz, co się stało w Oławie? W noc przed świętym Antonim? Gdybyś tam był, gdybyś widział…
– Byłem tam. I widziałem.
– Byłem w Oławie – powtórzył Reynevan, bez emocji obserwując zaskoczoną minę hejtmana. – Trafiłem tam niecały tydzień po Trzech Królach, krótko po waszym odejściu. Byłem w mieście w niedzielę przed Antonim. I wszystko widziałem. Patrzyłem też na triumf, jaki potem z tytułu Oławy odświętował Wrocław.
Kralovec milczał przez chwilę, patrząc z szańca na dzwonnicę strzegomskiej fary, z której właśnie rozbrzmiewać jął dzwon, dźwięcznie i donośnie.
– Toś nie tylko w Oławie, ale i we Wrocławiu był – skonstatował fakt. – A teraz zjechałeś tu, pod Strzegom. Jak z jasnego nieba. Pojawiasz się, znikasz… Nie wiada skąd, nie wiada jak… Ludzie już gadać zaczynają, plotkować. Podejrzewać…
– Co podejrzewać?
– Daj pokój, nie unoś się. Ja ci ufam. Wiem, ważnego coś miałeś na głowie. Gdyś się wtedy z nami pod Wielisławiem żegnał, dwudziestego siódmego grudnia, na bitewnym polu, baczyliśmy, że ci pilno, bardzo pilno do jakichś ważnych spraw, ważnych niesłychanie. Załatwiłeś je?
– Niczego nie załatwiłem – nie ukrył goryczy Reynevan. – Jestem natomiast przeklęty. Przeklęty stojący, robiący i siedzący. Na górach i w dolinach.
– Jak niby?
– To długa historia.
– Uwielbiam takie.

 

***
Fakt, że coś niezwykłego dziać się dziś będzie w katedrze wrocławskiej, obwieścił zgromadzonym w świątyni wiernym podniecony gwar tych, co stali bliżej transeptu i chóru. Ci widzieli i słyszeli więcej niż pozostali, stłoczeni gęsto w nawie głównej i obu bocznych. Owi musieli początkowo zadowalać się domysłami. I gadką-plotką niesioną rosnącym, powtarzanym szeptem, obiegającym tłum niczym szelest liści na wietrze.
Wielki dzwon tumski zaczął bić, a bił głucho i powoli, złowrogo i ponuro, urywanie, serce dzwonu, słychać to było wyraźnie, uderzało w spiż tylko jednostronnie, na jeden bok. Elencza von Stietencron chwyciła dłoń Reynevana i ścisnęła silnie. Reynevan odwzajemnił uścisk.

 

     Exaudi Deus orationem meam
cum deprecor a timore inimici
eripe animam meam…

 

     Portal wiodący do zakrystii ozdobiony był reliefami przedstawiającymi męczeńską śmierć świętego Jana Chrzciciela, patrona katedry. Śpiewając, wychodziło stamtąd dwunastu prałatów, członków kapituły. Odziani w uroczyste komże, dzierżąc w dłoniach grube świece, prałaci stanęli przed ołtarzem głównym, twarzami ku nawie.
     Protexisti me a conventu malignantium
a multitudine operantium iniquitatem
quia exacuerunt ut gladium linguas suas
intenderunt arcum rem amaram
ut sagittent in occultis immaculatum…

 

     Pogwar tłumu urósł, nasilił się nagle. Bo na stopnie ołtarza wyszedł był własną osobą biskup wrocławski Konrad, Piast z linii książąt oleśnickich. Najwyższy kościelny dostojnik Śląska, namiestnik Miłościwego Pana Zygmunta Luksemburskiego, króla Węgier i Czech.
Biskup był w pełnej gali pontyfikalnej. W ozdobionej drogimi kamieniami infule na głowie, w dalmatyce wdzianej na tunicelę, z pektorałem na piersi i zakrzywionym jak precel pastorałem w ręce prezentował się naprawdę godnie. Otaczała go aura takiego dostojeństwa, że pomyślałbyś, nie biskup to byle wrocławski schodzi po stopniach ołtarza, ale arcybiskup, elektor, metropolita, kardynał, ba, sam papa rzymski. Ba, osoba godniejsza jeszcze i świątobliwsza niźli obecny papa rzymski. Dużo godniejsza i dużo świątobliwsza. Tak myślał niejeden z zebranych w katedrze. Sam biskup zresztą też tak myślał.
– Bracia i siostry – jego donośny i dźwięczny głos zelektryzował i uciszył tłum, zadudniwszy, zdawało się, aż pod wysokim sklepieniem. Ścichł, raz jeszcze uderzywszy, katedralny dzwon.
– Bracia i siostry! – Biskup wsparł się na pastorale. – Dobrzy chrześcijanie! Naucza Pan nasz, Jezus Chrystus, byśmy wybaczali grzeszącym ich winy, byśmy modlili się za nieprzyjacioły nasze. Dobra to i miłosierna nauka, chrześcijańska nauka, ale nie ku każdemu grzesznikowi może ona być obróconą. Są winy i grzechy, za które nie masz wybaczenia, nie masz miłosierdzia. Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi odpuszczone nie będzie. Neque in hoc saeculo neque in futuro, ani w tym wieku, ani w przyszłym.
Diakon podał mu zapaloną świecę. Biskup ujął ją w urękawiczoną dłoń.
– Reinmar rodem z Bielawy, syn Tomasza von Bielau, zgrzeszył przeciw Bogu w Trójcy Jedynemu. Zgrzeszył bluźnierstwem, świętokradztwem, czarostwem, odstępstwem od wiary, wreszcie zaś pospolitą zbrodnią.
Elencza, wciąż silnie ściskając rękę Reynevana, westchnęła mocno, spojrzała w górę, na jego twarz. I westchnęła ponownie, ciszej tym razem. Na twarzy Reynevana nie znać było żadnego wzruszenia. Jego twarz była martwa. Jak z kamienia. Miał taką twarz w Oławie, pomyślała z przerażeniem Elencza. W Oławie, w noc z szesnastego na siedemnasty stycznia.
– O takich jak Reinmar z Bielawy – głos biskupa ponownie wzbudził echa wśród kolumn i arkad świątyni – rzecze Pismo: Jeżeli uciekają od zgnilizny świata przez poznanie Pana i Zbawcy, a potem oddając się jej ponownie, zostają pokonani, to koniec ich jest gorszy od początków. Lepiej bowiem byłoby im nie znać drogi sprawiedliwości, aniżeli poznawszy ją, odwrócić się od podanego im świętego przykazania. Spełniło się na nich to, co zapisane: pies powrócił do tego, co sam zwymiotował, a świnia umyta… do kałuży błota.
– Do własnych rzygowin – jeszcze bardziej poniósł głos Konrad z Oleśnicy – i do kałuży błota powrócił zaprzaniec i heretyk Reinmar z Bielawy, rabuś, czarownik, kat dziewic, bluźnierca, bezcześciciel miejsc świętych, sodomita i bratobójca, winowajca licznych zbrodni, łotr, który ultimus diebus Decembris zdradziecko, ciosem w plecy, zamordował był dobrego i szlachetnego księcia Jana, pana na Ziębicach.
– Przeto w imię Boga Wszechmogącego, w imię Ojca, Syna i Świętego Ducha, w imię wszystkich Świętych Pańskich, mocą w nas położoną wykluczamy apostatę Reinmara z Bielawy ze wspólnoty Ciała i Krwi Pana naszego, odcinamy więź łączącą go z łonem Świętego Kościoła i wypędzamy go ze zgromadzenia wiernych.
W ciszy, jaka zapadła w nawach, dało się słyszeć jedynie sapania i oddechy. Czyjś tłumiony kaszel. I czyjąś czkawkę.
Anathema sit! Wyklęty jest Reinmar z Bielawy! Przeklęty niechaj będzie w domu i na dworze, przeklęty w życiu i w skonaniu, stojący, siedzący, robiący i chodzący, przeklęty w mieście, w siole i na roli, przeklęty na polach, w lasach, na łąkach i pastwiskach, na górach i w dolinach. Niemoc nieuleczalna, pestylencja, wrzód egipski, hemoroidy, świerzb i parchy niechaj padną na jego oczy, gardło, język, usta, szyję, piersi, płuca, uszy, nozdrza, ramiona, na jądra, na członek każdy od wierzchu głowy aż do stopy nożnej. Przeklęty niechaj będzie jego dom, jego stół i jego łoże, jego koń, jego pies, przeklęta niechaj będzie jego strawa i napitek, i wszystko, co posiada.
Elencza czuła łzę, zsuwającą się po policzku.
– Obwieszczamy Reinmara z Bielawy obłożonym anatemą wieczystą, ciśniętym w otchłań wraz z Lucyferem i upadłymi anioły. Liczymy go między po trzykroć przeklętych bez nadziei ni żadnej na wybaczenie. Niechaj lux, światłość jego, na zawsze, na wieki wieków zgaszona będzie, na znak, że wyklęty zgasnąć powinien w pamięci Kościoła i ludzi. Niechaj tak się stanie!
Fiat! Fiat! Fiat! – wyrzekli grobowymi głosy prałaci w białych komżach.
Wyciągnąwszy gromnicę przed siebie w wyprostowanej ręce, biskup szybko odwrócił ją płomieniem w dół i upuścił. Prałaci poszli w jego ślady, stukot rzucanych na posadzkę świec zmieszał się ze swądem gorącego wosku i kopcia gasnących knotów. Wielki dzwon uderzył. Trzy razy. I zamilkł. Echo długo kołatało się i cichło pod sklepieniem.
Śmierdział wosk i kopeć, śmierdziała, parując, mokra i długo nie zmieniana odzież. Ktoś kasłał, ktoś czkał. Elencza przełykała łzy.

 

***
Dzwon u pobliskiej Marii Magdaleny podwójnym pulsatio obwieścił nonę. Dalszym echem zawtórowała odrobinę tylko spóźniona Święta Elżbieta. Za oknem ulica Szewska rozbrzmiewała zgiełkiem i turkotem kół.
Kanonik Otto Beess oderwał oczy od obrazu przedstawiającego męczeństwo świętego Bartłomieja, jedynej, prócz półki z lichtarzami i krucyfiksem, dekoracji surowych ścian izby.
– Bardzo ryzykujesz, chłopcze – powiedział. Były to pierwsze sowa, jakie wyrzekł od chwili, gdy otworzył drzwi i zobaczył, kto w nich stoi. – Bardzo ryzykujesz, pokazując się we Wrocławiu. W mojej opinii to już nawet nie jest ryzyko. To zuchwałe wariactwo.
– Wierz mi, wielebny ojcze – spuścił oczy Reynevan. – Nie zjawiłbym się tu, nie mając powodów.
– Których się domyślam.
– Ojcze…
Otto Beess pacnął dłonią w stół, szybkim uniesieniem drugiej ręki nakazał mu milczenie. Sam też milczał długo.
– Tak między nami – powiedział wreszcie – osobnik, którego cztery lata temu, po zamordowaniu Peterlina, za moją sprawą wydobyłeś od strzegomskich karmelitów… Jak on ci się kazał zwać?
– Szarlejem.
– Szarlejem, ha. Wciąż masz z nim kontakt?
– Ostatnio nie. Ale w ogóle tak.
– Jeśli więc w ogóle spotkasz tego… Szarleja, przekaż mu, że mam z nim na pieńku. Zawiódł mnie bardzo. Diabli wzięli rozsądek i spryt, jakimi niegdyś słynął. Miast na Węgry, jak powinien, wywiózł cię do Czech, wciągnął do husytów…
– Nie wciągał. Sam przystałem do utrakwistów. Z własnej ochoty i z własnej decyzji, poprzedzonej długim rzeczy rozważaniem. I pewien jestem, że postąpiłem słusznie. Prawda jest po naszej stronie. Mniemam…
Kanonik ponownie podniósł dłoń, nakazując mu zamilknąć. Nie interesowało go, co Reynevan mniema. Wyraz jego twarzy wątpliwości w tym względzie nie zostawiał żadnych.
– Jakem rzekł, domyślam się powodów, które przywiodły cię do Wrocławia – powiedział wreszcie, podnosząc wzrok. – Domyśliłem się ich bez trudu, powody te są na ustach wszystkich, nikt nie mówi o niczym innym. Twoi nowi współwyznawcy i bracia w wierze, twoi konfratrzy w walce o prawdę, twoi druhowie i kompani już od dwóch miesięcy pustoszą ziemię kłodzką i Śląsk. Od dwóch miesięcy w ramach walki o wiarę i prawdę twoi bracia, Sierotki Kralovca, mordują, palą i rabują. Puścili z dymem Ziębice, Strzelin, Oławę i Niemczę, do cna ograbili klasztor henrykowski, splądrowali i spustoszyli pół Nadodrza. Teraz, jak niesie wieść, oblegają Świdnicę. A ty znienacka zjawiasz się we Wrocławiu.
– Ojcze…
– Milcz. Spójrz mi w oczy. Jeśli przybyłeś tu jako husycki szpieg, dywersant lub emisariusz, opuść mój dom natychmiast. Utaj się gdzie indziej. Nie pod moim dachem.
– Zabolały mnie – Reynevan wytrzymał spojrzenie – twe słowa, wielebny ojcze. I posądzenie, że zdolny byłbym do podobnej niegodziwości. Myśl, że mógłbym wystawić cię na ryzyko i szwank…
– Wystawiłeś mnie na szwank, przychodząc tutaj. Dom może być obserwowany.
– Byłem ostrożny. Potrafię…
– Wiem, że potrafisz – przerwał mu dość ostro kanonik. – I co potrafisz. Wieści krążą i rozchodzą się szybko. Patrz mi w oczy. I gadaj wprost: jesteś tu jako szpieg czy nie?
– Nie.
– Więc?
– Potrzebuję pomocy.
Otto Beess uniósł głowę, spojrzał na ścianę, na obraz, na którym poganie za pomocą wielgaśnych obcęgów zdzierali skórę ze świętego Bartłomieja. Potem znowu utkwił wzrok w oczach Reynevana.
– Oj, potrzebujesz – potwierdził poważnie. – Bardzo potrzebujesz. Bardziej niż myślisz. Nie tylko na tym świecie. Na tamtym również. Przebrałeś miarę, synu. Przebrałeś miarę. U boku twych nowych kompanów i braci w nowej wierze stawałeś tak gorliwie, że zrobiłeś się sławny. Zwłaszcza po grudniu łońskiego roku, po bitwie pod Wielisławiem. Skończyło się tak, jak musiało się skończyć. Teraz, jeśli wolno doradzić, módl się, kajaj i pokutuj. Głowę popiołem posypuj, a obficie. Inaczej ze zbawieniem duszy masz przesrane. Wiesz, o czym mówię?
– Wiem. Byłem przy tym.
– Byłeś? W katedrze?
– Byłem.
Kanonik milczał czas jakiś, bębniąc palcami po blacie.
– Wiele bywasz – powiedział wreszcie. – Boję się, czy nie nadto wiele. Ja na twoim miejscu ograniczyłbym to bywanie. Wracając ad rem: z dniem dwudziestym trzecim stycznia, od niedzieli Septuagesimae, znalazłeś się poza Kościołem. Wiem, wiem, co na to powiesz, husyto. Że to nasz Kościół jest zły i odstępczy, a twój prawy i prawdziwy. I że na anatemę bimbasz. Bimbaj, twoja wola. Nie miejsce zresztą i nie czas na dysputę teologiczną. Nie przyszedłeś tu, domyśliłem się już, szukać pomocy w kwestii zbawienia. Idzie ci z pewnością o rzeczy bardziej świeckie i powszednie, bardziej o profanum aniżeli o sacrum. Mów więc. Opowiadaj. Zwierzaj się z bolączek. A że przed nieszporami muszę być na Ostrowiu Tumskim, opowiadaj, streszczając się. W miarę możliwości.
Reynevan westchnął. I opowiedział. Streszczając się. W miarę możliwości. Kanonik wysłuchał. Wysłuchawszy, westchnął. Ciężko.
– Oj, chłopcze, chłopcze – wyrzekł, kiwając głową. – Stajesz się diablo mało oryginalny. Co problem u ciebie, to z tej samej beczki. Każdy twój kłopot jest, że się uczenie wyrażę, feminini generis.

 

***
Ziemia drżała od uderzeń kopyt. Tabun cwałem szedł przez pole, jak w kalejdoskopie migały w przelocie lśniące boki i zady, gniade, kare, siwe, bułane, jabłkowite i kasztanowate. Powiewały ogony i bujne grzywy, para biła z nozdrzy. Dzierżka de Wirsing wsparła się oburącz na łęku siodła, patrzyła, w jej oczach były radość i szczęście, pomyślałbyś, nie koniarka patrzy na swe źrebce i klaczki, lecz matka na swe dzieci.
– Wychodzi, Reynevan – odwróciła się wreszcie, wróciła do tematu – że każda twoja zgryzota z jednej i tej samej beczki. Każdy twój kłopot, wychodzi, nosi kieckę i warkocz.
Poderwała siwka do kłusa, podążyła za tabunem. Pospieszył za nią. Jego koń, zgrabny gniady ogierek, był inochodźcem, Reynevan nie do końca jeszcze oswoił się z nietypowym rytmem jego biegu. Dzierżka pozwoliła, by się z nią zrównał.
– Nie potrafię ci pomóc – wyrzekła z mocą. – Jedyne, co mogę dla ciebie uczynić, to podarować źrebca, na którym siedzisz. Dodając doń moje błogosławieństwo. I przypięty do uzdy medalik ze świętym Eligiuszem, patronem koniarzy. To dobry wierzchowiec. Silny i wytrzymały. Nada ci się. Bierz ode mnie w darze. W wielkiej podzięce za Elenczę. Za to, coś dla niej uczynił.
– Spłaciłem tylko dług. Za to, co ona zrobiła kiedyś dla mnie. A za konia dzięki.
– Prócz konia, wspomóc cię mogę jedynie radą. Wracaj do Wrocławia, odwiedź kanonika Ottona Beessa. A może już go odwiedziłeś? Będąc we Wrocławiu z Elenczą?
– Kanonik Otto jest w niełasce u biskupa. Zdaje się, że z mojego powodu właśnie. Może żywić urazę, może wcale nie ucieszyć się z moich odwiedzin. Które mogą mu zaszkodzić…
– Troskliwyś! – Dzierżka wyprostowała się w siodle. – Twoje odwiedziny zawsze szkodą grożą. Jadąc tu do mnie, do Skałki, nie pomyślałeś o tym?
– Pomyślałem. Ale szło o Elenczę. Lękałem się puścić ją samą. Chciałem odwieźć bezpiecznie…
– Wiem. Nie jestem krzywa, żeś przyjechał. Ale pomóc nie mogę. Bo się boję.
Odsunęła soboli kołpak na tył głowy, przetarła twarz dłonią.
– Nastraszyli mnie – powiedziała, patrząc w bok. – Nastraszyli jak cholera. Wtedy, w dwudziestym piątym, we wrześniu, pod Frankensteinem, u Grochowej Góry. Pamiętasz, co tam było? Spietrałam się wtedy tak, że… Szkoda gadać. Reynevan, ja nie chcę umierać. Nie chcę skończyć jak Neumarkt, Throst i Pfefferkorn, jak później Ratgeb, Czajka i Poschman. Jak Cluger, spalony w domu razem z żoną i dziećmi. Zaprzestałam handlu z Czechami. Nie gadam o polityce. Dałam duży datek na wrocławską katedrę. I drugi, nie mniejszy, na biskupią krucjatę na husytów. Będzie mus, dam jeszcze więcej. Wolę to, niż zobaczyć w nocy ogień nad strzechą. I Czarnych Jeźdźców na podwórzu. Chcę żyć. Zwłaszcza teraz, kiedy…
Urwała, w zamyśleniu skręcała i mięła w dłoni rzemień wodzy.
– Elencza… – dokończyła, odwracając wzrok. – Jeśli zechce, odejdzie. Nie będę jej zatrzymywać. Ale jeśli miałaby życzenie pozostać tu, w Skałce… Pozostać na… Na długo… To nie będę miała nic przeciw.
– Zatrzymaj ją tu. Nie pozwól, by znowu poszła dokądś jako ochotniczka. Dziewczyna ma serce i powołanie, ale szpitale… Szpitale przestały być ostatnio bezpieczne. Zatrzymaj ją w Skałce, pani Dzierżko.
– Postaram się. Co zaś się tyczy ciebie…
Dzierżka obróciła konia, podprowadziła go, stając z Reynevanem strzemię w strzemię.
– Ty, krewniaku, jesteś tu miłym gościem. Zajeżdżaj, kiedykolwiek zechcesz. Ale, na świętego Eligiusza, miejżeż trochę przyzwoitości. Miejżeż dla tej dziewczyny wzgląd, choć trochę serca. Nie dręcz jej.
– Słucham?
– Nie wypłakuj się przed Elenczą o twojej miłości do innej – głos Dzierżki de Wirsing nabrał twardych nut. – Nie zwierzaj się jej z miłości do innej. Nie opowiadaj, jak wielka to miłość. I nie każ jej współczuć ci z tego tytułu. Nie każ jej cierpieć.
– Nie rozu…
– Rozumiesz, rozumiesz.

 

***
– Masz rację, ojcze – przyznał gorzko Reynevan. – Faktycznie, co problem, to rodzaju żeńskiego. I mnożą mi się te problemy, iście grzyby po deszczu… Największym jest jednak w tej chwili Jutta. A jestem w kropce. Kompletnie nie wiem, co robić…
– No to jest nas dwu – oświadczył poważnie kanonik Otto Beess. – Bo ja też nie wiem. Nie przerywałem, gdy snułeś opowieść, choć miejscami brzmiała jak pieśń trubadura, tyleż samo bowiem zawierała iście fantastycznych niemożebności. Nie mogę zwłaszcza wyobrazić sobie inkwizytora Grzegorza Hejnczego w roli porywacza panien. Hejncze ma własny wywiad i kontrwywiad, ma sieć agentów, wiadomo też, że od dawna usiłuje infiltrować husytów, a w metodach nie przebiera. Ale porwanie dziewczyny? Nijak jakoś nie trafia mi to do przekonania. Ale cóż, wszystko jest możliwe.
– To – mruknął Reynevan – akurat prawda.
Kanonik utkwił w nim oczy, nic nie powiedział. Bębnił palcami po blacie.
– Dziś jest Purificatio – rzekł wreszcie. – Drugi dzień lutego. Od bitwy pod Wielisławiem minęło pięć tygodni. Wnoszę, przez cały ten czas przebywałeś na Śląsku. Gdzieś był? Klasztor w Białym Kościele odwiedziłeś może?
– Nie. Miałem z początku taki zamiar… Opatka była magiczką, magia mogła pomóc w poszukiwaniach Jutty. Ale nie pojechałem tam. Wtedy… Wtedy ściągnąłem na nie zagrożenie, na Juttę i na mniszki, na cały klasztor, omal nie stałem się przyczyną zguby. Nadto…
– Nadto – dokończył zimno kanonik – bałeś się spojrzeć opatce w oczy krótko po tym, jak utrupiłeś jej rodzonego brata. A ze sprowadzonym na klasztor nieszczęściem masz rację, a jakże. Grellenort nie zapomniał. Biskup rozwiązał konwent, klaryski rozseparowano po różnych klasztorach, opatkę wysłano na pokutę. I tak miała szczęście. Siostrzeństwo Wolnego Ducha, begiński Trzeci Kościół, kataryzm, magia… Za to idzie się na stos. Biskup kazałby ją spalić jak dwa a dwa cztery, okiem nie mrugnąwszy. Nijak mu jednak było sądzić za herezję i czary, a potem publicznie tracić rodzoną siostrę księcia Jana Ziębickiego, którego w tym samym czasie kreował już na męczennika walki za wiarę, za którego duszę nakazał msze odprawiać i we dzwony bić jak Śląsk długi i szeroki. Opatce upiekło się więc, skończyło na pokucie. Była magiczką, mówisz? O tobie też mówią, żeś czarownik. Że się na czarach rozumiesz, z guślarzami i monstrami zadajesz. Czemu u nich tedy nie szukasz pomocy?
– Szukałem.

 

***
Wieś Grauweide nie była spalona, ocalała. Cało wyszła też położona pół mili dalej osada Mieczniki. To dobrze rokowało, napawało optymizmem. Tym większe i bardziej bolesne było rozczarowanie.
Z klasztornej wsi Gdziemierz nie pozostało niemal nic, wrażenie nicości i pustki potęgował śnieg, grubą warstwą zalegający pogorzelisko, śnieg, z którego jaskrawej białości rzadko sterczały czarne zwęglone słupy, belki i osmalone kominy. Niewiele więcej ostało się po położonym na skraju wsi zajeździe pod „Pod Srebrnym Dzwonkiem”. W miejscu, gdzie stał, spod śniegu wyglądała bezładna sterta opalonych belek, krokwi i kalenic, wspierająca się na resztkach murowanej konstrukcji i gruzowisku poczerniałych cegieł.
Reynevan objechał ruinę dookoła, przyjrzał się zgliszczom, wciąż budzącym miłe wspomnienia sprzed roku, z zimy przełomu lat 1427 i 1428. Koń stąpał ostrożnie po zjeżonym upalonym drewnem śniegu, przestępował nad belkami, wysoko unosząc kopyta.
Nad resztką muru wznosiła się smużka siwego dymu, idealnie niemal pionowa w mroźnym powietrzu.
Słysząc chrap konia i skrzyp śniegu, klęczący przy małym ogieńku brodaty włóczęga podniósł głowę, odsunął nieco sięgającą brwi futrzaną czapę. I wrócił do poprzedniego zajęcia, którym było dmuchanie w osłaniany połą szuby żar. Opodal, pod murem, stał osmolony garnek, obok spoczywały dudy, worek i zaopatrzona w rzemienie skrzynka.
– Pochwalony – pozdrowił Reynevan. – Stąd jesteś? Z Gdziemierza?
Włóczęga uniósł oko, po czym wrócił do dmuchania.
– Ludzie tutejsi, dokąd wywędrowali? Wiesz może? Karczmarz, Marcin Prahl, z żoną? Nie wiesz przypadkiem? Nie słyszałeś?
Włóczęga, jak dało się wnioskować z reakcji, albo nie wiedział, albo nie słyszał, albo olewał Reynevana i jego pytania. Albo był głuchy. Reynevan pogrzebał w kalecie, zastanawiając się, o ile może uszczuplić swój skromny stan posiadania. Kątem oka złowił ruch.
Obok, pod przysadzistym kikutem obwieszonego soplami drzewa, siedziało dziecko. Dziewczynka, najwyżej dziesięcioletnia, czarna i chuda jak mała zabiedzona wronka. Oczy, które w niego wpijała, też były wronie: czarne i szkliście nieruchome. Włóczęga dmuchnął w żar, zamruczał, uniósł się, wyciągnął rękę, coś wymamrotał. Ogień z trzaskiem wystrzelił z kupki chrustu. Wronka dała wyraz radości. Dziwnym, świszczącym, zupełnie nieludzkim dźwiękiem.
– Jon Malevolt – powiedział głośno, wolno i wyraźnie Reynevan, zaczynając pojmować, kogo ma przed sobą. – Mamun Jon Malevolt. Nie wiesz, gdzie mógłbym go znaleźć? Mam do niego sprawę, sprawę życia i śmierci… Znam go. Jestem jego druhem.
Włóczęga umieścił garnek na ustawionych przy ogniu kamieniach. I podniósł głowę. Patrzył na Reynevana tak, jak gdyby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jego obecności. Oczy miał przenikliwe. Wilcze.
– Gdzieś w tych lasach – ciągnął wolno Reynevan – mają siedzibę dwie… Dwie panie. Znające, hmm… Znające Arkana. Jestem znajomym tych pań, ale nie wiem drogi. Zechciałbyś mi ją wskazać?
Włóczęga patrzył na niego. Wilczo.
– Nie – powiedział wreszcie.
– Co, nie? Nie wiesz? Nie znasz? Czy nie chcesz?
– Nie to nie – powiedziała Wronka. Z wysoka, ze szczytu muru. Reynevan nie miał pojęcia, jak się tam znalazła, jakim cudem mogła się tam dostać, i to niezauważenie, spod drzewa, gdzie dopiero co siedziała.
– Nie to nie – powtórzyła świszcząco, kuląc głowę w chude ramionka. Rozwichrzone włosy spadły jej na policzki.
– Nie to nie – potwierdził, poprawiwszy czapę, włóczęga.
– Dlaczego?
– Dlatego. – Włóczęga szerokim gestem wskazał na zgliszcza. – Dlatego, że rozszaleliście się w zbrodni. Że ogień i śmierć przed wami, a po was pogorzeliska i trupy. I ośmielacie się pytania stawiać? Wskazówek prosić? O drogę rozpytywać? Druhami się zwać?
– Druhami się zwać? – powtórzyła jak echo Wronka.
– Co z tego – włóczęga nie spuszczał z Reynevana wilczego spojrzenia. – Co z tego, żeś był wtedy, jako jeden z nas, na Grochowej Górze? To było kiedyś. Dziś ty, dziś wy wszyscy zbrodnią i krwią zarażeniście jak morem. Nie nieście nam waszych chorób, trzymajcie się z dala. Idź sobie stąd, człowieku. Idź sobie.
– Idź sobie – powtórzyła Wronka. – Nie chcemy cię tu.

 

***
– Co było potem? Dokąd trafiłeś?
– Do Oławy.
– Do Oławy? – kanonik raptownie uniósł głowę. – Nie mów mi tylko, że byłeś tam…
– W niedzielę przed Antonim? A jakże. Byłem.
Otto Beess milczał długo.

 

***
– Ten Polak, Łukasz Bożyczko – powiedział kanonik – to następna zagadkowa kwestia w twojej opowieści. Widziałem go przy inkwizytorze raz, może dwa razy. Wisiał Grzegorzowi Hejnczemu u poły, dreptał za nim jak pacholik. Wrażenia nie zrobił. Powiem tak: wszechwładną szarą eminencję przypomina w równym stopniu, co nasz biskup Konrad pobożnego i cnotliwego ascetę. Wygląda, jak gdyby do trzech z trudnością zliczał. A gdybym chciał namalować nic, jego wziąłbym, by mi pozował.
– Boję się – odrzekł poważnie Reynevan – że jego wygląd to mylący pozór. Boję się tego ze względu na Juttę.
– W pozór mogę uwierzyć – kiwnął głową Otto Beess. – Ostatnimi czasy ładnych kilka rozwiało się na mych oczach. Wprawiając wręcz w osłupienie tym, co ujrzałem po rozwianiu. Ale pozór to jedno, hierarchia kościelna drugie. Ani ów Bożyczko, ani inny totumfacki nie zrobiłby ani nie przedsięwziął niczego na własną rękę, za plecami inkwizytora i bez jego wiedzy. Ergo, rozkaz uprowadzenia i uwięzienia Jutty Apoldówny musiał wydać Hejncze. A tego żadną miarą wyobrazić sobie nie mogę. Zupełnie nie pasuje mi to do mojej wiedzy o tym człowieku.
– Ludzie się zmieniają – zagryzł wargi Reynevan. – Również na moich oczach rozwiewały się ostatnio pozory. Wiem, że wszystko jest możliwe. Wszystko może się zdarzyć. Nawet to, co wyobrazić sobie trudno.
– Co prawda, to prawda – westchnął kanonik. – Wielu rzeczy, które się w ostatnich latach zdarzyły, też wcześniej nijak wyobrazić sobie nie mogłem. Mógł-że ktokolwiek przypuścić, że ja, prepozyt kapituły katedralnej, miast awansować na infułata, na sufragana diecezji, ba, może nawet na tytularnego biskupa in partibus infidelium, zostanę zdegradowany do rangi kolegiackiego kantora? I to za sprawą synowca mego najlepszego druha, nieodżałowanego Henryka Bielawy?
– Ojcze…
– Milcz, milcz – kanonik lekceważąco machnął ręką. – Nie kajaj się, nie zawiniłeś. Nawet gdybym wtedy przewidział, czym to się skończy, pomógłbym ci i tak. Pomógłbym ci i dziś, teraz, gdy za kontakt z tobą, husyto zatracony, grożą konsekwencje stokroć sroższe niż biskupia niełaska. Ale pomóc ci nie jestem w stanie. Nie mam władzy. Nie mam informacji, władza bowiem i dostęp do informacji są nieodłączne. Nie mam informatorów. Tych wiernych i godnych zaufania znajdywano zasztyletowanych w zaułkach. Pozostali, w tym słudzy, miast donosić mi, donoszą na mnie. Choćby ojciec Felicjan… Pamiętasz ojca Felicjana, zwanego Weszką? To on obszczekał mnie przed biskupem. I obszczekuje nadal. Biskup pomaga mu za to piąć się po szczeblach, nie wiedząc, że ten sukinsyn… Ha! Reynevan!
– Słucham?
– Coś mi przyszło do głowy. W związku z Felicjanem właśnie. Względem twojej Jutty… Byłby otóż może pewien sposób… Może nie najlepszy, ale innego rozwiązania głowa mi jakoś chwilowo nie podsuwa… Rzecz wymaga jednak czasu. Kilku dni. Możesz zostać we Wrocławiu kilka dni?
– Mogę.

 

***
Na szyldzie nad wejściem do łaźni widnieli święci Kosma i Damian, patroni cyrulików, pierwszy wyobrażony z puzderkiem balsamu, drugi z flakonem leczącego eliksiru. Artysta nie pożałował na świętych bliźniaków farby ni pozłotki, dzięki czemu szyld przyciągał wzrok, żywością barw wabił oko nawet z oddali. Cyrulikowi sowicie opłaciły się wydane na artystę pieniądze: choć na ulicy Młyńskiej łaźni było kilka i klienci mieli wybór, „Pod Kosmą i Damianem” zwykle było pełno. Reynevan, którego barwny szyld przyciągnął tu już przed dwoma dniami, musiał, chcąc uniknąć tłoku, zamówić wizytę z wyprzedzeniem.
W łaźni, ze względu pewnie na wczesną porę, rzeczywiście tłoku nie było, w zzuwalni stały ledwie trzy pary ciżm i wisiały trzy komplety odzieży, strzeżone przez siwego staruszka. Staruszek był cherlawy i zasuszony, minę miał jednak taką, że i Cerber tartarejski by się nie powstydził, Reynevan bez lęku pozostawił więc w jego pieczy także swoją garderobę i dostatki.
– Ząbki nie dokuczają? – z pełnym nadziei uśmiechem zatarł ręce golibroda. – Może coś wyrwiemy?
– Nie, dziękuję. – Reynevan wzdrygnął się lekko na widok kleszczy, w różnych rozmiarach dekorujących ściany balwierni. Kleszczom towarzyszyła nie mniej imponująca kolekcja brzytew, nożyc, nożyków i noży.
– Ale krew puścimy? – nie tracił nadziei balwierz. – Bo jakże nie puścić?
– Mamy luty – Reynevan spojrzał na cyrulika z wyższością. Już podczas pierwszej wizyty zasygnalizował, że z medycyną łączy go co nieco, wiedział z doświadczenia, że w łaźniach medyków obsługiwano lepiej.
– Zimą – dodał – nie powinno się upuszczać. Nadto, księżyc jest w nowiu. To też nie najlepiej rokuje.
– Skoro tak… – balwierz podrapał się w potylicę. – Tedy jeno golenie?
– Wpierw kąpiel.
Izbę kąpielową Reynevan miał, jak się okazało, do wyłącznej dyspozycji, pozostali klienci korzystali widać z cieplicy, z pary i brzozowych rózeg. Krzątający się koło kadzi Bademeister, łaziebnik, na widok klienta odsunął ciężką pokrywę z dębowych desek. Reynevan bez ceregieli wlazł do kadzi, przeciągnął się z rozkoszą, zanurzył po szyję. Bademeister częściowo zasunął pokrywę, by woda nie stygła.
– Traktaty medyczne – odezwał się cyrulik, wciąż obecny w izbie – mam na sprzedaż. Niedrogo. De urinis, przez Aegidiusa Carbolienusa. Zygmunta Albika Regimen sanitatis
– Dziękuję. Chwilowo ograniczam wydatki.
– Skoro tak… Tedy jeno golenie?
– Po kąpieli. Zawezwę waści.
Ciepła kąpiel rozleniwiła Reynevana i uśpiła, zadrzemał, nie wiedząc kiedy. Obudził go ostry zapach mydła, dotyk pędzla i piany na policzkach. Poczuł skrobnięcie brzytwy, jedno, drugie, trzecie. Stojący za nim golarz odchylił mu głowę do tyłu, skrobnął po szyi i jabłku Adama, przy kolejnym, dość energicznym ruchu brzytwa boleśnie zawadziła o podbródek. Reynevan zaklął przez zęby.
– Czyżbym zaciął? – usłyszał zza pleców. – Upraszam indulgencji. Mea culpa. To przez niedostatek wprawy. Dimitte nobis debita nostra.
Reynevan znał ten głos. I polski akcent.
Zanim zdążył uczynić cokolwiek, Łukasz Bożyczko naparł na dębową pokrywę kadzi, przesunął ją tak, że przydusiła Reynevana do klepek, mocno przygniatając pierś.
– Zaprawdę – powiedział wysłannik Inkwizycji – jesteś jak majeranek, Reinmarze z Bielawy. Pojawiasz się we wszystkich potrawach i daniach. Zachowaj spokój i pacjencję.
Reynevan zachował spokój i pacjencję. Bardzo pomogła mu w tym ciężka pokrywa, skutecznie więżąca go w kadzi. I widok brzytwy, którą Łukasz Bożyczko wciąż trzymał w dłoni. Wiercąc go przy tym spojrzeniem.
– W grudniu, pod Ziębicami – Bożyczko złożył brzytwę – wydaliśmy ci, przypominam, polecenie. Zobowiązaliśmy, byś wrócił do Sierotek i czekał na dalsze rozkazy. Jeżeli w sposób kategoryczny nie zabroniliśmy ci różnych aktywności, w tym śledztw, poszukiwań i tropień, to tylko dlatego, że mieliśmy cię za rozumnego. Rozumny pojąłby, że takie aktywności nie mają sensu i szans, że poszukiwania nie przyniosą najmniejszego rezultatu. Że jeżeli życzeniem naszym jest, by coś było ukryte, to to będzie ukryte i ukrytym pozostanie. In saecula saeculorum.
Reynevan wytarł podanym ręcznikiem piekącą twarz i mokre czoło. Odetchnął mocno, zbierając odwagę.
– Jakie mam gwarancje – warknął – że Jutta w ogóle jeszcze żyje? Że na wieki wieków nie ukryliście jej na dnie jakiejś fosy? Ja wam też coś przypomnę: w grudniu, pod Ziębicami, na nic się nie zgodziłem, niczego wam nie przyrzekłem. Nie obiecałem, że nie będę poszukiwał Jutty, a to z prostej przyczyny: bo będę. I nie zgodziłem się na współpracę z wami. Z podobnie prostej przyczyny: bo się nie zgadzam.
Łukasz Bożyczko patrzył na niego przez chwilę.
– Obłożyli cię klątwą – powiedział wreszcie, dość obojętnie. – Wystawili significavit, obiecali nagrodę za żywego lub martwego. Jeśli będziesz szwendał się po Śląsku i poszukiwał wiatru w polu, zabije cię pierwszy, kto cię rozpozna. A najpewniej dopadnie cię i załatwi Birkart Grellenort, czarownik, który wciąż na ciebie dybie. A choćbyś i uchronił głowę, zważ, że dla nas jesteś atrakcyjny jako husyta, jako ktoś będący blisko dowódców Sierotek i Taboru. Jako dochodząca prywaty i wiodąca jakieś prywatne śledztwo osoba prywatna będziesz dla nas nikim. Atrakcyjność utracisz. Zwyczajnie skreślimy cię z listy. A wtedy twej Jutty nie zobaczysz już nigdy. Masz wóz albo przewóz: albo współpraca, albo o dziewczynie zapomnij.
– Zabijecie ją.
– Nie – Bożyczko nie spuszczał z niego wzroku. – Nie zabijemy. Zwrócimy rodzicom, zgodnie z danym im przyrzeczeniem. Stosownie do zawartego układu, zgodnie z którym czasowo przetrzymujemy pannę w izolacji. Gdy zaś afera ucichnie i cała rzecz przyschnie, oddamy ją i pozwolimy, by rodzice zrobili z nią to, na co wreszcie się zdecydują. A mają dylemat, mają nad czym myśleć. Córka uwiedziona przez obłożonego klątwą heretyka, opętana i zadurzona, do tego zamieszana w działalność kacerskiej sekty Sióstr Wolnego Ducha… Państwo cześnikostwo Apoldowie wahają się więc pomiędzy wydaniem zdrożnej latorośli za mąż a zamknięciem jej w klasztorze, przy czym już ustalili, że klasztor winien być jak najodleglejszy, a ewentualny małżonek z jak najdalszych stron. Dla ciebie, Reynevan, w sumie nieważne, na co się zdecydują. W obu wypadkach małe masz szanse, by twą Juttę ujrzeć. A na to, by z nią być, nie masz żadnych.
– A jeśli będę wam posłuszny, to co? Wbrew danej rodzicom obietnicy zwrócicie ją mnie?
– Tyś powiedział. I jakbyś zgadł.
– Dobra. Co mam zrobić?
– Alleluja – uniósł ręce Bożyczko. – Laetentur caeli, niech się cieszy niebo i raduje ziemia. Zaprawdę, drogi Pańskie są proste, sprawiedliwi kroczą nimi śmiało i szybko do celu. Witaj na prostej drodze, Reinmarze.
– Co mam zrobić?
Łukasz Bożyczko spoważniał. Milczał czas jakiś, gryząc i oblizując wargi.
– Twoi czescy przyjaciele, Sierotki – powiedział wreszcie – do przedwczoraj, do Purificatio, leżeli pod Świdnicą. Nic tam nie wskórawszy, poszli na Strzegom, oblegli miasto. Dość, dość już dokuczyli ci niszczycielscy Myrmidonowie pięknej śląskiej krainie. Na początek pojedziesz więc pod Strzegom. Przekonasz Kralovca, by przerwał oblężenie i poszedł sobie. Do domu, do Czech.
– Jak mam tego dokonać? W jaki sposób?
– Taki, jaki zwykle – uśmiechnął się wysłannik Inkwizycji. – Wszak potrafisz wpływać na losy i wypadki. Masz talent do zmieniania historii, kierowania jej biegu w zupełnie nowe koleiny. Dałeś tego dowód całkiem niedawno, pod Starym Wielisławiem. Definitywnie pozbawiłeś Śląsk Piasta, a księstwo ziębickie piastowskiej sukcesji. Jan Ziębicki nie miał męskich potomków, z jego śmiercią księstwo popada w bezpośrednie władanie Korony Czeskiej. Czy historia ci za to podziękuje, okaże się. Za kilkaset lat. Jedź pod Strzegom.
– Pojadę.
– I zaniechasz wariackich poszukiwań?
– Aha.
– Śledzenia i śledztw?
– Aha.
– Wiesz, co? Nie bardzo ci wierzę.
Nim Reynevan zdążył okiem choćby mrugnąć, Łukasz Bożyczko chwycił go za przegub, z mocą wykręcił rękę. W jego dłoni błysnęła otwierana brzytwa. Reynevan targnął się, ale dębowa pokrywa więziła go nadal, a chwyt miał Bożyczko żelazny.
– Nie bardzo ci wierzę – wycedził, przysuwając nogą miedzianą miednicę. – Upuszczę ci więc na początek nieco krwi. By poprawić zdrowie i charakter. Zwłaszcza charakter. Rządzą tobą bowiem, jak konstatuję, humory, na przemian melancolia i cholera, a te wszak biorą się z wilgotności, z zielonych i czarnych wydzielin żółci. Te złe rzeczy gromadzą się we krwi. Upuszczę ci więc jej trochę. No, może trochę więcej niż trochę.
Poruszył ręką i brzytwą tak szybko, że Reynevan niemal nie ułowił ruchu. Prawie nie poczuł też bólu. Poczuł ciepło krwi, lejącej się po przedramieniu, dłoni i palcach. Usłyszał, jak głośno ciurka do miednicy.
– Tak, tak, wiem – pokiwał głową Bożyczko. – To źle rokujący czas dla krwi puszczania. Zima, księżyc w nowiu, słońce w znaku Wodnika, do tego piątek, dzień Wenery. W takie dni upust bardzo osłabia. Ale to i dobrze. Bo zależy mi, by cię trochę osłabić, Reynevan. Ująć ci nieco energii, którą kierujesz w zupełnie niewłaściwym kierunku. Czujesz? Już słabniesz. I zimno się robi. Duch ochoczy, ale ciało jakby trochę mdłe, co?
– Nie szarp się, nie mocuj ze mną. Nic ci nie będzie, jesteś dla nas zbyt cenny, bym narażał twe zdrowie i niepotrzebnie przysparzał cierpień. Nie obawiaj się, na koniec opatrzę ci rękę. A opatruję, wierz mi, lepiej niż golę.
Reynevan szczękał zębami z ogarniającego go zimna. Izba łaziebna tańczyła mu w oczach. Monotonny głos Bożyczki dobiegał jakby skądś z daleka.
– Tak, tak, Reynevan. Tak właśnie jest. Każda akcja powoduje reakcję, każde wydarzenie ma skutki, a każdy skutek jest przyczyną kolejnych skutków. W Domremy, dajmy na to, w Szampanii, dzieweczka o imieniu Jehanne słyszała głosy. Jakie to będzie miało skutki? Jakie skutki spowoduje na dłuższą metę kula z francuskiej bombardy, która jesienią ubiegłego roku zmasakrowała pod Orleanem twarz hrabiego Salisbury? To, że po tym, jak Salisbury skonał w męczarniach, dowództwo nad oblegającą Orlean armią objął hrabia Suffolk? Jaki wpływ na losy świata będą miały wiersze, które, już jako nowy biskup poznański, napisze Stanisław Ciołek? Albo fakt, że Zygmunt Korybut, za wstawiennictwem króla polskiego Jagiełły wypuszczony z uwięzienia na zamku Waldsztajn, nie wróci na Litwę, lecz zostanie w Czechach? Albo to, że Jagiełło i król rzymski Zygmunt Luksemburski zjadą się niedługo w Łucku na Wołyniu, by radzić o losach Europy Wschodniej? Jakie znaczenie dla historii ma fakt, że ani Jagiełły, ani Witolda nie sposób otruć, pijana regularnie magiczna woda z tajemnych żmudzkich źródeł skutecznie chroni ich przed trucizną? Albo, by daleko nie szukać, to, że ty, Reynevanie z Bielawy, skłonisz Sierotki Jana Kralovca do powrotu do Czech?
– Każdy chciałby wiedzieć, jakież te czy inne wydarzenia będą mieć wpływ na historię, na losy świata. Wszyscy chcieliby, ale nikt nie wie. Ja też chciałbym i też nie wiem. Ale uwierz: staram się jak diabli. Reynevan? Hej! Słyszysz mnie?
Reynevan nie słyszał. Tonął.
W koszmarach.

 

***
Senne koszmary nie stanowiły ostatnimi czasy problemu dla Elenczy Stietencron – a jeśli i stanowiły, to niewielki i mało problematyczny. Po całodziennej pracy przy chorych w oławskim hospicjum Świętego Świerada Elencza była najczęściej zbyt zmęczona, by śnić. Budzona i zrywana z łóżka ante lucem, przed jutrznią, wraz z Dorotą Faber i innymi wolontariuszkami biegła do kuchni przygotowywać posiłek, który trzeba było wkrótce roznosić chorym. Potem była modlitwa w szpitalnej kaplicy, potem krzątanie się przy pacjentach, potem znowu kuchnia, potem pralnia, znowu sala szpitalna, modlitwa, sala szpitalna, mycie podłóg, kuchnia, sala, kuchnia, pralnia, modlitwa. W efekcie zaraz po wieczornym Ave Elencza padała na posłanie i zasypiała jak kłoda, z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na kołdrze w lękliwym przeczuciu rychłego budzenia. Nie dziwota, że taki tryb życia skutecznie pozbawił ją marzeń sennych. Koszmary, które niegdyś były dla Elenczy problemem, przestały nim być.
Tym dziwniejsze, że wróciły. Od połowy adwentu Elenczy znowu zaczęły śnić się krew, mord i pożoga. I Reynevan. Reinmar z Bielawy. Reynevan przyśnił się Elenczy Stietencron kilkakrotnie, w tak koszmarnych okolicznościach, że zaczęła włączać go do wieczornej modlitwy. Jego też, jak mnie, weźcie pod obronę, powtarzała w duchu, chyląc głowę przed ołtarzykiem, przed Pietą i świętym Świeradem. Jemu też, jak mnie, dodaj siły, użycz pociechy, powtarzała, patrząc na rzeźbione oblicze Bolesnej. Jak mnie, tak i jego chroń pośród nocy, bądź mu tarczą i puklerzem, bądź strażą nieuśpioną. I daj mi choć raz jeszcze go zobaczyć, dodawała w jeszcze głębszym duchu, tak cicho i tak skrycie, by ani Orędowniczka ani święty nie posądzili jej o nazbyt świeckie myśli.
Szesnasty stycznia roku 1429, niedziela przed świętym Antonim, była dla szpitala dniem równie pracowitym, co dni powszednie, pracy bowiem niespodzianie przybyło. Czescy husyci, o których przez cały grudzień było głośno, podeszli pod Oławę w dzień Trzech Króli, a nazajutrz wkroczyli do miasta. Obeszło się, wbrew czarnym i panikarskim przepowiedniom niektórych, bez zdobywania grodu, walki i przelewu krwi. Ludwik, książę na Oławie i Niemczy, zachował się identycznie jak przed rokiem – zawarł z husytami ugodę. Obustronnie korzystną. Husyci przyrzekli nie palić i nie plądrować książęcych dóbr, w zamian za co książę udzielił rannym, chorym i kalekim Czechom azylu w obydwu oławskich szpitalach. A szpitale natychmiast zapełniły się pacjentami. Zabrakło prycz i posłań, materace i sienniki kładziono na podłogach. Było mnóstwo pracy, rosła nerwowość, szybko udzielająca się wszystkim, nawet spokojnym zwykle mnichom premonstratensom, nawet spokojnej zwykle Dorocie Faber. Rosła nerwowość. Niepokój. Zmęczenie. I przemożny, paraliżujący lęk przed zarazą.
Zgiełk, który ją rozbudził, Elencza wzięła początkowo za majak senny. Z jękiem szarpnęła barchan kołdry, tocząc głową po wilgotnej od śliny poduszce. Znowu ten sen, znowu śni mi się Bardo, pomyślała, chwiejąc się na grani snu i jawy. Zdobycie i rzeź Barda, cztery lata temu. Alarm dzwonów, buczenie rogów, rżenie koni, huk, łomot, dziki krzyk najeźdźców, wycie mordowanych. Ogień, podświetlający błony w oknach, błyskliwą mozaiką tańczący na powale….
Zerwała się, usiadła. Dzwony biły na trwogę. Rozbrzmiewał krzyk. Odblask pożaru podświetlał okna. To nie sen, pomyślała Elencza, to nie sen. To się dzieje naprawdę.
Pchnęła okiennice, do izby, wraz z zimnem, wdarł się swąd spalenizny. Pobliski rynek rozbrzmiewał wrzaskiem setek gardeł, migotał chwiejnymi światłami setek pochodni. Od strony Bramy Wrocławskiej słychać było wystrzały. Kilka okolicznych domów stało już w ogniu, łuna wypełzała na niebo nad Nowym Zamkiem. Pochodnie zbliżały się. Grunt zdawał się dygotać.
– Co się dzieje? – spytała trzęsącym się głosem jedna z wolontariuszek. – Gore?
Budynek nagle aż się zatrząsł, rozległ się trzask i łoskot wyłamywanych wrót, dziki ryk, palba. Szczęk oręża. Wolontariuszki i mniszki zaczęły krzyczeć. Tylko nie to, pomyślała Elencza. Byle nie tak, jak wtedy w Bardzie. Nie krzyczeć, nie piszczeć, nie kulić się w kącie z głową między kolanami. Nie zsikać się ze strachu, jak wtedy. Uciekać. Ratować życie. Boże, gdzie jest pani Dorota?
Znowu trzask wyłamywanych drzwi. Tupot nóg. Szczęk żelaza. Wrzaski.
– Śmierć heretykom! Bij, kto w Boga wierzy! Bij!
Przytajona w kątku sieni Elencza widziała, jak wojsko i uzbrojony motłoch wdziera się do hospicjum, widziała wybałuszone oczy, spotniałe i czerwone twarze, zęby wyszczerzone w morderczym szale. Za moment zaciskała dłonie na uszach, by nie słyszeć makabrycznego wycia mordowanych rannych. Zaciskała powieki, by nie widzieć krwi, gęstą falą wylewającej się po schodach.
– Bić ich! Rżnąć! Rżnąć!
Motłoch z tupotem przebiegł tuż obok niej, czuła smród potu i alkoholu. Mniszki w dormitorium krzyczały cienko. Elencza dopadła drzwi wiodących do pralni. Ze szpitala wciąż dobiegały obłąkańcze wrzaski mordowanych. I dziki ryk morderców. Usłyszała łoskot buciorów, ciemność pralni rozjaśniły pochodnie.
– Mniszeczka! Siostrzyczka!
– Husycka kurewka! Bierta ją, chłopy!
Chwycili ją, przewrócili na posadzkę, szamoczącą się wtłoczyli pomiędzy szafliki, przydusili, narzucając na głowę ciężkie, mokre prześcieradło. Krzyczała, dusząc się ich smrodem i odorem ługu. Słyszała rechot, gdy rozrywali i zadzierali jej sukienkę. Gdy wpychali kolana pomiędzy uda.
– Hej! Co tu się dzieje? Zaprzestać! Wraz, żywo!
Uwolniona, zdarła prześcieradło z głowy. W drzwiach pralni stał zakonnik. Dominikanin. W ręku miał pochodnię, na habicie półpancerz, u pasa kord. Napastnicy pospuszczali głowy, pomruczeli.
– Zabawiacie się tu – warknął mnich. – A tam wasi bracia rozprawiają się z wrogami wiary! Słyszycie? Tam, tam jest dziś miejsce dobrych chrześcijan! Tam czeka dzieło Boże! Dalej, precz!
Napastnicy wyszli, spuściwszy głowy, pomrukując i szurając podeszwami. Dominikanin zatknął łuczywo w uchwyt, podszedł. Elencza rozdygotanymi dłońmi usiłowała ściągnąć w dół zadartą powyżej bioder sukienkę. Oczy jej łzawiły, wargi trzęsły się od wstrzymywanego płaczu. Mnich pochylił się, podał jej rękę, pomógł wstać. Po czym z mocą walnął pięścią w ucho. Pralnia zatańczyła w oczach dziewczyny, posadzka uciekła spod stóp. Upadła znowu; nim oprzytomniała, mnich klęczał już na niej. Wrzasnęła, wyprężyła się, wierzgnęła. Z rozmachem trzepnął ją w twarz, chwycił za sukienkę na piersiach, rozerwał tkaninę gwałtownym ruchem.
– Heretycka suko… – wycharczał. – Już ja cię nawróc…
Nie dokończył. Reynevan przedramieniem przegiął mu głowę w tył i nożem poderżnął gardło.

 

***
Zbiegli po schodach w mroźną noc, w czerwono podświetloną ciemność, wciąż rozbrzmiewającą wrzaskiem i zgiełkiem walki. Elencza pośliznęła się na oblodzonych stopniach, upadłaby, gdyby nie pomocne ramię Reynevana. Spojrzała w górę, na jego twarz, spojrzała przez łzy, wciąż oszołomiona, wciąż nie do końca pewna, czy przypadkiem nie śni. Nogi uginały się pod nią, łamały. Dostrzegł to.
– Musimy uciekać – wykrztusił. – Musimy…
Chwycił ją wpół, wciągnął za załom muru, w kryjący mrok. W samą porę. Zaułkiem przebiegł półnagi i pokrwawiony mężczyzna, za nim, wyjąc i rycząc, pędziła tłuszcza.
– Musimy uciekać – powtórzył Reynevan. – Albo ukryć się gdzieś…
– Ja… – przemogła bezdech i dygot ust. – Ty… Ratuj… mnie…
– Uratuję.
Nagle znaleźli się na rynku, przy pręgierzu, wśród oszalałego tłumu. Elencza spojrzała w górę, wprost w oblicze Śmierci. Krzyk zgrozy zamarł jej w krtani. To tylko rzeźba, uspokajała się, dygocąc. Tylko rzeźba. Wyrzeźbiona w tympanonie nad zachodnim wejściem do ratusza kościotrupia śmierć, wyszczerzona, wywijająca kosą. To tylko rzeźba…
Z okien płonącego ratusza strzelano. Huczała broń palna, z sykiem leciały bełty z kusz. To ci lżej ranni Czesi, przypomniała sobie z zaskakującą jasnością Elencza, lżej rannych i rekonwalescentów zakwaterowano na ratuszu. Nie pozwolili się rozbroić…
Kroczyła chwiejnie, nie wiedząc, dokąd idzie. Reynevan zatrzymał ją, silnie ścisnął ramię.
– Stójmy tu – wydyszał. – Stójmy bez ruchu. Umkniemy uwadze… Oni są jak drapieżniki… Reagują na ruch. I na zapach strachu. Jeśli się nie ruszymy, nawet nas nie zauważą…
Stali więc. Bez ruchu. Niczym posągi. Pośród piekła.
Ratusz padł, obronę przełamano, horda napastników z wrzaskiem wdarła się do środka. Wśród potępieńczego wycia zaczęto wyrzucać ludzi z okien, na bruk, wprost pod czekające maczugi i siekiery. Kilkunastu wywleczonych żywych i półżywych ostrza pik przybiły do muru. Dogorywających tratowano, rozrywano na strzępy. Krew lała się strugami, pieniła w rynsztokach.
Od pożarów zrobiło się jasno jak w dzień. Gorzał ratusz, Śmierć wyrzeźbiona w tympanonie ożyła w tańczącej poświacie, szczerzyła zęby, kłapała żuchwą, machała kosą. Płonęły domy wschodniej pierzei rynku, paliły się jatki za ratuszem, paliły sukiennice, ogień trawił warsztaty walońskich tkaczy i bogate kramy na ulicy Maryjnej. Płomienie tańczyły na fasadzie i dachu szpitala Świętego Błażeja, ogień przeżerał belkowania i kalenice. Przed szpitalem piętrzyła się sterta zwłok, na którą wciąż dorzucano nowe i nowe ciała. Skrwawione. Pokaleczone. Zmasakrowane do niepoznania. Trupy włóczono po rynku na strykach wiązanych do szyj lub kończyn. Wleczono je ku studniom. Studnie były już przepełnione. Sterczały z nich nogi. I ręce. Rozcapierzone, wzniesione, jakby wołające pomsty za zbrodnię.
– Choćbym… – powtarzała Elencza, z trudem poruszając zdrętwiałymi wargami. – Choćbym chodziła doliną cienia i śmierci, zła się nie ulęknę. Bo Ty jesteś ze mną.
Wciąż ściskała dłoń Reynevana, czuła, jak dłoń zwarła się w pięść. Spojrzała na jego twarz. I prędko odwróciła wzrok.
Pijany wściekłością i mordem motłoch tańczył, śpiewał, podskakiwał, potrząsał włóczniami z nadzianymi na groty głowami. Głowy kopano po bruku, przerzucano się nimi jak piłkami. Składano jak hołd, jak ofiarę, przed stojącą na rynku grupą konnych. Konie, wietrząc krew, chrapały, tupały, dzwoniły podkowami.
– Będziesz musiał mnie rozgrzeszyć, księże biskupie – powiedział ponuro jeden z jeźdźców, długowłosy mężczyzna w skrzącym się od złotych i srebrnych haftów płaszczu. – Książęcym słowem honoru zagwarantowałem tym Czechom bezpieczeństwo. Przyrzekłem azyl. Przysiągłem…
– Luby książę Ludwiku, młody mój krewniaku. – Konrad, biskup wrocławski, uniósł się w siodle, wspierając na łęku. – Rozgrzeszę cię, kiedy tylko zechcesz. I ilekroć zechcesz. Choć w mych oczach jesteś sine peccato, a i w oczach Boga niezawodnie również. Przysięga dana heretykom jest nieważna, słowo dane kacerzowi nie wiąże i nie zobowiązuje. Działamy tu na chwałę Bożą, ad maiorem Dei gloriam. Ci dobrzy katolicy, żołnierze Chrystusowi, dają tam, spójrz, wyraz swej miłości do Boga. Ta wszak objawia się poprzez nienawiść do wszystkiego, co Bogu przeciwne i wstrętne. Śmierć heretyka to chwała chrześcijanina. Ze śmierci kacerza korzyść odnosi Chrystus. A dla samego kacerza zatracenie ciała to ratunek ducha.
– Ale nie myśl – dodał widząc, że jego słowa robią na Ludwiku Oławskim niewielkie raczej wrażenie – że się nad nimi nie lituję. Lituję się. I błogosławię ich w godzinie śmierci. Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie. Et lux perpetua luceat eis.
Kolejna krwawa głowa poturlała się pod nogi książęcego konia. Koń spłoszył się, zadarł łeb, zadrobił nogami. Ludwik ściągnął mu wodze.
Motłoch wył, ryczał, wrzeszczał, przetrząsał domy w polowaniu na coraz mniej licznych ocalałych. Wciąż targały powietrze rozlegające się z uliczek wrzaski mordowanych. Huczał pożar. Niemilknącym jękiem spiżu zanosiły się dzwony.
Wyrzeźbiona w tympanonie ratusza Śmierć śmiała się szyderczo i wywijała kosą.
Elencza płakała.

 

***
Reynevan skończył opowiadać. Jan Kralovec z Hradku, hejtman Sierotek, wsparty na bombardzie, patrzył na Strzegom, w zapadającym mroku czarny i groźny, jak przyczajony leśny zwierz. Patrzył długo. Potem odwrócił się gwałtownie.
– Odchodzimy stąd – rzucił. – Dość będzie. Odchodzimy. Wracamy do domu.

 

***
Poranek był mglisty, jak na porę roku dość nawet ciepły. Poprzedzona patrolami i awangardą lekkiej jazdy, flankowana przez roty obciążonych pawężami piechocińców kolumna wozów szła, zostawiając za sobą Strzegom, na południe. Traktem na Świdnicę. Na Rychbach, Frankenstein, Bardo, Kłodzko. Na Homole. Do Czech. Do domu.
Skrzypiały pod ciężarem ładunków osie, koła żłobiły w topniejącym śniegu głębokie koleiny. Strzelały baty, rżały konie, porykiwały woły. Woźnice klęli. Nad kolumną krążyły stada czarnych ptaków.
W Strzegomiu bito w dzwony.
Był dwunasty lutego Roku Pańskiego 1429, sobota przed pierwszą niedzielą postu, sabbato proximo ante dominicam Invocavit.

 

***
Hejtmani Sierotek obserwowali wymarsz z przydrożnego wzniesienia. Zrywający się wiatr szarpał płaszcze, targał chorągwiami.
Nastroje nie były najlepsze. Przeziębiony Brazda z Klinsztejna kichał. Matej Salava spluwał. Zwykle i na co dzień posępny Piotr Polak sposępniał jeszcze bardziej. Nawet pogodny zazwyczaj Jan Kolda z Żampachu powarkiwał pod nosem. Jan Kralovec milczał ponuro.
– O! Patrzajcie! – Salava wskazał nagle zauważonego jeźdźca, ośnieżonym stokiem wzgórza zmierzającego na północ. – Kto to? Czy nie ten ranny Niemiaszek? Puściłeś go wolno, bracie Janie?
– Puściłem – przyznał niechętnie Kralovec. – Chudziak. Okupu by nie dali. No to niech go szlag trafi.
– Da Bóg, trafi – charknął Piotr Polak. – Raniony jest. Sam, bez pomocy, do Wrocławia się nie dowlecze. Zdechnie gdzieś w zaspie.
– Nie będzie sam ni bez pomocy – zaprzeczył Jan Kolda, wskazując drugiego jeźdźca. – Ha! Toć to Reynevan, na swoim inochodźcu! Jemu też pozwoliłeś odjechać, bracie?
– Pozwoliłem. Bo co on, niewolny czy jak? Gadaliśmy. Wagował się, wagował, widziałem, gryzie go coś. Wreszcie rzekł mi, pry, do Wrocławia mu mus wrócić. To wracaj, rzekłem. I tyle.
– No i niech go tam Pambiczek ma w opiece – skonkludował Brazda i kichnął. – Jedziem, bratrzy.
– Jedziem.
Zjechali ze wzniesienia, krótkim galopem dogonili kolumnę, wysforowali się na czoło.
– Ciekawe – rzekł, wstrzymując konia do kłusa, Brazda do jadącego obok Jana Koldy. – Ciekawe, co też tam ninie w dalekim świecie słychać…
– A tobie – odwrócił się Kolda – na co się znów zebrało? Świat, świat. Co ci po tym świecie?
– Nic – przyznał Brazda. – Ja ot tak, z ciekawości.

 

***
Poranek był mglisty, jak na miesiąc luty dość ciepły. Całą noc miało się na odwilż, od świtu śnieg topniał, odciski podkutych kopyt i wygniecione kołami wozów koleiny momentalnie wypełniały się czarną wodą. Osie i orczyce skrzypiały, kopie chrapały, woźnice klęli sennie. Licząca blisko trzysta wozów kolumna posuwała się wolno. Nad kolumną unosił się ciężki, duszący zapach solonych śledzi.
Sir John Fastolf sennie kiwał się w siodle. Z drzemki wyrwał go podniecony głos Tomasza Blackbourne’a, rycerza z Kentu.
– Co jest?
– De Lacy powraca!
Reginald de Lacy, dowódca straży przedniej, wrył przed nimi konia, tak gwałtownie, że aż musieli zmrużyć oczy przed pryskającym błotem. Na pokrytej jasnym puchem młodzieńczego zarostu twarzy rycerzyka malował się przestrach. Zmieszany z podnieceniem.
– Francuzi, sir Johnie! – zapiał, opanowując wierzchowca. – Przed nami! Na wschód i na zachód od nas! W zasadzce! Wielka siła!
Już po nas, pomyślał sir John Fastolf. Już po mnie. Zginąłem. A tak było blisko, tak było blisko. Omal się nie udało. Udałoby się nam, gdyby nie…
Udałoby się, pomyślał Tomasz Blackbourne. Udałoby się nam, Johnie Fastolfie, gdybyś, wstrętny opoju, nie chlał na umór w każdej przydrożnej oberży. Gdybyś, zbereźny wieprzu, nie kurwił się w każdym okolicznym burdelu. Gdyby nie to, żabojady nie zwiedziałyby się o nas, już od dawna bylibyśmy wśród swoich. A teraz jesteśmy zgubieni…
– Ilu… – sir John Fastolf chrząknięciem oczyścił gardło. – Ilu ich jest? I kto? Widziałeś znaki?
– Będzie… – zacukał się Reginald de Lacy, zawstydzony, że zemknął, nie przyjrzawszy się dokładniej francuskim proporcom. – Chyba ze dwa tysiące… Z Orleanu, więc to pewnie Bastard… Albo La Hire…
Blackbourne zaklął. Sir John westchnął ukradkiem. Spojrzał na swe własne wojsko. Na stu konnych pancernych. Stu piechurów. Czterystu walijskich łuczników. Woźniców i ciurów. I trzysta wozów. Trzysta śmierdzących wozów, wypełnionych śmierdzącymi beczkami śmierdzących solonych śledzi, zakupionych w Paryżu i przeznaczonych na postny prowiant dla oblegającej Orlean ośmiotysięcznej armii hrabiego Suffolka. Śledzie, pomyślał z rezygnacją sir John. Pożegnam się z życiem z powodu śledzi. Umrę w kupie śledzi. Ze śledzi będę miał grób, ze śledzia nagrobek. By God! Cały Londyn pękać będzie ze śmiechu.
Trzysta wozów śledzi. Trzysta wozów. Wozów.
– Wyprzęgać konie! – zaryczał byczo sir John Fastolf, stając w strzemionach. – Ustawić wozy w czworobok! Związać razem dyszle i koła! Wszystkim rozdać łuki!
Oszalał, pomyślał Tomasz Blackbourne. Albo jeszcze nie wytrzeźwiał. Ale pobiegł wykonać rozkazy.
Zaraz przekonamy się, ile w tym prawdy, myślał sir John, patrząc na krzątaninę swego wojska i formowany wozowy szaniec. W tym, co opowiadali o Bohemianach, o Hussites, tych skądś z Europy Wschodniej czy z Azji Mniejszej… O ich triumfach, o miażdżących klęskach, zadanych Sasom i Bawarom… O ich słynnym wodzu, zwącym się… God damn… Sheeshka?
Był dwunasty lutego Roku Pańskiego 1429, sobota przed pierwszą niedzielą postu. Słońce błysnęło, rozproszyło nisko snujące się mgły. Śledzie, zdawało się, zaczęły śmierdzieć jeszcze silniej. Od wschodu, od strony od miasteczka Rouvray, rozbrzmiewał i narastał łomot kopyt.
– Łuki w garść! – wrzasnął, dobywając miecza, Tomasz Blackbourne. – They’re coming!
Ani Blackbourne, ani sir John Fastolf pojęcia nie mieli, że żyją jeszcze tylko przez przypadek, że ocalił ich szczęśliwy traf. Że gdyby nie ten traf, nie ujrzeliby świtu. Hrabia Jean Dunois, Bastard Orleański, zwiedział się o transporcie śledzi już kilka dni temu. Jego półtora tysiąca konnych z Orleanu, wraz z nim La Hire, Xantrailles i Szkot John Stuart czekali w zasadzce pod Rouvray, by tuż przed świtem zaatakować angielską kolumnę i rozgromić ją. Ale, choć mu to żywo odradzano, Dunois oparł swój plan na obozującym pod Rouvray hrabim Clermont. Hrabia Clermont miał uderzyć pierwszy. Hrabia Clermont był urodziwym młodzieńcem, pięknym jak dziewczę. Otaczał się zawsze innymi pięknymi młodzieńcami. Na wojnie się nie znał. Ale był kuzynem Karola VII i trzeba było się z nim liczyć.
Chłoptaś Clermont, jak zwał go La Hire, zawiódł, rzecz jasna, na całej linii. Przepuścił moment, zaprzepaścił zaskoczenie. Nie dał rozkazu do ataku, był bowiem zajęty. Śniadał. Po śniadaniu pomadowano go i fryzowano mu włosy. W czasie fryzowania hrabia uśmiechał się do jednego z towarzyszących mu młodzieńców, słał mu całusy, trzepał rzęsami. Gońców od Dunois hrabia zignorował. A o Anglikach zapomniał. Miał ważniejsze sprawy i plany.
W zamieszaniu i bezhołowiu, gdy stało się jasne, że moment utracono, że Anglików już nie da się zaskoczyć, gdy Dunois klął, gdy La Hire i Xantrailles stali bezczynnie, rozkładając ręce, nadaremnie czekając na rozkazy, John Stuart nie wytrzymał. Wraz ze szkockim rycerstwem na własną rękę runął do szarży na angielskie wozy. Za nimi popędziła w bój część zniecierpliwionych Francuzów.
– Celuj! – krzyknął Dikkon Wilby, dowódca łuczników, widząc pędzący na nich pancerny klin. – Celuj! Remember Agincourt!
Łucznicy, stęknąwszy, napięli długie łuki. Zaskrzypiały naciągane cięciwy. Sir John Fastolf zdjął hełm, jego płomiennie ruda czupryna zaświeciła jak bojowy proporzec.
– Teraz! – zaryczał jak tur. – Fuck them good, lads! Fuck the buggers!
Wystarczyło trzech salw, trzech ulew strzał, by Szkoci poszli w rozsypkę. Do wozów docwałowali nieliczni, po to tylko, by znaleźć śmierć. Skłuły ich oszczepy i gizarmy, porąbały halabardy i topory lochaberskie. Wrzask zabijanych bił w zimowe niebo.
De Lacy i Blackbourne, choć o husytach słyszeli mało, a o ich taktyce bojowej jeszcze mniej, w lot pojęli, co należy uczynić. Na czele swych stu ciężkozbrojnych wypadli zza wozów do kontrataku i w pościg. Jadąc na karkach Szkotów rąbali ich tak, że aż echo szło po równinie. Na wozach Walijczycy darli się triumfalnie, bluźnili i pokazywali uciekającym dwa uniesione palce.
Śledzie śmierdziały.
Dzięki ci, Panie, wzniósł oczy sir John Fastolf. Dzięki wam, wozy. Chwała wam, mężni azjatyccy Bohemianie, chwała ci, wodzu Sheeshka, choć imię twe pogańskie, twój wojenny talent wielki. I’ll be damned, chwała i mnie, sir Johnowi Fastolfowi. Szkoda, że Bardolf i Pistol nie mogli tego widzieć, oglądać dnia mojej wiekopomnej wiktorii. Ha, ta bitwa, stoczona pod Rouvray w sobotę przed pierwszą niedzielą postu Anno Domini 1429 po wieczność słynąć będzie jako Bitwa o Śledzie. A o mnie…
O mnie będą pisać sztuki dla teatru.