Cztery dni później, rankiem, gdy Lewart sposobił się już do wyprawy do parowu, przybiegł zdyszany goniec. Starszy praporszczyk Samojłow, wysapał, pilnie wzywa do siebie praporszczyka Lewarta i dowództwo blokpostu „Gorynycz”. Pilnie to pilnie, Lewart, Żygunow i Łomonosow w dziesięć minut stawili się na „Muromcu”. Czekali tam już Jakor i Guszczyn z „Rusłana”. Jak również Zacharycz, sierżant Leonid Zacharycz Swiergun, wzrostem, prawda, niezbyt słuszny, ale przystojny jak, nie przymierzając, Wiaczesław Tichonow.
– Mamy spotkanie – zaczął bez wstępów Barmalej. – Dyplomacja wojenna. Na rozmowę zaprasza Salman Amir Jusufzaj, główny okoliczny duch i najbliższy wróg, ogłaszając na czas rozmów rozejm. Trzeba iść, odmowa oznaczałaby despekt i utratę twarzy. Idę ja, idzie Zacharycz, idziesz i ty, praporszczyk Pasza. Jesteś tu dowódcą nowym, wypada cię przedstawić. Pójdzie też Stanisławski, albowiem jest wykształcony i ma głupawą inteligencką gębę, znaczy, chciałem rzec, wejrzenie ma uczciwe. Na „Gorynyczu” wachtę obejmuje sierżant Żygunow, na „Rusłanie” Guszczyn. Głównodowodzącym na czas mojej nieobecności jest starszyna Awierbach. Pytania są? Nie ma. Bardzo dobrze. Wyruszamy natychmiast. Co jest, Łomonosow?
– Idziemy z bronią, jak rozumiem?
– W tym kraju, profesorku – Barmalej spojrzał na niego chłodno – mężczyzna bez broni to jak mężczyzna bez jaj. Jest jedynie mężczyzną tytularnym. Takim, powiedziałbym, członkiem korespondentem. Sam może się mężczyzną mniemać, ale dla innych mężczyzn partnerem do rozmowy nie jest. Mimo obiecanego rozejmu i danego słowa Salman Amir będzie obwieszony żelaziwem po zęby. Niech wie, że i my nie łykiem szyci.
Ilustrując wywody, Barmalej przeładował, zabezpieczył makarowa i wsunął go z tyłu za pasek od spodni, po czym wziął na pas AK-74. Przystojny jak Stirlitz Zacharycz uzbroił się podobnie, dodatkowo wpuścił jeszcze F-1 do kieszeni.
– Gdyby przyszło co do czego – wyjaśnił, widząc spojrzenie Lewarta – to wyszarpnie się kółko. Wolę własną efkę od ich kindżałów i obcęgów. Obóz jeniecki w Pakistanie też mi się wcale nie uśmiecha.
Zacharycz nie mógł wiedzieć, że niewola już mu nie grozi. Obóz Badabera pod Peszawarem był przepełniony, wciąż dochodziło w nim do buntów maltretowanych jeńców wojennych. Na mocy rozkazu wydanego przez Gulbuddina Hekmatiara mudżahedini jeńców brać więc przestali. Pojmanych mordowali na miejscu. Lub trochę później.
– Tak z ciekawości – upewnił się Lewart, sprawdzając swój AKS. – Ufacie temu waszemu Salmanowi Amirowi? I jego słowu? Bo w odróżnieniu od Łomonosowa ja trochę doświadczenia w tym względzie mam. Wiem, że duchy dotrzymują słowa i przysięgi na Allaha. Ale tylko wtedy, gdy im wygodnie. Allah im to podobno wybacza, bo dżihad to dżihad…
– Bóg z Allahem – przerwał Barmalej, wkładając panamę. – I z dżihadem. Spotykałem się już z Salmanem, Zacharycz też. I żyjemy, jak widzisz. Ale ostrożność nigdy nie zawadzi i gotowym warto być na wszystko. Jeśli drejfisz, możesz zostać na gospodarstwie, z nami pójdzie Jakor…
– Idę z wami.
– Tak właśnie sądziłem, że odpowiesz – Barmalej trzepnął go w ramię. – Straszyć to my, nie nas. Prawda, Paszka?
– Prawda.
– No – Barmalej poprawił pas AK-74. – Komu w drogę. S Bogom!
– Chrani was Gospod’ – pożegnał ich Guszczyn.
Wyruszyli. Po mniej więcej dwustu metrach marszu skrajem drogi skręcili na ścieżkę, wijącą się wśród skał. Było dość stromo. Nie minął kwadrans, a Łomonosow zaczął sapać. Barmalej spostrzegł to, zwolnił nieco.
– Salman Amir Jusufzaj, trzeba ci wiedzieć – odezwał się do Lewarta – to nie byle bandyta. Nim poszedł do duchów, był nauczycielem. Mówią nawet, że komunistą. Ale przeszło mu, gdyśmy wkroczyli, i nie kocha nas teraz zanadto. Gdy z nim poprzednio gadałem, czułem, że czyta mi w myślach. Nie dałby się okłamać ani zwieść, pewien jestem. Trzeba z nim ostrożnie. Zaczekajcie, muszę się odlać.
– Zwykle – kontynuował przez ramię – towarzyszy mu Hadżi Hatib Rahiqullah. To mułła, w bandzie drugi po wodzu, znaczy się taki więcej politruk. Wcale bym się nie zmartwił, gdyby dziś był nieobecny. To kawał starego skurwysyna, zajadły fanatyk, nas, niewiernych, rżnąłby żywcem na kawałki i solą posypywał. Powiadają zresztą, że już to robił. Rżnął, znaczy. Nosi długaśną brodę i naprawdę wygląda jak stary czarownik, więc specnazowcy, którzy na niego polowali, przezwali go Czarnomorem.
– Czarownik straszny i wszechmocny… – zacytował, sapiąc, Łomonosow. – Czarnomor, władca gór północnych…
– Jakbyś był przy tym – Barmalej zapiął spodnie. – Profesorku. Idziemy.
Szli, wciąż pod górę, wśród skalnych ścian. Łomonosow sapał. Zacharycz zatrzymał się nagle, uniósł rękę.
– Muzyka – wskazał przed siebie. – Muzyka jakby. Dolatuje.
– W samej rzeczy – Barmalej odsunął panamę na tył głowy, nadstawił ucha. – Muzyka jakby i dolatuje jakby. Do tego znana jakby.
– Festiwal w Sopocie – Zacharycz wysmarkał się w palce – wszędzie cię dogoni. Nawet pod Hindukuszem.
Zza skały, niewidoczny za zakrętem ścieżki, niegłośno grał magnetofon. Byli już na tyle blisko, by móc rozpoznać melodię i głos.

Małgośka, mówią mi,
On nie wart jednej łzy,
On nie jest wart jednej łzy!
Oj, głupia!
Małgośka, wróżą z kart,
On nie jest grosza wart,
A weź go czart, weź go czart!
Małgośka…

Wyłączony magnetofon zamilkł raptownie. Usłyszeli odgłos kroków, zgrzyt żwiru. Barmalej zatrzymał się.
– Stój, kto idzie? – zawołał, unosząc AK-74. – Dost ya duszman? Przyjaciel czy wróg?
– Wróg! – odpowiedział mu zza skał dźwięczny głos. – Nie macie w tej okolicy żadnych przyjaciół, szurawi.
Za zakrętem, gdzie ścieżka poszerzała się, stały trzy motocykle, w tym jeden z przyczepką, obok czekało sześciu mężczyzn. Długowłosy mudżahedin, który wyszedł naprzeciw, w maskującej panterce, z chińskim kałasznikowem, gestem zaprosił, by szli za nim. Na chlebaku miał wyszablonowane US ARMY.
– Sałaam – powitał oczekujących Barmalej. – Sałaam alejkum, Salman Amir.
– Wa alejkum as-salaam. Witaj, Samojłow. Witajcie, Sowieci.
Tym, który ich powitał, był niezawodnie ów Salman Amir Jusufzaj, szczupły aż do chudości Pasztun odziany w pakistankę, wojskową pakistańską kurtkę na podpince ze sztucznego futra, z nowiutkim belgijskim FN FAL na ramieniu, kindżałem u pasa i lornetką firmy Nikon na piersi. Towarzyszył mu nie kto inny, a osławiony Czarnomor, Hadżi Hatib Rahiqullah, spoglądający wrogo, z zapadniętymi policzkami i haczykowatym nosem nad śnieżnobiałą, sięgającą pasa brodą, w wielkim turbanie i czarnej kamizeli wdzianej na długą koszulę, uzbrojony w AKMS, kałach ze składaną metalową kolbą. Też miał u pasa kindżał, broń pięknie zdobioną, niezawodnie zabytkową i niezawodnie wielkiej wartości. Pozostali, wszyscy co do jednego Pasztuni, wyglądali jak bracia bliźniacy, w pakolach, chałatach, szerokich luźnych portasach i sandałach, nawet uzbrojeni byli jednakowo, w chińskie karabinki typ 56, podróbki kałasznikowa.
Do rozmów siedli w kręgu. Barmalej przedstawił Lewarta i Łomonosowa. Salman Amir Jusufzaj patrzył w milczeniu. Jego czarne oczy były żywe, bystre, złowróżbne jak u drapieżnego ptaka. Mówił po rosyjsku bez najmniejszego akcentu ani jakiejkolwiek naleciałości.
– Nowy praporszczyk – przewiercił Lewarta wzrokiem. – Nowy komandir na zachodnim blokpoście. Ten, który kazał blokpost wysprzątać, usunąć blaszanki po konserwach, połyskujące tam w słońcu od miesięcy. Ha, niby mała rzecz, a ileż mówi o człowieku.
Lewart podziękował skinieniem głowy. Salman Amir przez chwilę wpatrywał się w Łomonosowa. Potem przeniósł wzrok na Barmaleja. A na dany przez niego znak mudżahedin z US ARMY na chlebaku wytaszczył z przyczepki motocykla dwa wypchane woreczki.
– Prezent dla was – wskazał Salman Amir. – Oprawiony baranek, kukurydziane placki, inne rozmaitości. Żadne delikatesy, jadło proste, ale zdrowe. Bo tym, co jecie na zastawie, ja bym i psa nie nakarmił.
– Taszakor – podziękował Barmalej. – Trzeba ci przyznać, Salman, potrafisz zaimponować wielkodusznością. Nawet wrogowi.
– Wróg – odrzekł bez uśmiechu Pasztun – winien umierać w walce. Wtedy jest to honor i zasługa w obliczu Allaha. Pozbawicie mnie honoru i zasługi, jeśli tam na zastawie pomrzecie od zatruć pokarmowych.
– Tak czy inaczej, taszakor, dzięki wielkie za podarek. Za wielkoduszność i rycerskość.
– Tak mnie wychowano. – Salman Amir wlepił w niego swe drapieżne oczy. – W moim rodzie tradycje rycerskiego wojowania sięgają setek lat wstecz. Tylko żałować, że wam tego nie wpojono. Rycerskości w was za grosz. Nie ma nic rycerskiego w rozsiewaniu min na drogi i przełęcze. Wasze miny zabijają nasze dzieci.
– Trwa wojna – odparł beznamiętnie Barmalej. – W czasie wojny dzieci winny siedzieć w domu. W czasie wojny dzieci należy strzec, a nie posyłać je na przełęcze z paczkami opium i haszyszu. Ale chyba nie po to się spotykamy, co, Salman? Bo co się tyczy min, to nie nasz z tobą szczebel i nie nasze kompetencje. To jakoś tak bardziej ONZ.
Czarnomor słyszalnie zgrzytnął zębami i zawarczał, w gardle zagrało mu jak rozwścieczonemu psu.
– Względem zaś toczonej wojny – Barmalej w ogóle nie zwrócił nań uwagi – rozstrzygnięcia przynieść mogą trójstronne rozmowy zainteresowanych. Tymi zaś są Czernienko, Reagan i Zia ul-Haq. A my? My jesteśmy maluczcy. Rozmawiajmy o problemach maluczkich.
– Rozmawiajmy o problemach – zaakcentował Salman Amir Jusufzaj. – O waszych problemach, komandir Samojłow. Bo to wy macie problem, wy, wasza zastawa. Z Kunaru nadciąga tu Razâk Ali Zahid. Z silnym oddziałem. Oprócz naszych także pakistański specnaz, Saudyjczycy, Jemeńczycy, podobno nawet jacyś kitajcy z Malezji. Słyszałeś o Razâku Alim, nieprawdaż?
– Ty mnie straszysz? Czy ostrzegasz? I o co tak naprawdę idzie, a?
– Jeśli twoja zastawa będzie uciążliwą zawadą, Razâk Ali z całą pewnością będzie chciał tę zawadę usunąć. Takim czy innym sposobem, prędzej czy poźniej, ale będzie chciał was wykurzyć.
– A ty z twoimi się do niego przyłączysz.
Salman Amir Jusufzaj wzruszył ramionami. Rzucił okiem na Czarnomora.
– W odróżnieniu od Razâka Alego Zahida – powiedział – ja tu mieszkam. Mieszkają tu moi krewni. Jeśli was wybijemy, co mi z tego przyjdzie? Wasze lotnictwo zbombarduje kiszłaki, zrówna okolicę z ziemią, spopieli wszystko napalmem jak w Baba Ziarat, Deh-e Gada i Sara Kot. Myślę, że lepiej wyjdę, jeśli przekonam Razâka Alego, że wasza zastawa zawadą nie jest.
Barmalej uniósł brwi. Salman Amir Jusufzaj uśmiechnął się. Uśmiechem kupca z bazaru w Bagdadzie, żywcem z ilustracji do Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy.
– Powiem – oświadczył – Razâkowi Alemu tak: posłuchaj, Ali, zostaw ty szurawich Samojłowa w spokoju, bo to są porządni szurawi. My, powiem mu, mamy tu po kiszłakach od cholery gotowego opium, czarsu i haszu, trzeba ten towar brać na osiołki i transportować go do odbiorców, cały wszak świat czeka w utęsknieniu na nasz afgański hasz i czars, doczekać się nie może. A szlak transportu wiedzie przez wąwóz Zarghun, tuż obok zastawy szurawich. Ale szurawi komandira Samojłowa nam nie przeszkadzają, bo tak się z nimi umówiliśmy. Szurawi nie zaminowali wylotu wąwozu Zarghun, bo taka była umowa. Tak, nie inaczej, rzeknę Razâkowi Alemu Zahidowi.
– A Razâk Ali – parsknął Barmalej – usłucha?
– Insz’ Allah.
Barmalej pokiwał głową, podrapał się, pociągnął nosem, possał powietrze, słowem, myślał.
– Nie będę ci ciemnoty wciskał, Salman – rzekł wreszcie. – Nie ja decyduję względem minowania. Decyzje zapadają wyżej, rozkazy wydaje się tylko ciut niżej, wiertuszki lecą, gdzie kazano, sieją miny tam, gdzie kazano. Albo mniej więcej tam, gdzie kazano. Tobie co się wydaje? Że Kabul wzywa mnie radiem, by zapytać? Jak, drogi Władlenie Askoldowiczu, zapatrujecie się na minowanie? Czy nie będziecie mieli nam za złe, jeśli zrzucimy nieopodal jakiś tysiączek min PFM?
Salman Amir Jusufzaj popatrzył mu w oczy.
– Chytrzysz, drogi Władlenie Askoldowiczu. Ty wiesz i ja wiem, że nikt wyżej nie wpadnie na pomysł minowania, jeśli ty nie zameldujesz, że jest taka potrzeba. I to właśnie ma być przedmiotem naszej umowy.
– Znaczy?
– Nie melduj. Jeśli wąwozem Zarghun przebiegnie, dajmy na to, kilka stad dzikich kóz albo gazeli, detonując posiane tam miny, po prostu nie zameldujesz o tym fakcie. Wstrzymasz się z tym kilka dni.
– Ja się wstrzymam – zmrużył powieki Barmalej – a oczyszczonym z min wąwozem przejdzie oddział, który wystrzela mi ludzi. Bo wszak może się to zdarzyć?
– Insz’ Allah – wzruszył ramionami Salman Amir. – Nasza umowa nie zabrania ci być czujnym.
– Jaką mam gwarancję, że wąwozem pójdą transporty opium i czarsu? A nie broni?
– Moje słowo.
Barmalej milczał chwilę.
– Względem konopi i maku – znacząco uniósł brwi. – Udała się chociaż uprawa?
Salman Amir Jusufzaj, rozbawiony, wyszczerzył zęby w uśmiechu. Na dany przezeń znak długowłosy mudżahedin z US ARMY wyciągnął z przyczepki motocykla kolejny pakunek.
– Ocenisz sam. Jak dla mnie, towar pierwyj sort.
– Wręczasz mi bakszysz?
– A co? Wzgardzisz?
Barmalej skinął, Zacharycz wziął pakunek. Czarnomor znowu zawarczał, niezawodnie życząc im, by się podarkiem udławili. Salman Amir Jusufzaj wstał.
– Umowa stoi?
– Stoi – Barmalej wstał również. – Dzikie gazele zdetonują miny w wąwozie Zarghun. A ja przez pięć dni o tym nie zamelduję.
– Dziesięć dni.
– Tydzień.
– Zgoda.
– W tym czasie – Barmalej powiódł wzrokiem od Salmana do Czarnomora i z powrotem. – W tym czasie na moją zastawę nikt nie przypuści ataku. Nikt. Ani twoi, ani Razâk, ani żadna z niezależnych działających tu grupek. Salman? Chcę usłyszeć twoje zapewnienie, nie żadne inszallach. Zapewniasz?
– Zapewniam.
– Więc umowa stoi.
– Stoi. Bywaj, Samojłow. Idźcie już.
– Jeśli można… – odezwał się Lewart, niespodziewanie nawet dla siebie. – Jeśli można, chciałbym o coś spytać.
Najmniej zaskoczonym, o dziwo, okazał się Salman Amir Jusufzaj. On w każdym razie pierwszy odzyskał oddech. I pierwszy zareagował.
– Kto pyta, nie błądzi – powiedział zimno. – Pytaj, dowódco zachodniego blokpostu.
– Żmija o złotawym kolorze łusek. O złotych oczach… Co to za gatunek? Znany jest wam taki gad?
Salman Amir Jusufzaj, wydawało się przez moment, otworzy ze zdumienia usta. Nie otworzył. Być może, nie zdążył. Bo w reakcji ubiegł go Czarnomor. Hadżi Hatib Rahiqullah.
– Al-szaitan! – wrzasnął, zrywając się. – Sahir! Aluqah! Banu hayya! A`udu billaahi minasz`szaitaanir-radżiim!
Wrzeszcząc i opluwając sobie brodę złapał za rękojeść kindżału, wyglądało, że rzuci się na Lewarta. Zacharycz porwał za AKM, Barmalej powstrzymał go szybko, Jusufzaj okrzykiem i gestem powstrzymał mudżahedinów, chwycił Czarnomora za rękaw, zagadał prędko w dari. Czarnomor uspokoił się.
– La ilaha il-Allah! – zakończył. Obdarzył Lewarta jeszcze jednym nienawistnym spojrzeniem. Po czym odwrócił się plecami.
– Wybaczcie naszemu mulle – przerwał milczenie Salman Amir Jusufzaj. – Usprawiedliwiają go głęboka wiara, zaawansowany wiek i ciężkie czasy. Niekoniecznie w tej kolejności. Tobie zaś, dowódco wysprzątanego blokpostu, trzeba przyznać: w osłupienie potrafisz wprawić pytaniem. Ale ponieważ żadne pytanie nie powinno zostać bez odpowiedzi, odpowiem. Żmije, jakie opisałeś, nie istnieją. W każdym razie istnieć nie powinny. Bardzo niebezpiecznie jest zajmować się nimi. A już pod żadnym pozorem…
Umilkł na chwilę, pokręcił głową, jak gdyby zdumiony tym, co mówi.
– Pod żadnym pozorem – dokończył szybko – nie wolno iść tam, dokąd prowadzą. Bywajcie, szurawi. Idźcie. Allah z wami.