Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 167/1996

W poprzednim odcinku napomknąłem o epistemologii, teorii, według której
nasze poznanie jest wysoce niedoskonałe, toteż (pozornie) zawsze wysoce
niedoskonałym będzie to, co na papier przelejemy, w tym i fantasy, którą
zachciało się nam tworzyć.

W poprzednim odcinku napomknąłem o epistemologii, teorii, według której
nasze poznanie jest wysoce niedoskonałe, toteż (pozornie) zawsze wysoce
niedoskonałym będzie to, co na papier przelejemy, w tym i fantasy, którą
zachciało się nam tworzyć.

Problem ten przewijał się przez całokształt
dotychczasowych rozważań o technice pisarskiej, zawierającej wskazówki,
jak nie popełniać błędów. Jeśli na rzecz spojrzymy przez epistemologiczny
pryzmat, wszystkie to rozważania były gówno warte, albowiem
epistemologicznie nobody’s perfect a błędów uniknąć nie sposób. Zawsze
jakiś błąd się popełni, a na takowy czyha rzesza krytyków i prześmiewców.
Tekst ten przeznaczony jest dla osób, które powstrzymują się od pisania w
lęku, by ich kto nie skrytykował lub nie wyśmiał.

Lęk wasz, drodzy adepci, jest irracjonalny. Prawa epistemologii
zagrażają piszącym, ale i bronią ich zarazem przed krytykiem i szydercą.
Mają bowiem, jak większość teorii (i wszystkie kije), dwa końce.
Poznanie krytyka i szydercy też ma bowiem swe epistemologiczne granice. W
odróżnieniu zaś od przyzwoitego pisarza, który stara się omijać rafy wokół
terra incognita, krytyk zwykle rzuca się na coś, o czym pojęcie ma nad
wyraz blade.

Sięgnę do przykładów, pochodzących z listów do redakcji NF, a
tyczących się tego, co piszę. Oto jakiś student (Hospodi pomiłuj!)
polonistyki z radością zauważa, że gdzieś tam błędnie przytoczyłem
pierwsze napisane po polsku zdanie, pisząc „Daj, ać ja pobruszę…”. Fakt,
prawidłowy zapis tego zdania według „Księgi Henrykowskiej” wygląda tak:
„Day, ut ia pobrusa…”, ja używam powszechnie przyjętej transkrypcji
popularnej, zrozumiałej. Ale domorosły krytyk podważając moją wersję
przytacza własną, jakoby prawidłową, a wszak całkowicie bzdurną. Medice,
cura te ipsum, idź i nie brucz więcej, inaczej marnie widzę twe szanse na
dyplom.

Przykład drugi, tamże: jakiś mieczoznawca spostrzega, że użyłem
określenia „koncerz”, ewidentnie myśląc o mieczu dwuręcznym. Fakt, wiem,
że koncerz (niem. Panzerstecher) a miecz dwuręczny (niem. Bidenhaender) to
dwie różne rzeczy, przynajmniej wedle dzisiejszej nomenklatury
bronioznawczej, bo słowo „koncerz” wywodzi się z tureckiego i diabli
wiedzą, jakiego typu broń pierwotnie tak nazywano, sieczną, kolną czy
kombinowaną. Tym niemniej, czytywało się (niejeden raz) „Trylogię”
Sienkiewicza i zapamiętało się, jak to pan Podbipięta zrąbał trzy głowy
pohańców, a naród zbiegł się oglądać morderczy Zerwikaptur:
„Próbowano następnie miecza, ale że to był krzyżacki dwuręczny
koncerz, nikt nie mógł nim swobodnie poruszać nie wyjmując nawet księdza
Żabkowskiego, choć on podkowę jako trzcinę przełamywał.”
Domorosły fachman od broni białej raczy mi tedy wybaczyć, ale dla mnie
klasyka polskiej literatury stoi na nieco wyższej półce, niż jego
niewczesne uwagi, z których robię kulkę i daję kotu do zabawy. A
sugerować, że Sienkiewicz się pomylił? Ejże! Non decet, domorosły krytyku,
ne sutor supra crepidam! Disce, puer!

Totalna niecelność krytycznych uwag nie jest wyłączną domeną krytyków
domorosłych, pragnących za wszelką cenę ujrzeć swoje nazwisko w rubryce
„Listy do redakcji”. Pisanie o tym, co niedokładnie się poznało (kłania
się epistemologia!) to rzecz powszechna i u zawodowców. Marek Oramus
często kręcił nosem nad występującą w moich opowiadaniach magią, w
szczególności za grubą przesadę – czy głupotę – uznał lewitujący magicznie
stół, bogato zastawiony żarciem. U Swifta latała po niebie wyspa Laputa,
mojemu stołowi nielzia. Hmm. I to mówi facet, u którego piwo gadało z
kufla. No, ale magia magią, nie będziemy dywagować nad faktem, czy stół
może latać, czy nie może, bo to rzecz względna i licentia poetica. Ale
Oramus wykpiwa mnie dalej. Nie spodobały się wykoncypowane przeze mnie
morskie ryboludy, żwawe i ruchliwe poza swym wodnym habitatem. Krytyk
zarzucił mi przeczący prawom fizyki i przyrody bullshit, powołując się na
przykład węży morskich, po wyjęciu z wody obwisłych, oklapłych i mało
żwawych. Krytyk nie akceptuje mego prawa do licentii poetiki, nie pozwola
memu duchowi latać ubi vult, nie jest uprzejmy zauważyć podobnych stworów
u H.P.Lovecrafta, wychodzących z morza i bez problemów biegających
dziarskim kłusem wzdłuż i wszerz miasteczka Innsmouth. Krytyk gani, ale
zapomniał o epistemologii. Nie uznał za stosowne wzbogacić swego
niedoskonałego poznania, choćby rozmawiając z kimś, kto naprawdę widział
węże z gatunku Laticauda i był świadkiem, jak wyciągnięte z wody przez
orła i uniesione sto metrów ponad poziom morza nie tylko nie klapną, nie
wisną i nie flaczeją, ale walczą energicznie i często zabijają pierzastego
drapieżnika jadem silniejszym od jadu kobry.

Ale epistemologia rzecz święta i jak powiedziano – powszechna, a
niedoskonałość poznania jest jak paraliż postępowy: najzacniejsze trafia
głowy.. Żeby nie uchodzić za nieomylnego: kiedyś zdarzyło mi się z rozpędu
popełnić bullshit naprawdę gruby: pomyliłem… wodze z uzdą. W opowiadaniu
„Ziarno prawdy”. A to tak, jakbym koncerz pomylił nie z mieczem
dwuręcznym, ale z owczarkiem alzackim. I co? Nikt nie zauważył, listu do
redakcji nie napisał, nie wyśmiał. I tym wnioskiem kończymy, drodzy
adepci. Nie bójcie się błędów, errare humanum est. Mylą się nawet klasycy.
Maciej Dobrzyński też najpierw, cytuję: „…odwrócił talerz dnem do góry
na znak, że jeść nie będzie, i milczał ponury.” A za chwilę „…chleb
umoczył w zupie.” Czyjej? Telimeny?

I co? Mało kto zauważył, nie obśmiali Mickiewicza w czambuł, nie
skreślili „Pana Tadeusza” z listy lektur szkolnych. A zatem crescite et
multiplicamini
, młodzi adepci fantasy! Piszcie śmiało, a z epistemologii
zróbcie kulkę, dajcie kotu, niech sobie zwierzątko turla gwoli radości i
zdrowia. Ist die Katze gesund, freut sich der Mensch