Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 152/1995

Podróże, jak wiadomo, kształcą. Zawadziłem ostatnimi czasy o Amsterdam,
miejsce, w którym już od dawna mnie nie było. W stwierdzeniu, że
odwiedziłem stare kąty, byłoby sporo przesady – odwiedziłem bowiem w
zasadzie tylko jeden stary kąt, a mianowicie American Book Center na
Kalverstraat. Księgarnia ta dysponuje bowiem prawdopodobnie największym w
Europie asortymentem książek fantasy. I dokonałem tam tzw. field research,
obliczonego na zbadanie, cóż to nowego objawiło się ostatnio na rynku
owego jakże sympatycznego gatunku. Ile zdołałem, wynotowałem. A tym, co
wynotowałem, niniejszym się dzielę.

Zacznijmy od tego, co już po części znane na naszym rynku.
Dla licznych już zapewne polskich fanów Davida Eddingsa dwie
wiadomości: dobra i zła. Dobra wiadomość: wydana u nas trylogia „Elenium”
(„Diamentowy tron”, „Rubinowy rycerz” i „Szafirowa róża”) znalazła
kontynuację w postaci cyklu „Tamuli”. Po „The Domes of Fire” i „The
Shining Ones” wydany został właśnie nowy, zamykający cykl tom,
zatytułowany „The Hidden City”. Zła wiadomość: cykl „Tamuli” jest –
delikatnie mówiąc – daleki od oryginalności i świeżości „Belgariady” czy
„Malloreonu” oraz – jeszcze delikatniej mówiąc – nieco przyciężkawy w
lekturze. A tak między nami, to już w „Elenium” rycerz Sparhawk et
consortes byli zaledwie bladymi kserokopiami Gariona, Polgary, Ce’Nedry,
Silka i innych postaci z „Belgariady”. W „Tamuli” rzecz jeszcze bardziej
się pogłębia. Polskiemu czytelnikowi podjęcie identycznego z moim wniosku
wybitnie utrudniła polityka wydawców, którzy zdecydowali się przedstawiać
Eddingsa ruchem konika szachowego – najpierw „Elenium”, później
„Belgariadę” – z pominięciem „Malloreonu”.

Znany wkrótce będzie w Polsce Terry Brooks, autor mającego wielu
fanów cyklu „Shannara”. Ukazać ma się u nas już lada moment tom pierwszy,
noszący tytuł „Miecz Shannary”. Ponieważ polscy edytorzy, jak już wiemy,
prześcigają się w wydawaniu znanych cykli fantasy z rozbrajającą
dezynwolturą względem właściwej kolejności poszczególnych tomów, podaję
kolejność właściwą: po wydanym już „Mieczu” idą chronologicznie: „The
Elfstones of Shannara”, „The Wishsong of Shannara”, „The Scions of
Shannara”, „The Druid of Shannara” i „The Elf Queen of Shannara”, po czym
następuje niedawno wydany „The Talisman of Shannara”. Nie ma się co
obawiać – to z pewnością jeszcze nie koniec.

Niezmordowany Piers Anthony (przez niektórych wydawców ochrzczony
„Antonim Piersem”) wydał dwie nowe pozycje w nieśmiertelnym cyklu „Xanth”
– są to „Harpy Thyme” i „Geis of the Gargoyle”. O pełną listę i właściwą
kolejność poszczególnych pozycji „Xanthu” proszę mnie nie pytać – zgubiłem
się już bardzo dawno temu i pojęcia nie mam, jak obie wyżej wymienione
nowości mają się do wydanego właśnie w Polsce „Człowieka z Mundanii”.
Nie mogę się również oprzeć podejrzeniu, że akurat w przypadku „Xanthu”
ustalenie jakiegokolwiek porządku raczej pozbawione jest sensu. Czytanie
zaś polskich przekładów tego cyklu jest natomiast – przepraszam miłośników
i zajadłych wielbicieli Piersa – pozbawione sensu ponad wszelką
wątpliwość. Polskiemu tłumaczowi tytułu „Harpy Thyme” życzę zaś a priori
zdrowia, szczęścia oraz pomyślności.

Znany i już popularny jest też u nas Stephen R.Lawhead, autor „Cyklu
pendragońskiego” („Taliesin”, „Merlin” i „Artur”). Fanów Lawheada spieszę
zawiadomić, że kontynuuje on swe zamiłowanie do mitologii celtyckiej w
kolejnym cyklu, na który składają się książki „The Song of Albion”, „The
Paradise War”, „The Silver Hand” i „The Endless Knot”.

Jako wielki miłośnik „Amberu”, me pierwsze kroki we wspomnianej
księgarni skierowałem jednak oczywiście pod literę „Z”. Niestety, imć pan
Roger Zelazny nie popełnił w słynnym cyklu niczego nowego. Na półce
leżał sobie spokojnie „Prince of Chaos”, czyli Amber Nr 10. A ponieważ
„Książę Chaosu” w niezawodnym przekładzie Piotrusia Cholewy ukaże się u
nas lada dzień, w „Amberze” jesteśmy już zatem wszyscy na bieżąco.
Powstaje jednak palące pytanie – czy to już rzeczywiście i nieodwołalnie
koniec przygód Merlina, Corwina, Julii, Dary, Mandora i mojej ukochanej
Fiony? Po lekturze „Księcia Chaosu” pewien byłem, że nie – teraz pełen
jestem wątpliwości… i żalu.

Zelazny olewa zatem „Amber”, kontynuuje natomiast zabawę w
trawestowanie klasycznych, znaych całemu światu legend, rozpoczętą w
koprodukcji z Robertem Sheckleyem. Po znanej już w Polsce „Przynieście mi
głowę księcia” ukazała się następna zgrywa spółki Roger & Robert Company
Limited, zatytułowana „Gdy nie uda się za pierwszym Faustem” („If at
Faust You Don’t Succeed”).

O twórczości Mercedes Lackey pisałem już kiedyś w „Pirogu”. To ta,
która lubuje się w opisach seksu, przy czym najbardziej zdają się ją
fascynować seks zadawany gwałtem oraz homoseksualny – a i kombinacja tych
dwóch sposobów zaspokajania popędu również nie jest autorce obca.

Wkrótce po publikacji „Piroga” nasi wydawcy poszli przetartym szlakiem i z
płonącymi uszami „zaintrodukowali” Mercedes Lackey na rynku polskim. O
jakiejkolwiek gratyfikacji, jaka należy mi się za reklamę i marketing, nie
pomyślano. Szkoda. Jeszcze większa szkoda, że Mercedes objawia się w
polskich księgarniach w sposób dla naszych wydawców już klasyczny, to
znaczy w przedziwnych podrygach. Zaczęto od jednej z licznych, a mało
interesujących rzeczy, które Mercedes popełniła do spółki z innymi
autorkami – od „Zguby elfów”, (wespół z Andre Norton). Następnie wzięto
się za cykl „strzał”, opisujący fantastyczny świat Valdemaru i przygody
magików zwanych Heroldami – ukazał się tom pierwszy, zatytułowany „Strzały
królowej”. Nic nie wiadomo o dalszych pozycjach „strzał” – „Arrow’s
Flight” i „Arrow’s Fall”. Ukazał się natomiast ni z gruszki ni z
pietruszki „Sługa Magii” („Magic’s Pawn”), z cyklu-sagi o „Vanyelu,
ostatnim Heroldzie z Valdemaru”. Zakładam, że jako następna nie objawi się
bynajmniej żadna z dalszych książek o pederaście Vanyelu („Magic’s
Promise”, „Magic’s Price”), lecz znowu coś zupełnie nowego „ze świata
Valdemaru”, na przykład któryś z tomów z tzw. „trylogii magicznych
wiatrów”, na którą składają się „Winds of Fate”, „Winds of Change” oraz
świeżo wydana „Winds of Fury”. Kombinacji mogą wydawcy zastosować jeszcze
więcej, albowiem „Cykl wiatrów” znajduje kontynuację w nowym cyklu, zwanym
„cyklem sztormów” (otwierająca i jedyna na razie pozycja: „Storm
Warning”).

Ukazać się ma natomiast u nas inna książka Mercedes: „By the Sword”,
określana w zapowiedziach wydawniczych bądź jako „Prawo miecza” bądź –
lapidarniej – „Mieczem”. Bezsens totalny. „By the Sword” należałoby
poprzedzić wydaniem cyklu „Vows and Honor” („The Oathbound” i
„Oathbreakers”) opisującego przygody wojowniczki Tarmy i czarodziejki
Kethry, albowiem „By the Sword” jest tego cyklu naturalną kontynuacją. „By
the Sword” jest pomyślana jako pierwsza część cyklu „Opowieść Kerowyn”, a
tytułowa Kerowyn to wnuczka Kethry z „cyklu przysiąg”. Jeśli nawet lekce
sobie ważyć intencje autorki w tym względzie, to zwykła logika podpowiada,
że należałoby najpierw zająć się babką, a potem wnuczką – nie zaś
odwrotnie.

Ponieważ Mercedes Lackey bez wątpienia znajdzie u nas miłośników,
informuję uprzejmie, że „świat Valdemaru” opisywany jest w kolejnej
trylogii, „Bardic Voices”, w cyklu, który należałoby nazwać „cyklem
ptasim”, albowiem we wszystkich tytułach występują ptaki, i to parami.

Ostatni tom „ptasiej” trylogii, „The Eagle nad the Nightingale”, właśnie
się ukazał.

Gdy w Amsterdamie zegar ratuszowy wybił godzinę dwudziestą, niżej
podpisanego wyrzucono z punktualnie zamykanej księgarni. Personel udał się
do domów na zasłużony odpoczynek, a niżej podpisany – na piwo marki
Heineken. Ale wraz z nastaniem dnia następnego niżej podpisany był w
American Book Center ponownie i kontynuował badanie nowości fantasy. O
tym, co wybadał, za miesiąc.