Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 156/1995

Słodki Jezu, to już czwarty odcinek? Przysięgam, zamierzając donosić o
nowościach rynkowych w branży magii i miecza miałem zamiar się streszczać.
Nie wyszło, sorry. Wyszedł mi cykl. Jak w klasycznej fantasy.

Jeśli już mówimy o klasycznej fantasy, na początek nieco teorii:
krótka powtórka z nomenklatury i systemologii, jaka w fantasy obowiązuje i
jaką należy się posługiwać przy teoretycznych rozważaniach.

Dajmy na to, autor pisze książkę, noszącą tytuł „Sword of Kuśmider”,
w której bohaterski bohater dokonuje eksterminacji ciemnych sił,
zagrażających pokojowej egzystencji w Krainie Pirogenland. Rzecz kończy
się happy endem, a niekiedy ślubem. Książka taka w żargonie fanów nosi
nazwę „standalone” – czyli rzecz samoistna. Jeżeli autor jednak wyda
kolejnych siedem pozycji, traktujących o następnych perturbacjach w
Pirogenlandzie i dalszych przygodach Kuśmidra, każda następna książka
(„Eye of Kuśmider”, „Kuśmider Rising”, „Sign of Kuśmider”,”Kuśmider of
Chaos”, „Kuśmider at Night” itp.) jest „sequelem”, czyli kontynuacją i
winna być opatrzona podtytułem „The Seventh Book of Kuśmider Magic”. Jeśli
wreszcie autor zdecyduje się napisać, co działo się w Krainie Pirogenland
na długo przed tym, nim Kuśmider wszedł w posiadanie swego magicznego
miecza, książka (lub cykl: „Black Dragons of Pirogenland”, „Yellow Ducks
of Pirogenland”, „Ducks of Chaos”, „The Last Dragon”, „The Duck and the
Sorcerer”, „Shadow of the Duck” itp.) będzie się nazywać: „prequel”. Nie
mylić z preclem.

Zapyta ktoś, czy oprócz „standalone”, „sequel” i „prequel” może w
fantasy istnieć jeszcze jakiś inny rodzaj? Odpowiadam: może. Zebrawszy
wszystkie Kuśmidry, smoki i kaczki do kupy można je wydać łącznie, w
jednym grubym tomie („Kuśmider, the Eternal Warrior”), coś takiego nosi
wówczas nazwę „omnibusa”. Ponadto, w przerwie między kolejnym „sequelem” a
„prequelem” można wydać „The Pirogenland Companion” i „The Illustrated
Guide to Pirogenland” względnie „The Illustrated Guide to Kuśmider
Castle”. Takie rzeczy nazywają się „related” – związane.

Tyle tytułem teoretycznego wstępu, wracam do kolejnych fantastycznych
nowości i nowinek.

Tych, którym przypadł do gustu wesoły demon Azzie Elbub, bohater
opisywanej poprzednio „Przynieście mi głowę księcia”, informuję, że Azzie
wraca na scenę w najnowszej książce Zelaznego i Sheckleya, noszącej tytuł
„A Farce to be Reckoned With”. May the Farce be with you.

Dave Duncan (ten od „Niechętnego szermierza”) wydał „The Hunters’
Haunt” i „The Cursed”. Raymond E.Feist (autor Sagi o Drenai) popełnił
„Shadow of a Dark Queen”. Michael Scott Rohan wydaje „standalone”
zatytułowaną „Lord of the Middle Air”. Tom Deitz, znany głównie z
obszernych cykli „Soulsmith” i „Sunshaker”, rzuca na rynek książkę
„Dreamseeker’s Road”. Christopher Stasheff kontynuuje swój cykl „Wizard”
nowymi sequelami – „The Secular Wizard” i „A Wizard in War”.

Panom – co dla współczesnej fantasy znamienne – dzielnie dotrzymują
kroku panie. Jane Yolen (autorka cyklu o Białej Jennie) wydała powieść
„The Wild Hunt” i wydaje zbiorek „Here There Be Witches”. Nina Kiriki
Hoffman oferuje „The Thread that Binds the Bones” i „The Silent Strength
of Stones”. Ninę Kiriki znam z jednego tylko opowiadania, zamieszczonego w
„Dragon Magazine”, a było to opowiadanie całkiem sympatyczne.

Elizabeth Moon znam lepiej. Popełniła ona niegdyś gruby cykl o losach
Paksenarrion, córki ubogiego wieśniaka, której jedynym marzeniem było
uciec od pracy na roli i zostać pieszym sołdatem. Została takowym,
wojowała, awansowała, wreszcie została paladynką. Pani Moon wydała omnibus
„The Deed of Paksenarrion”, a wychodzi właśnie „prequel” tej całej
historii, zatytułowany „Winning Colors”. Nie przepadam za Elizabeth Moon,
bo jest to jedna z autorek zdających się pisać na podstawie podręcznika do
gier Role Playing.

Na uwagę – i polski przekład – zasługuje natomiast Judith Tarr („The
Hound and the Falcon”, „Ars Magica”, „Alamut”, „The Golden Horn”). Pani
Tarr specjalizuje się w fantasy historycznej, fantastycznie podbarwiając
mroki i tajemnice średniowiecza wykorzystuje swe specjalistyczne studia w
Yale. Najnowsza wydana przez Judith Tarr pozycja to „Arrows of the Sun”,
sequel z cyklu „Avaryan”.

Twórczości Janny Wurts nie znam, wiem jednak, że jest autorką
obszernych seriali „Cycles of Fire” i „The Wars of Light and Shadow”.
Podczas buszowania w American Book Center w Amsterdamie wpadła mi w oko
najnowsza książka Janny Wurts, „This Way Lies Camelot”. Zainteresowałem
się, sądząc, że to jakaś przeróbka mitu o królu Arturze, ale okazało się,
że nie.

Jeśli już jesteśmy przy przeróbkach mitu arturiańskiego, to są dwie
interesująco zapowiadające się nowości: jedną jest „Merlin’s Bones”
napisana przez klasyka – Freda Saberhagena. Drugą jest całkiem nowy cykl
fantasy arturiańskiej, zaczęty przez A.A.Attanasio. Nie znam tego
autora, nie potrafię też rozgryźć jego inicjałów, a nie wykluczam, że to
na przykład Anne Antoinette. Obiło mi się jednak o uszy, że do tej pory
autor (?) ten trzymał się raczej twardej SF. Pierwszy tom wspomnianego
arturiańskiego cyklu Attanasio nosi tytuł „The Dragon and the Unicorn”.
A na koniec – przeprosiny pod adresem zagorzałych fanów Piersa Anthony
za lekceważący stosunek do cyklu „Xanth”, a w szczególności za brak
orientacji co do numeracji poszczególnych tomów. Pogłębiłem mą wiedzę „w
tym temacie” i informuję, że „Harpy Thyme” to siedemnasty numer „Xanthu” a
„Geis of the Gargoyle” jest osiemnasty. Sto lat, sto lat niech żyje nam,
nieustające zdrowie solenizanta.