Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 155/1995

Niniejszym pozwalam sobie kontynuować dzieło szerzenia wiedzy o tym, co
w fantasy piszczy – tym razem jednak rezultaty własnego buszowania wśród
półek księgarskich postaram się wzbogacić wieściami o zupełnych nowinkach
– rzeczach jeszcze ciepłych, niczym poranne bułeczki z piekarni, a nawet o
takich bułeczkach, które jeszcze nie wyszły z pieca.

Niniejszym pozwalam sobie kontynuować dzieło szerzenia wiedzy o tym, co
w fantasy piszczy – tym razem jednak rezultaty własnego buszowania wśród
półek księgarskich postaram się wzbogacić wieściami o zupełnych nowinkach
– rzeczach jeszcze ciepłych, niczym poranne bułeczki z piekarni, a nawet o
takich bułeczkach, które jeszcze nie wyszły z pieca.

W taki to sposób
poniższy tekst ma szanse stać się w miarę aktualny. Powtarzam – w miarę –
nie należy bowiem zapominać, że w ciągu roku potrafi ukazać się około
dwóch setek nowych tytułów fantasy i trzymanie ręki na pulsie jest raczej
niewykonalne – zwłaszcza dla faceta, który – jak niżej podpisany – oprócz
śledzenia cudzych dokonań musi jeszcze sam pisać, a z uprawiania różnych
form słodkiego lenistwa rezygnować nie ma zamiaru.

Zacznę jednak nie od nowości, ale od Roberta Jordana, który
bynajmniej nowy nie jest. Dał mi się on jako autor fantasy poznać już dość
dawno temu, ale z nienajlepszej strony – a mianowicie jako jeden z legionu
posthowardowskich kontynuatorów przygód uroczego barbarzyńcy Conana z
Cimmerii. Będąc jednak mało wrażliwym na takie uroki, dość bezwzględnie i
pryncypialnie przypisałem Jordana do „klubu conanistów” i wykreśliłem go z
listy mogących mnie interesować pisarzy. Arogancko zlekceważyłem wydane w
Polsce „Oko świata”, nie sugerując się nawet dość pochlebną recenzją w
„Fantastyce”. Był to błąd, należało się zasugerować – już choćby dlatego,
że wśród panów Predatorów et consortes pisanie pozytywnych recenzji z
literatury magii i miecza jest rzeczą niezmiernie rzadką i nie jest
uważane w tym milieu za będące comme il faut. By zdołać ugłaskać
drapieżność Predatora, w Jordanie rzeczywiście coś musiało być. I było. Bo
nagle gruchnęła bomba – oto kolejna książka Roberta Jordana, „Lord of
Chaos”, wdarła się przebojem na wszystkie możliwe listy bestsellerów SF &
fantasy i króluje na nich od wielu miesięcy, zupełnie niezagrożona.
„Lordowi” nie zagroziły nowe książki Beagle’a, Brooksa, Pratchetta,
Eddingsa, Lackey, Simmonsa, Sterlinga i Barkera, ba, przegrały z Jordanem
nawet „Dolphins of Pern” Anny McCaffrey, co należy uważać za sukces
niebywały, zważywszy liczne i energiczne rzesze fanów planety Pern,
wiecznie głodnych historii o tamtejszych Smokach i ich jeźdźcach. Sukces
„Władcy Chaosu” pociągnął za sobą paperbackowe wznowienia wszystkich
poprzednich pozycji Jordana: „Great Hunt”, „Shadow Rising”, „Dragon
Reborn”, „Fires of Heaven” i znanego już u nas „Oka świata” – wszystkie
znalazły się na listach bestsellerów.

Cóż, vox populi (i jak się okazuje, vox Predatori) to vox Dei – trzeba
będzie jednak dzieła zebrane Roberta Jordana przeczytać. Trzeba będzie
również pogratulować polskiemu wydawcy, który (rzadkość, rzadkość!)
bezbłędnie i w porę wyczuł koniunkturę.

A teraz przechodzimy do „gorących bułeczek”, do rzeczy, które już są na
rynku albo za chwilę znajdą się na nim. Po pierwsze – „Alvin the
Journeyman” Orsona Scotta Carda, czwarty, długo oczekiwany tom cyklu o
Alvinie Stwórcy, rozpoczętego „Siódmym synem”. To taka raczej pograniczna
fantasy, ale fantasy. A Card to Card, amen.

Najnowszy, szesnasty w kolejce tom popularnego już Świata Dysku
Terry’ego Pratchetta nosi tytuł „Soul Music”. Tego zachwalać nie trzeba,
to już znamy, świetnie się przy tym bawimy i bawić będziemy. Na jesień
Pratchett szykuje następną książkę, zatytułowaną „Lords and Ladies”.
Pratchetta możemy nie tylko czytać – kto woli, może już pobawić się
Rincewindem, Dwukwiatem i słynnym wielonożnym kufrem za pomocą joysticka,
bo Pratchett sprzedał prawa do Świata Dysku komputerowcom.

David Eddings, o którym wspominałem już poprzednio, przerzucił się z
„sequeli” na „prequele”. Wyjaśniam, że „sequel” to pisanie o tym, co było
później, a „prequel” – co było wcześniej. „Belgarath the Sorcerer”, jak
należy założyć, poprzedzał będzie w czasie „Belgariadę” o kilka tysięcy
lat i przybliży nam postać sympatycznego czarodzieja, znanego ze wstrętu
do porządku, czystości i schludnego ubierania się. Cóż, liczmy na to, że
Eddings drapnie nas znowu swym słynnym pazurem i jednak udowodni, że
jeszcze go sobie nie stępił. Pożywiom, uwidim.

Robert Silverberg rzuca nareszcie na rynek nowy kawałek „majipoorski” –
„The Mountains of Majipoor”. Ha, drżyjcie, listy bestsellerów, chociaż
mnie ten cykl przestał bawić już po „Lord Valentine’s Castle”. Poza tym,
Majipoor (sam Silverberg upiera się przy tym) nie jest fantasy, a zatem
a priori zostawiam ocenę Predatorom.

Marion Zimmer Bradley, Andre Norton i Julian May stworzyły jakiś czas
temu damskie trio i wdzięcznymi sopranami wyśpiewały nam rzecz
zatytułowaną „Black Trillium”. Książka nie zachwyciła mnie, a wszakże
twórczóść dwóch spośród trzech wyżej wymienionych pań (proszę zgadnąć,
których) raczej lubię i cenię. „W „Black Trillium” trio rozpisało
partyturę następująco: okropny konflikt w Świecie Trzech Księżyców
strasznie komplikuje życie trzem księżniczkom. Każda pisarka wzięła tedy
na warsztat jedną księżniczkę i opisała jej zagmatwane losy, po czym
efekty pracy zostały zebrane do kupy. Były też podobno jakieś „sequele”,
ale umknęły mojej uwadze, nie wiem więc, jak to się skończyło, ale
zakładam, że happy endem. Przynajmniej chwilowo, albowiem właśnie
dowiaduję się, że dwie księżniczki umarły, a opisywanie losów trzeciej
(już sopranem solo a capella) kontynuuje Marion Zimmer Bradley w książce
„The Lady of the Trillium”.

Mercedes Lackey zaczęła natomiast śpiewać w duecie sopran-baryton.
Zakładam, że baryton, bo z tego, co autorka pisze, można ją podejrzewać o
zamiłowanie do cieńszych głosów. Partnerem Mercedes jest nieznany mi Larry
Dixon, a rezultatem chórku są – na razie – dwie książki: „The Black
Gryphon” i „The White Gryphon”. Obie są „prequelami” – ich akcja toczy się
w przeszłości świata Valdemaru, krainy znanej nam już z osiągalnych w
Polsce przekładów, o których napomykałem w poprzednim odcinku. To ma być
nowy cykl, noszący wspólny tytuł „The Mage Wars”, ale nie wiem, ile
jeszcze będzie „gryfów” i jakiej maści będą następne. Wiem natomiast, że
Mercedes rzuca również na rynek kolejną, najnowszą pozycję z
sygnalizowanego uprzednio „cyklu Valdemarskich sztormów” – książkę o
tytule „Storm Rising”.

Guy Gavriel Kay to autor słynnego „Gobelinu Fionavaru”, trylogii
fantasy umieszczanej na listach klasyki gatunku. Trylogia jest właśnie
przekładana na polski – pierwszy tom, „Drzewo życia”, ukazał się niedawno.
Kay – w porównaniu do takiej choćby Lackey – pisze spokojnie i bez
pośpiechu. „Fionavar” ujrzał światło dzienne w latach 1985-1987. Potem
były „Tigana” i „A Song for Arbonne”, i dopiero teraz na rynek trafia nowa
książka Kaya: „The Lions of Al-Rassan”.

Pisząc poprzednio o Terry Brooksie jako o autorze „Shannary”
zapomniałem dodać, że jest on autorem rzeczy znacznie ciekawszej – a
mianowicie pierwszorzędnie napisanego cyklu o Benie Holidayu, prawniku z
Chicago, który… kupił sobie z ogłoszenia magiczne królestwo Landover. Na
własność. Za milion dolarów. I zaczęło się! Na cykl „Landover” składają
się pozycje „Magic Kingdom for Sale, Sold!”, „The Black Unicorn”, „Wizard
at Large” oraz najnowsze: „Tangle Box” i „Witches Brew”.

Ha, komputer sygnalizuje, że jestem na granicy objętości tekstu, a za
przekroczenie limitu Czcigodni Panowie Redaktorzy z „NF” zwykli rugać mnie
różnymi brzydkimi słowy. A że jeszcze nie wymieniłem wszystkich
fantastycznych nowinek, do zobaczenia za miesiąc. See you later,
crocodile.