Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 153/1995

Zgodnie z obietnicą daną przed miesiącem, kontynuuję relację z mej
wielkiej wędrówki po półkach księgarskich American Book Center w
Amsterdamie.

Zgodnie z obietnicą daną przed miesiącem, kontynuuję relację z mej
wielkiej wędrówki po półkach księgarskich American Book Center w
Amsterdamie.

Wtrącić tu muszę, że research wśród nowości fantasy wymagał z
mej strony nielichego poświęcenia, polegał bowiem na stałym przekrzywianiu
głowy w stronę prawą, a ponieważ mam uszkodzone kręgi szyjne, takie
przekrzywianie sprawia mi dotkliwy ból. Wszelakoż w ojczyźnie cierpię
podwójnie – brak unifikacji w sposobie opisywania grzbietów książek
powoduje, że muszę krzywić głowę to w lewo, to w prawo.

No, ale dość użalania się, wracamy (excusez le mot, pun absolutely not
intended) do naszych baranów.

Buszując wśród półek w poszukiwaniu fantastycznych nowości wpadły mi
też w oko rzeczy bynajmniej nie nowe, ale nadal u nas nie znane. Patricia
Mc Killip, dla przykładu, której sztandarowe i już klasyczne „The
Forgotten Beasts of Eld” i trylogia „Riddlemaster” („Riddlemaster of Hed”,
„Heir of Sea and Fire”, „Harpist in the Wind”), jak również sympatyczna
„The Changeling Sea” nadal nie figurują w żadnych znanych mi planach ani
zapowiedziach wydawniczych.

Nie obiło mi się też o uszy, by planowano rozpoczęcie wydawania Barbary
Hambly – autorki wielu całkiem porządnych pozycji fantasy, jak chociażby
„Dragonsbane”, cyklu „Ladies of Mandrigyn”, „The Witches of Wenshar” i
„The Dark Hand of Magic”, trylogii „Darwath” i ostatnimi czasy wydanej
„Bride of the Rat God”. Barbara Hambly jest u nas nadal absolutnie
nieznana. Nawet (chapeau bas) Wiktor Bukato, informując w „Fenixie” o
mianowaniu tej pisarki prezeską stowarzyszenia Science Fiction Writers of
America, z rozbrajającą – acz nieco kompromitującą jak na takiego
fachmana szczerością wyznaje, że nie wie, kto to jest. Informuję P.T.
fanów fantasy, że bracia Czesi, lepiej wiedzący, kto jest kim w tej
branży, już zaczęli Barbarę wydawać.

Nie przybliżono nam również twórczości Patricii Keneally-Morrison,
autorki związanej swego czasu z Jimem Morrisonem. Kto widział poświęcony
Morrisonowi film (z Valem Kilmerem w roli głównej), ten pamięta
przedstawioną tam (dość kontrowersyjnie) postać pisarki. Dziełem
Patricii jest osadzony w mrokach celtyckich wierzeń cykl, na który
składają się książki „The Copper Crown”, „The Throne of Scone”, „The
Silver Branch” i „The Hawk’s Grey Feathers”.

Nadal nieznana jest Sheri S.Tepper, znana przede wszystkim jako
autorka takich pozycji jak „True Game”, „The Revenants”, „Blood Heritage”,
„Jinian Footseer” czy „The Chronicles of Mavin Manyshaped”.
Nie pomyślano też o przekładzie cyklu fantasy, pisanego przez Alana
Deana Fostera, pisarza znanego w Polsce raczej jako autora hard SF –
chociażby z nowelizacji scenariuszy Dana O’Bannona i Jamesa Camerona
(„Alien” i „Aliens”). Mowa o cyklu „Spellsinger”, opisującym przygody
Jonathana Meriweathera, studenta i gitarzysty rockowego, którego los rzuca
w fantastyczny, pełen prześmiesznych stworzeń i istot świat. Po
książkach „Spellsinger”, „The Hour of the Gate”, „The Day of the
Dissonance”, „The Moment of the Magician”, „The Paths of the
Perambulator” ukazały się ostatnio „The Son of Spellsinger” i „The Chorus
Skating”. Gdy „Spellsinger” pojawi się wreszcie i u nas, kupujcie, bo
warto. Tęgi ubaw, wytrzymujący konkurencję ze „Światem dysku” Pratchetta i
historiami o przygodach czarodziejów Kedrigerna i Conhoona, pisanymi przez
Johna Moressy. A wy, kochani przyszli wydawcy, wydając Fostera nie
zapomnijcie o prowizji dla mnie, nawet jeśli miałby to być wyłącznie
uścisk dłoni redaktora en chef lub pochwała przed frontem kompanii.

O działalności pisarskiej Diany L.Paxson, o której również napomykałem
niegdyś w „Pirogu”, nadal nie mamy w Polsce bladego pojęcia. Nie pomyślano
o przekładzie niezłej „The White Raven”, nie wzięto też na warsztat
obszernego cyklu Diany, opisującego świat Westrii. Najnowszy tom „Westrii”
właśnie się ukazał – nosi tytuł „The Jewel of Fire”. Diana napisała
również następną nowość rynkową – książkę „The Serpent’s Tooth”. Czyżby
początek nowego cyklu?

A co jeszcze wśród nowości, wydanych przez znanych już i lubianych w
Polsce autorów fantasy? Po pierwsze – nowa książka Marion Zimmer Bradley.
Po „Mgłach Avalonu” jest to kolejna rzecz Bradleyki, osadzona w świecie
celtyckiej mitologii. Powieść nosi tytuł „The Forest House”. I bez
wątpienia będzie przebojem.

Peter S.Beagle, autor klasycznego „Ostatniego jednorożca” po
stosunkowo długim milczeniu (od 1987) wydał książkę, którą z miejsca
obsypano pochwałami i nagrodami i okrzyczano za wydarzenie w fantasy.
Książka nosi tytuł „The Innkeeper’s Song” – nie zaś „Innkeeper’s
Daughter”, jak podaje w „Fenixie” najwyraźniej nieszczególnie wyznający
się w fantasy pan Wiktor (chapeau bas) Bukato.

Robert Paul „Tad” Williams, autor sagi „Pamięć, Smutek i Cierń” i
„kociej” historii „Pieśń Łowcy” wydał nowość, zatytułowaną „Caliban’s
Hour”. Melanie Rawn rzuciła na rynek „The Ruins of Ambrai” – jest to
pierwszy tom cyklu noszącego wspólny tytuł „Exiles”. Elizabeth H.Boyer,
kolejna wielka miłośniczka kotów, też wydała nową powieść fantasy. Rzecz
nosi tytuł – jakżeby inaczej – „Kociarz” („The Keeper of Cats”).
„Błysnęły” na rynku także nowe nazwiska, kto wie, może przyszłe jasne
gwiazdy na firmamencie fantasy. Keren Gilfoyle wydała „A Shadow on the
Skin”, David Weber wydał „The Oath of Swords”. Pojawiła się też Marjorie
B.Kellog z książką „The Book of Earth”, pierwszym tomem sagi „The Dragon
Quartet”. Z tytułu można wnosić, że tomów będzie cztery, a następne tomy –
zaryzykuję – będą Księgami Wody, Ognia i Powietrza, ewentualnie Głodu,
Ognia i Wojny.

Nowością jest również „The Glass Dragon”, napisana przez Irene Radford.
Ta książka również otwiera cykl, noszący tytuł „The Dragon Nimbus”. Jak
widać, smoków ci u nas dostatek, ale co uczynić, kanon to kanon.
Miłośników najpiękniejszych i najmądrzejszych zwierząt świata powiadamiam,
że w książce, oprócz Szklanego Smoka, występuje też sympatyczny kotek o
imieniu Mica.

Na zakończenie informuję, że antologia „Sword & Sorceress”,
sponsorowana przez Marion Zimmer Bradley, żyje i ma się dobrze. Właśnie
ukazało się wydanie numer jedenasty. Żadne z nazwisk produkujących się tam
pisarzy (czy raczej pisarek) niczego mi nie powiedziało, ale cóż, niegdyś
było podobnie z Lackey, Paxson i de Lintem. Ale nazwisko autorki jednego z
zamieszczonych w antologii opowiadań (choć również mi obce) przykuło mój
wzrok i uwagę. Judith Kobylecky…

Marsz, marsz Polonia. Górą nasi.