Rozdział drugi

w którym Flutek dotrzymuje słowa, Hynek z Kolsztejna przynosi Pradze pokój święty a historia rani i kaleczy, zmuszając medyków do ciężkiej pracy.

Flutek dotrzymał słowa. Kompletnie tym zresztą Reynevana zaskakując.

Miesiąc bowiem minął od tamtej rozmowy, od dnia festynu z okazji zwycięstwa pod Tachowem. Od zamachu. I od incydentu z panią Blażeną Pospichalovą, który zdarzył się w noc z czwartego na piąty sierpnia. Incydent z panią Blażeną powtórzył się, co tu ukrywać, potem jeszcze kilkakroć i w sumie więcej miał stron miłych niż niemiłych. Do tych pierwszych należały – między innymi – smaczne i obfite śniadania, którymi po piątym sierpnia pani Blażena jęła raczyć swych sublokatorów. Reynevan i Samson, dotąd jadający raczej nieregularnie i skąpo, po czwartym sierpnia zaczęli chodzić do swych zajęć syci i zadowoleni z życia, idąc zaś uśmiechali się pogodnie do bliźnich i pogwizdywali wesoło, rozpamiętując smak bułeczek, twarogu, szczypiorku, wątrobianki, ogóreczków i jajecznicy z tartym selerem. Jajecznicę z selerem pani Blażena serwowała szczególnie często. Jajka, mawiała, śląc Reynevanowi spojrzenia aksamitne jak alpejskie szarotki, wzmagają moc. A seler, dodawała, wzmaga chęć.

Po miesiącu od tamtych wydarzeń, już we wrześniu, szóstego, w sobotę przed Narodzeniem Panny Marii, gdy Reynevan i Samson kończyli jajecznicę z selerem, w izbie zjawił się, cicho jak szary cień, znany Reynevanowi szary typek w szarych gaciach.

– Jegomość czekają – wyrzekł cicho a krótko. – W „Złotym koniku”. Wnet, panie.

 

* * *

 

Praskie ulice były wyjątkowo mało ludne, wręcz wyludnione. Wyczuwało się napięcie, tętno miasta było nerwowe, niespokojne i nieregularne. Dachy lśniły po deszczu, jaki spadł przed świtem.

Milczeli, idąc. Samson Miodek odezwał się pierwszy.

– Niemal dokładnie dwa lata temu – powiedział – byliśmy w Ziębicach. Ósmego września roku 1425 przybyłeś do Ziębic. W szlachetnej misji wybawienia ukochanej. Pamiętasz?

Miast odpowiedzieć lub skomentować, Reynevan przyspieszył kroku.

– Istotnym metamorfozom – nie rezygnował Samson – uległeś w ciągu tych dwóch lat. Zmieniłeś – rzecz niemała – religię i światopogląd. W obronie obu czasem chodziłeś w bój z bronią w ręku, czasem dawałeś się wykorzystywać politykom, szpiegom i łotrom. I nie szlachetne wybawianie już twym motywem, lecz przeciwnie: ślepa zemsta. Zemsta, która – jeśli nawet cudem jakimś dosięgnie osób faktycznie winnych, i tak nie przywróci życia twemu bratu.

Reynevan zatrzymał się.

– Rzecz już dyskutowaliśmy – odrzekł twardo. – Moje motywy znasz. I obiecałeś pomóc. Nie pojmuję więc…

– Dlaczego do tego wracam? Bo do czegoś takiego zawsze warto wracać. Zawsze warto próbować, bo a nuż podziała, a nuż komuś otworzą się oczy i rozum zawita do głowy. Ale masz rację. Obiecałem pomóc. I pomogę. Chodźmy.

W Bramie Svatohavelskiej – rzecz dziwna – nie dało się widzieć straży, ni jednego zbrojnego. Sprawa była absolutnie zaskakująca, zważywszy, że Brama i mostek nad przykopem stanowiły główny łącznik między Nowym a Starym Miastem, a stosunki między dzielnicami bywały na tyle napięte, że uzasadniało to obsadzanie bram uzbrojonymi załogami. Dziś nie było ni śladu załogi, tunel bramy był puściutki. Zapraszający do wejścia. Nieszczerze. Jak pułapka.

Pustawo było też w uliczkach za Świętym Gawłem, zwykle zatłoczonych kramami i straganami, dziwna cisza panowała na Targu Rybnym. A Staromiejski Rynek był jak wymarły. Dwa psy, jeden kot i ze trzydzieści gołębi w zgodzie i harmonii piło wodę z kałuży pod pręgierzem, nawet nie oglądając się na nielicznych przemykających pod ścianami domów przechodniów.

Lśniły zmoczone deszczem kule na pinaklach chramu Tyńskiego. Niczym złoty trójząb błyszczała wieża ratuszowa. Ratuszowe horologium, zegar wieżowy, jak zwykle zgrzytało, biło i coś wskazywało – jak zwykle nie bardzo było wiadomo co, dlaczego i jak dalece dokładnie. A wnosząc z położenia słońca i tak ledwo przeszła tercja.

Flutek czekał w domu „Pod złotym konikiem”, w tej samej izbie, co poprzednio, z tym, że tym razem obyło się bez wisielca. Stojąc przy oknie, taborycki szpieg wysłuchiwał meldunków, składanych przez ludzi wyglądających na agentów, a także ludzi na agentów nie wyglądających. Zobaczył Reynevana. Skrzywił się na widok Samsona.

– Jesteś.

– Jestem.

– Kuszy nie wziąłeś – zauważył kwaśno Neplach. – Może i lepiej. Jeszcze byś się w coś postrzelił. Czy ten twój matołek musi tu być?

– Nie musi. Zejdź na dół, Samsonie. I czekaj.

– Stań tam – rozkazał Flutek, gdy Samson wyszedł. – Tam, przy oknie. Stój, milcz, obserwuj.

Stał, milczał, obserwował. Na rynku nadal było pusto. Przy kałuży u pręgierza pies się drapał, kot wylizywał sobie ogon i jego szeroko rozumiane okolice, gołębie dreptały skrajem wody. Gdzieś w stronie Ungeltu i kościoła Świętego Jakuba odezwał się róg. Po chwili trąbienie dobiegło też od wschodu, od splądrowanego Świętego Klemensa, byłego klasztoru byłych dominikanów.

Do izby wpadł zdyszany agent. Flutek wysłuchał meldunku.

– Nadjeżdżają – oznajmił, podchodząc do okna obok. – W jakieś pięćset koni. Słyszałeś, Reinmarze? W pięćset koni chcą zająć Pragę, błazny. W pięciuset chcą przejąć władzę, zadufki.

– Kto? Zechcesz wreszcie powiedzieć, o co tu chodzi?

– Szczury ratują się z tonącego okrętu. Podejdź do okna. Przyglądaj się. Patrz uważnie. Wiesz, kogo masz wypatrywać.

Spod pręgierza uciekły nagle psy, za nimi pognał kot. Gołębie zerwały się trzepoczącą chmarą, spłoszone przybliżającym się stukiem podków. Konny huf nadciągał od południa, od fosy, od pustej Bramy Svatohavelskiej. Wkrótce jeźdźcy – wśród nich liczni ciężkozbrojni – zaczęli wśród szczęku i łoskotu wlewać się na rynek.

– Kolińska drużyna Dziwisza Borzka – rozpoznawał barwy i znaki Flutek. – Zbrojni Puty z Czastolovic. Panosze Jana Miesteckiego z Opoczna. Pancerni Jana Michalca z Michalovic. Konnica Ottona de Bergow, pana na Troskach… A na czele?

Na czele hufu jechał rycerz w pełnej zbroi, ale bez hełmu. Na białej jace nosił herb – złotego wspiętego lwa na błękitnym polu. Reynevan widział już i rycerza i herb. W bitwie pod Usti.

– Hynek z Kolsztejna – wyrzekł przez zaciśnięte zęby Flutek. – Ze szczepanickiej linii Valdsztejnów, z rodu wielkich Markvarticów. Bohater spod Wyszehradu, obecny pan na Kamyku, hejtman litomierzycki. Daleką przebył drogę, od wielkości do zdrady. Rozglądaj się wśród jego kompanów, Reynevan. Patrz uważnie. Coś mi mówi, że kogoś rozpoznasz.

Staromiejski Rynek huczał od podków, łoskot i szczęk odbijały się echem od pierzei, wznosiły nad dachy. Hynek z Kolsztejna, rycerz z lwem, wspiął siwego konia tuż przed portalem staromiejskiego ratusza.

– Pokój święty! – ryknął. – Czas na pokój święty! Dość krwi, gwałtu i zbrodni! Uwolnić więźniów! Uwolnić Zygmunta Korybuta, prawego pana naszego i króla!

– Dość rządów krwawych klik! Koniec z przemocą, zbrodnią i wojną! Pokój wam przynosim!

– Pokój święty! – jeźdźcy chórem podchwytywali hasło. – Pokój święty! Pax sancta!

– Ludu miasta Pragi! – ryczał Hynek. – Stolicy królestwa czeskiego i wszystkich temu królestwu wiernych! Do nas!
Panie burmistrzu Starego Miasta! Panowie rajcy! Panowie ławnicy! Do nas! Bywajcie!

Drzwi ratusza nie uchyliły się nawet na cal.

– Prago! – krzyknął Hynek. – Wolna Prago!

I Praga odpowiedziała.

Z trzaskiem otwarły się okiennice, wyjrzały zza nich strzemiona i łuczyska kusz, lufy hakownic, rury piszczał. Nagle, jak na komendę, Staromiejski Rynek utonął w ogłuszającym huku wystrzałów, w dymie i smrodzie prochu. Na stłoczonych na placu zbrojnych runęła nawałnica kul i bełtów. Eksplodował i wzniósł się krzyk, ryk, wrzask ranionych ludzi, rżenie i dzikie kwiki kaleczonych koni. Jeźdźcy zakotłowali się w bezładzie, zderzali jedni z drugimi, przewracali, tratowali tych, którzy z siodeł spadli. Część z miejsca pchnęła konie w galop, ale z rynku nie było ucieczki. Ulice zabarykadowano nagle belkami, przegrodzono przeciągniętymi w poprzek łańcuchami. Zza zapór sypnęły się bełty. A ze wszystkich stron, z Żelaznej, z Michalskiej, z Długiej Trzidy, z Celetnej, od Tynu, na rynek biegli uzbrojeni ludzie.

Konni, osłaniając się wzajem tarczami, zbili się w kupę pod ratuszem, Hynek z Kolsztejna starał się zaprowadzić ład, chrypł od krzyku. A z domów wciąż strzelano, kule i bełty leciały z okien otaczających Staromiejski Rynek kamienic – z „Jednorożca”, z „Czerwonych Drzwi”, z „Baranka”, z „Kamiennego Dzwonu”, z „Łabędzia”. Strzelano z okien i okienek, z wykuszy, z dachów, z sieni i bram. Rycerze i panosze jeden po drugim lecieli z siodeł na ziemię, padały wierzgające konie.

– Dobrze – powtarzał przez zaciśnięte zęby Flutek. – Dobrze, prażanie. Tak trzymać! Oj, nie wyjdziesz pan z tego żywy, panie Kolsztejnski z Valdsztejnów. Nie uniesiesz głowy.

Hynek z Kolsztejna jakby go dosłyszał, bo jego huf nagle podzielił się na dwa oddziały. Jeden, w jakieś sto koni, dowodzony przez rycerza z tarczą srebrno-czarną pogalopował w stronę kościoła Świętego Mikołaja. Drugi, z samym Hynkiem na czele, uderzył na motłoch atakujący od Długiej Trzidy.

Pierwszy oddział znikł Reynevanowi z pola widzenia, mógł tylko z wrzasku i szczęku wnioskować, że konni próbują przedrzeć się przez barykady, wyrąbać sobie drogę na most i Małą Stranę. Widział natomiast, jak oddział Hynka z impetem spadł na uzbrojonych mieszczan, jak pierwszą linię położył pokotem, jak drugą rozproszył. I jak na trzeciej utknął, nadziawszy się na zaporę z gizarm, dzid i wideł. Prażanie stali twardo, nie dali się przestraszyć. Było ich dużo. Byli silni. Pewni siebie.

Bo wciąż nadbiegali nowi.

– Śmierć zdrajcom! – wrzeszczeli, atakując. – Do Wełtawy z nimi!

– Bić, bić, nikogo nie żywić!

Rżały, stając dęba, ranione wierzchowce, walili się na śliską już od krwi ziemię jeźdźcy. A z okien wciąż leciały bełty, bełty, bełty…

– Bić zdrajców! Do Wełtawy!

Jeźdźcy wycofali się, zawrócili na plac, rozproszyli się, małymi grupami pognali, by na własną rękę przebijać się przez barykady i łańcuchy przy Świętym Mikołaju i w Michalskiej. Ale Hynka z nimi nie było. Pod bohaterem spod Wyszehradu i Usti padł koń, cięty kosą po przednich nogach. Rycerz zdołał w porę zeskoczyć, miecza nie wypuścił, tych, co go opadli, porąbał. Oparłszy się plecami o ścianę domu „Pod Słoniem”, skrzyknął ku sobie kilku podobnie spieszonych, widząc jednak, że koszeni bełtami padają, skoczył w sklepioną sień, wywalił drzwi barkiem. Prażanie kupą wpadli za nim do wnętrza domu. Hynek nie miał szans. Nie potrwało długo, a okrwawione ciało w jace ozdobionej lwem Markvarticów wyleciało z okna na piętrze i łomotnęło o praski bruk.

– Defenestracja! – zaśmiał się wykrzywiony demonicznie Flutek. – Druga defenestracja! To mi się, psia mać, podoba! Sprawiedliwość i symbolika!

Wyrzucony oknem Hynek dawał jeszcze słabe znaki życia. Prażanie obstąpili go. Jakiś czas wahali się. Wreszcie ktoś wahanie przełamał i dziabnął rycerza oszczepem. Drugi rąbnął toporem. A potem zaczęli dźgać i rąbać wszyscy.

– Tak jest! – zaśmiał się Neplach. – Symbolika! Co, Reynevan? Co powiesz…

Urwał. Reynevana w izbie nie było.

 

* * *

 

Trzeba było przyznać, że rycerz z tarczą podzieloną w skos na pola srebrne i czarne ratował życie rozsądnie i z pomysłem. Po pierwsze, identyfikującą go tarczę cisnął precz jeszcze na rynku. Gdy zaś odparci od barykad przy Owocnym Targu jezdni wycofali się za kościółek Świętego Linharta, gdzie znowu wpadli na prażan i wdali się w zażarty bój, srebrno-czarny rycerz bez wahania obrócił konia i umknął w uliczki, w galopie zdzierając z ramion płaszcz z bogatym haftem. Wyjechał, płosząc kaczki i żebraków, na placyk zwany Przy Kałuży. Słysząc okrzyki nadbiegającej od rynku pogoni zaklął, zeskoczył z siodła, trzepnął wierzchowca po zadzie, sam zanurkował w ciasny i ciemny przesmyk, wiodący ku ulicy Płatnerskiej. Prażanie z wrzaskiem pobiegli za stukiem kopyt konia, biegnącego w stronę dominikańskiego klasztoru i Wełtawy. Rzeki, w której odmętach, jak wynikało z nudnie już monotonnych wrzasków tłuszczy, znajdą wnet koniec wszyscy buntownicy i zdrajcy.

Odgłosy cichły, oddalały się. Rycerz odetchnął, uśmiechnął się pod wąsem. Już był niemal pewien, że mu się powiedzie.

I kto wie, może by się mu i powiodło, gdyby nie fakt, że Reynevan doskonale znał teren. Ulica Płatnerska i odchodzące od niej zaułki mieściły w czasach przedrewolucyjnych kilka przytulnych i niedrogich burdelików, okolice te znał więc świetnie każdy student i każdy bakałarz Uniwersytetu Karola. Do tego, Reynevan i Samson Miodek posługiwali się magią. Amuletami telepatycznymi. Bardzo prostymi, ale wystarczającymi do rudymentarnej telekomunikacji. Do tropienia i pościgu.

Srebrno-czarny rycerz odczekał chwilę, czas wykorzystał na zakrycie zbroi kawałem znalezionej cwilichowej płachty. Przywarł do ściany, słysząc łomot podków, ale to tylko biegł koń bez jeźdźca, bułanek z okrwawionym bokiem. Za koniem biegła, kołysząc się i mucząc, łaciata krowa – skąd się tu wzięła, wiedziała jedna tylko cholera.

Gdy ucichło, rycerz szybko ruszył w stronę Płatnerskiej. Wyszedł na ulicę, postał chwilę, rozejrzał się, nadsłuchując gasnących odgłosów walki i rzezi. Potem wszedł w pierwsze z brzegu podsienie i na podwórze, tu zabrał się do zdejmowania mogących go zdemaskować blach. Spomiędzy suszącej się na sznurze bielizny wywlekł koszulę, wystrzępioną mocno i obszerną, szytą ewidentnie dla baby w ciąży albo grubej zwyczajnie, z przyrodzenia. Gdy wciągał koszulę przez głowę, przez moment nic nie widział.

A Reynevan z Samsonem moment ów wykorzystali.

Reynevan z rozmachem palnął rycerza podniesioną z ziemi deską. Samson palniętego chwycił za barki, potrząsnął, poderwał, z mocą pchnął na mur. O dziwo, miast po murze tym osunąć się bezwładnie, rycerz odbił się odeń, wyszarpnął z pochwy kord i zaatakował. Samson odskoczył, Reynevan zamachnął się swoją deską, rycerz odbił ją silnie, pchnął sztychem, tak szybko i fachowo zręcznie, że gdyby nie brane u fechtmistrza lekcje, Reynevan pożegnałby się z wątrobą i życiem. Rycerz zwinnie obrócił kord w dłoni i zadał szybkie cięcie, gdyby nie wyuczony unik, ostrze rozcięłoby Reynevanowi grdykę aż po kręgi szyjne. Groźną sytuację spacyfikował Samson, uderzeniem kija wytrącając rycerzowi broń a jego samego obalając ciosem pięści. Cios był potężny, ale rycerz i tym razem ani myślał leżeć tam, gdzie upadł. Zerwał się, oburącz chwycił pustą beczkę, podniósł, stęknął, poczerwieniały z wysiłku rzucił, jak pociskiem, w Samsona Miodka. I tu trafiła kosa na kamień. Samson złapał beczkę w locie. I odrzucił niby piłkę. Rycerz runął, zbity z nóg, na stertę słomy.

Podnieść się już nie zdołał. Reynevan i Samson zwalili się na niego, przygnietli, wykręcili i skrępowali ręce. Okręcili głowę babską koszulą. Spętali nogi w kostkach długim powrozem. I zawlekli do pobliskiej piwnicy, za powróz ciągnąc. Nie cackali się. Nie zważali, że głowa rycerza rytmicznie stuka o kamienne stopnie, a on sam pojękuje i bluźni.

Pchnięty na główki kapusty rycerz usiadł, stękając i klnąc. Gdy Reynevan zdarł mu szmatę z głowy, pomrugał. Piwnica miała okienko, dało się więc widzieć co nieco. Rycerz długo przypatrywał się Reynevanowi, krócej Samsonowi. I od razu ocenił, że z tych dwóch wyłącznie jeden jest partnerem do negocjacji. Spojrzał Reynevanowi prosto w oczy, odkaszlnął.

– Rozumnie – wysilił się na uśmiech. – Roztropnie, bracie. Po co dzielić się z innymi, gdy można wszystko mieć dla siebie? Czasy są zbyt ciężkie i niepewne, by gardzić groszem. A grosz wpadnie ci do kabzy, obiecuję.

Reynevan ukradkiem odetchnął z ulgą. Stuprocentowej pewności do tej pory nie miał i już na zapas frustrował się skutkami możliwej pomyłki. Ale gdy rycerz przemówił, o pomyłce mowy już być nie mogło. Ten głos słyszał dwa lata temu, trzynastego września, na Śląsku, w cysterskiej grangii w Dębowcu.

– Zasłużyłeś… – srebrno-czarny rycerz oblizał wargi, łypnął na Reynevana. – Zasłużyłeś na nagrodę. Już choćby za spryt. Sprytnie mnie złapałeś, co tu gadać. Masz, co tu gadać, łeb na karku…

Urwał. Zorientował się, że mówi na próżno, a jego słowa nie wywierają na adresacie żadnego wrażenia. Natychmiast przestawił się na inną taktykę. Przybrał dumną minę i zmienił ton. Na pański i władczy.

– Jestem Jan Smirzycky ze Smirzyc. Pojmujesz, chłopie? Jan Smirzycky! Okup za mnie…

– Tam, na rynku – przerwał Reynevan – trup twojego kamrata Hynka już wisi na pręgierzu, obdarty do naga. Obok jest jeszcze miejsce.

Rycerz nie spuścił oczu. Reynevan pojął, z kim ma do czynienia, ale trzymał się obranej strategii. Nadal usiłował nastraszyć i zastraszyć.

– Z reszty twoich druhów ocaleli tylko ci, których obronił proboszcz Rokycana, zasłaniając własną piersią przed dzidami motłochu, tych zawleczono do ratuszowej szatławy. Przeganiając przedtem naprędce wymyśloną „ścieżką cnoty”, szpalerem ludzi z pałkami i siekierami. Nie wszyscy przebyli tę ścieżkę żywi. Pościg za resztą trwa, a motłoch wciąż czeka pod ratuszem. Zastanawiasz się, po co ci to mówię? Bo straszną mam chęć zaciągnąć cię tam, na rynek, wydać prażanom i popatrzeć, jak będziesz biegł pod kijami. Czy wiesz, skąd u mnie ta chęć? Domyślasz się może?

Rycerz zmrużył oczy. A potem rozwarł je szeroko.

– To ty… Teraz cię poznaję.

– Zdradziłeś mojego brata, Janie Smirzycky ze Smirzyc, wydałeś go na śmierć. Zdasz za to rachunek. Właśnie zastanawiam się, w jaki sposób. Mogę, jak rzekłem, wydać cię w ręce prażan. Mogę tu, na miejscu, własnoręcznie wsadzić ci nóż pod żebra.

– Nóż? – rycerz szybko odzyskał kontenans, pogardliwie wydął wargi. – Ty? Pod żebra? Ha, nuże więc, młodszy panie z Bielawy. Śmiało!

– Nie prowokuj mnie.

– Prowokować? – Jan Smirzycky parsknął i splunął. – Ja nie prowokuję. Ja drwię! Ja się znam na ludziach, potrafię przez oczy do duszy zaglądnąć. Tobie zaglądnąłem i to ci powiem: ty nawet kurczaka byś nie zabił.

– Mogę, powiedziałem, zawlec cię pod ratusz. Tam czeka cała gromada mniej wrażliwych.

– Możesz mnie też pocałować w dupę. To ci właśnie proponuję. I z całego serca polecam.

– Mogę też puścić cię wolno.

Smirzycky odwrócił głowę. Nie dość szybko, by Reynevan nie ułowił błysku w jego oku.

– Więc jednak – spytał po chwili – okup?

– Można to tak nazwać. Udzielisz mi odpowiedzi na kilka pytań.

Rycerz spojrzał na niego. Milczał długo.

– Ty pętaku – powiedział wreszcie, krzywiąc wargi i przeciągając słowa. – Ty śląski Niemczyku. Ty doktorku znachorku! Z kim ty, myślisz, masz sprawę? Ja jestem Jan Smirzycky ze Smirzyc, szlachcic czeski, pasowany pan, hejtman mielnicki i rudnicki! Moi przodkowie walczyli pod Legnano i Mediolanem, pod Askalonem i Arsufem. Mój pradziad okrył się chwałą pod Mühldorfem i pod Crécy. Odpowiadać na pytania? Tobie? A chędoż się, pacanie.

– Ty, szlachetny panie Smirzycky, knułeś, jak pospolity zbir, zdradę własnych rodaków. Tych, którzy zrobili cię hejtmanem, na Mielniku i Rudnicach osadzili. W podzięce za to spiskowałeś przeciw nim z Konradem z Oleśnicy, biskupem Wrocławia. Dwa lata temu, na Śląsku, w cysterskiej grangii. Minęły całe dwa lata, ale z pewnością pamiętasz. Bo ja pamiętam. Każdziuteńkie wypowiedziane tam słowo.

Smirzycky wpił w niego oczy. Milczał przez chwilę, kilka razy przełknął ślinę. Gdy się odezwał, w jego głosie, prócz zaskoczenia, zadźwięczał niekłamany podziw.

– A więc to ty… To ty tam byłeś. Ty podsłuchałeś… Niech cię diabli! Przyznać ci trzeba, szeroko i zamaszyście obracasz się w świecie. Podziwiam. Ale i współczuję zarazem. Tacy umierają młodo. I zwykle śmiercią gwałtowną.

Samson Miodek wysłał za pomocą magicznego amuletu jakiś mentalny sygnał. Ale choć podczas pościgu komunikacja wychodziła im znośnie, teraz, z odległości dwóch kroków, sygnał był zupełnie nieczytelny. To znaczy, nieczytelna była treść, wyraźna natomiast intensywność. Reynevan odebrał to jako sugestię, by działać stanowczo.

– Odpowiesz na moje pytania, panie Smirzycky.

– Nie, nie odpowiem. Wydaje ci się, że masz na mnie coś, czym możesz zastraszyć, zaszantażować? Gówno masz, młodszy panie Bielawa. A wiesz, dlaczego? Bo czas nastał nam historyczny. Każdy dzień przynosi zmiany. W takich czasach, konowale, szantażyści muszą działać bardzo szybko, inaczej tylko na drwinę obracają się ich szantaże. Nie zauważyłeś, co się dziś działo na ulicach? Wjechałem do Pragi u boku Hynka z Kolsztejna. Przyjechaliśmy wprost z Kolina, od pana Dziwisza Borzka, onże dał nam swych zbrojnych. Ręka w rękę z nami szli jawnie drużynnicy tak zajadłych katolików i husytobójców jak Puta z Czastolovic i Otto de Bergow. Żadna tajemnica, pocośmy przybyli. Mieliśmy zamiar opanować ratusz i przejąć władzę, bo Praga to caput regni, kto ma Pragę, ma Czechy. Chcieliśmy oswobodzić Korybuta i zrobić z niego króla. Prawdziwego króla, znaczy, za aprobatą Rzymu. Chcieliśmy dogadać się z papieżem, skłonnym, jak wieść niesie, do kompromisu względem liturgii, gotowym ustąpić względem Kielicha i komunii sub utraque specie. Gotowym do negocjacji. Ale nie z Taborem, nie z radykałami, nie z ludźmi o rękach zbrukanych krwią księży. Zjednoczeni z Oldrzychem z Rożmberka i panami z landfrydu chcieliśmy wykończyć radykałów, wybić Sierotki, zlikwidować Tabor, przywrócić ład w Królestwie Czeskim. Pojmujesz?

– Wjechaliśmy do Pragi – Smirzycky nie czekał, aż Reynevan potwierdzi – jawnie i z odkrytą przyłbicą. Wyraźniej więc chyba nie mogłem pokazać, czego chcę, przeciw komu i przeciw czemu jestem. Z kim trzymam, z kim jestem w spółce. Wszystko się dziś wydało i pokazało. Co chcesz więc zrobić? Teraz, gdy szydło wyszło z worka na pełną długość, pójdziesz do Taboru i ogłosisz: „Słyszcie, bracia, powiem wam nowinę: Jan ze Smirzyc jest waszym wrogiem, spiskuje przeciw wam z katolikami”? Zeszłoroczny śnieg, panie z Bielawy, zeszłoroczny śnieg! Pokpiłeś, spóźniłeś się. Owszem, jeszcze rok, jeszcze miesiąc temu…

– Jeszcze miesiąc temu – dokończył ze złośliwym uśmiechem Reynevan – mogłem cię zdemaskować, byłem groźny. Nasłałeś więc na mnie skrytobójców. Iście po rycersku, panie ze Smirzyc, po szlachecku. Zaiste, dumni muszą być w zaświatach okryci chwałą antenaci, bohaterowie spod Askalonu i Crécy.

– Jeśli myślisz, że będę się przed tobą z tego tytułu kajał, to się kurewsko mylisz.

– Odpowiesz mi na pytania.

– Już ci, zdaje mi się, proponowałem całowanie w dupę? A zatem ponawiam propozycję.

Samson Miodek wstał raptownie. A Reynevan przysiągłby, że Jan Smirzycky się zląkł.

– To jest wojna! – wykrzyczał, utwierdzając Reynevana w przekonaniu. – Wojna, chłopie! Kto może ci zaszkodzić, ten wróg, a wroga się niszczy! Twój brat pracował dla Taboru, dla Żiżki, dla Szwamberka i Hviezdy, był mi więc wrogiem, mógł szkodzić i szkodził. A biskup wrocławski przeciwnie, był cennym sojusznikiem, warto było go sobie zjednywać. Chciał biskup nazwisk działających na Śląsku taboryckich szpiegów, to i dostał listę. Zresztą, biskup od dawna miał twego brata w podejrzeniu, dopadłby go i bez mojej pomocy. Wrocławski biskup ma swoje środki i metody. Zdziwiłbyś się, jak skuteczne.

– Nie zdziwiłbym się, widziałem to i owo. Skuteczności działania też nie neguję. Nie żyje już wszak wspomniany przez ciebie Jan Hviezda, nie żyje Bohuslav ze Szwamberka. A to ty, wtedy, w cysterskiej grangii, podałeś ich obu za cel biskupim siepaczom. Szwamberk był wysokiego rodu. Bodajże wyższego i starszego niźli twój, choć chełpisz się przodkami. Za Bohusława Szwamberka czeka cię szafot, jego krewniacy już tego dopatrzą.

Samson znowu wysłał sygnał. Reynevan zrozumiał.

– Hviezda i Szwamberk – oświadczył tymczasem Smirzycky – umarli z ran odniesionych w boju. Gadaj, oskarżaj, nikt nie uwierzy…

– Nikt nie uwierzy w czarną magię? – dokończył Reynevan. – To chciałeś powiedzieć?

Smirzycky zaciął usta.

– Czego ty, u diabła, chcesz? – wybuchnął nagle. – Zemsty? Nuże więc, mścij się! Zabij mnie! Tak, zdradziłem twojego brata, choć ufał mi, tak, jak Chrystus ufał Judaszowi. Zadowolonyś? Oczywiście skłamałem, twego brata nigdy na oczy nie widziałem, usłyszałem o nim od… Mniejsza z tym, od kogo. Ale wydałem go biskupowi, przez to zginął. Ciebie zaś miałem za szpiega Neplacha, za prowokatora i możliwego szantażystę. Musiałem coś z tobą zrobić. Najęty kusznik, rzecz nie do wiary, chybił. Dwa razy próbowałem cię otruć, ale trucizna chyba na ciebie nie działa. Nająłem trzech zabójców, nie wiem, co się z nimi stało. Znikli. Same szczęśliwe zbiegi okoliczności, młodszy panie z Bielawy. Bardzo dziwne szczęśliwe zbiegi. Czy ktoś tu niedawno nie mówił przypadkiem o czarnej magii?

Flutek, pomyślał Reynevan, zmusił pojmanych zbirów do zeznań. Z pewnością już wcześniej miał sygnały o szykowanym puczu, zbiry na torturach powiedziały resztę, potwierdziły podejrzenia. Na spiskowców czekała zasadzka, nie mieli szans. Najmując na mnie morderców, Jan Smirzycky przegrał Pragę. A Hynek z Kolsztejna przegrał życie.

– Szczury, uciekające z tonącego okrętu – powiedział, bardziej do siebie, niż do rycerza. – Po Tachowie, wobec rosnącej potęgi Prokopa i Taboru, to była wasza jedyna szansa. Przewrót, przejęcie władzy, uwolnienie i wyniesienie na tron Korybuta, ułożenie się z papiestwem i landfrydem. Postawiliście wszystko na jedną kartę. Cóż, nie wyszło.

– Ano, nie wyszło – odrzekł bez większej emocji rycerz, nadal patrząc na Samsona, nie na Reynevana. – Przegrałem. Z której strony by nie spojrzeć, wychodzi, że dam głowę. Dobra, niech będzie, co ma być. Zabij mnie, wydaj Neplachowi, ciśnij pod noże motłochu, wedle woli. Dość mam już tego wszystkiego. Jedną tylko prośbę składam, o jedno suplikuję… Mam w Pradze pannę. Niskiego stanu. Oddajcie jej mój pierścień i krzyżyk. I trzos. Jeśli mogę prosić. Wiem, wasza zdobycz… Ale to uboga dziewczyna…

– Odpowiedz na moje pytania – Reynevan znowu usłuchał telepatycznej wskazówki Samsona – a sam jej wszystko oddasz. Jeszcze dziś.

Smirzycky spuścił powieki, by skryć błysk oka.

– Usidlasz mnie. Ty mi nie wybaczysz. Nie wyrzekniesz się zemsty za brata….

– Ty go tylko zdradziłeś. Mieczami dziurawili go inni. Tych imiona chcę znać. Dalej, pofrymacz, starguj coś za coś. Daj mi możność odwetu na tamtych, ja wyrzeknę się zemsty na tobie.

– Jaką mam gwarancję, że mnie nie zwodzisz?

– Nie masz żadnej.

Rycerz milczał czas jakiś, słychać było, jak przełyka ślinę.

– Pytaj – rzekł wreszcie.

– Hviezda i Szwamberk. Zamordowano ich, prawda?

– Prawda… – zająknął się Smirzycky. – Chyba… Nie wiem. Podejrzewam, ale nie wiem. To możliwe.

– Czarna magia?

– Zapewne.

– W rozmowie z biskupem uczestniczył jeszcze jeden człowiek. Wysoki. Szczupły. Czarne włosy do ramion. Ptasia twarz.

– Biskupi doradca, pomocnik i poufnik. Nie wierć mnie oczami. Przecież wiesz, albo się domyślasz. To on wykonuje dla biskupa brudną robotę. Nie ulega kwestii, że to on zamordował Piotra z Bielawy. I wielu innych. Przypomnij sobie psalm dziewięćdziesiąty…

– Strzała lecąca za dnia. Timor nocturnus. Demon, co niszczy w południe…

– Tyś powiedział – skrzywił usta Smirzycky. – Tyś wyrzekł to słowo. I chyba utrafiłeś w sedno. Chcesz dobrej rady, chłopcze? Trzymaj się od niego z daleka. O niego i od…

– Czarnych jeźdźców, wołających „Adsumus”. Odurzających się, jak asasyni, tajemnymi arabskimi substancjami. Używających czarnej magii.

– Tyś powiedział. Nie porywaj się na nich. Uwierz mi i posłuchaj rady. Nie próbuj nawet zbliżać się do nich. A jeśli oni spróbują zbliżać się do ciebie, uciekaj. Byle dalej i byle szybciej.

– Jego imię. Biskupiego poufnika.

– Jego, to pewne, boi się sam biskup.

– Jego imię.

– On wie o tobie.

– Jego imię.

– Birkart von Grellenort.

Reynevan dobył sztyletu. Rycerz odruchowo przymknął oczy. Ale zaraz je otworzył, spojrzał śmiało.

– To wszystko, panie Janie Smirzycky. Jesteś wolny. Bywaj. I nie próbuj już na mnie nastawać.

– Nie będzie próbował – powiedział nagle Samson Miodek. Oczy Jana ze Smirzyc rozszerzyły się mocno.

– Tobie – kontynuował spokojnie Samson, bynajmniej nie delektując się wywartym wrażeniem.- Tobie, Janie ze Smirzyc, zdrady i spiski nie wychodzą na dobre. Nie popłacają. W przyszłości też tak będzie. Wystrzegaj się spisków i zdrad.

– Tyle myśli w tobie, tyle planów. Tyle ambicji. Zaprawdę, przydałby ci się ktoś, kto stoi za plecami, ktoś, kto doradza półgłosem, podpowiada, przypomina. Rescipiens post te, hominem memento te, cave, ne cadas. Cave, ne cadas, panie Janie Smirzycky.

– Słuchaj, jeśli masz uszy. Nescis, mi fili, diem neque horam. Twoje ambicje, panie Smirzycky, sprawią, że upadniesz. Ale nie znasz ani dnia, ani godziny tego upadku.

 

* * *

 

Gdy Reynevan wyszedł z piwnicy, Samson gdzieś przepadł, ale za moment pojawił się. Poszli obaj, zaułkami, w stronę ulicy Płatnerskiej.

– Myślisz – zaczął Reynevan – że to było mądre? Ta twoja końcowa przemowa? Co to właściwie było? Proroctwo?

– Proroctwo? – Samson obrócił ku niemu swą twarz idioty. – Nie. Tak mi się jakoś powiedziało. A czy to było mądre? Nic nie jest mądre. Przynajmniej tu, w tym twoim świecie.

– Aha. Że też od razu nie zgadłem. Jeśli już przy tym jesteśmy, idziesz na Sukiennicką?

– Oczywiście. A ty nie?

– Nie. Z pewnością są liczni ranni, jak znam Rokycanę, kazał poznosić ich do kościołów. Będzie huk roboty, każdy lekarz się przyda. Nadto, Neplach będzie mnie szukał. Nie mogę ryzykować, że trafi za mną „Pod Archanioła”.

– Rozumiem.

Wyszli na rynek. Na pręgierzu nie wisiał już nagi i bestialsko okaleczony trup Hynka z Kolsztejna, pana na Kamyku, hejtmana litomierzyckiego, rycerza ze szczepanickiej linii Valdsztejnów, z rodu wielkich Markvarticów. To z pewnością proboszcz Rokycana kazał go stamtąd zdjąć. Proboszcz Rokycana, choć czynił to z bólem, zabijanie tolerował i oficjalnie nawet aprobował, do pewnych granic, oczywista, wyłącznie, oczywista, w słusznej sprawie i tylko wówczas, gdy cel uświęcał środki. Ale na profanowanie zwłok nie pozwalał nigdy. No, powiedzmy, prawie nigdy.

– Bywaj, Reinmarze. Daj mi amulet. Gotoweś zgubić, a wtedy Telesma głowę mi urwie.

– Bywaj, Samsonie. Aha, zapomniałem ci podziękować. Za telepatycznie przekazywane sugestie. To dzięki nim tak gładko poszło nam ze Smirzyckim.

Samson spojrzał na niego, a jego kretyńskie oblicze rozjaśnił nagle szeroki kretyński uśmiech.

– Poszło gładko – powiedział – dzięki twemu sprytowi i inteligencji. Ja mało pomogłem, niczym się nie przysłużyłem, jeśli nie liczyć rzucenia w Smirzyckiego beczką. Co się zaś tyczy sugestii, to żadnych ci nie dawałem. Telepatycznie ponaglałem cię tylko, prosiłem, byś się spieszył. Bo okropnie chciało mi się sikać.

 

* * *

 

Roboty było rzeczywiście huk, potrzebna, jak się okazało, była i przydała się każda para wprawionych w leczeniu rąk. Rannymi wypełniono obie nawy boczne Panny Marii Przed Tynem, a z tego, co Reynevan zasłyszał, leżeli liczni pacjenci także u Świętego Mikołaja. Niemal do zapadnięcia zmroku Reynevan wraz z innymi medykami składał złamania, tamował krwotoki i zszywał, co dało się zszyć.

A gdy skończył, gdy wstał, gdy wyprostował obolałe krzyże, gdy po raz kolejny stłumił wywołane smrodem krwi i kadzideł mdłości, gdy zamierzał wreszcie pójść się umyć, jak spod ziemi, jak duch zjawił się przy nim szary typek w szarych gaciach. Reynevan westchnął i poszedł za nim, nie dyskutując i o nic nie pytając.

 

* * *

 

Bohuchval Neplach czekał na niego w mieszczącej się przy ulicy Celetnej gospodzie „Pod Czeskim Lwem”. Gospoda warzyła wyśmienite własne piwo i słynęła kuchnią, ale przekalkulowaną renomę wliczała w ceny dań, toteż Reynevan w lokalu nie bywał, nie było go na to stać ani za czasów studenckich, ani teraz. Dziś po raz pierwszy miał okazję zapoznać się z wystrojem wnętrza i kuchennymi zapachami, przyznać trzeba, wielce smakowitymi.

Szef taboryckiego wywiadu ucztował samotnie, w kącie, dzielnie i pilnie pracując przy pieczonej gęsi, zupełnie lekceważąc fakt, że tłuszcz plami mu mankiety i kapie na gors szamerowanego srebrną nicią wamsu. Zobaczył Reynevana, gestem dał mu znak, by usiadł, gest wykonując, nawiasem mówiąc, spienionym kuflem piwa, którym gęsinę popijał. I jadł dalej, wzroku nie podnosząc. O tym, by Reynevanowi zaproponować jadło lub napój, w ogóle nie pomyślał.

Zjadł całą gęś, nawet kuper, który zostawił na wety. Gdzie się to w nim podziewa, pomyślał Reynevan, chudzielec przecie, choć apetyt krokodyla. Ha, pewnie to nerwowa praca. Albo pasożyty.

Flutek zlustrował spojrzeniem resztki gęsi i uznał, że są już na tyle mało atrakcyjne, by móc poświęcić uwagę czemu innemu. Podniósł wzrok.

– I co? – starł tłuszcz z brody. – Masz mi coś do powiedzenia? Do przekazania? Do zameldowania? Pozwól, niech zgadnę: nie masz.

– Zgadłeś.

W czarnych oczach Flutka pojawiły się dwa złote diabełki. Oba podskoczyły i fiknęły koziołka. Zaraz po pojawieniu.

– Ścigałem – Reynevan udał, że nie spostrzegł – jednego typka. Prawie go miałem. Ale umknął mi przy Walentym.

– Ot, pech – rzekł beznamiętnie Neplach. – Rozpoznałeś go chociaż? Byłbyż to ten, który spiskował z wrocławskim biskupem?

– Ten. Tak myślę.

– Ale umknął?

– Umknął.

– Znowu więc – Flutek pociągnął z kufla – przepadła ci szansa na zemstę. Iście, pechowiec z ciebie, pechowiec. Nic, zaiste, nie darzy ci się, los nijak nie chce ci sprzyjać. Niejeden by się załamał, mając wciąż taki niefart. Ale ja patrzę na ciebie i widzę, że znosisz to z godnością. Nic, tylko podziwiać. I zazdrościć.

– Ale – podjął, nie doczekawszy się reakcji – mam dla ciebie dobrą wiadomość. Co się nie udało tobie, udało się mnie. Dopadłem łobuza. Faktycznie niedaleko kościoła Świętego Walentego, co bardzo ładnie akcentuje twoją prawdomówność. Cieszysz się, Reynevan? Jesteś wdzięczny? Na tyle może, by szczerze porozmawiać o pięciuset grzywnach podatkowego poborcy?

– Zlituj się, Neplach.

– Przepraszam, zapomniałem, ty wszak o aferze z poborcą nie wiesz nic, niewinnyś i nieświadomyś. Wracajmy zatem do łobuza, którego pojmałem. Wystaw sobie, że to ni mniej ni więcej a Jan Smirzycky ze Smirzyc, hejtman na Mielniku i Rudnicach. Wystawiłeś sobie?

– Wystawiłem.

– I co?

– I nic.

Wyglądało, że diabełki fikną kozła. Ale nie fiknęły.

– Twoje doniesienia o udziale Jana ze Smirzyc w śląskim spisku – podjął po chwili Flutek – to już niestety zeszłoroczny śnieg. Wzięły się i zdezaktualizowały. Czas nastał nam historyczny, dzieje się wiele, każdy dzień przynosi zmiany, co wczoraj było ważne, dzisiaj znaczenia nie ma, a jutro warte będzie mniej niźli psie łajno. Rozumiesz to, myślę?

– A jakże.

– To dobrze. Zresztą, w tak zwanym wymiarze ogólnym rzecz jest bez znaczenia, cóż to w końcu za różnica, za co się Smirzyckiego osądzi, skaże na śmierć i straci, za spisek, za zdradę, za rewoltę, jedna cholera. Co ma wisieć, nie utonie. Twój brat będzie pomszczony. Cieszysz się? Jesteś wdzięczny?

– Błagam, Neplach, nie mów tylko, proszę, o pięciuset grzywnach poborcy.

Flutek odstawił kufel, spojrzał Reynevanowi prosto w oczy.

– Nie będę o nich mówił. Rzecz bowiem przykra, ale Smirzycky zwiał.

– Co?

– To, co słyszysz. Smirzycky drapnął. Uciekł z więzienia. Szczegółów chwilowo nie znam, jedno tylko jest wiadomym – w ucieczce dopomogła mu miłośnica, córka praskiego tkacza. Rzecz zaiste bulwersująca, sam oceń. Rycerz wysokiego rodu i jego metresa, plebejuszka, panna tkaczykówna. Musiała wiedzieć, że jest dla niego tylko zabawką, że nic z tego związku być nie może. A jednak zaryzykowała dla kochanka życiem. Lubczyku jej zadał, czy jak?

– A może – Reynevan wytrzymał spojrzenie – wystarczyło człowieczeństwo? Głos za plecami, przypominający: hominem memento te?

– Ty się dobrze czujesz, Reynevan?

– Jestem zmęczony.

– Napijesz się?

– Dziękuję, ale na pusty żołądek…

– Ha. Celnie, doktorku. Hola, gospodarzu! Sam tu!

 

* * *

 

We czwartek po Narodzeniu Marii, jedenastego września, pięć dni po próbie puczu, ściągnął pod Pragę Prokop Goły, triumfator spod Tachowa i Strzybra. Przybyła z nim cała armia, Tabor, Sierotki, prażanie i ich adherenci, wozy bojowe, artyleria, piechota i jazda. Było tego in toto dwanaście tysięcy zbrojnego luda.

I był z nimi Szarlej.