Andrzej Sapkowski, Nowa Fantastyka 6(141)/1994

Wyleciała mi plomba.

Siedzę sobie, czytam najnowszy, dopiero co zdobyty „Amber” Zelaznego,
aż tu ni z tego ni z owego – bums! Wyleciała. Z górnej szóstki.

Amalgamat. Kawał metalu, stop srebra i rtęci. Wielkie toto jak
breneka na grubego zwierza, niekształtne niczym kula muszkietowa po
zetknięciu się z kirysem szwedzkiego rajtara. Popatrzyłem. Zakląłem nad
wyraz plugawie. I zacząłem asocjować.

Pierwsze asocjacje były nostalgiczne. Ach, pomyślałem, gdzież są
niegdysiejsze śniegi, gdzież dziewczyny z tamtych lat, z tamtych wiosen,
gdym młodym był, gdy jeszcze wstawiano amalgamatowe plomby? Kiedyż, ach,
kiedyż to było? Sięgnąłem pamiecią wstecz. Ale choć wstawienie
wzmiankowanego amalgamatu poprzedzały niechybnie miłe chwile wiercenia w
górnej szóstce świdrem, napędzanym miarowym ruchem nogi pani stomatolog,
chwile, które należą raczej do tych łatwo zapadających w pamięć, nie byłem
w stanie określić nawet przybliżonej daty.

Zamiast tego stanęło przed oczami duszy mojej inne wydarzenie. Miało
ono miejsce w Japonii. Jeden ze spotkanych tam tzw. handlowych dyplomatów
z PRL-u pochwalił mi się, że japoński dentysta zamienia mu właśnie z
mozołem wszystkie stare plomby na nowiuśkie, gwarantowane, dożywotnio
niewypadające wypełnienia. I nie żąda za swój trud złamanego jena.
Indagowany, dyplomata wyjawił, że zaskakujący altruizm Japońca nie bierze
się bynajmniej z faktu żywienia sympatii do dzielnego narodu, który na
przestrzeni dziejów regularnie brał po dupie, walcząc o naszą i waszą
wolność. Japoniec, wyjaśnił dyplomata, pisze właśnie naukową dysertację
p.t. „Prehistoria stomatologii klinicznej”, a amalgamaty dyplomaty, jak i
wakuumy, powstające w dyplomatycznych zębiskach po ich wydłubaniu stanowia
dla niego bezcenny i unikalny materiał poglądowy. Japońskiego zębodłuba
spotkała radość porównywalna chyba tylko z radością, jakiej doznałby
paleontolog, któremu wpadłby w ręce żywy i żwawy pterodaktyl lub inny
kopalny gad. Za przyjemność pogrzebania w prehistorycznym uzębieniu
Japończyk odwdzięczał się więc ochoczo i tak, jak umiał – nie żądał, by
uiszczać.

Ha, pomyślałem, obracając mą własną plombę w smukłych palcach lewej
dłoni, cóż to za wspaniały pomysł na opowiadanie fantastyczno-naukowe!
Oto, dla przykładu, Ziemianin, któremu Obcy na podobnej zasadzie
wymieniają… oczy. Albo płuca. Albo hormony. Takie zetknięcie dwóch
światów w medycynie… Chyba zresztą już było coś takiego. Kornbluth,
„Czarna walizeczka”, z klasyków. I pewnie różne inne kawałki, z którymi
mniejsza. Ha, pomyślałem, a gdyby tak spróbować czegoś podobnego w
fantasy? Dajmy na to, czarodziej wymienia komuś…

I nagle przypomniałem sobie, kiedy wstawiano mi ową nieszczęsną
plombę, od której zaczęły się moje dywagacje. Było to w roku 1968. Od
dentysty poszedłem do narzeczonej. Póżniej zaś, gdy już słońce wzeszło, z
łóżka roztoczył się widok na półkę z książkami, a tam dostrzegłem coś,
czego nie znałem. Autor: J.R.R.Tolkien. Tytuł: „Hobbit, czyli…”
Pożyczyłem. Przeczytałem. Przepadłem. Kilka miesięcy pózniej, gdy
narzeczona mnie porzucała, oddała mi listy. Ja natomiast nie oddałem jej
ani listów – bo nie pisywała takowych – ani Tolkiena. Prędzej serce dałbym
sobie wyrwać.

Nostalgia, nostalgia.

Pomyśleć tylko, wypadła jedna głupia plomba, a ileż wspomnień, ileż
asocjacji i pomysłów. Takie niby głupie, trywialne wydarzenie, a ileż może
narobić w człowieku zamieszania. Jak może zakłócić równowagę
psychofizyczną. Każdy, komu choć raz wypadła plomba, zrozumie, co mam na
myśli, bo wie, co się po takim wypadnięciu dzieje z człowiekiem. Język
lata wówczas po jamie gębowej niczym starozakonny po pustym sklepie i
bezwiednie sygnalizuje wszystkim receptorom ogrom doznanej straty. Nagle
nie liczy się nic, liczy się wyłącznie brak plomby, jest rozdrażnienie,
niepokój, niepokój…

A niekiedy z takiego niepokoju coś może się urodzić.

I tu wróćmy do ad remu – do mego ukochanego Tolkiena. Od zębów ad
astra.

Z tego co o Tolkienie nawypisywano i nagadano, z tego, co nabożnymi
szeptami bajdurzą na konwentach tzw. tolkieniści, możnaby wywnioskować, że
starego J.R.R. natchnął do pisania Św.Patryk. Albo Św.Brygida. Względnie
Św. Jan z Patmos, prekursor gatunku fantasy, autor kontrowersyjnego, acz
ciekawego pod względem formy dzieła p.t. „Apokalipsa”. Tolkieniści zrobili
z Tolkiena Mesjasza, a z „Trylogii pierścienia” Biblię. Ustawili
ołtarzyk i modlą się zawzięcie. Przesłanie, mówią, wizja, powiadają, a to
to, a to tamto, a to owamto. A ja, moi kochani, wiem swoje. To była
zwyczajna plomba. Tak, nie inaczej. Tolkienowi wypadła kiedyś z organizmu
i z duszy ogromna plomba. I poczuł ogrom doznanej straty. I niepokój.

Plomba. Wiatr od wschodu niesie smród iperytu lub fosgenu, cuchną
trupy na ziemi niczyjej. Błoto w transzei chlupie pod butami, mokry
kołnierz szynela ziębi kark, rzemień płaskiego hełmu ociera podbródek.
Lancashire Fusiliers idą do szturmu. Naprzód, lads, za króla i ojczyznę!
Get the fucking Huns! Lancashire Fusiliers wychodzą z transzei. Wprost na
Martwe Bagna.

Plomba. Ilu kumpli zostawił stary J.R.R. na Martwych Bagnach nad
rzeką Sommą? Ile razy budził się w nocy, czując ogrom doznanej straty,
zanim nie usiadł do „Trylogii”?

Ot, taki sobie związek chemiczny. Piorunująca mieszanka. Albo wolno
działająca substancja toksyczna. Czasami coś takiego eksploduje, zachodzi
reakcja…

I coś powstaje.

Stop srebra i rtęci.

Amalgamat. Zwyczajny amalgamat.