Wstęp

„Złote popołudnie” napisane zostało specjalnie do antologii „Trzynaście kotów”, wydanej przez wydawnictwo SuperNOWA w roku 1997.
O genezie tej antologii krążą rozmaite legendy, sporo
osób pretenduje też do zaszczytnych mian pomysłodawcy
i inspiratora. Prawdę jednak pozwalam znać sobie ja, a jest
ona następująca.

Mirosław Kowalski, szef SuperNOWEJ,
wydał w roku 1995 książkę Tadeusza Konwickiego zatytułowaną
Pamflet na siebie. W książce tej pan Tadeusz wiele ciepłych
słów poświęcił swemu – słynnemu już
po Kalendarzu i klepsydrze – kotu Iwanowi, podówczas
już nie żyjącemu.

„Wy, fantaści – rzekł mi był pewnego razu Kowal,
ostro dopingowany przez Danutę Górską, znakomitą tłumaczkę
i również wielką admiratorkę kotów – wszyscy
jak jeden mąż jesteście kociarze, każdy z was to stuprocentowy
cat lover. Może byście tak napisali po opowiadaniu traktującym
o kotach i kocich sprawach. Do antologii. Jeśli napiszecie o
kotach tak ładnie, tak ciepło i tak mile jak Konwicki, antologia
się spodoba”.

Przysiedliśmy więc fałdów i to sporą grupą
– za koty wzięli się, między innymi, Ewa Białołęcka,
Marcin Wolski, Gieno Dębski, no i ja, oczywiście. Ja od
razu, gdy padło hasło „kot”, postanowiłem wziąć
na warsztat jednego z najsłynniejszych kotów literatury powszechnej
– Kota z Cheshire, filozofa o zabójczym uśmiechu. Więcej
o opowiadaniu powiedzieć nie mogę, trzeba je przeczytać
i tyle.

Ograniczę się więc do jednej anegdoty i jednej
ciekawostki.

Anegdota dotyczy antologii jako takich, zwłaszcza zaś
niesłychanie popularnych w anglosaskiej SF i fantasy antologii
tematycznych – a wszakże taką było Trzynaście
kotów. W przedmowie do jednego ze swych znanych opowiadań
Roger Zelazny zdradził, jak to opowiadanie powstało. Zadzwonił
oto telefon, na drugim końcu linii był Gardner Dozois, który
zaproponował Zelaznemu udział w antologii tematycznej. Temat:
jednorożce. Zelazny odpowiedział, że rzecz przemyśli.
Wnet telefon zadzwonił ponownie, tym razem alarmował pisarza
inny autor, proponując Zelaznemu napisanie opowiadania do antologii
tematycznej. Temat: bary i saloony. Zelazny nie zdążył
ochłonąć, gdy Fred Saberhagen zaproponował mu telefonicznie
udział w szykowanej antologii tematycznej. Temat: szachy i szachiści.
Wtedy wpadł z wizytą towarzyską George R. R. Martin, wysłuchał
żalów na nawał pracy, po czym znalazł rozwiązanie.
„Napisz – rzekł żartem – opowiadanie, którym
obsłużysz wszystkie trzy antologie”. I tak powstał
słynny „Wariant jednorożca”, nowela, w której
jednorożec gra w szachy w saloonie. A protagonista nosi imię
Martin – tak Zelazny odwdzięczył się pomysłodawcy.

Zaiste, żałować pozostaje, że u nas premierowe
czy reprintowe antologie tematyczne są taką rzadkością.
Bez problemów dołożyłbym wszak, jeśli zaszłaby
taka konieczność, do Kota z Cheshire jeszcze saloon i szachownicę.

Teraz zaś obiecana ciekawostka tycząca „Złotego
popołudnia” w szczególe. To bynajmniej nie mój wymysł
ani licentia poetica. To fakt: odnalezione w 1997 roku fotografie,
dość śmiałe jak na owe czasy, świadczące o
niezbyt niewinnej fascynacji Lewisa Carrolla bardzo młodymi dziewczętami,
rzeczywiście poszły pod młotek w domu aukcyjnym Sotheby’s
i rzeczywiście i dokładnie za sumę podaną w opowiadaniu.

Dodam też, że były osoby, które czyniły
mi wyrzuty i pozwalały sobie na przytyki, a to z racji faktu,
że w „Złotym popołudniu” wielce licznie i gęsto
faszeruję tekst frazami z ni mniej, ni więcej a pięciu
języków obcych, wliczając te martwe. Niektórzy z iście
dziką Schadenfreude pobudzili się w tej kwestii po ogłoszeniu
osławionej i kuriozalnej ustawy „o ochronie języka polskiego”.
Ja zaś pozwalam sobie na pogląd, że ludzie nie znający
języków to upośledzeni i godni pożałowania imbecyle,
a ustawowo winno się ścigać nie te tabliczki, które
głoszą: „Café”, „Sex Shop” i „Irish
Pub”, lecz te, na których stoi: „Nażędzia”,
„Naprawy bierzące” i „Usługi montarzowe”.
To te, jakże dziś liczne drugie, są zbrodnicze, pierwsze
zaś są jasne i zrozumiałe dla wszystkich – oprócz
ludzi dotkniętymi matołectwem, rzecz jasna.

Do Trzynastu kotów włączone zostało
również – wolą wydawcy – moje poznane już
przez P.T. Czytelnika wcześniej opowiadanie „Muzykanci”.
To, że „Muzykanci” traktują o kotach, miało
jednak znaczenie drugorzędne. Istotny był – uchylę
rąbka profesjonalnej tajemnicy – fakt, że wydawca cierpiał
na brak opowiadań do antologii, albowiem nazbyt wiele z nadesłanych
musiał odrzucić jako tragiczne wręcz koty. Przepraszam,
knoty.

„Złote popołudnie” było nominowane do
nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 1997 na Polconie w Białymstoku
w roku 1998, przegrało jednak w finalnym głosowaniu, czyli
balocie. Tak więc „W leju po bombie” pozostało jedynym
opowiadaniem spoza cyklu wiedźmińskiego, za jakie „Zajdla”
dostałem.

A na koniec cytat wyjaśniający, dlaczego Kot z Cheshire,
dlaczego inne koty,
dlaczego „kocia” antologia. Cytat pochodzi ze wspomnianego
już Pamfletu na siebie Tadeusza Konwickiego i wyjaśnia
wszystko. Po długim fragmencie poświęconym kotu Iwanowi
pisze pan Tadeusz: „Kot, z kotem, o kocie, a ludzie? – spytacie.
A jechał sęk ludzi”.

Nic dodać, nic ująć. Jeno przyklasnąć.

Złote Popołudnie

All in the golden afternoon

Full leisurely we glide…

Lewis Carroll

Popołudnie zapowiadało się naprawdę ciekawie, jako
jedno z tych wspaniałych popołudni, które istnieją
wyłącznie po to, by spędzać je na długotrwałym
i słodkim far niente, aż do rozkosznego zmęczenia
się lenistwem. Rzecz jasna, błogostanu takiego nie osiąga
się ot, tak sobie, bez przygotowania i bez planu, uwaliwszy się
w pozycji horyzontalnej byle gdzie. Nie, moi drodzy. Wymaga to poprzedzającej
go aktywności, tak intelektualnej, jak i fizycznej. Na nieróbstwo,
jak mawiają, trzeba sobie zapracować.

Aby tedy nie stracić ani jednej ze ściśle wyliczonych
chwil, z których zwykły się składać rozkoszne
popołudnia, przystąpiłem do pracy. Udałem się
do lasu i wkroczyłem weń, lekceważąc ostrzegawczą
tabliczkę: BEWARE THE JABBERWOCK, ustawioną na skraju.
Bez zgubnego w takich razach pośpiechu odszukałem
odpowiadające kanonom sztuki drzewo i wlazłem na nie. Następnie
dokonałem wyboru właściwego konara, kierując się
w wyborze teorią o revolutionibus orbium coelestium. Za
mądrze? Powiem więc prościej: wybrałem konar, na którym
przez całe popołudnie słońce będzie wygrzewać
mi futro.

Słoneczko przygrzewało, kora pachniała, ptaszęta
i owady śpiewały na różne głosy swą
odwieczną pieśń. Położyłem się na konarze,
zwiesiłem malowniczo ogon, oparłem podbródek na łapach.
Już miałem zamiar zapaść w błogi letarg, już
gotów byłem zademonstrować całemu światu bezbrzeżne
lekceważenie, gdy nagle wysoko na niebie dostrzegłem ciemny
punkt.

Punkt zbliżał się szybko. Uniosłem głowę.
W normalnych warunkach może nie zniżyłbym się do skupiania
uwagi na zbliżających się ciemnych punktach, albowiem
w normalnych warunkach takie punkty najczęściej okazują
się ptakami. Ale w Krainie, w której chwilowo zamieszkiwałem,
nie panowały normalne warunki. Lecący po niebie ciemny punkt
mógł przy bliższym poznaniu okazać się fortepianem.

Statystyka po raz nie wiadomo który okazała się jednakowoż
być królową nauk. Zbliżający się punkt nie
był, co prawda, ptakiem w klasycznym znaczeniu tego słowa,
ale też i daleko było mu do fortepianu. Westchnąłem,
albowiem wolałbym fortepian. Fortepian, o ile nie leci po niebie
razem ze stołkiem i siedzącym na stołku Mozartem, jest
zjawiskiem przemijającym i nie drażniącym uszu. Radetzky
natomiast – albowiem to właśnie Radetzky nadlatywał
– potrafił być zjawiskiem hałaśliwym, upierdliwym
i męczącym. Powiem nie bez złośliwości: to było
w zasadzie wszystko, co Radetzky potrafił.

– Czy nie miewają koty na nietoperze ochoty? – zaskrzeczał,
zataczając koła nad moją głową i moim konarem.
– Czy nie miewają koty na nietoperze ochoty?

– Spierdalaj, Radetzky.

– Aleś ty wulgarny, Chester. Haaa-haaa! Do cats eat bats?
Czy nie miewają koty na nietoperze ochoty? A czy nie miewają
czasami na koty nietoperze ochoty?

– Najwyraźniej pragniesz mi o czymś opowiedzieć.
Zrób to i oddal się.

Radetzky zaczepił pazurki o gałąź powyżej mojego
konara, zawisł głową w dół i zwinął błoniaste
skrzydełka, przybierając tym samym sympatyczniejszy dla moich
oczu wygląd myszy z antypodów.

– Ja coś wiem! – wrzasnął cienko.

– Nareszcie. Natura jest nieogarnięta w swej łaskawości.

– Gość! – zapiszczał nietoperz, wyginając
się jak akrobata. – Gość zawitał do Krainy! Wesoooooły
nam dzień nastaaaał! Mamy gościa, Chester! Prawdziwego
gościa!

– Widziałeś na własne oczy?

– Nie… – stropił się, strzygąc wielkimi uszami
i śmiesznie poruszając połyskliwym guziczkiem nosa. –
Nie widziałem. Ale mówił mi o tym Johnny Caterpillar.

Miałem przez moment chęć zganić go surowo
i nie przebierając w słowach za zakłócanie mi sjesty
poprzez rozpuszczanie nie potwierdzonych plotek, powstrzymałem
się jednak. Po pierwsze, Johnny „Blue” Caterpillar miał
wiele przywar, ale nie było wśród nich skłonności
do bujdy i konfabulowania. Po drugie, goście w Krainie byli rzeczą
dość rzadką, zwykle bulwersującą, ale tym niemniej
zdarzającą się wcale regularnie. Nie uwierzycie, ale raz
trafił się nam nawet Inka, kompletnie odurniały od liści
koki czy innej prekolumbijskiej cholery. Z tym dopiero była uciecha!
Plątał się po całej okolicy, zaczepiał wszystkich,
gadał w niepojętym dla nikogo narzeczu, krzyczał, pluł,
bryzgał śliną, wygrażał nam nożem z obsydianu.
Ale wkrótce odszedł, odszedł na zawsze, jak wszyscy. Odszedł
w sposób spektakularny, okrutny i krwawy. Zajęła się
nim królowa Mab. I jej świta, lubiąca określać
się mianem „Władców Serc”. My nazywamy ich po
prostu Kierami. Les Coeurs.

– Lecę – oznajmił nagle Radetzky, przerywając
moją zadumę. – Lecę powiadomić innych. O gościu,
znaczy się. Bywaj, Chester.

Wyciągnąłem się na konarze, nie zaszczycając
go odpowiedzią. Nie zasługiwał na żaden zaszczyt.
W końcu ja byłem kotem, a on tylko latającą myszą,
nadaremnie usiłującą wyglądać jak miniaturowy
hrabia Dracula.

* * *

Co może być gorszego od idioty w lesie?

Ten z was, który krzyknął, że nic, racji nie miał.
Jest coś, co jest gorsze od idioty w lesie.

Tym czymś jest idiotka w lesie.

Idiotkę w lesie – uwaga – poznać można
po następujących rzeczach: słychać ją z odległości
pół mili, co trzy lub cztery kroki wykonuje niezgrabny podskok,
nuci, mówi do siebie, leżące na ścieżce szyszki
stara się kopnąć, żadnej nie trafia.

A gdy dostrzeże was, leżących sobie na konarze drzewa,
mówi: „Och!”, po czym gapi się na was bezczelnie.

– Och – powiedziała idiotka, zadzierając
głowę i gapiąc się na mnie bezczelnie. – Witaj,
kocie.

Uśmiechnąłem się, a idiotka, choć
i tak niezdrowo blada, zbladła jeszcze bardziej i założyła
rączki za plecy. By ukryć ich drżenie.

– Dzień dobry, Panie Kotku – wybąkała, po czym
dygnęła niezgrabnie.

– Bonjour, ma fille – odpowiedziałem,
nie przestając się uśmiechać. Francuszczyzna, jak
się domyślacie, miała na celu zbicie idiotki z pantałyku.
Nie zdecydowałem jeszcze, co z nią zrobię, ale nie mogłem
sobie odmówić zabawy. A skonfundowana idiotka to rzecz wielce
zabawna.

– Ou est ma chatte? – pisnęła nagle
idiotka.

Jak słusznie się domyślacie, nie była
to konwersacja. To było pierwsze zdanie z jej podręcznika
francuskiego. Tym niemniej ciekawa reakcja.

Poprawiłem mą pozycję na konarze. Powoli,
by nie płoszyć idiotki. Jak wspomniałem, nie byłem
jeszcze zdecydowany. Nie bałem się zadrzeć z Les Coeurs,
którzy uzurpowali sobie wyłączne prawo do unicestwiania
gości i stawiali się ostro, gdy ktoś ośmielił
się ich w tym wyręczyć. Ja, będąc kotem, naturalnie
olewałem ich wyłączne prawa. Olewałem, nawiasem mówiąc,
wszelkie prawa. Dlatego zdarzały mi się już drobne
konflikty z Les Coeurs i z ich królową, rudowłosą
Mab. Nie bałem się takich konfliktów. Wręcz prowokowałem
je, gdy tylko miałem chęć. Teraz jednak jakoś nie
czułem specjalnej chęci. Ale pozycję na konarze
poprawiłem. W razie czego wolałem załatwić sprawę
jednym skokiem, bo na uganianie się za idiotką po lesie nie
miałem ochoty za grosz.

– Nigdy w życiu – powiedziała dziewczynka
lekko drżącym głosem – nie widziałam kota, który
się uśmiecha. W taki sposób.

Poruszyłem uchem na znak, że nic to dla mnie nowego.

– Ja mam kotkę – oznajmiła. – Moja
kotka nazywa się Dina. A ty jak się nazywasz?

– Ty tu jesteś gościem, drogie dziewczę. To ty powinnaś
przedstawić się pierwsza.

– Przepraszam. – Dygnęła, spuszczając wzrok.
Szkoda, albowiem oczy miała ciemne i jak na człowieka bardzo
ładne. – Rzeczywiście, to nie było grzeczne, powinnam
wpierw się przedstawić. Nazywam się Alicja. Alicja Liddell.
Jestem tu, bo weszłam do króliczej nory. Za białym królikiem
o różowych oczach, który miał na sobie kamizelkę.
A w kieszonce kamizelki zegarek.

Inka, pomyślałem. Mówi zrozumiale, nie pluje, nie ma obsydianowego
noża. Ale i tak Inka.

– Paliliśmy trawkę, panienko? – zagadnąłem
grzecznie. – Łykaliśmy barbituraniki? Czy może naćpaliśmy
się amfetaminki? Ma foi, wcześnie teraz dzieci zaczynają.

– Nie rozumiem ani słowa – pokręciła głową.
– Nie pojęłam ani słowa z tego, co mówisz, kocie.
Ani słóweczka. Ani słówenienieczka.

Mówiła dziwnie, a ubrana była jeszcze dziwniej, teraz
dopiero zwróciłem na to uwagę. Rozkloszowana sukienka,
fartuszek, kołnierzyk z zaokrąglonymi rogami, krótkie
bufiaste rękawki, pończoszki… Tak, cholera jasna, pończoszki.
I trzewiczki na rzemyczki. Fin de siecle, żebym
tak zdrów był. Narkotyki i alkohol należało zatem
raczej wykluczyć. O ile, rzecz jasna, jej ubiór nie był
kostiumem. Mogła trafić do Krainy wprost z przedstawienia
w teatrze szkolnym, gdzie grała Małą Miss Muffet siedzącą
na piasku obok pająka. Albo wprost z imprezy, na której młodociana
trupa świętowała sukces spektaklu garściami prochów.
I to właśnie, uznałem po namyśle, było najbardziej
prawdopodobne.

– Cóż tedy zażywaliśmy? – spytałem. –
Jakaż to substancja pozwoliła nam osiągnąć odmienny
stan świadomości? Jakiż to preparat przeniósł
nas do krainy marzeń? A może po prostu piliśmy bez umiaru
ciepławy gin and tonic?

– Ja? – zarumieniła się. – Ja niczego nie piłam…
To znaczy, tylko jeden, jeden maciupeńki łyczek… No, może
dwa… Lub trzy… Ale na buteleczce była przecież karteczka
z napisem: „Wypij mnie”. To w żaden sposób nie mogło
mi zaszkodzić.

– Zupełnie jakbym słyszał Janis Joplin.

– Słucham?

– Nieważne.

– Miałeś mi powiedzieć, jak masz na imię.

– Chester. Do usług.

– Chester leży w hrabstwie Cheshire – oznajmiła dumnie.
– Uczyłam się o tym niedawno w szkole. Jesteś więc
Kotem z Cheshire! A jak mi usłużysz? Zrobisz mi coś przyjemnego?

– Nie zrobię ci niczego nieprzyjemnego – uśmiechnąłem
się, szczerząc zęby i ostatecznie decydując, że
jednak zostawię ją do dyspozycji Mab i Les Coeurs. – Potraktuj
to jako usługę. I nie licz na więcej. Do widzenia.

– Hmmm… – zawahała się. – Dobrze, zaraz sobie
pójdę… Ale wpierw… Powiedz mi, co robisz na drzewie?

– Leżę w hrabstwie Cheshire. Do widzenia.

– Ale ja… Ja nie wiem, jak stąd wyjść.

– Chodziło mi wyłącznie o to, byś się oddaliła
– wyjaśniłem. – Bo jeżeli chodzi o wychodzenie,
to daremny trud, Alicjo Liddell. Stąd nie da się wyjść.

– Słucham?

– Stąd nie da się wyjść, głupiutka. Należało
spojrzeć na rewers karteczki na buteleczce.

– Nieprawda.

Machnąłem zwisającym z konara ogonem, co u nas, kotów,
odpowiada wzruszeniu ramionami.

– Nieprawda – powtórzyła zadziornie. – Pospaceruję
tu, a potem wrócę do domu. Muszę. Chodzę do szkoły,
nie mogę opuszczać lekcji. Poza tym, mama tęskniłaby
za mną. I Dina. Dina to moja kotka. Mówiłam ci o tym? Do
widzenia, Kocie z Cheshire. Czy byłbyś jeszcze łaskaw
powiedzieć mi, dokąd prowadzi ta dróżka? Dokąd
trafię, gdy nią pójdę? Czy ktoś tam mieszka?

– Tam – wskazałem nieznacznym ruchem głowy –
mieszka Archibald Haigha, dla przyjaciół Archie. Jest bardziej
szalony niż marcowy zając. Dlatego mówimy na niego: Marcowy
Zając. Tam zaś mieszka Bertrand Russell Hatta, który jest
szalony jak kapelusznik. Dlatego też mówimy na niego: Kapelusznik.
Obaj, jak się już zapewne domyśliłaś, są obłąkani.

– Ale ja nie mam ochoty spotykać obłąkanych ani furiatów.

– Wszyscy tu jesteśmy obłąkani. Ja jestem obłąkany.
Ty jesteś obłąkana.

– Ja? Nieprawda! Dlaczego tak mówisz?

– Gdybyś nie była obłąkana – wyjaśniłem,
trochę już znudzony – nie trafiłabyś tutaj.

– Mówisz samymi zagadkami… – zaczęła, a oczy
rozszerzyły się jej nagle. – Ejże… Co się z
tobą dzieje? Kocie z Cheshire! Nie znikaj! Nie znikaj, proszę!

– Drogie dziecko – powiedziałem łagodnie. – To
nie ja znikam, to twój mózg przestaje funkcjonować, przestaje
być zdolny nawet do delirycznego majaczenia. Ustają czynności.
Innymi słowy…

Nie dokończyłem. Nie mogłem jakoś zdobyć się
na to, by dokończyć. By uświadomić jej, że umiera.

– Widzę cię znowu! – zawołała triumfalnie.
– Znowu jesteś. Nie rób tego więcej. Nie znikaj tak
nagle. To okropne. W głowie się od tego kręci.

– Wiem.

– Muszę już iść. Do widzenia, Kocie z Cheshire.

– Żegnaj, Alicjo Liddell.

* * *

Uprzedzę fakty. Nie poleniuchowałem już sobie tego dnia.
Wyczmucony ze snu i wyrwany z błogiego letargu nie byłem już
w stanie odbudować w sobie poprzedniego nastroju. Cóż,
na psy schodzi ten świat. Żadnych względów i żadnego
szacunku nie okazuje się już śpiącym lub odpoczywającym
kotom. Gdzie te czasy, gdy prorok Mahomet, chcąc wstać i iść
do meczetu, a nie chcąc budzić kotki uśpionej w rękawie
jego szaty, uciął rękaw nożem. Nikt z was, założę
się o każde pieniądze, nie zdobyłby się na równie
szlachetny czyn. Dlatego też nie przypuszczam, by komukolwiek
z was udało się zostać prorokiem, choćby jak rok długi
biegał z Mekki do Mediny i z powrotem. Cóż, jak Mahomet
kotu, tak kot Mahometowi.

Nie zastanawiałem się dłużej niż godzinkę.
Potem – sam się sobie dziwiąc – zlazłem z drzewa
i nie spiesząc się nadmiernie podążyłem wąską
leśną ścieżką w stronę domostwa Archibalda
Haighy, zwanego Marcowym Zającem. Mogłem oczywiście, gdybym
chciał, znaleźć się u Zająca w ciągu kilku
sekund, ale uznałem to za zbytek łaski, mogący sugerować,
że na czymkolwiek mi zależy. Może i zależało mi
trochę, ale nie miałem zamiaru tego okazywać.

Czerwone dachówki domku Zająca rychło wkomponowały
się w ochrę i żółć jesiennych liści okolicznych
drzew. A do moich uszu dobiegła nastrojowa muzyka. Ktoś –
lub coś – cichutko grało i śpiewało „Greensleeves”.
Melodię znakomicie dopasowaną do czasu i miejsca.

Alas, my love, you do me wrong

To cast me off discourteously

And I have loved you oh so long

Delighting in your company…

Na podwórko przed domkiem wystawiono nakryty czystym obrusem stół.
Na stole ustawiono talerzyki, filiżanki, imbryk do herbaty i flaszkę
whisky Chivas Regal. Za stołem siedział gospodarz, Marcowy
Zając, i jego goście: Kapelusznik, bywający tu niemal
stale i Pierre Dormousse, bywający tu – i gdziekolwiek –
niezmiernie rzadko. W szczycie stołu siedziała natomiast
ciemnooka Alicja Liddell, z dziecięcą bezczelnością
rozparta w wiklinowym fotelu i trzymająca oburącz filiżankę.
Wyglądała na zupełnie nie przejętą faktem, że
przy five o’clock whisky and tea towarzyszą jej zając
o nieporządnych wąsach, karzełek w kretyńskim cylindrze,
sztywnym kołnierzyku i muszce w grochy oraz grubiutki suseł,
drzemiący z głową na stole.

Archie, Marcowy Zając, dostrzegł mnie pierwszy.

– Popatrzcie, któż to nadchodzi – zawołał,
a tembr jego głosu wskazywał niedwuznacznie, że herbatę
w tym towarzystwie piła tylko Alicja. – Któż to zbliża
się? Czy mnie wzrok nie myli? Byłobyż to, że zacytuję
proroka Jeremiasza, najszlachetniejsze ze zwierząt, mające
chód wspaniały, a krok wyniosły?

– Musiano gdzieś potajemnie otworzyć siódmą pieczęć
– zawtórował Kapelusznik, łyknąwszy z porcelanowej
filiżanki czegoś, co ewidentnie nie było herbatą.
– Spójrzcie bowiem, oto kot blady, a piekło postępuje
za nim.

– Zaprawdę powiadam wam – oznajmiłem bez emfazy,
podchodząc bliżej – jesteście jako cymbały brzmiące.

– Siadaj, Chester – powiedział Marcowy Zając. –
I nalej sobie. Jak widzisz, mamy gościa. Gość zabawia
nas właśnie opowiadaniem o przygodach, jakich zaznał od
momentu przybycia do naszej Krainy. Założę się, że
też chętnie posłuchasz. Pozwól, że przedstawię
ci…

– My się już znamy.

– No pewnie – powiedziała Alicja, uśmiechając
się uroczo. – Znamy się. To właśnie on wskazał
mi drogę do waszego ślicznego domku. To jest Kot z Cheshire.

– Czegoś to naplótł dzieciakowi, Chester? – poruszył
wąsami Archie. – Znowu popisywałeś się elokwencją,
mającą dowieść twej wyższości nad innymi istotami?
Co? Kocie?

– Ja mam kotkę – powiedziała ni z gruszki, ni z pietruszki
Alicja. – Moja kotka nazywa się Dina.

– Wspominałaś.

– A ten kot – Alicja niegrzecznie wskazała mnie palcem
– czasami znika, i to tak, że widać tylko uśmiech
wiszący w powietrzu. Brrr, okropność.

– A nie mówiłem? – Archie uniósł głowę
i postawił sztorcem uszy, do których wciąż przyczepione
były źdźbła trawy i kłosy pszenicy. – Popisywał
się! Jak zwykle!

– Nie sądźcie – odezwał się Pierre Dormousse,
całkiem przytomnie, choć wciąż z głową na
obrusie – abyście nie byli sądzeni.

– Zamknij się, Dormousse – machnął łapą
Marcowy Zając. – Śpij i nie wtrącaj się.

– Ty zaś kontynuuj, kontynuuj, dziecko – ponaglił
Alicję Kapelusznik. – Radzibyśmy posłuchać o twych
przygodach, a czas nagli.

– Jeszcze jak nagli – mruknąłem, patrząc mu w
oczy. Archie prychnął lekceważąco.

– Dziś jest środa – powiedział. – Mab i Les
Coeurs grają w ich idiotycznego krokieta. Założę się,
że jeszcze nic nie wiedzą o naszym gościu.

– Nie doceniasz Radetzkiego.

– Mamy czas, powtarzam. Wykorzystajmy go zatem. Taka zabawa nie
trafia się każdego dnia.

– A cóż wy, jeśli wolno spytać, znajdujecie w
tym zabawnego?

– Zobaczysz. No, droga Alicjo, opowiadaj. Zamieniamy się
w słuch.

Alicja Liddell powiodła po nas zainteresowanym spojrzeniem swych
ciemnych oczu, jak gdyby oczekiwała, że faktycznie w coś
się zamienimy.

– Na czym to ja stanęłam? – zastanowiła się,
nie doczekawszy żadnej metamorfozy. – Aha, już wiem. Na
ciasteczkach. Tych, które miały napis: „Zjedz mnie”,
ślicznie ułożony z czerwonych porzeczek na żółtym
kremie. Ach, jakże smaczne były te ciasteczka! Naprawdę
czarowny miały smak! I były czarodziejskie, w samej rzeczy.
Gdy zjadłam kawałek, zaczęłam rosnąć. Przeraziłam
się, sami rozumiecie… I prędko ugryzłam drugie ciasteczko,
równie smaczne, jak to pierwsze. Wtedy zaczęłam maleć.
Takie to były czary, ha! Mogłam raz być duża, a raz
mała. Mogłam się kurczyć, mogłam się rozciągać.
Jak chciałam. Rozumiecie?

– Rozumiemy – rzekł Kapelusznik i zatarł dłonie.
– No, Archie, twoja kolej. Słuchamy.

– Sprawa jest jasna – oświadczył dumnie Marcowy Zając.
– Majaczenie ma podtekst erotyczny. Zjadanie ciasteczek to wyraz
typowo dziecięcych fascynacji oralnych, mających podłoże
w drzemiącym jeszcze seksualizmie. Lizać i ciamkać, nie
myśląc, to typowe zachowanie pubertalne, chociaż, przyznać
trzeba, znam takich, którzy z tego nie wyrośli do późnej
starości. Co do spowodowanego jakoby zjedzeniem ciasteczka kurczenia
się i rozciągania, to nie będę chyba zbyt odkrywczy,
gdy przypomnę mit o Prokruście i Prokrustowym łożu.
Chodzi o podświadome pragnienie dopasowania się, wzięcia
udziału w misterium wtajemniczenia i wkroczenia do świata
dorosłych. Ma to również podłoże seksualne. Dziewczynka
pragnie…

– Na tym więc polega wasza zabawa – stwierdziłem,
nie zapytałem. – Na psychoanalizie mającej dociec, jakim
cudem ona się tu znalazła. Szkopuł wszakże w tym,
że u ciebie, Archie, wszystko ma podłoże seksualne. To
zresztą typowe dla zająców, królików, łasic,
nutrii i innych gryzoni, którym tylko jedno w głowie. Powtarzam
jednak moje pytanie: co w tym jest zabawnego?

– Jak w każdej zabawie – powiedział Kapelusznik –
zabawne jest zabicie nudy.

– A fakt, że kogoś to nie bawi, bynajmniej nie dowodzi,
że ten ktoś jest wyższą istotą – warknął
Archie. – Nie uśmiechaj się, Chester, nikomu tu nie zaimponujesz
twoim uśmiechem. Kiedy wreszcie zrozumiesz, że choćbyś
nie wiem jak się wymądrzał, nikt z tu obecnych nie obdarzy
cię boską czcią? Nie jesteśmy w Bubastis, ale w Krainie…

– Krainie Czarów? – wtrąciła Alicja, wodząc
po nas spojrzeniem.

– Dziwów – poprawił Kapelusznik. – Kraina Czarów
to Faërie. To jest Wonderland. Kraina Dziwów.

– Semantyka – burknął znad obrusa Dormousse. Nikt
nie zwrócił na niego uwagi.

– Kontynuuj, Alicjo – ponaglił Kapelusznik. – Co
było dalej, po tych ciasteczkach?

– Ja – oświadczyła dziewczynka, bawiąc się
uszkiem filiżanki — bardzo chciałam odszukać tego
białego królika w kamizelce, tego, który nosił rękawiczki
i zegarek z dewizką. Tak sobie myślałam, że jeśli
go odszukam, to może trafię też do tej nory, w którą
wpadłam… I będę mogłą tą norą wrócić.
Do domu.

Milczeliśmy wszyscy. Ten fragment nie wymagał wyjaśnień.
Nie było wśród nas takiego, który nie wiedziałby,
czym jest i co symbolizuje czarna nora, upadek, długie, nie kończące
się spadanie. Nie było wśród nas takiego, który
nie wiedziałby, że w całej Krainie nie ma nikogo, kto
choćby z oddali mógłby przypominać białego królika
noszącego kamizelkę, rękawiczki i zegarek.

– Szłam – podjęła cicho Alicja Liddell –
przez ukwieconą łąkę i nagle pośliznęłam
się, bo cała łąka była mokra od rosy i bardzo
śliska. Upadłam. Sama nie wiem jak, ale nagle chlupnęłam
do morza. Tak myślałam, bo woda była słona. Ale to
nie było wcale morze, wiecie? To była wielka kałuża
łez. Bo ja płakałam wcześniej, bardzo płakałam…
Bo bałam się i myślałam, że już nigdy nie
odnajdę tego królika i tej nory. Wszystko to wyjaśniła
mi jedna mysz, która pływała w tej kałuży, bo
też tam przypadkiem wpadła, tak samo jak ja. Wyciągnęłyśmy
się z tej kałuży nawzajem, to znaczy trochę mysz wyciągnęła
mnie, a trochę ja wyciągnęłam mysz. Cała była
mokra, biedaczka, i miała długi ogonek…

Zamilkła, a Archie popatrzył na mnie z wyższością.

– Niezależnie od tego, co myślą o tym różne
koty – oświadczył, wystawiając na widok publiczny
swe dwa żółte zęby – ogonek myszy to symbol falliczny.
Tym tłumaczy się, nawiasem mówiąc, paniczny lęk,
który na widok myszy ogarnia niektóre kobiety.

– Jesteście obłąkani – powiedziała z przekonaniem
Alicja. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.

– A słone morze – zadrwiłem – powstałe z
dziewczęcych łez, to oczywiście doprowadzająca do
płaczu zazdrość o penisa? Co, Archie?

– Tak jest! Piszą o tym Freud i Bettelheim. Zwłaszcza
Bettelheima godzi się tu przywołać, albowiem zajmuje się
on psychiką dziecka.

– Nie będziemy – skrzywił się Kapelusznik, nalewając
whisky do filiżanek – przywoływać tu Bettelheima.
Freud też niech sobie requiescat in pace. Ta flaszka to
w sam raz na nas czterech, comme il faut, nikogo więcej
nam tu nie potrzeba. Opowiadaj, Alicjo.

– Później… – zastanowiła się Alicja Liddell.
– Później przypadkowo napotkałam lokaja. Ale gdy się
lepiej przyjrzałam, okazało się, że to nie lokaj,
ale wielka żaba ubrana w lokajską liberię.

– Aha! – ucieszył się Marcowy Zając. – Jest
i żaba! Płaz wilgotny i oślizgły, który pobudzony
nadyma się, rośnie, zwiększa swe rozmiary! Czego to symbol,
jak wam się zdaje? Penisa przecież!

– No pewnie – kiwnąłem głową. – Czegóżby
innego. Tobie wszystko kojarzy się z penisem i z dupą, Archie.

– Jesteście obłąkani – powiedziała
Alicja. – I wulgarni.

– No pewnie – przytaknął Dormousse, unosząc głowę
i patrząc na nią sennie. – Każdy to wie. Och, ona
tu jeszcze jest? Jeszcze po nią nie przyszli?

Kapelusznik, wyraźnie zaniepokojony, obejrzał się na las,
z głębi którego dobiegały jakieś trzaski i chrupotanie.
Ja, będąc kotem, słyszałem te odgłosy już
od dawna, zanim jeszcze się przybliżyły. To nie byli Les
Coeurs, to była wataha zbłąkiń szukających
wśród ściółki czegoś do żarcia.

– Tak, tak, Archie – nie zamierzałem uspokajać Zająca,
który również słyszał chrupotanie i płochliwie
postawił uszy. – Powinieneś pospieszyć się z psychoanalizą,
w przeciwnym razie Mab dokończy jej za ciebie.

– Może więc ty dokończysz? – Marcowy Zając
poruszył wąsami. – Ty, jako istota wyższa, znasz wszakże
na wylot mechanizmy zachodzących w psychice procesów. Niewątpliwie
wiesz, jak to się stało, że umierająca córka dziekana
Christ Church, miast odejść w pokoju, nie budząc się
z letargu, błąka się po Krainie?

– Christ Church – pohamowałem zdziwienie. – Oksford.
Który rok?

– Tysiąc osiemset sześćdziesiąt dwa – burknął
Archie. – Noc z siódmego na ósmy lipca. Czy to ważne?

– Nieważne. Uczyń podsumowanie twego wywodu. Bo przecież
masz już gotowe podsumowanie?

– Jasne, że mam.

– Płonę z ciekawości.

Kapelusznik nalał. Archie łyknął, jeszcze raz popatrzył
na mnie wyniośle, odchrząknął, zatarł łapy.

– Mamy tu – zaczął uroczyście i podniośle
– do czynienia z typowym przypadkiem konfliktu id, ego i superego.
Jak szanownym kolegom wiadomo, w psychice ludzkiej id jest tym, co
niebezpieczne, co popędowe, co groźne i niezrozumiałe,
tym, co wiąże się z niemożliwą do pohamowania
tendencją do bezmyślnego zaspokajania przyjemności. Owo
bezmyślne uleganie popędom usiłuje dana osoba – jak
to przed chwilą obserwowaliśmy – niezdarnie usprawiedliwiać
imaginowanymi instrukcjami typu: „wypij mnie” czy „zjedz
mnie”, co – oczywiście fałszywie – pozorować
ma poddanie id kontroli racjonalnego ego. Ego danej osoby to bowiem
wpojona jej wiktoriańska zasada rzeczywistości, realności,
konieczności poddania się nakazom i zakazom. Realność
to surowe wychowanie domowe, surowa, choć pozornie barwna realność
„Young Misses Magazine”, jedynej lektury tego dziecka…

– Nieprawda! – wrzasnęła Alicja Liddell. – Czytałam
jeszcze Robinsona Crusoe! I sir Waltera Scotta!

– Nad tym wszystkim – Zając nie przejął
się wrzaskiem – próbuje bez rezultatu zapanować nierozbudowane
superego rzeczonej i – sit licentia verbo – przytomnej
tu osoby. A superego, nawet szczątkowe, przesądza między
inymi o zdolności do fantazjowania. Dlatego też próbuje
przekładać zachodzące procesy na wizje i obrazy. Vivere
cesse, imaginare necesse est, jeśli pozwolą szanowni koledzy
na parafrazę…

– Szanowni koledzy – powiedziałem – pozwolą
sobie raczej na uwagę, że wywód, choć w zasadzie teoretycznie
prawidłowy, niczego nie tłumaczy, stanowi więc klasyczny
przypadek akademickiej gadaniny.

– Nie obrażaj się, Archie – niespodziewanie
poparł mnie Kapelusznik. – Ale Chester ma rację.
Nadal nie wiemy, jakim sposobem Alicja się tu znalazła.

– Toście tępaki są! – zamachał
łapami Zając. – Przecież mówię! Zaniosła
ją tu jej przepełniona erotyzmem fantazja! Jej lęki! Pobudzone
jakimś narkotykiem utajone marzenia…

Urwał, wpatrzony w coś za moimi plecami. Teraz
i ja słyszałem szum piór. Usłyszałbym wcześniej,
gdyby nie jego gadanina.

Na stole, dokładnie pomiędzy butelką a imbrykiem,
wylądował Edgar. Edgar jest krukiem. Edgar dużo lata,
a mało gada. Dlatego w Krainie służy wszystkim głównie
jako posłaniec. Tym razem również tak było, bo Edgar
trzymał w dziobie sporą kopertę, ozdobioną rozdzielonymi
koroną inicjałami „MR”.

– Cholerna banda – szepnął Kapelusznik.
– Cholerna efekciarska banda.

– To do mnie? – zdziwiła się Alicja. Egdar kiwnął
głową, dziobem i listem.

Wzięła kopertę, ale Archie bezceremonialnie wyrwał
ją jej, złamał pieczęć.

– Jej Królewska Wysokość Mab etc. etc. – odczytał
– zaprasza do wzięcia udziału w partii krokieta, która
odbędzie się…

Popatrzył na nas.

– Dziś – poruszył wąsami. – A więc dowiedzieli
się. Pieprzony nietoperz rozgadał i dowiedzieli się.

– Cudownie! – Alicja Liddell klasnęła w dłonie.
– Partia krokieta! Z królową! Czy już mogę iść?
Byłoby niegrzecznie się spóźnić.

Kapelusznik chrząknął głośno. Archie obrócił
list w dłoni. Dormousse zachrapał. Edgar milczał,
strosząc czarne pióra.

– Zatrzymajcie ją tu, jak długo się da
– zdecydowałem się nagle i wstałem. – Zaraz wracam.

– Nie wygłupiaj się, Chester – mruknął
Archie. – Nic nie zdziałasz, choćbyś i dotarł
na miejsce, w co wątpię. Już za późno. Mab o niej
wie, nie pozwoli jej odejść. Nie uratujesz jej. Nie ma sposobu.

– Może się założymy?

* * *

Wiatr czasu i przestrzeni wciąż jeszcze szumiał
mi w uszach i jeżył sierść, a ziemia, na której
stałem, za nic w świecie nie chciała przestać się
trząść. Równowaga i twarda realność szybko
i konsekwentnie wypierały jednak horror vacui, który
towarzyszył mi przez kilka ostatnich chwil. Mdłości,
jakkolwiek niechętnie, ustępowały, oczy z wolna
przyzwyczajały się się do euklidesowej geometrii.

Rozejrzałem się.

Ogród, w którym wylądowałem, był prawdziwie
angielski, to znaczy zarośnięty i zakrzaczony jak cholera.
Gdzieś z lewej zalatywało bagienkiem i dał się co
i raz słyszeć krótki kwak, wywnioskowałem więc,
że nie brakuje tu i stawu. W głębi płonęła
światłami pokryta bluszczem fasada niedużego piętrowego
domu.

W zasadzie pewien byłem swego, to znaczy tego, że trafiłem
we właściwe miejsce i właściwy czas. Ale wolałem
się upewnić.

– Czy jest tu ktoś, u diabła? – zapytałem zniecierpliwiony.

Nie czekałem długo. Z mroku wyłonił się rudy i
pręgowany jegomość. Nie wyglądał na właściciela
ogrodu, choć usilnie starał się wyglądać. Głupkiem
nie był, najwyraźniej wpojono mu też w wieku kocięcym
nieco manier i savoir vivre’u, bo gdy mnie zobaczył, pozdrowił
grzecznie, siadając i owijając łapy ogonem. Ha, chciałbym
zobaczyć któregoś z was, ludzi, reagujących w sposób
równie spokojny na pojawienie się istoty z waszej mitologii.
I demonologii.

– Z kim mam przyjemność? – zapytałem krótko
i obcesowo.

– Russet Fitz-Rourke Trzeci, Your Grace.

– To – ruchem ucha pokazałem, co mam na myśli –
oczywiście Anglia?

– Oczywiście.

– Oksford?

– W samej rzeczy.

Trafiłem więc. Kaczka, którą słyszałem, pływała
zapewne nie po stawie, ale po Tamizie lub Cherwell. A wieża, którą
widziałem podczas lądowania, to była Carfax Tower. Problem
tkwił jednak w tym, że Carfax Tower wyglądała identycznie
podczas mojej poprzedniej wizyty w Oksfordzie, a było to w 1645,
na krótko przed bitwą pod Naseby. Radziłem wówczas
królowi Karolowi, by rzucił wszystko w cholerę i uciekł
do Francji.

– Kto w tej chwili rządzi Brytanią?

– W Anglii, Merlin z Glastonbury. W Szkocji…

– Nie pytam o koty, głupcze.

– Przepraszam, Wasza Miłość. Królowa Wiktoria.

Dobra nasza. Chociaż, z drugiej strony, babsko rządziło
sześćdziesiąt cztery lata, 1837-1901. Zawsze była
możliwość, że przestrzeliłem odrobinkę w przód
lub w tył. Mógłbym wprost zapytać rudzielca o datę,
ale nie wypadało mi, jak sami rozumiecie. Gotów sobie pomyśleć,
że nie jestem wszechwiedzący. Prestiż, jak to mówią,
über alles.

– Do kogo należy ten dom?

– Do Venery Whiteblack… – zaczął, ale
natychmiast się poprawił. – To znaczy, ludzkim właścicielem
jest pan dziekan Henry George Liddell.

– Dzieci są? Nie pytam o Venerę Whiteblack,
ale o dziekana Liddella.

– Trzy córki.

– Któraś ma na imię Alicja?

– Średnia.

Odetchnąłem ukradkiem. Rudzielec też odetchnął.
Był przekonany, że nie wypytuję, lecz egzaminuję.

– Jestem wielce zobowiązany, sir Russet. Udanego
polowania.

– Dziękuję, Your Grace.

Nie odzajemnił życzenia udanego polowania. Znał
legendy. Wiedział, jakiego rodzaju polowanie może oznaczać
moje pojawienie się w jego świecie.

* * *

Przechodziłem przez mur, przez ściany oklejone krzykliwą
kwiecistą tapetą, przez sztukaterię, przez meble. Przechodziłem
przez zapach kurzu, lekarstw, jabłek, sherry, tytoniu i lawendy.
Przechodziłem przez głosy, szepty, westchnienia i łkania.
Przeszedłem przez oświetlony living room, w którym
dziekan i dziekanowa Liddell rozmawiali ze szczupłym przygarbionym
brunetem o bujnej fryzurze. Znalazłem schody. Minąłem
dwie dziecięce sypialnie, tchnące młodym, zdrowym snem.
A przy trzeciej sypialni wpakowałem się na Strażniczkę.

– Przybywam w pokoju – powiedziałem szybko,
cofając się przed ostrzegawczym sykiem, kłami, pazurami
i wściekłością. – W pokoju!

Leżąca na progu Venera Whiteblack płasko położyła
uszy, poczęstowała mnie następną falą nienawiści,
po czym przybrała klasyczną postawę bojową.

– Pohamuj się, kotko!

– Apage! – zasyczała, nie zmieniając
pozycji. – Precz! Żaden demon nie przejdzie przez próg,
na którym ja leżę!

– Nawet taki – zniecierpliwiłem się –
który nazwie cię Diną?

Drgnęła.

– Zejdź mi z drogi – powtórzyłem. – Dino,
kotko Alicji Liddell.

– Wasza Miłość? – spojrzała na mnie niepewnie.
– Tutaj?

– Chcę wejść do środka. Usuń się z progu.
Nie, nie, nie odchodź. Wejdź ze mną.

W pokoiku, zgodnie z obyczajem epoki, stało tyle mebli, ile wlazło.
Ściany i tu pokrywała tapeta z przeraźliwym kwietnym
motywem. Nad komódką wisiała niezbyt udana grafika, przedstawiająca,
jeśli wierzyć podpisowi, niejaką Mrs. West w roli Desdemony.
A na łóżeczku leżała Alicja Liddell, nieprzytomna,
spocona i blada jak upiór. Majaczyła tak silnie, że w
powietrzu nad nią niemal widziałem czerwone dachówki domku
Zająca i słyszałem „Greensleeves”.

– Pływali łódką po Tamizie, ona, jej siostry
i pan Charles Lutwidge Dodgson – Venera Whiteblack uprzedziła
moje pytanie. – Alicja wpadła do wody, przeziębiła
się i dostała gorączki. Był lekarz, przepisał
jej różne leki, leczono ją też domową apteczką.
Przez nieuwagę zaplątała się między lekarstwa
buteleczka laudanum, a ona ją wypiła. Od tego czasu jest w
takim stanie.

Zamyśliłem się.

– Czy ów nieodpowiedzialny Charles, to ten z fryzurą
pianisty, rozmawiający z dziekanem Liddellem? Gdy przechodziłem
przez salon, czułem emanujące od niego myśli. Poczucie
winy.

– Tak, to właśnie on. Przyjaciel domu. Wykładowca
matematyki, ale poza tym do zniesienia. I nie nazwałabym go nieodpowiedzialnym.

To nie była jego wina, na łódce. Wypadek, jaki każdemu
mógł się zdarzyć.

– Czy on często przebywa w pobliżu Alicji?

– Często. Ona go lubi. On ją lubi. Gdy na nią patrzy,
mruczy. Wymyśla i opowiada małej różne niestworzone
historie. Ona to uwielbia.

– Aha – poruszyłem uchem. – Niestworzone historie.
Fantazje. I laudanum. No, to jesteśmy w domu, pun not intended.
Mniejsza z tym. Pomyślmy o dziewczynce. Życzeniem moim jest,
aby wyzdrowiała. I to pilnie.

Kotka zmrużyła złote oczy i nastroszyła wąsy,
co u nas, kotów, oznacza bezbrzeżne zdumienie. Opanowała
się jednak szybko. I nie odezwała się. Wiedziała,
że pytanie o motywy byłoby potwornym nietaktem. Wiedziała
też, że nie odpowiedziałbym na takie pytanie. Żaden
kot nigdy nie odpowiada na takie pytanie. Robimy zawsze to, co chcemy
i nie zwykliśmy się usprawiedliwiać.

– Życzeniem moim jest – powtórzyłem dobitnie
– aby choroba opuściła pannę Alicję Liddell.

Venera usiadła, mrugnęła, poruszyła uchem.

– To twój przywilej, książę – powiedziała
łagodnie. – Ja… Ja mogę wyłącznie podziękować…
za zaszczyt. Kocham to dziecko.

– To nie był zaszczyt. Nie dziękuj więc, tylko bierz
się do roboty.

– Ja? – niemal podskoczyła z wrażenia. – Ja mam
ją uleczyć? Przecież to zabronione dla zwykłych kotów!
Myślałam, że Wasza Wysokość sama raczy… Zresztą,
ja nie umiałabym…

– Po pierwsze, nie ma zwykłych kotów. Po drugie,
mnie wolno złamać każdy zakaz. Niniejszym go łamię.
Bierz się do roboty.

– Ale… – Venera nie spuszczała ze mnie oczu, w których
nagle pojawił się przestrach. – Przecież… Jeśli
wymruczę z niej chorobę, wtedy ja…

– Tak – powiedziałem lekceważąco. – Umrzesz
zamiast niej.

Jakoby kochasz tę dziewczynkę, pomyślałem. Udowodnij
to. Myślałaś może, że wystarczy leżeć
na kolanach, mruczeć i pozwalać się głaskać? Umacniać
przekonanie, że koty są fałszywe, że nie przywiązują
się do ludzi, lecz wyłącznie do miejsca?

Oczywiście, mówienie takich banałów Venerze Whiteblack
było poniżej mojej godności. I całkowicie niepotrzebne.
Stała za mną potęga autorytetu. Jedynego autorytetu, jaki
akceptuje kot. Venera miauknęła cicho, wskoczyła na piersi
Alicji, zaczęła mocno uciskać łapkami kołdrę.
Słyszałem ciche trzaski pazurków, czepiających się
adamaszku. Wyczuwszy właściwe miejsce, kotka ułożyła
się i zaczęła głośno mruczeć. Mimo ewidentnego
braku wprawy robiła to doskonale. Niemal czułem, jak z każdym
pomrukiem wyciąga z chorej to, co należało wyciągnąć.

Nie przeszkadzałem jej, rzecz jasna. Czuwałem, by nie przeszkodził
nikt inny. Okazało się, że słusznie.

Drzwi otwarły się cicho i do pokoiku wszedł
ów blady brunet, Charles Ludwig czy Ludwig Charles, zapomniałem.
Wszedł ze spuszczoną głową, cały skruszony i przepełniony
żalem i winą. Natychmiast zobaczył leżącą
na piersi Alicji Venerę Whiteblack i natychmiast uznał, że
jest na kogo winę zwalić.

– Ejże, kkk… kocie – zająknął
się. – Psik! Zejdź z łóżka nnnaaa… natychmiast!

Postąpił dwa kroki, spojrzał na fotel, na
którym leżałem. I zobaczył mnie – a może nie
tyle mnie, co mój uśmiech, zawieszony w powietrzu. Nie wiem,
jakim cudem, ale zobaczył. I zbladł. Potrząsnął
głową. Przetarł oczy. Oblizał wargi. A potem wyciągnął
ku mnie rękę.

– Dotknij mnie – powiedziałem najsłodziej,
jak potrafiłem. – Tylko mnie dotknij, grubianinie, a przez
resztę życia będziesz wycierał nos protezą.

– Kim ty jee… – zająknął się – jeee…
steś?

– Imię moje jest legion – odrzekłem obojętnie.
– Dla przyjaciół Malignus, princeps potestatis aeris.
Jestem jednym z tych, którzy krążą, rozglądając
się, quaerens quem devoret. Na wasze szczęście
tym, co chcemy pożerać, z reguły są myszy. Ale na
twoim miejscu nie wyciągałbym pospiesznych i zbyt daleko idących
wniosków.

– To nnn… – zająknął się, tym
razem tak gwałtownie, że oczy o mało nie wylazły mu
z orbit. – To nnnieee…

– Możliwe, możliwe – zapewniłem,
nadal uśmiechnięty na biało i ostro. – Stój tam,
gdzie stoisz. Ogranicz aktywność do minimum, a daruję
cię zdrowiem. Parole d’honneur. Zrozumiałeś,
co powiedziałem, dwunogu? Jedynym, czym wolno ci poruszyć,
są powieki i gałki oczne. Zezwalam też na ostrożne
wdechy i wydechy.

– Ale…

– Na gadanie nie zezwalam. Milcz i nie ruszaj się,
jakby twoje życie od tego zależało. Bo zależy, nawiasem
mówiąc.

Pojął. Stał, pocił się w ciszy, patrzył na
mnie i intensywnie myślał. Miał bardzo powikłane myśli.
Nie oczekiwałem takich u wykładowcy matematyki. W tym czasie
Venera Whiteblack robiła swoje, a powietrze aż wibrowało
od magii jej pomruków. Alicja poruszyła się, jęknęła.
Kotka uspokoiła ją, kładąc lekko łapkę na
twarzy. Charles Lutwidge Dodgson – przypomniałem sobie jego
miano – drgnął na ten widok.

– Spokojnie – powiedziałem nadspodziewanie łagodnie.
– Tutaj się leczy. To terapia. Bądź cierpliwy.

Przyglądał mi się przez chwilę.

– Jesteś mmm… moją własną fantazją –
mruknął wreszcie. – Nie ma sensu, bym z ttt…tobą
rozmawiał.

– Z ust mi to wyjąłeś.

– To – wskazał łóżko lekkim ruchem głowy
– to ma być ttt… terapia? Kocia terapia?

– Zgadłeś.

– Though this be madness – wybąkał, o dziwo
bez zająknienia – yet there is method in’t.

– I to także wyjąłeś mi z ust.

Czekaliśmy. Wreszcie Venera Whiteblack przestała mruczeć,
położyła się na boku, ziewnęła i kilkakrotnie
przeczesała futro różowym jęzorkiem.

– Chyba już – oznajmiła niepewnie. – Wyciągnęłam
wszystko. Truciznę, chorobę i gorączkę. Miała
jeszcze coś w szpiku kostnym, nie wiem, co to było. Ale dla
pewności wyciągnęłam również.

– Brawo, My Lady.

– Your Grace?

– Słucham?

– Ja wciąż żyję.

– Chyba nie sądziłaś – uśmiechnąłem
się z wyższością – że pozwolę ci umrzeć?

Kotka zmrużyła oczy w niemym podziękowaniu. Charles Lutwidge
Dodgson, od dłuższej chwili śledzący niespokojnym
wzrokiem nasze poczynania, chrząknął nagle głośno.
Spojrzałem na niego.

– Mów – zezwoliłem wspaniałomyślnie. –
Tylko nie jąkaj się, proszę.

– Nie wiem, co za rytuał się tu odprawia – zaczął
cicho. – Ale są rzeczy na niebie i ziemi…

– Przejdź do tych rzeczy.

– Alicja wciąż jest nieprzytomna.

Ha. Miał rację. Wyglądało na to, że operacja się
udała. Ale wyłącznie lekarzom. Medice, cura te ipsum,
pomyślałem. Zwlekałem z zabraniem głosu, czując
na sobie pytający wzrok kotki i niespokojny wzrok wykładowcy
matematyki. Rozważałem różne możliwości. Jedną
z nich było wzruszenie ramionami i pójście sobie precz.
Ale za mocno zaangażowałem się już w tę historię,
nie mogłem teraz się wycofać. Flaszka, o którą
założyłem się z Zającem, to jedno, ale prestiż…

Myślałem intensywnie. Przeszkodzono mi w tym.

Charles Lutwidge podskoczył nagle, a Venera Whiteblack wyprężyła
się i gwałtownie uniosła głowę. Na esach-floresach
wiktoriańskiej tapety zatańczył szybki, ruchliwy cień.

– Haa-haa! – zapiszczał cień, kołując przy
żyrandolu. – Czy nie miewają koty na nietoperze ochoty?

Venera położyła uszy, zasyczała, wygięła grzbiet,
prychnęła wściekle. Radetzky przezornie zawisł na
abażurze.

– Chester! – zawołał z wysokości, rozwijając
jedno skrzydło. – Archie kazał powtórzyć, byś
się pospieszył! Jest źle! Les Coeurs zabrali dziewczynę!
Pospiesz się, Chester!

Zakląłem bardzo brzydko, ale po egipsku, więc nikt nie
zrozumiał. Rzuciłem okiem na Alicję. Oddychała spokojniej,
na jej twarzy dostrzegałem też coś na kształt rumieńca.
Ale, cholera jasna, nadal była nieprzytomna.

– Ona wciąż śni – odkrył Amerykę Charles
Lutwidge Dodgson. – Co najgorsze, obawiam się, że to nie
jest jej sen.

– Ja też się tego obawiam – popatrzyłem mu w
oczy. – Ale nie czas na teoretyzowanie. Trzeba wyrwać ją
z maligny, zanim dojdzie do rzeczy nieodwracalnych. Radetzky? Gdzie
jest w tej chwili dziewczyna?

– Na Wonderland Meadows! – zaskrzeczał nietoperz. –
Na polu krokietowym! Z Mab i Les Coeurs!

– Lecimy.

– Lećcie – Venera Whiteblack wysunęła pazury.
– A ja będę tutaj czuwać.

– Zaraz – Charles Lutwidge potarł czoło. – Nie
wszystko rozumiem… Nie wiem, dokąd i po co chcecie lecieć,
ale… Chyba nie obejdzie się beze mnie… To ja muszę wymyślić
zakończenie tej historii. Żeby to zrobić… By Jove!
Muszę pójść z wami.

– Chyba żartujesz – parsknąłem. –
Nie wiesz, o czym mówisz.

– Wiem. To moja własna fantazja.

– Już nie.

* * *

W drodze powrotnej horror vacui był jeszcze
gorszy. Bo spieszyłem się. Zdarza się, że podczas
takich podróży pośpiech okazuje się zgubny. Mała
pomyłka w obliczeniach i nagle trafia się do Florencji w
roku 1348, w czas epidemii Czarnej Śmierci. Albo do Paryża,
w noc z dwudziestego trzeciego na dwudziesty czwarty sierpnia 1572.

Ale miałem szczęście. Trafiłem tam, gdzie należało.

* * *

Kapelusznik nie mylił się ani nie przesadzał,
zwąc całą tę paskudną bandę efekciarzami.
Oni wszystko robili z efektem i dla efektu. Zawsze. Tym razem też
tak było.

Usytuowany pomiędzy akacjami trawnik nieudolnie udawał
pole do krokieta, dla efektu ustawiono nawet na nim półokrągłe
bramki, w krokietowym żargonie zwane arches. Les Coeurs
– w liczbie około dziesięciu – trzymali w rękach
rekwizyty: młotki, czyli mallets, a po murawie walało
się coś, co miało imitować piłki, ale wyglądało
zupełnie jak zwinięte w kłębek jeże. Rej zaś
wśród szajki wiodła oczywiście płomiennowłosa
Mab, ustrojona w karminowe atłasy i krzykliwą biżuterię.
Podniesionym głosem i władczymi gestami wskazywała Les
Coeurs miejsca, które winni zająć. Jedną rękę
trzymała przy tym na ramieniu Alicji Liddell. Dziewczynka przyglądała
się królowej i przygotowaniom z żywym zainteresowaniem
i płonącymi policzkami. W oczywisty sposób nie pojmowała,
że szykuje się nie zabawa, lecz sadystyczna i efekciarska
egzekucja.

Moje niespodziewane pojawienie się wywołało – jak
zwykle – lekkie poruszenie i szumek wśród Les Coeurs,
które Mab szybko jednak opanowała.

– Żałuję, Chester – powiedziała zimno, mnąc
falbanki na ramieniu Alicji uzbrojonymi w pierścienie palcami.
– Bardzo żałuję, ale mamy już komplet graczy.
Między innymi z tego powodu nie wysłano ci zaproszenia.

– Nie szkodzi – ziewnąłem, demonstrując siekacze,
kły, łamacze, przedtrzonowce i trzonowce, łącznie
całą kupę zębiny i szkliwa. – Nie szkodzi, Wasza
Wysokość, i tak zmuszony byłbym odmówić. Nie przepadam
za krokietem, wolę inne gry i zabawy. Co zaś tyczy kompletu
graczy, to tuszę, że macie i rezerwowych?

– A co ciebie – Mab zmrużyła oczy – może
obchodzić, co mamy, a czego nie?

– Zmuszony jestem zabrać stąd pannę Liddell. Licząc,
że nie zepsuję wam tym zabawy.

– Aha – Mab odwzajemniła mi się demonstracją
uzębienia, słabo imitującą uśmiech. – Aha.
Rozumiem. Wytłumacz mi jednak, dlaczego nasze odwieczne spory
o hegemonię mają polegać na wzajemnym wyrywaniu sobie
zabawek? Czy musimy zachowywać się jak dzieci? Czy nie możemy,
ustaliwszy czas i miejsce, załatwić tego, co jest do załatwienia?
Czy mógłbyś mi to wyjaśnić, Chester?

– Mab – odrzekłem. – Jeśli chcesz dyskutować,
to ustal czas i miejsce. Ze stosownym wyprzedzeniem. Dziś nie
jestem w nastroju do dysputy. Poza tym gracze czekają. Zabieram
więc Miss Liddell i znikam, przestaję się narzucać.

– Po kiego grzyba – Mab, gdy się denerwowała, zawsze
wpadała w jakieś okropne argot – i po kiego wała
ci ten dzieciak, cholerny kocie? Dlaczego ci tak na nim zależy?
A może to wcale nie chodzi o tego dzieciaka? Co? Odpowiedz mi!

– Powiedziałem, nie mam ochoty na dyskusje. Obejmuje to również
odpowiedzi na pytania. Chodź tu, Alicjo.

– Ani mi się waż ruszyć, smarkulo –
Mab zacisnęła palce na ramieniu Alicji, a twarz dziewczynki
skurczyła się i pobladła z bólu. Z wyrazu jej ciemnych
oczu wnosiłem, że chyba zaczynała rozumieć, w jaką
grę tu się gra.

– Wasza Wysokość – rozejrzałem się
i stwierdziłem, że Les Coeurs powoli mnie okrążają
– raczy łaskawie zdjąć śliczną rączkę
z ramienia tego dziecka. Bezzwłocznie. Wasza Wysokość
raczy również łaskawie poinstruować swych sługusów,
by wycofali się na przewidzianą protokołem odległość.

– Doprawdy? – Mab zademonstrowała dalsze zęby. –
A jeśli nie raczę, to co, jeśli można wiedzieć?

– Można wiedzieć. Wtedy, ryża szelmo,
ja też zachowam się nieprotokolarnie. Powypuszczam wątpia
z całej waszej zasranej bandy.

I na tym zakończyło się gadanie. Les Coeurs
zwyczajnie rzucili się na mnie, nie czekając, aż przebrzmi
okrzyk Mab, a jej upierścieniona dłoń zakończy władczy
gest. Rzucili się na mnie wszyscy, ilu ich było. Kupą.

Ale ja byłem na to przygotowany. Poleciały kłaki
z ich ozdobionych karcianymi symbolami kubraków. Poleciały
kłaki z nich. I ze mnie też, ale znacznie mniej. Przewaliłem
się na grzbiet. Trochę to zmniejszyło moją ruchliwość,
ale mogłem robić z nich sieczkę również za pomocą
tylnych łap. Wysiłek pomału zaczął się opłacać
– kilku Les Coeurs, zdrowo poznaczonych moimi pazurami i kłami,
rzuciło się do sromotnej rejterady, lekceważąc wrzaski
Mab, która w niewyszukanych słowach rozkazywała im, co
i z czego mają mi wyrwać.

– A kto się w ogóle z wami liczy? – rozdarła
się nagle Alicja, wnosząc do rejwachu zupełnie nowe nuty.
– Jesteście talią kart! Tylko talią kart!

– Tak? – zawyła Mab, tarmosząc nią gwałtownie.
– Co ty nie powiesz?

Jeden z Les Coeurs, kędzierzawy młodzian ze znakiem trefl
na piersi, chwycił mnie oburącz za ogon. Nie znoszę takich
poufałości, więc urwałem mu głowę. Ale inni
siedzieli już na mnie i robili użytek z pięści, obcasów
i krokietowych młotków, dysząc przy tym mocno. Zawzięci
byli jak cholera. Ale ja też byłem zawzięty. Po chwili
trochę się dokoła przeluźniło. Mogłem przejść
od wojny pozycyjnej do manewrowej. Murawa była już diablo
czerwona i diablo śliska.

Alicja z całej siły kopnęła Mab w goleń. Jej królewska
wysokość zaklęła plugawie i strzeliła ją z
rozmachem w twarz. Dziewczynka upadła, lądując na jednym
z Les Coeurs, który właśnie usiłował wstać.
Nim zrzucił z siebie Alicję, wydrapałem mu jedno oko.
Temu, który starał się przeszkadzać, wydrapałem
oba. Dwaj pozostali dali nogę, a ja mogłem wstać.

– No, kochana Queen of Hearts? Może wystarczy na dziś?
– wydyszałem, oblizując krew z nosa i wąsów. –
Może dokończymy innym razem, ustaliwszy wprzód czas i miejsce?

Mab poczęstowała mnie wiązanką, w której określenie:
„pręgowany skurwysyn” było najłagodniejszym,
choć i najczęściej się powtarzającym.
Najwyraźniej nie miała zamiaru odkładać konfliktu
do innego razu. Kilku Les Coeurs ochłonęło już z pierwszego
szoku i szykowało się do ponownego ataku. A ja byłem nieco
zmęczony i ponad wszelką wątpliwość miałem
złamane żebro. Zasłoniłem sobą Alicję.

Mab wrzasnęła triumfalnie. Krzaki akacji rozstąpiły
się nagle niczym Morze Czerwone. A stamtąd, zagrzewany do
boju hałłakowaniem Les Coeurs, wybiegł truchtem Banderzwierz.
Dokładniej, ładnie wyrośnięty egzemplarz Banderzwierza.
Zgroźliwego Banderzwierza.

– Czapkę sobie z ciebie każę uszyć, Chester!
– wrzasnęła Mab, wskazując Banderzwierzowi, na kogo
ma się rzucić. – Jeśli zostanie z ciebie dość
futra na czapkę!

Jestem kotem. Mam dziewięć żywotów. Nie wiem jednak,
czy mówiłem wam, że osiem już wykorzystałem.

– Uciekaj, Alicjo! – syknąłem. – Uciekaj!

Ale Alicja Liddell nie poruszyła się, sparaliżowana strachem.
Niezbyt się jej dziwiłem.

Banderzwierz drapnął szponami murawę, jakby zamierzał
wykopać stację metra albo tunel pod Mont Blanc. Zjeżył
czarno-rudą sierść, przez co zrobił się blisko
dwukrotnie większy, choć i tak był dostatecznie duży.
Mięśnie pod jego skórą zagrały Dziewiątą
Symfonię, ślepia zapłonęły piekielnym ogniem.
Rozwarł paszczę w sposób, który mi bardzo pochlebiał.
I rzucił się na mnie.

Broniłem się zawzięcie. Dałem z siebie wszystko. Ale
on był większy i sakramencko silny. Nim zdołałem wreszcie
strącić go z siebie i odpędzić, dał mi solidny
wycisk.

Ledwo trzymałem się na nogach. Krew zalewała mi oczy i
stygła na bokach, a ostry koniec jednego ze złamanych żeber
usilnie próbował szukać czegoś w moim prawym płucu.
Alicja darła się tak, że w uszach świdrowało.
A Banderzwierz zamaszyście wytarł jaja o trawę, poruszył
resztkami uszu, spojrzał na mnie spod poharatanych powiek i sponad
broczącego nosa. Znowu rozwarł paszczękę. I zupełnie
niespodziewanie ją zamknął. Zamiast znowu skoczyć
i dobić mnie, stał w czarsmutleniu cichym. Jak dupa wołowa.

Obejrzałem się odruchowo i powiadam wam, ostatni raz widziałem
coś podobnego w Narodzinach narodu Griffitha. Bo oto spomiędzy
drzew szarżowała odsiecz. Ale nie była to US Cavalry ani
Ku-Klux-Klan. Był to mój znajomy, niejaki Charles Lutwidge
Dodgson. Wyglądał, powiadam wam, niczym święty Jerzy
na obrazie Carpaccia, a uzbrojony był w miecz worpalny, ślący
oślepiające migbłystalne refleksy.

Nie uwierzycie, ale Banderzwierz uciekł pierwszy. Śladem
jego podkulonego ogona salwowali się ucieczką ci z Les Coeurs,
którzy jeszcze władali nogami. A ostatnia zeszła z placu
boju królowa Mab, plącząc się w atłasową suknię.
Ja zaś widziałem to już jak przez napełnione buraczanym
barszczem akwarium. A w chwilę później…

Przyrzeknijcie, że nie będziecie się śmiać.

W chwilę później zobaczyłem królika o różowych
oczach, patrzącego na cyferblat zegarka, wyciągniętego
z kieszeni kamizelki. A potem wpadłem do czarnej, bezdennej nory.

Spadanie trwało długo.

Jestem kotem. Spadam zawsze na cztery łapy. Nawet jeśli tego
nie pamiętam.

* * *

– Ach – powiedział nagle Charles Lutwidge
Dodgson, opierając się łokciem o wiklinowy koszyk z kanapkami.
– Czy znasz, Kocie z Cheshire, to rozkoszne uczucie senności,
towarzyszące przebudzeniu o letnim poranku, gdy powietrze dzwoni
ćwierkotaniem ptasząt, ożywczy wiaterek wieje przez otwarte
okno, a ty, leżąc leniwie z półprzymkniętymi oczyma,
widzisz, jakby wciąż śniąc, kołyszące się
leniwie zielone gałązki, powierzchnię wody marszczoną
złotymi falkami? Ach, wierzaj mi, Kocie, to rozkosz granicząca
z głębokim smutkiem, rozkosz, która napełnia oczy
łzami niby piękny obraz lub wiersz…

Nie uwierzycie. Nie zająknął się ani razu.

Piknik trwał w najlepsze. Alicja Liddell i jej siostry
bawiły się hałaśliwie na brzegu Tamizy, po kolei wchodząc
na przycumowaną łódkę i po kolei zeskakując z
niej. Jeśli którejś zdarzyło się plusnąć
przy tym w płyciutką wodę przy brzegu, piszczała przeraźliwie
i wysoko unosiła sukieneczkę. Wówczas siedzący obok
mnie Charles Lutwidge Dodgson ożywiał się lekko i lekko
rumienił.

– And I have loved you oh so long… – zanuciłem
pod wąsem, dochodząc do wniosku, że Marcowy Zając
miał sporo racji w tym, co mówił.

– Słucham?

– „Greensleeves”. Mniejsza z tym. Wiesz co,
drogi Charlesie? Opisz to wszystko. Bajka, jak widać na załączonej
ilustracji, z wolna jak gmach urosła i pełna jest postaci
osobliwych. Czas, by to opisać. Tym bardziej, że początek
już został zrobiony.

Milczał. I nie odrywał wzroku od piszczącej
radośnie Alicji Liddell, unoszącej sukieneczkę tak, by
dokładnie widać było majtki.

– Pół życia nas rozdziela – powiedział
nagle cicho. – I czas, okrutnie szybko mknący. Nigdy już
o mnie nie pomyśli w latach młodości nadchodzącej…

– Sugerowałbym raczej prozę – nie wytrzymałem.
– Poezja się nie sprzeda.

Spojrzał na mnie i skrzywił się lekko.

– Czy mógłbyś się… hmmm… bardziej
umaterialnić? – spytał. – To denerwujące, patrzeć
na twój uśmiech zawieszony w nicości.

– Dzisiaj, drogi Charlesie, nie potrafię niczego ci odmówić. Zbyt
wielki mam dług u ciebie.

– Nie mówmy o tym – powiedział z zakłopotaniem,
odwracając wzrok. – Każdy na moim miejscu… Nie mogłem
przecież pozwolić, by ją… i ciebie… zabiła moja
własna fantazja.

– Dziękuję, że nie pozwoliłeś.
A tak między nami: skąd, chlubo jazd i piechot, miałeś
miecz worpalny migbłystalny?

– Skąd miałem co?

– Forget it. Charlesie, odbiegamy od tematu.

– Książka opisująca to wszystko? –
zamyślił się znowu. – Czy ja wiem? Doprawdy,
nie wiem, czy potrafiłbym…

– Potrafiłbyś. Twoja fantazja ma siłę,
zdolną łamać żebra.

– Hmmm – zrobił ruch, jakby chciał mnie
pogłaskać, ale rozmyślił się w porę. –
Hmm, kto wie? Może jej… spodobałaby się taka książka?
Poza tym, uczelnia płaci marnie, zdałoby się parę
funtów na boku… Oczywiście, musiałbym wydawać pod
pseudonimem. Moja posada wykładowcy…

– Niezbędne jest ci porządne nom de plume,
Charlesie – ziewnąłem. – Nie tylko ze względu
na władze uczelni. Twoje rodowe nazwisko nie nadaje się na
okładkę. Brzmi tak, jakby ktoś umierający na odmę
płuc dyktował testament.

– Niesłychane – udał oburzenie. –
Masz może jakąś propozycję? Coś, co brzmi lepiej?

– Mam. William Blake.

– Szydzisz.

– Emily Brontë.

Tym razem zamilkł i długo się nie odzywał.
Panny Liddell znalazły na brzegu skorupkę szczeżui. Radosnym
okrzykom nie było końca.

– Śpisz, Kocie z Cheshire?

– Staram się.

– No, to śpij, tygrysie gorejący w gęstwie nocy.
Nie będę ci przeszkadzał.

– Leżę na rękawie twojego surduta. Co będzie,
gdy zechcesz wstać?

Uśmiechnął się.

– Odetnę rękaw.

Milczeliśmy długo, patrząc na Tamizę, po której
pływały sobie kaczki i perkozy.

– Pisarstwo… – powiedział nagle Charles Lutwidge, sprawiając
wrażenie raptownie przebudzonego o letnim poranku. – Pisarstwo
jest sztuką martwą. Nadchodzi wiek dwudziesty, a ten będzie
wiekiem obrazu.

– Masz na myśli zabawę, wymyśloną przez Luisa
Jacquesa Monde Daguerre’a?

– Tak – potwierdził. – Właśnie fotografikę
mam na myśli. Literatura jest fantazją, a więc kłamstwem.
Pisarz okłamuje czytelnika, wiodąc go na manowce własnej
imaginacji. Zwodzi go dwuznacznością lub wieloznacznością.
Fotografia nie kłamie nigdy…

– Doprawdy? – poruszyłem końcem ogona, co u nas,
kotów, niekiedy oznacza szyderstwo. – Fotografia nie jest
dwuznaczna? Nawet taka, która przedstawia dziewczynkę w wieku
lat dwunastu, w dość dwuznacznym, daleko posuniętym dezabilu?
Leżącą na szezlongu w dość dwuznacznej pozie?

Zaczerwienił się.

– Nie ma się czego wstydzić – poruszyłem znowu
ogonem. – Wszyscy kochamy piękno. Mnie też, drogi Charlesie
Lutwidge, fascynują młodziutkie kotki. Gdybym parał się
fotografiką, jak ty, też nie szukałbym innych modelek.
A na konwenanse pluń.

– Nigdy nikomu nie ppp… pokazywałem tych fotografii –
niespodziewanie znowu zaczął się jąkać. –
I nigdy nie ppp… pokażę. Choć trzeba ci wiedzieć,
że był taki mmm… moment, gdy wiązałem z fotografiką
pewne nadzieje… Natury finansowej.

Uśmiechnąłem się. Założę się,
że nie zrozumiał tego uśmiechu. Nie wiedział, o czym
myślałem. Nie wiedział, co widziałem, lecąc w
dół czarną sztolnią króliczej nory. A widziałem
i wiedziałem między innymi to, że za sto trzydzieści
cztery lata, w lipcu 1996, cztery jego fotografie, przedstawiające
dziewczynki w wieku od jedenastu do trzynastu lat, wszystkie w romantycznej
i podniecającej wiktoriańskiej bieliźnie, wszystkie w
dwuznacznych, lecz erotycznie sugestywnych pozach, pójdą pod
młotek w Sotheby’s i zostaną sprzedane za sumkę czterdziestu
ośmiu tysięcy pięciuset funtów szterlingów. Ładną,
jak na cztery kawałki obrobionego techniką kolotypową
papieru.

Ale nie było sensu mu o tym mówić.

Usłyszałem szum skrzydeł. Na pobliskiej
wierzbie usiadł Edgar. I zakrakał przyzywająco. Niepotrzebnie.
Sam wiedziałem, że już czas.

– Pora kończyć piknik – wstałem. – Żegnaj,
Charlesie.

Nie okazał zdziwienia.

– Jesteś w stanie iść? Twoje rany…

– Jestem kotem.

– Byłbym zapomniał. Jesteś Kotem z Cheshire.
Spotkamy się jeszcze kiedyś? Jak sądzisz?

Nie odpowiedziałem.

– Spotkamy się jeszcze kiedyś? – powtórzył.

– Nevermore – powiedział Edgar.

* * *

I to byłby, moi drodzy, w zasadzie koniec. Będę się
więc streszczał.

Gdy wróciłem do Krainy, popołudnie trwało
w najlepsze, bo czas płynie u nas nieco inaczej niż u was.
Nie poszedłem jednak do Zająca i Kapelusznika, by wspólnie
wypić wygraną w zakładzie flaszkę i pochwalić
się kolejnym – po upartym Szekspirze – sukcesem w naprawianiu
losów światowej literatury. Nie poszedłem do Mab, by spróbować
załagodzić konflikt za pomocą banalnej, acz nadzianej
komplementami konwersacji. Poszedłem do lasu, by poleżeć
na konarze, wylizać rany i wygrzać futro na słońcu.

Tabliczkę z napisem: BEWARE THE JABBERWOCK ktoś
złamał i wyrzucił w krzaki. Prawdopodobnie zrobił
to sam Jabberwock, osobiście, bo zwykł był często
to robić. Lubi zaskakiwać, a ostrzegawcza tabliczka psuje
mu cały efekt zaskoczenia.

Mój konar był tam, gdzie go zostawiłem. Wlazłem na
niego. Spuściłem malowniczo ogon. Położyłem się,
sprawdziwszy, czy gdzieś w okolicy nie kręci się Radetzky.

Słoneczko przygrzewało. W gąszczu tumtumów i tulżyc
wesoło kląskały peliczaple. Zbłąkinie rykoświstąkały.
Jaszmije smukwijne robiły coś na pobliskim gargazonie, ale
nie widziałem, co. Odległość była zbyt duża.

Było złote popołudnie.

Było smaszno. I smutcholijnie. Jak to u nas.

Zresztą, przeczytajcie sobie o tym sami. W oryginale. Albo w którymkolwiek
z przekładów.

Tyle ich przecież jest.