Wstęp

„Zdarzenie w Mischief Creek”, opowiadanie, z pomysłem na które nosiłem się lat bez mała sześć, powstało niemalże na przełomie stuleci – zaczęte
zimą 1999, gotowe było krótko po Sylwestrze, w Nowym Roku Y2K, czyli
2000.

Tytuł jest hołdem złożonym Bretowi Harte’owi, który w podobnym
stylu tytułował swe opowiadania.

Napisałem „Zdarzenie…” po bardzo długiej przerwie
w uprawianiu krótkiej formy – dla przypomnienia: poprzednie opowiadanie,
„Złote popołudnie”, skończyłem pisać w roku 1997. Pięcioksiąg
wiedźmiński, co tu dużo gadać, zaabsorbował mnie krzynę. Zwłaszcza
na ostatnich okrążeniach, przy dwu ostatnich tomach.

Inspiracji opowiadanie miało bez liku – Janet Cave i Margery
A. du Mond, Witches and Witchcraft, Phillip W. Sargeant, Witches
& Warlocks, Brian P. Levack, Polowanie
na czarownice w Europie wczesnonowożytnej, a i o Czarownicy
Julesa Micheleta zapominać nie należy. Mało zaś które opracowanie
o czarach i czarownicach pomijało słynną aferę z Salem.

Sprawa Salem, której w noweli przebieg i szczegóły,
w tym i nazwiska zaangażowanych, podaję z wielką a właściwą
sobie dbałością o prawdę historyczną, była bardzo nietypowa.
Miała miejsce w lutym roku 1692, a więc bardzo późno. Zbrodnicze
szaleństwo przepłynęło Atlantyk długo po tym, gdy przestało szaleć
i niemal zanikło w Europie. Szczytowy okres europejskich polowań na
czarownice to bowiem lata 1600-1620. W Salem zamordowano nadto
jedynie dwadzieścia dwie osoby. Może to i niemało jak na takie
Salem, ale kudy śledczym i sędziom z Salem do takiego Filipa Adolfa
von Ehrenberga, biskupa Würzburga, który w jednym tylko roku spalił
dziewięćset „czarownic”. Jego koleżka, biskup Fuchs
von Dornheim z Bambergu, spalił sześćset. We Frankonii, w Fuldzie,
spalono trzysta kobiet w ciągu trzech lat. Rekord padł jednak w saksońskim
Kwedlinburgu – sto trzydzieści trzy kobiety spalono tam…
jednego dnia. A w śląskim mieście Nysa – iście renesansowo,
zgodnie z duchem epoki, z duchem postępu, jak przystało na wiek
wykluwającej się rewolucji przemysłowej – cech zdunów skonstruował
na zamówienie braci dominikanów specjalny piec do palenia czarownic.
Postęp! W niepamięć odchodzą socha, kołowrotek, żarna i byle jak
usypany pośrodku rynku stos chrustu – teraz mamy już pług,
krosno, młyn wodny i piec na czarownice. W nyskim prototypie spalono
co prawda zaledwie coś około setki kobiet, ale dano prawdziwie
prekursorski przykład, który nie poszedł w las, lecz rozkwitł w miliony
zaledwie trzy stulecia później. W tym samym regionie.
W Auschwitz-Birkenau.

Wracajmy jednak do Salem. Badając aferę, odnosiłem nieodparte
wrażenie, że u podstaw nie legły tam, jak w większości
przypadków europejskich, bynajmniej psychoza, fanatyzm i wściekła
mizoginia kleru, przy czym, trzeba to powiedzieć dobitnie, klerowi
katolickiemu i oskarżanej o co tylko się da Inkwizycji dzielnie
dotrzymywały kroku kościoły zreformowane; luteranie i anglikanie
z równym ferworem posyłali kobiety na tortury i stosy. W Salem,
odnosiłem wrażenie, tak naprawdę nikt z denuncjatorów
i sędziów nie wierzył wówczas w czary, a szło
w istocie o pieniądze lub o prywatne porachunki, co zresztą sugeruje
Arthur Miller w swej słynnej sztuce. Stąd zamysł i leitmotiv
opowiadania, bliski zresztą „Muzykantom” – katujemy zwierzęta,
bo są wobec nas bezsilne, katujemy „czarownice”, bo co mogą
nam zrobić bezsilne kobiety? A tu naraz – siurpryza…

Opowiadanie ukazało się w roku 2000 w sierpniowym numerze
„Nowej Fantastyki”.

Zdarzenie w Mischief Creek

Na trupa natknęli się znienacka, niespodzianie, nagle
spojrzał na nich czarnymi oczodołami znad krzaków jałowca. Z uschłego
drzewa, z którym, zdawało się, tworzy jedną całość. Na pierwszy
rzut oka tak to właśnie wyglądało – jak gdyby człowiek i drzewo
umarli razem. Jednocześnie. Jak gdyby zrośli się w chwili
śmierci. Jason Rivet wzdrygnął się mocno.

Oczywista, poprawił się w myślach, nie mogło to być
prawdą, to wspólne umieranie. Drzewo było białe, niemal zupełnie pozbawione
gałęzi, pokraczne, strupieszałe, okaleczone, rozdarte wielką rozpękliną
– było jasne, że umarło już bardzo, bardzo dawno temu.
Człowiek, którego resztki do drzewa przybito, z pewnością umarł
później. Też dawno, ale później.

– Niech to czart… – zaczął Adam Stoughton,
ale umilkł. Wuj William splunął, przechyliwszy się na kulbace. Wielebny
Maddox nie poruszył się ani nie odezwał.

Abiram Thorpe zsiadł z konia, zbliżył się ostrożnie,
rozgarniając jałowce lufą muszkietu. Podszedł, stanął obok Izmaela
Sassamona. Spytał o coś, Indianin odpowiedział, krótko i gardłowo.

Czaszka trupa, oddzielona od reszty szkieletu, nadziana była na sęk
na wysokości dobrych sześciu stóp nad ziemią. Pod czaszką,
jakąś stopę niżej, przybito klatkę piersiową, nadpróchniałe
drewniane kliny sterczały między obrośniętymi mchem żebrami.
Jedna ręka, upiornie rozczapierzona, wisiała u obojczyka. Druga –
wraz z miednicą, femurami, goleniami i całą masą drobniejszych
kosteczek – spoczywała, tworząc kopczyk, u podnóża uschłego
drzewa.

– Czerwone Skóry – powiedział z przekonaniem konstabl Henry
Corwin. – To robota dzikich.

– Izmael mówi, że nie – zaprzeczył Abiram Thorpe. –
Prawda, Izmaelu?

– Nie Mohawk – przemówił gardłowo Indianin. – Nie Seneka.
Nie Mahikan. Nie Lenni Lenape.

– On sam to Czerwona Skóra – parsknął konstabl – to i
tak gada. Chrześcijanin nie potraktowałby zwłok takim sposobem.
A nie dałbym głowy, czy tego nieszczęśnika nie przybijano do pnia
żywcem. Jak myślicie, panie Thorpe? Wy przecie czytacie ślady
nie gorzej od dzikusa, wybaczcie porównanie…

– Jakie tam ślady – burknął myśliwiec. – Toż
to staroć. Musi tu być od lat…

– Czasu Wojny Króla Filipa – odezwał się Adam Stoughton
– nie brakowało po lasach truposzów, żadna była dziwność
potknąć się w krzakach o szkielet. Myślisz, Abiramie, że ten
też może tu wisieć od siedemdziesiątego piątego?

– Może. Zdaje mi się…

– Trzeba pochować te szczątki – przerwał wielebny Maddox,
w oczywisty sposób nieciekawy tego, co się zdaje traperowi. –
Nuże, panowie, z koni.

– Nie szkoda to czasu? – skrzywił się wuj William. –
To przecie jeno parę gnatów, pewnikiem dzikiego zamordowanego przez
innych dzikich. Niech tam…

– Jesteśmy chrześcijanami – przerwał John Maddox
głosem dla siebie zwykłym, to jest chrapliwym, nieprzyjemnym i nie
tolerującym sprzeciwu. Chudy, w wysokim kapeluszu, owinięty w opończę,
pastor wyglądał jak wielki czarny ptak. Wielka czarna wrona, pomyślał
po raz nie wiedzieć który Jason Rivet, wychudła czarna wrona siedząca
na siwku.

Wielebny odwrócił się w siodle i przewiercił chłopca wzrokiem, zupełnie
jak gdyby zdołał odczytać jego myśli.

– Weź konie, chłopcze. Sprowadź je nad strumień i napój.
Żywo! Ruszajże się! Z koni, panowie. Sprawimy zmarłemu
pochówek.

– Nie namęczymy się – mruknął cieśla Stoughton. –
Dużo tego nie ma. Wystarczy aby obcasem ziemię rozgrzebać…

Henry Corwin odrzekł coś gniewnie. Jason Rivet nie dosłyszał,
sprowadzał konie w kotlinkę.

Strumień pachniał chłodem, szałwią i zbutwiałą korą. Woda była brązowa
od torfu, a w głębszych miejscach, na zakolach, gdzie nurt wypłukał
jamy, zdawała się czarna w cieniu schylonych nad kotlinką drzew. Nad
samą wodą rosły buki, splatające w górze konary na kształt dachu.
Pod bukami, za zbitym gąszczem tarniny, usadziły się sasafrasy, modrzewie
i choiny.

Na zakręcie, na głębinie pod wymytym brzegiem spławił się pstrąg,
z pluskiem godnym bobra. Jason Rivet wzdrygnął się, konie uniosły
łby.

– Jeśli konie się napoiły – dobiegł z góry ostry głos
wielebnego Maddoxa – to przyprowadź je tu, chłopcze. Żywo!
Ruszaj się!

Niechże on przestanie mną komenderować, pomyślał Jason. Niechże
on przestanie traktować mnie jak służącego, jak Negra, niech przestanie
wydawać mi polecenia, w dodatku takim głosem, jak gdyby od razu
karcił za opieszałe i niewłaściwe tych poleceń wykonanie. Mam
tego dość. Mam też dość tego, że wuj William na to
pozwala, że przygląda się obojętnie albo wręcz udaje, że nie
widzi i nie słyszy. Nie było by tak, gdyby ojciec żył. Ojciec
nie pozwoliłby na to, nie pozwoliłby na coś podobnego nawet samemu
wielebnemu Johnowi Maddoxowi.

Mam tego dość, powtórzył w myślach Jason Rivet, zbierając
w dłonie wodze wszystkich sześciu koni. Poszły posłusznie, ślizgając
się, tupiąc i dzwoniąc podkowami na kamieniach, siwy wałach wielebnego,
kasztan cieśli Stoughtona, gniada klacz pana Abirama Thorpe’a,
jabłkowita kobyłka konstabla Corwina, hreczkowaty ogier wuja, jego
własny bułanek.

– Nuże, chłopcze – ponaglił pastor. – Nie mitręż!

Mam go dość, pomyślał Jason. Mam dość jego i całej tej
wyprawy.

Na szczęście, jak mi się zdaje, nie jestem jedynym, który ma dość.

– Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – powiedział ponuro Adam
Stoughton. – Jesteśmy więcej niż sześćdziesiąt mil
od domu. Obrok dla koni się kończy, a dostać go nie będzie gdzie,
bo jeśli i są tu w lasach jakieś sadyby czy farmy, to z pewnością
nędzne i biedne, nie dostaniemy tam niczego. Do czarta, panowie, jak
długo wy zamierzacie ciągnąć to przedsięwzięcie? Do zimy? Dokąd zamierzacie
dojść, do rzeki Connecticut? Do Appalachów? Abiramie Thorpe, do
czarta, odezwijże się, powtórz, coś mi niedawno rzekł. Ktoś
to, do czarta, musi wreszcie powiedzieć!

Wsparty na muszkiecie Abiram Thorpe przestąpił z nogi
na nogę, mnąc w ręku ozdobioną szopim ogonem czapkę. Nie było tajemnicą,
że nie lubił gadać. Pytany, odpowiadał krótko, burkliwie i nie
zawsze. Nie pytany odzywał się wielce rzadko.

– Widzi mi się – burknął wreszcie myśliwiec,
kaszlnąwszy w pięść – że trza wracać. Odeszliśmy ciut
daleko.

– Ciut daleko! – parsknął Adam Stoughton. –
Dobre sobie! Jesteśmy więcej jak sześćdziesiąt mil na zachód
od Watertown! Uszliśmy dalej bez mała niźli kapitan Elizur
Holyoke w tysiąc sześćset trzydziestym trzecim!

– Obaj panowie – wielebny Maddox utkwił w cieśli
i myśliwcu swe przenikliwe oczy, błyszczące niczym czarne jeziora
między rondem kapelusza a przybrudzoną nieco bielą wykładanego kołnierza.
– Obaj panowie na ochotnika zgłosili się do pościgu, nikt
panów nie przymuszał. Dziwią tedy pana słowa, panie Stoughton, i pana
nieoczekiwane zniechęcenie. Zdaje się zapominać pan o celu, który
nam przyświeca. Prawo i sprawiedliwość…

– Prawo! – przerwał, parskając, cieśla
Stoughton. W całej kompanii, Jason Rivet stwierdził to już
dawno, był jedynym, który bez żenady zwykł był przerywać wielebnemu.
– Prawem koni nie nakarmimy, do czarta!

– Strzeż się – warknął Henry Corwin. –
Strzeż się wzywać czarta, Adamie Stoughton. Bo gotów zjawić się
na wezwanie.

Cieśla rozejrzał się płochliwie, spojrzał na kupkę
świeżej ziemi, kryjącej zdjętego z drzewa kościotrupa.
Ale zaraz dumnie podniósł głowę.

– Względem waszej sprawiedliwości – podjął, patrząc na
pastora – to pewnym i was upewniam, że owej zadość się
wnet stanie nawet i bez nas. Koń dziewczyny padł tuż za Penacook,
zajeździła go, widzieliście przecie padlinę. A że dziewka
okulawiona jest, idąc pieszo przez to pustkowie, nie ma żadnych
szans. Sprawiedliwość wymierzy jej chłód i głód, za kata posłuży
niedźwiedź, wilk lub czerwonoskóry. Tyle z niej zostanie,
co z tego tu. Parę kosteczek białych, do goła ogryzionych. Możemy
tedy wracać do domu i z czystym sumieniem rzec całemu hrabstwu…

– Nie! – wpadł mu w słowo konstabl Corwin, od razu i dobitnie.
– Nie zawrócę wcześniej, aż ją pochwycę. Albo zobaczę
jej trupa. Zresztą wątpię, żeby dane nam było to drugie. Nie zapominajcie,
z kim mamy sprawę. Gdyby to była zwyczajna dziewucha, już byśmy
ją mieli. Ale ona zwykłą nie jest. Za nic takiej jak ona głód albo
dziki zwierz. Za nic takiej trud, bo siła w niej diabelska! Zapomnieliście,
do czego zdolny był George Burroughs, ten z Salem? Choć postury
był nikczemnej, w rękach rozpostartych dzierżył ciężki muszkiet
i baryłkę melasy i mógł tak dzierżyć przez bite trzy pacierze,
albowiem…

– Co to do rzeczy ma? – przerwał mu ostro cieśla.
– Hę?

– A to – parsknął Henry Corwin – że w przeciwieństwie
do niektórych jam nie tchórzem podszyty. Ja na widok byle umarlaka
dud w miech nie chowam i nie skamlę, że chcę do domu.

– Sameś przed chwilką czarta się strachał, Corwin.

– Ja nie boję się niczego!

– Ani ja!

– Pokój, panowie – zażegnał sprzeczkę chrapliwy głos
Johna Maddoxa. – Zgoda między wami. A bać Boga się jeno trzeba.
Rozumiem, konstablu Corwin, że jesteście za kontynuowaniem
pościgu?

– Jestem, jako żywo. Chcę dziewkę widzieć na stryczku, nie
myślę zdawać kary na wilki czy Czerwone Skóry. A jam nie cieśla,
kościotrupów nie boję się.

– Panie Hopwood?

Wuj William językiem przesunął prymkę tytoniu pod drugi policzek,
strzyknął na paprocie brunatną śliną. Milczał chwil kilka. Ale
Jason Rivet nie miał wątpliwości, co odpowie. I nie pomylił się.

– Mnie tam zajedno. Co każecie, wielebny. Każecie
iść dalej, pójdę. Każecie wracać, też dobrze. Ja tam tak,
jak i wy.

– A ja – pastor przewiercił cieślę wzrokiem
– jestem za tym, by kontynuować pościg. Tak bowiem każe
prawo i tak każe Pismo. I tego by wystarczyło nawet wówczas, gdybym
był w mniejszości. Ale to wy jesteście w mniejszości,
panie Stoughton.

– Ciekawie liczycie, wielebny. I trochę wcześnie,
widzi mi się.

– Liczę akuratnie – odrzekł zimno pastor. –
Panowie Corwin i Hopwood podzielają moje zdanie. Są więc trzy głosy
przeciw dwom i na tym koniec głosowania. Bo nie będziemy przecie pytać
o zdanie wyrostka. Ani tym bardziej Indianina. Idziemy tedy dalej
śladem.

– Nie ma śladów – powiedział swym gardłowym
głosem Izmael Sassamon, jak duch wyłaniając się z gąszczu.

– Jak to, nie ma? – zmarszczył się Abiram Thorpe.
– A gdzie się niby podziały? Dobrześ patrzył, Izmaelu?

– Nie ma śladów.

– Nie ma śladów – powtórzył po długiej chwili
ciszy Adam Stoughton. – Za czym mamy tedy iść? Dokąd każecie,
wielebny? Konstablu? A ty, Izmaelu? Twego indiańskiego zdania nie
słuchają tu i nie liczą się z nim. Ale ja, do czarta, akurat chętnie
bym je poznał.

Indianin patrzył na niego, a jego twarz była jak oblicze
wyrzezanej z drewna kukły.

– Którędy – powtórzył cieśla, nie próbując
maskować drwiny – przykażesz iść?

– Tam, gdzie siekiery – twarz Izmaela Sassamona
nadal niczego nie wyrażała. – Słychać siekiery. Tu niedaleko
wyrąb.

Oddział znalazł się w siodłach bez komentarzy, nawet bez
komend. Izmael pobiegł przodem, pozostali podążyli za nim tak
szybko, jak pozwalał las. Prowadzili Abiram Thorpe, rychtujący już
muszkiet, i konstabl Corwin. Jason Rivet jechał ostatni. Nauczono
go już, gdzie jego miejsce.

– Ciekawe – mruczał jadący przed nim Adam Stoughton –
któż to tu bydli, wśród puszczy. Małom co słyszał o osadach
na zachód od Worcester i Penacook Plantation.

William Hopwood nie odpowiedział, zajęty sprawdzaniem stanu panewek
pistoletu i garłacza. Jason Rivet wiedział, że wuj umie posługiwać
się pistoletem i garłaczem. Wszyscy o tym wiedzieli. Był to zresztą
jedyny powód, dla którego wzięto wuja do pościgu. William Hopwood
cieszył się, jeśli można było to uznać za właściwe określenie,
sławą zabójcy. Wszyscy wiedzieli, że za młodu polował w lasach
na Penobscotów, Pequotów i Naszuów, że wyprawiał się na Seneków
i Mohawków, że miał kolekcję skalpów. Jak twierdzili nieżyczliwi,
w większości kobiecych.

Wielebny Maddox, zaalarmowany zgrzytem kołowego zamka, obejrzał się
w siodle. On też znał obiegową opinię o wuju. On też zauważył,
jak z ospałego, apatycznego i obojętnego na wszystko gnuśnika
William Hopwood przemienił się nagle w drapieżcę o płonących oczach.

– Strzelać – ostrzegł syczącym głosem – dopiero na komendę,
panie Hopwood. Na komendę. Nie wcześniej. Zrozumiał pan?

Jechali w gorę strumienia, lawirując wśród kęp sasafrasów i sumaków.
Wkrótce także i do niewprawnych uszu Jasona dobiegł budzący echa
stuk kilku toporów. Po niedługiej chwili zaś przenikliwy trzask
i wcale niedaleki szum i chrupot łamanych gałęzi obwieścił efekt
wysiłku drwali. A po chwili oddział z Watertown wyjechał na porębę.
Zabielało pociętym drewnem i wiórem. Zapachniało żywicą.

Drwali było sześciu. Trzej obciosywali konary z obalonej sosny.
Dwaj odciągali ku skrajowi polany wielkie karcze, zręcznie powodując
dwukonnym sprzężajem przysadzistych i kosmatych koników. Trzeci,
najbliższy, zbierał i układał gałęzie w sąg.

Na widok oddziału drwale zamarli, zastygli w pozach. Byli, jak zauważył
Jason, jak jeden mąż jasnowłosi. Ich twarze były jakieś dziwne.

– Nie lękajcie się, ludzie – ogłosił Maddox, odsłaniając
opończę tak, by drwale mogli zobaczyć srebrne frędzle na wykładanym
kołnierzu duchownego. – Jesteśmy dobrzy chrześcijanie,
stronnicy króla, ładu i prawa.

Drwale nie wyglądali na przestraszonych. Zaskoczonych,
tak, ale nie przestraszonych. Choć nie mogli nie widzieć muszkietu,
garłacza i pistoletów, na ich szerokich, przypominających miesiąc
w pełni twarzach nie znać było ni cienia lęku. Te szerokie oblicza
– Jason Rivet wiedział już, że dziwny ich wygląd brał
się z zupełnego braku zarostu i niezwykłej wprost jasności brwi
i rzęs – wyrażały absolutną i tępą obojętność.

– Jesteśmy chrześcijanami i stróżami
prawa – powtórzył wielebny, prostując się w siodle i rozglądając
po porębie. – Przybywamy z Watertown, z hrabstwa Middlesex. Ścigamy
zbiegłego z więzienia przestępcę, skazanego przez legalny sąd Kolonii
Zatoki Massachusetts.

– Przestępcą tym jest niewiasta – dodał konstabl
Corwin. – Młoda kobieta o jasnych włosach. Widzieliście
taką?

Drwale patrzyli na niego tak, jak gdyby był przejrzysty.
Jak gdyby w ogóle nie rozumieli słów. Jak gdyby w ogóle ich nie
słyszeli. Ten najbliższy odwrócił się i spokojnie, jak gdyby nigdy
nic, wznowił zbieranie gałęzi.

– Nie rozumiecie? – rozdarł się Corwin. –
Czy udajecie, że nie rozumiecie?

Jeden z drwali, najwyższy, przełożył siekierę
z ręki do ręki, otworzył usta, kilka razy poruszył wargami, iście
niby ryba. Potem wyrzekł coś bełkotliwego. I absolutnie niezrozumiałego.

– Holendrzy – stwierdził z przekonaniem wuj William.
– To są Holendrzy. Albo Niemcy.

– Holendrzy – powiedział Maddox – zazwyczaj
znają francuski. Wy wszak mówicie po francusku, panie Stoughton.

– Ale tam, mówię – mruknął cieśla. –
Ledwo ledwo. Ale niech tam będzie, spróbuję… Mesje! Bonżur!
Nu som… Nu szersze un… Jedna dziewucha… Fam, znaczy… Un fam,
co uciekła z prison…

– Zapytajcie – wtrącił pastor – z jakiej
są osady.

– Wule wu? Kompri? Parle, kel osada? Kel… Do czarta! Nie wiem,
jak się mówi…

– Nie pomogłoby – przerwał konstabl Corwin – nawet gdybyś
wiedział, Stoughton. Oni nie rozumieją ni w ząb. I nie we francuszczyźnie
sprawa. Oni zwyczajnie głupi są. Głupi i tyle!

Jasne twarze drwali, Jason Rivet przysiągłby, pojaśniały jeszcze
bardziej, wodnistobłękitne oczy ożyły na moment. Ten najwyższy
znowu poruszył ustami, jakby powtarzając za konstablem znajome mu
słowo. Potem uśmiechnął się szeroko, demonstrując ładne białe
zęby. Ponownie wydał z siebie serię bełkotliwych i niezrozumiałych
dźwięków. A potem odwrócił się, zamachnął i ciął siekierą, odrąbując
od zwalonego pnia kolejny konar. Pozostali również wrócili do
swych prac, całkowicie lekceważąc przybyłych z Watertown dobrych
chrześcijan i stróżów prawa.

– Nie sposób – powiedział kwaśno Maddox – nie zgodzić
się z wami, konstablu. Ci ludzie niezawodnie słabowici są na umyśle.
Błogosławieni ubodzy duchem, ich bowiem będzie królestwo niebieskie.

– Pierwsi napotkani od dwóch dni – pokręcił głową Stoughton.
– I masz ci los: matoły. Ich będzie królestwo niebieskie. Ich
szczęście, a nasz pech. I co teraz czynić? Kogo pytać?

Cieśla patrzył na Izmaela, Indianin zaś bez słowa, z twarzą
równie niemal obojętną co u drwali, wskazał na wyjeżdżony
przez wozy i zdeptany przez kopyta szlak wiodący z poręby. Abiram
Thorpe cmoknął na swoją gniadą klacz. Konstabl Corwin i Maddox ruszyli
za nim. Wuj zwolnił kurek garłacza, by nie fatygować sprężyny.

– Osada pewnie gdzieś w pobliżu – domyślił się
Jason, podjeżdżając bliżej do konia cieśli. –
Jak myślicie, panie Stoughton?

– A jak ty myślisz, chłopcze? Że ci drwale przyszli tu
z Bostonu?

– Nie szydźcie. Ja jeno pytam. Mówili, że nie ma osad
na zachód od Penacook Plantation.

– Mówili.

– I co?

– Nie mieli racji.

Jason Rivet schylił się do samej szyi konia, by móc przejechać pod
niskim konarem choiny.

– Panie Stoughton?

– Co znowu?

– Ten kościotrup przybity do drzewa… A teraz ci dziwni
drwale… Nie boicie się, że…

– No?

– Że to czary? Siła nieczysta?

– Nie bądź głupi, chłopcze.

Strumień przegrodził im drogę, ale szlak wiódł wprost do brodu; bez
trudności, nawet bez zamoczenia strzemion sforsowali rzeczkę po
piaszczystym dnie. Zaraz za brodem las rzedł, wyjeżdżona droga
skręcała wzdłuż skraju, na który wkrótce wyjechali. Wyjechali
na łąkę, zieloną, zalaną słońcem, pachnącą sianem zagrabionym na kilkanaście
kopek. Izmael Sassamon zatrzymał się, chrząknął, wskazał ręką. Niepotrzebnie,
wszyscy już widzieli.

Koło jednej z kopek, nieporządnie rozgrzebanej, stał zgrabny srokaty
ogierek, zaprzężony do pomalowanej na zielono, ale mocno obłażącej
z farby dwukółki. Zanim ktokolwiek z oddziału zdołał słowem, gestem
lub choćby miną nawet okazać zdziwienie, z kopki siana wyskoczył jak
spłoszony jeleń jasnowłosy, goły do pasa mężczyzna. Nie tracąc
chwili nawet na przyglądanie się, mężczyzna rzucił się do ucieczki,
sadząc zwinnie przez osty i kopki, w czym nie przeszkadzały mu nawet
podtrzymywane oburącz pludry. Mimo podtrzymywania pludry opadały;
nim mężczyzna w jelenich susach dopadł czarnej ściany lasu,
kilkakrotnie zaświecił białym tyłkiem, silnie kontrastującym z
ciemną opalenizną pleców.

– Niech mnie czart… – zaczął Adam Stoughton i urwał, widząc,
jak z kopki siana unosi się następna postać. Tą była kobieta.
Jason Rivet przełknął ślinę i otworzył usta.

Abiram Thorpe parsknął, cieśla zawtórował mu, wuj zarechotał.
Wielebny Maddox obrócił się na kulbace i zmroził ich wzrokiem.

– Jak zwierzęta – wycedził. – Gżą się w chuci i tarzają
w grzechu jak bydło. A śmiechy tu nie na miejscu, panie Hopwood,
i nie ma co chichotać, panie Stoughton. To jest nie tylko bezecność
i wszeteczeństwo, ale i łamanie prawa. Panie konstablu Corwin…

– Lepiej – rzekł z naciskiem Abiram Thorpe, poważniejąc
– wywiedzieć się pierwej. Drogi się u owej baby wypytać.

– Święte słowa – dodał cieśla. – Musimy wreszcie
zasięgnąć języka. Nie straszcie więc niewiasty prawem i karą, bo i
owa ucieknie.

Nic jednak nie wskazywało, by niewiasta zamierzała uciekać. Wstała
z siana, podciągnęła pończochy, wzuła trzewiki. Zapięła sukienkę,
zasłaniając różne krągłe rzeczy, widoczne do niedawna całkiem
wyraźnie i przyprawiające Jasona Riveta o dreszcz i przyspieszony
oddech. Chłopiec zauważył, że jakby szybciej oddychają też
i wuj, i cieśla Stoughton, i konstabl. Szybciej. Tym szybciej,
im bliżej niewiasta podchodziła. Bo podchodziła, palcami wyczesując
źdźbła z pięknych kasztanowatych włosów, sięgających do połowy
pleców.

– Nie lękaj się – Adam Stoughton oblizał wargi. – Jesteśmy
chrześcijanie, służymy królowi i prawu.

– Nie lękam się bynajmniej – kobieta uśmiechnęła się,
rzeczywiście bez cienia obawy unosząc na jeźdźców duże
zielone oczy. Cienka lniana sukienka mocno opinała jej się na piersiach.
Jason Rivet przełknął ślinę i stwierdził, że kulbaka nagle
stała się niewygodna, a spodnie ciasne.

– Nie lękam się was, chrześcijanie, słudzy króla i prawa.
O ile w rzeczy samej takowymi jesteście.

– Iście jesteśmy! – potwierdził Henry Corwin, prostując
dumnie swą kościstą postać. – W strony te sprowadza nas zaś…

– Rzecz, która nas tu sprowadza – przerwał chrapliwie wielebny
Maddox – przeznaczona jest dla godniejszych uszu. I dla rozumu
zdolnego ją pojąć. Okryj bezwstydną nagość, niewiasto.

Chwilę potrwało, zanim kasztanowowłosa pojęła, że wielebnemu idzie
o przedramiona, odsłonięte przez odwinięte powyżej łokci rękawy
sukienki. Okryła je otrzepaną z siana chustką, nie spuszczając z pastora
oczu, co, jak dało się miarkować, bardzo Maddoxa złościło.

– W Kolonii Zatoki Massachusetts – zagrzmiał
pastor, spoglądając na kobietę jakby nie z siodła siwego wałacha,
lecz ze szczytu góry Synaj – nieskromne obnażanie się jest
ścigane prawem. Równie jak rozpusta. To ku pamięci, której zresztą
postaram się dopomóc chłostą, gdy jeno rozmówię się z kimś z tutejszych
władz. A teraz wskaż drogę do osady, która, tuszę, jest tu nieopodal.
Wskaż mi drogę do kogoś, z kim mógłbym się rozmówić. Z kimś
o stosownej pozycji, urzędzie, rozumie i płci! Czy pojmujesz moje
słowa, niewiasto?

– Ze wszystkim.

– A kim był – spytał ostro konstabl Corwin – ten, który
zbiegł?

– To mój małżonek – wyjaśniła spokojnie
kasztanowowłosa. – Trudzi się tu przy wyrębie. Uciekł, albowiem
lęka się obcych. Jest nadto… cudzoziemcem. Szwedem.

– Jak i tamci inni na polanie, hę? Też Szwedzi?

– Niektórzy – kobieta uśmiechnęła się ładnie.
– Bo są tam też Holendrzy i jeden Norweg. Domyślam się,
żeście ich spotkali. I niewiele się dowiedzieli. Cóż,
słabo oni, nijak zaprzeczyć, mową naszą władają. Nadto, co tu dużo
mówić, są to prostaczkowie…

– Zauważyliśmy. A osada owa gdzie?

– Nieopodal, tu, nad Mischief Creek. Zwiemy ją również
Mischief Creek. Ja zaś jestem Frances Flowers.

– Nie ciekawiśmy twego miana – uciął Maddox.
– Wiedź do osady, niewiasto. Mówiłem, pilno nam rozmówić się
z kimś poważniejszym. Dysponującym rozumem.

– Oczywiście, oczywiście… – Ust kobiety
nie skrzywił uśmiech, ale w zielonych oczach, Jason Rivet dałby
głowę, zatańczyły iskierki wesołości. – Co tylko przykażecie,
słudzy króla i prawa. Pojadę, jeśli zezwolicie, przodem, by o
waszej wizycie uprzedzić właściwe i kompetentne osoby.

Maddox nie raczył odpowiedzieć. Trącił bok konia piętą
i skierował go na wyraźny, skręcający za skraj lasu szlak. Indianin
szedł obok niego. Kobieta – Frances Flowers – wskoczyła do
dwukółki, gwizdnęła przeszywająco i strzeliła lejcami. Srokacz szarpnął
dyszlem i poszedł w ostry kłus, tak że oblazła dwukółka skakała
za nim niczym cętkowana żaba.

– Ależ ostro – mruknął Abiram Thorpe – dziewucha
jeździ…

– W sianie – wyszczerzył zęby Adam Stoughton
– pewnie też niezgorzej.

Wuj William zarechotał.

Jechali nadal wzdłuż strumienia, który zaraz za lasem
zwalniał bieg i rozszerzał się w spore rozlewisko. Zaraz za rozlewiskiem,
za poletkami kukurydzy i żyta, wśród klonów, wiązów i brzóz
zabielały gonty domów. Było ich, na ile dało się ocenić, z tuzin.

– Jak ona rzekła? – odezwał się konstabl Corwin.
– Mischief Creek? Nigdy nie słyszałem. Ten strumień to niezawodnie
dopływ Swift River, alem ja nigdy nie słyszał o osadach na zachód
od Penacook Plantation i Elwes Marsh. Dawniej były, i owszem, ale
jak jedna poszły z dymem w siedemdziesiątym piątym, za Wojny Króla
Filipa.

– To już osiemnaście lat – zauważył
Abiram Thorpe. – Ludzie się budują. Nowych ziem szukają.
Czasem daleko…

– Daleko – potwierdził cierpko pastor. –
Czasem bardzo daleko. Zwłaszcza, jeśli mają powody.

– Co macie na uwadze, wielebny?

Maddox nie odpowiedział.

Zobaczyli, że jadąca iście po kawaleryjsku dwukółka
zwolniła, potem zatrzymała się. Frances Flowers wychyliła się i zamieniła
kilka słów z kimś, kogo nie widzieli zza kukurydzy. Potem gwizdnęła,
pokłusowała ku osadzie.

Rychło dopędzili rozmówcę, którym okazała się dziewczynka
lat może dziesięciu, niosąca kosz z kolbami. Na ich widok zatrzymała
się, zadarła głowę. Oczy miała tak samo zielone jak Frances Flowers,
także włosy identyczne w kolorze, długie, poskręcane w loki sypiące
się spod słomianego kapelusza.

– Co też ta Frances gadała – powiedziała
śmiało, wodząc oczami od jednego do drugiego jeźdźca.
– Jaki osioł? Same konie przecie. Żadnego osła tu nie widzę.
A ty, ty jesteś Indianinem?

Izmael Sassamon potwierdził lekkim skinieniem głowy. Maddox
popędził konia. Ale Adam Stoughton swego wstrzymał, został z tyłu,
jechał stępa obok dziewczynki. Henry Corwin zrobił podobnie. Także
Jason Rivet.

– Może – zaproponował cieśla – na łęk cię wziąć,
panieneczko?

Dziewczynka podniosła głowę i poruszyła nozdrzami.

– Nie, pięknie dziękuję. I nie jestem żadna panieneczka,
ale Verity Clarke.

– Ha. A ja myślałem, że Frances Flowers to
twoja matka. Jesteś do niej podobna…

– Frances to moja kuzynka, nie żadna matka. Ona
nie ma dzieci. Ale stara się, jak może. Jak tylko jest czas i sposobność.
Nawet gdy Arne Lennart, jej mąż, idzie na porębę, Frances jeździ
tam do niego dwukółką. I robią dziecko.

Cieśla chrząknął, zamilkł, zapatrzył się w grzywę
konia. Konstabl przyglądał się dziewczynce uważnie.

– Ów Szwed – zmarszczył się – zwie się
więc Lennart. A twoja kuzynka Flowers. Jakże to tedy jest z tym
ich małżeństwem?

– Eee?

– Twoja kuzynka nie nosi nazwiska męża.

– A czemu miałaby nosić?

Corwin zamilkł. Ale tylko na chwilę.

– A twój ojciec? Jakie nazwisko nosi?

– Tata umarł.

Nad strumieniem, na usianej piórami łączce, pasły się
gęsi. Za łączką, w cieniu klonów, zobaczyli cmentarz okolony niziutkim
kamiennym murkiem. Mogił było sporo. Rzucało się to w oczy.

Na samym skraju osady, tuż za zieloną płanią ogrodów,
wznoszono duży budynek, już zaznaczający się ażurową,
jaskrawo białą klatką belek i krokwi. Przy budowie trudziło się kilku
mężczyzn, do uszu dobiegał stukot młotków. Spod samych niemal
kopyt siwka pastora Maddoxa prysnął rudy kot, rysią pomknął ku opłotkom.

– Czy to prawda – odezwała się nagle Verity Clarke
– że w miastach są maszyny?

– Jakie maszyny?

– Takie, co same robią różne rzeczy. I mają kółka.

– Jak kieraty? Młockarnie? Młoty wodne?

– Właśnie. I różne wehikuły, które jeżdżą po
drogach. Są?

– Są.

– Och. To pięknie.

– A jak – wielebny Maddox nagle odwrócił się
na kulbace, przeszył dziewczynkę iście jastrzębim wzrokiem –
miewa się Janet Hargraves?

– Kto?

– Janet Hargraves. Ta obca pani, która przyszła do
was… niedawno. Ta z chorą nogą. Czy zdrowa? Czy noga nadal ją boli?

Dziewczynka patrzyła na niego, szeroko rozwarłszy oczy
i jeszcze szerzej usta. Albo tak sprytna, pomyślał Jason Rivet,
albo po prawdzie nie wie nic, nic nie widziała, przebiegły fortel
wielebnego spalił na panewce.

Maddox musiał dojść do podobnego wniosku, bo popędził
konia, przestając poświęcać dziewczynce uwagę. Verity Clarke westchnęła
głośno. Szła tuż obok konia Jasona, podskakując i nucąc.

Byli już tak blisko budowanego domu, że do stuku
młotków dołączył się symfonicznie rzężący śpiew pił, a wiaterek
doniósł ostrą, terpentynową woń świeżo rżniętej sośniny.
Widzieli już cieśli, było ich sześciu. Adam Stoughton
zlustrował pracę fachowym okiem.

– Dobra robota – ocenił krótko. – Sprawnie
im idzie.

– Widać.

Na widok oddziału cieśle przerwali robotę, a Jason
Rivet aż westchnął ze zdumienia. Gdyby nie to, że rozsądek
przeczył, przysiąc mógłby, że to niedawno spotkani drwale z poręby,
ci sami, cudem jakimś tu przetransportowani. Cieśle byli bowiem
tak samo jasnowłosi, mieli tak samo dziwne, pozbawione brwi i rzęs
twarze. I tak samo obojętne, puste oczy, w których próżno szukałbyś
jakiej bądź reakcji .

– Witajcie. Przybywamy z Watertown. Jesteśmy
stronnikami króla i prawa…

Maddox urwał. Zrozumiał, jak i pozostali, że gadanie
pozbawione jest sensu.

– Z nimi – Verity Clarke dźwięcznym głosikiem
potwierdziła to, co było oczywiste – z nimi nie pogada się. Nie
bój się ich, Adrianie van Rijssel. Oni cię nie skrzywdzą. Wracaj do
pracy.

– Tot Uw dienst, juffrouw.

Wjechali pomiędzy budynki. I natychmiast zobaczyli te, które na nich
czekały na werandzie jednego z domów.

Jedną z kobiet była znana im już Frances Flowers. Podobieństwo
drugiej, starszej, do małej Verity nie mogło pozostać niezauważone,
była to więc niezawodnie jej matka. Trzecia kobieta była wysoka i
chuda, kości wyraźnie rysowały się jej pod woskową skórą twarzy,
a spod czepka wymykały się siwe kosmyki. Czwarta kobieta, niezwykle
piękna, miała włosy czarne i lśniące jak krucze pióra, a usta
czerwone jak krew. Skromny kabacik, prosta bawełniana spódnica i biały
fartuszek leżały na niej lepiej i atrakcyjniej niż jedwabie
i atłasy na żonie gubernatora Kolonii. Ale najdziwniejsza była
ta piąta.

Piąta kobieta, siedząca na bujanym fotelu z wysokim rzeźbionym
oparciem, była mocno już zaawansowana w latach i tuszy. Nosiła
czarny kapelusz z klamrą i krótką pelerynkę. Oczy miała seledynowe,
jasne tak, że wyglądały jak pozbawione tęczówek, mające tylko
ciemną plamkę źrenicy. W oczach tych było coś, stwierdził
Jason Rivet, coś takiego, że z miejsca czuło się mus ukłonić,
spuścić wzrok i przyznać do zjedzenia konfitur. Od otyłej kobiety
promieniował autorytet. Ale Jason Rivet nie znał tego słowa.

– Spotkałam ich na polu, babko – zabrzmiał w ciszy piskliwy
głosik Verity Clarke. – To są stronnicy króla i czegoś tam.

– Wiemy to już – powiedziała Frances Flowers, dość
złośliwie uśmiechnięta. – Wyraziliście, panowie, ochotę
rozmówić się z kimś o stosownej pozycji, urzędzie, rozumie i płci.
Oto więc jesteśmy.

– Witam panów – powiedziała otyła i jasnooka. Gdyby usłyszał
jej głos za plecami, Jason pewien byłby, że to głos młodej
dziewczyny. – Witam panów w Mischief Creek. Jestem Dorothy Sutton.

– Co to są za jasełki? – zawarczał gromko pastor Maddox.
– Co to za kpiny? Gdzie mąż twój, niewiasto?

– Nie mogliście nie spostrzec cmentarza za osadą. Tam leży,
świeć Panie nad jego duszą.

– Chcę mówić z mężczyzną!

– Mówiliście – z warg Frances Flowers ani myślał
znikać złośliwy i bezczelny uśmieszek – z drwalami. I
z cieślami budującymi spichlerz. Nie wystarczyło?

– Nie ma tu innych?

– Ależ są, są – przemówiła ta piękna, czarnowłosa. –
O, choćby ten.

Spomiędzy domów wyłonił się mężczyzna w podkasanych portkach,
pchający taczkę pełną gnoju. Przechodząc obok, poświęcił im głupią
minę i wylęknione nieco spojrzenie, po czym przyspieszył kroku. Konstabl
Corwin zaklął z cicha, cieśla Stoughton parsknął, wuj William
splunął. Wielebny Maddox słyszalnie zazgrzytał zębami.

– Więc nie ma tu… – zachrypiał, odkaszlnął. – Nie ma
tu… innych mężczyzn? Waszych ojców? Braci? Żadna z was
nie ma męża?

– Nie ma – potwierdziła Dorothy Sutton. – Tak los sprawił,
niezbyt nam ostatnio przychylny. Tym sposobem to ja, nikt inny, może
przywitać was w Mischief Creek, przybysze z dalekich stron.
Ja, a wraz ze mną panie Faith Clarke, Annabel Prentiss i Jemima
Tyndall.

Jej jasne spojrzenie ewidentnie działało również na pastora, bo
gdy się odezwał, powstrzymywana dotąd złość znikła z jego głosu.
Pozornie.

– Cóż – wzruszył ramionami – ciężko was, miarkuję,
Pan doświadczył. Nielekko wam musi być bez mężczyzn.

– Bywają takie chwile.

– Posłuchajcie tedy. Jestem John Maddox, pastor z Watertown,
w hrabstwie Middlesex. To zaś jest pan Henry Corwin, konstabl
tegoż hrabstwa. I inni panowie, w służbie prawa będący. Ścigamy
zbiegłą z więzienia zbrodniarkę, zwącą się Janet Hargraves. Co możecie
mi w tej sprawie rzec?

– Nic.

– Przypominam, że każdy poddany króla winien jest posłuch
i asystę prawu. A kto zbrodniarza skrywa lub pomaga mu, na równi z
owym karany jest.

– Wiem to. Czym, jeśli można spytać, zawiniła inkryminowana
Janet Hargraves?

– Zbrodnią czarownictwa.

– Słucham?

– Janet Hargraves – w głosie wielebnego znowu zabrzmiały
złość i zniecierpliwienie – jest czarownicą. Uprawiała
czarną magię i została skazana prawomocnym wyrokiem sądu.

– I ścigacie ową Janet Hargraves aż od Watertown? Spod
samego Bostonu? Za uprawianie magii?

– Nie inaczej. Odpowiedz na moje pytanie, niewiasto.

Dorothy Sutton patrzyła na niego długo.

– Nic mi nie wiadomo o żadnej Janet Hargraves – przemówiła
wreszcie. – Ani o innych osobach ściganych za czarną magię.
Nie mogę panom pomóc. To znaczy, nie mogę pomóc inaczej jak gościną.
Poczęstunkiem, jeśli panowie nie pogardzą skromnym wiktem. Noclegiem,
o ile nie nazbyt nawykliście do wielkich luksusów, których zaoferować
nie mogę.

Adam Stoughton, konstabl i Abiram Thorpe dość ochoczo zsiedli
z koni, wuj William poszedł za ich przykładem. Wielebny Maddox pozostał
w siodle, wciąż wiercił kobietę oczami.

– Jesteśmy dobrymi purytanami – przemówił wreszcie, wskazując
wzrokiem i palcem Frances Flowers. – Przestrzegamy praw Kolonii.
A tę tu przychwyciliśmy na wszeteczeństwie, na bezwstydnej
rozpuście. W biały dzień. Nie ma znaczenia, że z mężem.
Powiada bowiem apostoł Paweł do Tesaloniczan: wolą Bożą jest wasze
uświęcenie, powstrzymywanie się od rozpusty.

– Pisze – twarz Dorothy Sutton nie drgnęła nawet – jednakowoż
ten sam Paweł do Koryntian: nie unikajcie jedno drugiego. A mówi Księga
Przysłów: przemiła to łania i wdzięczna kozica, jej piersią
upajaj się zawsze, w miłości jej stale czuj rozkosz…

– Zamilcz, kobieto – zawarczał Maddox, a twarz zrobiła mu
się wilcza. – Zaiste, nie masz nic gorszego nad wypaczanie słowa
Bożego, czynione przez istoty bezrozumne. Iście trąci mi to
herezją, niezbożnymi ideami antynomianów. Osobliwie Anny Hutchinson.
Nie jest ci przypadkiem znajome to nazwisko, Anna Hutchinson? Hę?
Bo coś ty mi też na taką patrzysz, której bzdura się bardziej
mężem być niźli żoną, bardziej kaznodzieją niż tym,
który ma słuchać, bardziej władzą niźli władzy podczynionym. Trzeba
znać swoje miejsce!

– Absolutnie zgadzam się z wami, wielebny.

Maddox odczekał chwilę, by nie wyglądało, że za łatwo się poddaje,
po czym zsiadł z siwka.

– Przyjmiemy twą gościnę, niewiasto.

– Odprowadzimy wasze wierzchowce do stajni. Zadbamy o nie.

– Tym zajmie się Indianin. Weź konie, Izmaelu.

– Izmaelu – powtórzyła poważnie Dorothy Sutton. –
Jakże trafnie! Izmael, syn Hagar. Napisano: będzie to człowiek
dziki jak onager, będzie on walczył przeciwko wszystkim i wszyscy
przeciwko niemu; będzie on utrapieniem swych pobratymców.

– Izmael Sassamon – rzekł sucho Maddox – to dzikus ochrzczony.
I obłaskawiony. Choć prawdą jest, że z poganina, jak z dzikiego
zwierza, dzikość ze szczętem wykorzenić jest niemożnością,
Izmael od dziecka, co rano i co wieczór, słucha w moim domu modlitwy,
słów Pisma i psalmów, jak słuchała i jego rodzicielka. Nie musicie
się go lękać.

– Wcale się nie lękamy. Zapraszam do środka, chrześcijańskim
obyczajem. Do świetlicy. Gość w dom, Bóg w dom.

– Błogosławione imię Pana. Zaraz wejdziemy. Jeno się ochędożymy
i opatrzymy juki.

Gdy tylko niewiasty skryły się wewnątrz budynku, pastor odwrócił się
do reszty oddziału. Twarz, zauważył Jason, nadal miał wykrzywioną,
złą, ale teraz przywodzącą na myśl lisa bardziej niż wilka.
Konstabl Corwin też to dostrzegł.

– Podejrzewacie…

– Podejrzewam – uciął półgłosem Maddox. – Ci cudzoziemscy
prostacy patrzą mi na zbiegów, po powrocie trzeba będzie dać znać
do Hartford i Providence, posłać wieść do Albany nawet. Co do
niewiast, to trącą mi sekciarstwem albo apostazją. Bezbożnymi
antynomiańskimi ideami sekt bostońskich, tych Hutchinsonów i Dyerów
różnych. Albo, co pewniej, są to odszczepieńczy kwakrzy, bo owi
zwykli osiedlać się na odludziu. I o tym trzeba będzie po powrocie
uwiadomić gubernatora. Ninie jednak co innego jest ważniejsze:
wiedźma Hargraves. Nie wykluczam, że kłamią, że ją tu
ukrywają. Trzeba tedy z głową. Sposobem. Posłuchajcie: wejdziemy,
niby to z gościny korzystając, ale co i trochę niech który wychodzi
i patrzy dobrze, do domów i stodół zagląda, na okienka baczy, czy
z którego czarownica nie wyjrzy. Ty zaś, Izmaelu, konie zostaw
w stajni, sam zaś całą osadę obejdź kołem, szukaj śladów,
wiodących od sadyb do lasu, do stogów lub do inszego jakiego schowania.
Gdy kto pościg widzi i skryć się chce, zwykle ucieka z osady do
lasu.

– Wam – rzekł z niekłamanym podziwem Henry Corwin – konstablem
być, nie pastorem.

– Gdyby zaś – ciągnął Maddox, nie komentując – która
z tych niewiast, gdy tam będziemy, ze świetlicy wyszła, niechaj
który zaraz za nią wyjdzie i baczy…

– Toć z miejsca połapią się – bąknął Abiram Thorpe.

– W tym rzecz, by się połapały i przelękły. Na złodzieju czapka
gore. Wtedy może i wiedźma się spłoszy, a gdy spróbuje ucieczki,
schwyta ją Izmael.

– Iście – powtórzył Corwin – marnujecie się jako
duchowny.

– Izmaelu, do stajni. Pan Stoughton z chłopakiem niechaj zaś
w pierwszej kolei po osadzie się pokręcą, popatrzą. Ale nie za długo,
by pozoru nie dawać. Wnet wracajcie.

– Prędzej niż wnet – mruknął pod nosem cieśla. –
Ze świetlicy jadłem pachnie, aż kiszki skręca. A tu masz,
człeku, na przeszpiegi cię posyłają. Chodź, chłopcze.

Na środku wyjeżdżonej drogi bawiło się troje dzieci, trzy
dziewczynki. Dwie usiłowały ustroić psa w czepek zawiązywany na tasiemki.
Trzecia, którą była Verity Clarke, toczyła za pomocą patyka jakąś
dziwną, składającą się z licznych kółek zabawkę. Zobaczyła ich, pomachała
ręką. Adam Stoughton też pomachał, uśmiechając się krzywo
i wymuszenie.

– Zaraza na tego Johna Maddoxa – mruknął. –
Jak on to sobie przedstawuje to szpiegowanie? Że mamy tym babom
do alków zaglądać, do komód? A może pod łóżka i do nocników?

– Mówił wielebny – przełknął ślinę Jason
– by na okienka mieć uważanie. A tam, gdzie zielone okiennice,
firanka się poruszyła… Widziałem…

– Obserwują nas.

Fakt, byli obserwowani, i to nie tylko skrycie, zza firanek,
ale również w sposób tyleż jawny, co ostentacyjny. Dwie dziewczyny,
z których z żadna nie mogła być starsza od Jasona, uważnie
przyglądały się im zza płotu, wcale nie usiłując kryć się za rosnącymi
tam malwami. Jedna z dziewczyn była czarniutka, druga jaśniutka.
Obie były bardzo ładne. Jason poczuł, że się czerwieni. Odwrócił
głowę. Po drugiej stronie drogi, na udekorowanej pękami ziół werandzie,
siedziała na ławeczce młoda, ale dość korpulentna kobieta paląca
fajkę. Ta też pomachała im ręką z wesołym uśmiechem. Ale tym
razem cieśla nie pomachał w odpowiedzi.

– Dziwne baby – mruknął pod nosem – spotyka
się po tych leśnych osadach.

– Panie Stoughton?

– Czego?

– Pastor mówił, że to anto… mianie…

– Antynomianie. Jak Anna Hutchinson. I Mary Dyer,
którą powiesili w Bostonie w roku sześćdziesiątym. Obie głosiły,
że przykazań bożych i praw wcale nie ma musu przestrzegać.
Sporo miały zwolenników, bo niemało, jak sam pewnie miarkujesz, takich,
którym wielce miła taka wolność, że niby wolno każdemu,
co i jak kto chce.

– Mówił też wielebny – Jason obejrzał się
przez ramię na wesołą kobietę z fajką – że mogą to być kwakrzy.
Odstępcy. A jeżeli… Panie Stoughton, jeżeli…

– Jeżeli co?

– Jeżeli to czarownice? Same czarownice? Cała
osada czarownic?

– Nie bądź głupi, chłopcze.

– Ci mężczyźni, jakby zauroczeni… Ten szkielet w lesie…
Panie Stoughton? W Salem przecie…

– Nie bądź głupi, rzekłem. Chodź, wracamy. Nie zdzierżę,
tak to jadło pachnie smakowicie.

Dwie młode dziewczyny zza płotu z malwami, ta czarniutka i ta jaśniutka,
odprowadziły ich spojrzeniami. A oczy miały błyszczące, ogniste,
natrętne. Bezczelne. Niebezpieczne. Jason Rivet odwrócił głowę. Ale
czuł, jak ich wzrok podnosi mu włosy na karku.

* * *

Smakowicie pachnącym jadłem okazała się kukurydza z fasolą, podana
w wielkich miskach w towarzystwie ogromnych chlebów o ciemnobrązowych,
spękanych skórach i dzbanków klonowego syropu. Jason i cieśla
jedli szybko i łapczywie. Konstabl Corwin i Abiram Thorpe skorzystali
z okazji i dla towarzystwa nałożyli sobie drugie porcje. Wuj William
odsunął talerz i wpakował do ust prymkę tytoniu. Wielebny Maddox ględził.

Młode kobiety, które podały strawę, znikły ze świetlicy. Wraz
z nimi znikła też Faith Clarke, matka małej Verity. I Frances
Flowers. Jason odpędził wywołującą rumieniec i dreszcz w kroczu myśl,
że Frances wróciła na łąkę, do kopki siana. Odpędził natrętną
a nader detaliczną wizję tego, co robi tam ze swoim Szwedem.

W świetlicy została tylko jasnooka Dorothy Sutton, a z nią
dwie inne: ta chudogęba, która zwano Jemimą Tyndall, i ta urodziwa,
zwąca się Annabel Prentiss. Gdy Jason i cieśla weszli, wielebny
Maddox właśnie sztorcował tę urodziwą. Jason słuchał nieuważnie.
Był zajęty jadłem, nadto słyszał już pastora wcześniej. Bo
już wcześniej, w Penacook i w Elwes Marsh, Maddox podobną
mową reagował na wyrażane przez ludzi zdziwienie.

– Nie pojmuję twego zdziwienia, niewiasto, iście nie pojmuję!
Gdyby szło o mordercę, zbója, koniokrada czy złodzieja, nikt by się
nie dziwował pościgowi. Gdyby was tu, w tej osadzie, ograbił kto,
gdyby was kto podpalił, gdyby którąś z waszych dzieweczek zhańbił,
gwałt zadawszy, jeszcze byście pościg ponaglali i chcieliby
przestępcę na sam koniec świata ściganym i tropionym widzieć,
i ukaranym. A gdy czarownicę ścigamy, masz, dziwują się, głowami
kręcą, nosy krzywią, myślą, że nie widzę. Czarownictwo zbrodnią
jest taką samą, albo i gorszą jeszcze, jak mord lub kradzież czy
gwałt. Postanowili Ojcowie Pielgrzymi, że będzie Kolonia Zatoki
Massachusetts rządzona wedle praw boskich, a mówi Księga Wyjścia:
czarownicy…

– …żyć nie dopuścisz – dokończyła beznamiętnie
Dorothy Sutton, biorąc na kolana bębenek do haftu. – Wiemy, wielebny,
czytaliśmy. A że nas co niekiedy dziwi, to wybaczcie, ot,
takie już nasze płoche i niedoskonałe niewieście przyrodzenie.
Nie strofujcie nas już tedy, ale kontynuujcie opowieść. Rade
byśmy posłuchać o tym, co się tam w Salem zdarzyło. Plotki i tu
do nas, do Mischief Creek dochodziły, wszelako nie było nam nigdy
dane słuchać ludzi tak mądrych i pobożnych.

Maddox sapnął, wyprostował się na ławie. Nie był pewien, czy jasnooka
kpi z niego, czy też prawdziwie wyraża szacunek. Wreszcie
zdecydował się na to drugie.

– W Salem, w hrabstwie Essex – wznowił opowieść –
ludzie zbrodniczy i czarownicy uknuli zmowę wespół z szatanem. Gdyby
nie czujność ludzi światłych, prawych i pobożnych, zło
owo, niczym trąd, przeżarłoby serca i runęłyby kościoły…
Noc zapadłaby nad światem. Wszystko zaczęło się zaś od Czarnej,
Murzynki znaczy, pogańskie imię Tituba noszącej. Zaiste, dobrze rzekł
ktoś, nie pamiętam, kto, ale był z Nowego Jorku, że z powodu
tych pogańskich Negrów samo zło tylko nas spotyka i spotykać
będzie. Niedobrze się stało, że oni tu z Afryki przybyli.

– W samej rzeczy. – Dorothy Sutton nawlekła igłę. – W
rzeczy samej, nijak odmówić wam racji w tym punkcie, wielebny. Ani
owemu światłemu mężowi z Nowego Jorku. Iście kuźnia
to mędrców, ów Nowy Jork.

– Tak jest, tak jest – pokiwała głową Jemima Tyndall. –
Ja też słyszałam, jak ktoś, nie pamiętam jednak ani kto, ani
skąd, mówił, że bardzo niedobrze się stało, żeśmy tych
Afrykanów tu do nas zaprosili i przypłynąć im tu pozwolili.

Konstabl Corwin chrząknął głośno. Wuj William postrzykał śliną
pod policzkiem, ale nie splunął, powstrzymany wyszorowaną i pachnącą
bielą podłogi. Maddox milczał przez chwilę, patrząc na chudą kobietę
surowym wzrokiem.

– Kwakierstwem mi coś pośmiardujesz, niewiasto –
przemówił po chwili, wolno i dobitnie wymawiając słowa. – Handel
niewolnikami, wbrew temu, co kwakrzy plotą, dozwolony jest zarówno
prawem ludzkim, jak i boskim. Mówi Pismo: będziecie potrzebowali niewolników
i niewolnic, to będziecie ich brali od narodów, które są naokoło was.
Herezję, że to proceder zły i grzeszny, wydumali kwakrzy, i będą
za to potępieni. Ale ja o Negrach gadam i mówię, że Negrów tu
nie chcemy. W Anglii dość jest ludzi, którzy zbłądzili, weszli
w konflikt z prawem i winni to odpokutować. I nie w lochach się ich
winno gnoić, ani, jakem słyszał, na wyspy żadne bezludne wywozić,
jeno tu, do Kolonii, do nas i do Wirginii posyłać, tu im się trudzić
ku społecznemu dobru i gwoli majętności przysparzania.

– Aaa – pokiwała głową Jemima Tyndall. – To jest różnica.

– Jest – Maddox nadal mówił, jakby kazał. – Jest, niewiasto.

– Za Czarnych słono płacić każą – wuj William znowu postrzykał
śliną, ale nie splunął i tym razem. – A ptaszki z Newgate
za darmo byłyby….

– Co chrześcijanin, to chrześcijanin – dodał konstabl
Corwin. – Do Negrów zawsze czart ma przystęp, bo urodzeni w pogaństwie
afrykańskim. Kto w diabelskim bałwochwalstwie i pośród czarów
rodził się i wyrósł, z tego diabła tak łatwo nie wygonisz, choćby
i wodą chrztu. Tituba z Salem przykładem.

– Właśnie – przypomniała Dorothy Sutton, kłując bębenek
igłą. – Tematu nie trzymamy się. Wróćmy do hrabstwa Essex, wielebny.
Do Salem.

– Czarownictwo i przed Salem było – wyburczał milczący dotąd
Abiram Thorpe. – Roków będzie z dziesięć, jak schwytano wiedźmę
jedną… W Bostonie samym.

– Wiedźma Glover – cieśla Stoughton przełknął łyżkę
fasoli, kiwnięciem głowy dał znać, że słyszał. – Powiesili
ją. Uprawiała czarnoksięski proceder, urok rzuciła na jednego bostońskiego
mularza…

– Johna Goodwina – najwięcej szczegółów, jak się okazało,
znał sam wielebny Maddox. – Czarownica Glover dręczyła czarami
mularza Johna Goodwina, jego żonę i dziatki jego, a to
sposobem szmacianych kukiełek, nadzianych materią magiczną,
kozią sierścią w głównej mierze.

– Ach! – dość przesadnie załamała ręce Annabel Prentiss.
– Kozią sierścią! Straszne.

– Ta Glover – wykrzyknął konstabl – była, jak się wydało
w śledztwie, Irlandką i papistką! Czart zawsze się papistów trzyma,
gdzie papista, tam i czarta tylko patrz. Osobliwie tyczy się to prałatów
ichnich sprzedajnych. Co złe, to przez papistów!

– No pewnie – powiedziała poważnie Dorothy Sutton.

– Na bezludne wyspy z nimi – parsknęła Jemima Tyndall, ale
ścichła pod spojrzeniem rzuconym znad bębenka. Dorothy Sutton
obejrzała igłę, westchnęła.

– Mówcie, wielebny, mówcie. Słuchamy was pilnie.

– Szatan nie próżnuje – Maddox znowu przybrał pozę i
minę kaznodziei. – Nie ustaje wodzić na pokuszenie. Kto słaby
duchem i wiarą, próżny albo płochy, w pazurach diabelskich snadnie
znaleźć się może. Zwłaszcza, miarkujcie to sobie, moje panie,
białogłów to dotyczy.

Jemima Tyndall i Annabel Prentiss spuściły głowy i przeżegnały
się jak na komendę. Pastor skinieniem i sapnięciem dał wyraz aprobacie.

– Diabeł – podjął – który do hrabstwa Essex niezawodnie
z Murzynką Titubą przybył, znalazł był w Salem podatny grunt dla swego
plugawego siewu. I wnet dał znać o sobie. W miesiącu lutym roku ubiegłego,
to jest tysiąc sześćset dziewięćdziesiątego drugiego, rozpoczął
się horror. Kilka młodych dzieweczek, wśród nich Elizabeth, córka
wielebnego Parrisa, a z nią Abigail Williams, Anna Putman, Sara Vibber,
Susan Sheldon i Mary Walcott zdradzać jęły objawy czarodziejskich
napaści i opętań. Mówiły bez sensu i ładu, a ciała ich i oblicza
najokropniejsze wykręcały paroksyzmy…

– Chryste Panie! – tym razem załamała ręce Jemima Tyndall,
nie mniej przesadnie niż poprzednio Annabel Prentiss. Konstabl
Corwin nie przestawał mierzyć obu złym wzrokiem.

– Nie pomogła na te konwulsje ni klistiera, ni krwi puszczanie
– kontynuował Maddox, nie zauważający niczego, bliski już,
jak się wydawało, transu. – Ale dzieweczki wyznały, kto je uroczy
i dręczy. Aresztowano i wzięto na spytki czarną Titubę, ta zaś
do paktu z diabłem przyznała się i wskazała innych do spisku
należących. Wpierw Sarę Good.

– Sara Good! – tym razem wuj William nie zdołał się powstrzymać
i soczyście napluł na podłogę. Zaczerwienił się lekko i rozmazał
plwocinę butem.

– Sara Good – usprawiedliwił się, chrząkając. – Czarcie
nasienie. Najgorsza była to z nich wszystkich wiedźma. Miała
w domu diabelskie stwory. Psa, ptaka dziwnego żółtego, takie coś
kosmate i kota, który się zwał Tailrings. Nie kot to był, ale istna
bestia jak tygrys wielka, ludojad z żelaznymi pazurami. Okropieństwo.

– Na miotle latała – dodał burkliwie Abiram Thorpe. –
Na sabaty. Razem z tą… No… Akuszerką z Andover… Jak jej tam
było…

– Marta Carrier – przypomniał ponuro konstabl. – A ta
druga zwała się Nurse. Rebeka Nurse.

– Tematu – przemówiła łagodnym głosem Dorothy Sutton –
nie trzymamy się, wciąż gubimy wśród dygresji. Wróćmy do Sary
Good. Cóż więc było z ową? Czym zawiniła? Oprócz tego, że
miała kosmatego psa, kota i kanarka?

– Sara Good – rzekł sucho Maddox – zaparła się,
z diabelską widać pomocą, do niczego nie chciała się przyznać
ani wspólników wydać. Na szczęście, jedna z tych wcześniej
wymienionych dzieweczek, cnotliwa Anna Putman, wyznała, kto zmuszał
ją do diabelskich praktyk i kogo widziała latającego na czarcie sabaty,
podczas których w nieopisanie obrzydliwy sposób drwiono z Sakramentów.
Młodziutka Anna Putman…

– Oskarżyła, kogo tylko mogła – Dorothy Sutton
uniosła bębenek, oceniła haft. – Zwłaszcza tych, którzy się
jej kiedyś narazili.

– Oskarżyła winnych – Maddox znowu zmroził ją spojrzeniem.
– Winnych, niewiasto! Tych wszystkich z hrabstwa Essex, którzy
z Diabłem podpisali pakt i w ramach czarowniczych praktyk dręczyli
i prześladowali ludzi, a na uwadze mieli obalenie porządku
chrześcijańskiego i zaprowadzenie rządów Szatana nad całym światem.
Sąd sprawę zbadał i rozpatrzył dowody, a dowody były niezbite. Winnych
spotkała surowa, lecz sprawiedliwa i zasłużona kara. George Burroughs,
Bridget Bishop, wzmiankowana Sara Good, Rebeka Nurse, John Proctor
i małżonka jego Elżbieta, John Willard, Marta Carrier i dwoje
jej potomstwa, Giles Cory i małżonka jego Marta… Zawiśli
na szubienicy na Gallows Hill.

Zamilkł. W ciszy słychać było stuk młotków od strony budowanego spichrza.
Potem rozległo się pianie koguta. Jemima Tyndall bawiła się nawijaną
na palec wstążką. Piękna Annabel Prentiss założyła nogę na
nogę i zalotnie kiwała obutą w sznurowany trzewiczek stópką. Cieśli
Stoughtonowi, zauważył Jason Rivet, mało oczy nie wylazły, tak
gapił się na zgrabną kostkę i odsłonięty kawalątek łydki.

– Łącznie – przerwała ciszę Dorothy Sutton – dziewiętnaścioro
powieszonych, dwoje zmarłych w więzieniu. I Giles Cory, którego wcale
nie powieszono, lecz zakatowano, zgnieciono kamieniami na śmierć.
Również i tu, na pustkowie, docierają wieści. Ale słabo się
tam starano, w Salem, słabo i marnie. W Starym Świecie jeden
tylko biskup Bambergu posłał na stos sześćset kobiet. Właśnie,
wielebny, czemu wieszaliście w Salem, miast palić? Wszak
palić ludzi każe Biblia, gdy powiada: kto nie trwa we mnie,
ten zostanie wyrzucony precz jak zeschnięta latorośl; takie zbierają
i wrzucają w ogień, gdzie spłoną. A w innym miejscu: jak zbiera się
chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Wrzucą ich
w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów…

– Zamilcz, niewiasto – warknął pastor. – Zaiste, korzystamy
z twej gościny, ale ścierpieć trudno, gdy ktoś, kto sam
jest naczyniem grzechu, szermuje Bożym słowem. Czy ty wiesz, co
to grzech? Grzechem, i to śmiertelnym, jest wątpić. I pobłażać.
Bo w Piśmie, któreś tu wzorem papugi cytowała, i tak się powiada:
rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem
zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest
Diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie.
Ale tu, na ziemi, my, duchowni i sędziowie, musimy na własne barki
wziąć ten ciężar, my musimy tępić Zło i zwalczać Diabła,
bo jeśli się zawahamy, runie Ład, a stanie się Chaos!

Dorothy, a za jej przykładem pozostałe kobiety chwyciły się za głowy,
że niby to, co prawi wielebny, przeraziło je niesłychanie. Corwin
prychnął, ale Maddox nie zwrócił na to uwagi. Kazał dalej.

– Trwa wojna! – krzyczał, czerwieniejąc. – Odwieczna
wojna! Wojna z Diabłem, ale i z nieprzyjacielem ziemskim! Jesteśmy
otoczeni przez wrogów! Na północy Francuzi, na południu papistowscy
Hiszpanie, odwieczni nieprzyjaciele prawdziwej wiary! Jak się im oprzeć
zdołamy, gdy zbraknie ładu? Nie zdołamy! Zatem ten, kto – jak
czarownice – szerzy nieład i obala porządek, ten działa na kraju
szkodę, zdrajca to, ręka w rękę idący z wrogiem! A jedna kara tylko
jest dla zdrajcy – śmierć! Tak chce prawo, tak chce Bóg! A
kto pobłaża zdrajcy i czarownicy, ten sam zbrodniarz i śmierć
mu! Z wyroku ludzkiego, albo, gdy przed ludzkim umknie, boskiego!
Pobłażających czarownikom Bóg pokarze, jak pokarał Achaba! Ale
my klemencji nie okażemy! Dopadniemy zbrodniarkę bezecną! I
sprawdzą się słowa Pisma, że psy będą żarły Jezabel pod murami
Jizreel!

Za oknem pies zaskowyczał z dużym wyczuciem dramatyzmu. Potem
znowu długo było cicho.

– Panowie wybaczą – Annabel Prentiss wstała, lubieżnym
niemal gestem obciągnęła na sobie odzienie. – Obowiązki wzywają.

Gdy tylko wyszła, Maddox wzrokiem dał dość czytelny znak Abiramowi
Thorpe. Zanim jednak myśliwiec zdążył odstawić kubek, zerwał
się Adam Stoughton. Pastor przyzwalająco wzruszył ramionami, Abiram
Thorpe westchnął z ulgą i przysunął sobie miskę z kukurydzą.

– Ja też… – ogłosił Jason Rivet, starając się zagłuszyć
donośne burczenie w żołądku. – Ja też muszę…

Dorothy Sutton uśmiechnęła się po matczynemu.

– Za dom i na lewo, chłopcze. Nie możesz nie trafić.

* * *

Za niedługą chwilę Jason Rivet siedział już na wyślizganej
desce z dziurą, mężnie zmagał się z reakcją organizmu na pierwszy
od dwóch dni obfity posiłek, oganiał od much i przyglądał światu
przez wyrżnięte w drzwiach serduszko. To jest jakaś dziwna
osada, myślał, nawet wychodek jest tu jakiś dziwny. To może
być jakieś zaczarowane miejsce, cieśla Stoughton nie był praw,
gdy szydził ze mnie. Ciekawe, pomyślał, dokąd też poszedł
cieśla Stoughton za piękną czarnowłosą Annabel Prentiss? Ciekawe,
gdzie też jest i co porabia Izmael Sassamon? I czy coś wytropił?

* * *

Pierwsze ślady, na które natknął się Izmael Sassamon,
wiodły od opłotków ku rzeczce. Indianin słyszał dobiegający znad wody
stuk kijanek. Żadna z praczek nie mogła jednak być ściganą
Hargraves. Hargraves utykała na nogę, Izmael napatrzył się już
na ślad jej stopy, poznałby go nawet w nocy.

Skręcił za drewnianą szopę, wyszedł na warzywnik w szpalerze
słoneczników. Wywęszył dym, szybko zlokalizował jego źródło –
pasiekę. Dwie kobiety w kapeluszach i siatkach, w tym jedna, sądząc
z wzrostu, raczej dziewczynka, podbierały miód, okadzając brzęczące
nad ulami pszczoły. Izmael przez chwilę obserwował pszczelarki, z obowiązku,
dla zupełnej pewności. Wyższa była podobnej budowy co tropiona
Hargraves. Ale, stwierdził po chwili Indianin, to nie była ona. Poruszała
się inaczej.

Poszedł dalej. A za kolejnym opłotkiem, w otwartej drewutni,
natknął się na Faith Clarke. Matkę małej Verity.

Ukłonił się, nisko spuścił głowę, chciał wyminąć kobietę,
nie podnosząc na nią oczu. Gdy przechodził, chwyciła go za rękaw.
Chciał się wyszarpnąć, nie pozwoliła. Indianin rozejrzał się płochliwie,
przerażony nie na żarty.

– Nie lękaj się – powiedziała.

Łatwo ci mówić, Jengizko, pomyślał. Za coś podobnego, za o
wiele niewinniejszy kontakt z białą kobietą przed dwoma laty wychłostano
go bezlitośnie, do krwi.

– Nikt nas nie widzi i nie zobaczy – kobieta zdawała się
czytać w jego myślach. – A ja chciałam zadać ci kilka pytań,
biblijny Izmaelu Sassamon. Pierwsze brzmi: czy zdajesz sobie sprawę
z faktu, że wcale nie nazywasz się Izmael Sassamon?

– Nie zdajesz – stwierdziła, gdy nie odpowiedział, gdy nawet
nie drgnęła jego ciemna, grubo ciosana twarz. – A to, z jakiego
pochodzisz plemienia, wiesz? Odpowiedz.

– Passamaquody.

Pośrodku drewutni, wśród drzazg i wiórów, stał duży pieniek
do rąbania drewna. Faith Clarke pochyliła się i położyła na
nim kilka przedmiotów. Izmael Sassamon zadygotał. Wewnętrznie. Na
zewnątrz nie dał najmniejszego nawet pozoru zaskoczenia.

Wampum z białych i purpurowych muszli. Trzy związane orle pióra. I
pokomokon, kanciasta maczuga z twardego drewna.

– Interesujący to zaiste – ciągnęła kobieta, przypatrując
mu się uważnie – i przykry zarazem zbieg losu, że to właśnie
ty wysługujesz się jako pies gończy u potomka kaznodziei baptysty
i prostytutki z East Endu, wyciągniętych z więzienia w Newgate, przemocą
załadowanych na statek i wysłanych do Nowego Świata. Nie jesteś
bowiem Passamaquody i imię twoje nie Izmael.

I tym razem Indianin nie dał poznać po sobie niczego.

– Nie jesteś Passamaquody i imię twoje nie Izmael – powtórzyła
śpiewnie Faith Clarke. – Jesteś z rodu Łosi, z plemienia
Wampanoagów, a zwiesz się Pokumtuk, syn Wahunsy, który był synem Ninigreta.
Ta, którą uważałeś za matkę, ukryła twoje prawdziwe imię i
pochodzenie, zataiła je, by nie dowiedziano się, że jesteś
dzieckiem Menomini, siostry Metacometa, wielkiego sachema Wampanoagów.
Tak, tak, tego samego, którego Jengizi nazywali Królem Filipem, przywódcę
wielkiego powstania w roku tysiąc sześćset siedemdziesiątym piątym.
Tego, czyje imię wciąż budzi wśród Jengizów strach. Które
kojarzy im się z krwią i pożogą.

Eia ei ei, eia ei

Eia ei, ho oho ei

Ate, heie lo

Ate, heie lo

Nawet nie złowił momentu, w którym zaczął kołysać się i cicho śpiewać
do wtóru.

– Drżyjcie, Jengizi! Nadciągają Wampanoagowie, idą Narraganseci,
idą Naszuowie, idą wojownicy Nipmuków i Pequotów! Zemsta! Wytoczymy
waszą krew, Jengizi, potopimy was w morzu, zza którego przybyliście,
by ukraść nam ziemię, by mordować nas i zarażać chorobami.
Zemsta! Dobry biały to martwy biały! Czy pamiętasz, Pokumtuku, synu
Wahunsy? Miałeś tylko sześć lat, ale musisz pamiętać! Jak
lała się krew Jengizów pod nożami i tomahawkami wojowników, jak
pierzchali w popłochu, jak płonęły ich osiedla! Musisz pamiętać, jak
ogień szalał na dachach domostw Swansea, Taunton, Middlefrantic, jak
płonęły Brookfield, Hadley, Northfield, Deerfield, Medfield i Wrentham…

Eia ei ei, eia ei

akue-de, ate lo

aia-ku, eia ho

Ate, eia ho

– Płonęły – ciągnęła kobieta mówiąca już w języku, który
Izmael zaczynał sobie z trudem przypominać – nie tylko ich domy.
Ogień pożerał ich szkaradne angielskie nazwy. Przechrzczone przez
Jengizów miejscowości oczyszczały się w ogniu, odradzały, stawały
się na powrót tym, czym były: Opechancanough, Nonantum, Natick, Kiskimin,
Pohkopopuk, Wapange, Massapequa, Muttamussimsack, Tawakoni, Lapowinsa….

Eia ei ei, eia ei

Eia ei, ate lo

Ate, heie lo

Ate, eia ho

– Rychło jednak runęły nadzieje, zwycięstwo zamieniło się w klęskę,
a klęska w rzeź. Wielkiego sachema Metacometa, zwanego Królem
Filipem, zdradziecko zamordował przekupiony przez Jengizów renegat.
Twojego ojca, Wahunsę, rannego Jengizi zakłuli szpontonami na Wielkich
Bagnach Okeefenokee. Twojej prawdziwej matce, Menomini, córce Kinikwy,
roztrzaskali głowę kolbą muszkietu. Weź wampum. Weź pokomokon.
Weź i to.

Izmael Sassamon – Pokumtuk – zobaczył na pieńku tomahawk.
I nóż, piękny, długi, ostry stalowy nóż, taki, jakimi handlowali
niegdyś Holendrzy z Albany.

– Dobry Jengiz – powiedziała kobieta – to martwy Jengiz.

Eia ei, eia ei

Ate, heia lo

Eia ei, ate ho

Izmael Sassamon, wciąż tańcząc, rozpiął i zrzucił kaftan. Schenectady,
myślał gorączkowo, nie żadne Albany. Nie Worcester,
lecz Quisingamon, nie Belmont, Lynn i Arlington, lecz Pequoset,
Saugus i Menotomi. I Shawmut, nie Boston. Precz z Bostonem.

Rozdarł i rozerwał na sobie koszulę. Precz z shirt. Precz z
boots. Precz z breeches i stockings.

Ate, heia lo

Eia, eia ei…

Izmael Sassamon odradzał się i oczyszczał, pozbywając imion i nazw.

* * *

Adam Stoughton przysłonił oczy dłonią, na moment oślepiło go słońce.
I tego momentu wystarczyło. Annabel Prentiss, czarnowłosa pięknisia,
którą śledził, znikła. Zwyczajnie znikła.

Postał chwilę, porozglądał się. Małomówni cieśle cudzoziemcy znikli
z budowy. Teraz przy szkielecie wznoszonego spichrza ustawiono długi
stół, krzątały się przy nim trzy kobiety. Dwie z nich, bardzo młode,
czarniutką i jaśniutką, widział już. To były te dwie, które
tak wpatrywały się w Jasona Riveta, gdy poprzednio chodził tu z chłopcem.
Na werandzie pobliskiego domu, wśród pęków ziół, siedziała trzecia
z tych, które już widział – ta korpulentna, paląca fajkę.

Zawrócił. Przez moment rozważał koncepcję powrotu do świetlicy,
nie żeby posilać się czy słuchać pastora, ale by zdrzemnąć się,
oparłszy plecami o bieloną ścianę. Ale nie zrobił tego. Z myśli
nie schodził mu widok osio wciętej talii Annabel Prentiss. I zgrabnego
tyłeczka, zarysów którego nie mogła zamaskować spódnica. Przestąpił
z nogi na nogę i poprawił pludry w kroczu.

We wrotach stodoły błysnęła biel. Adam Stoughton dokładnie nie widział,
co to było. Ale podejrzewał. Coś, jakaś nieodparta chęć, jakiś
rozkaz czy mus kazały mu wejść. Jego podejrzenia były słuszne.
Okazało się to natychmiast, gdy tylko wzrok przyzwyczaił mu
się do półmroku.

– Wiedziałam – powiedziała Annabel Prentiss. – Wiedziałam,
że przyjdziesz za mną.

Cieśla przełknął ślinę, czując, że się czerwieni. Kobieta
zaśmiała się, lekko, swobodnie, perliście. Stała wsparta o słup
stodoły, zmysłowo przechylona.

– Ależ – zmieniła pozę na jeszcze bardziej zmysłową –
nie ma się czego wstydzić, mój panie. To przecież normalne. Zwykle
dążymy do tego, czego pragniemy, idziemy za czymś, do czego
czujemy nieodparty pociąg. A ty przecież czujesz do mnie nieodparty
pociąg. Przyznaj.

Cieśla nie przyznał. Annabel Prentiss zaśmiała się znowu.

– Czujesz, czujesz – zapewniła. – Widziałam, jak na mnie
patrzyłeś. Rozbierałeś mnie wzrokiem. Jak przed sądem, gdzie
sądzą za czary. Co? Panie stróżu prawa z Watertown? Przecież
to standardowa procedura, postępowano tak w Salem i Andover, w Medford
i Lynn, robiono tak w Charlestown, postępuje się tak samo przed sądami
wszystkich innych miast i hrabstw Kolonii Zatoki Massachusetts. Nie
mylę się, prawda? Sędziowie rozbierają dziewczynę do naga, gorliwie
szukając na niej znaku, piętna, znamienia diabła. O, nie wątpię, że
prawdziwie święty ferwor i zapał wstępują wówczas w czcigodnych
panów sędziów! Pilnie patrzą, oglądają, zaglądają wszędzie, w każdy
kątek i zakątek, pomagając sobie, gdy trzeba, poślinionym palcem.
A jaka radość, gdy znajdują, bo wszakże zawsze coś się
znajdzie! Prawda, panie obrońco ładu? Przecież sam widziałeś
coś takiego, sam przy tym byłeś obecny.

Nim cieśla zdążył zareagować, Annabel Prentiss
szybko rozpięła i zrzuciła kaftanik. Pod nim miała cienką bluzkę,
zupełnie nie kryjącą kształtów. Bardzo atrakcyjnych kształtów. Stoughton
z wysiłkiem przełknął ślinę. Wyjść stąd, pomyślał. Muszę
natychmiast stąd wyjść, inaczej to może skończyć się źle.
Ta baba to wariatka.

– Tak, byłeś obecny – powtórzyła Annabel
Prentiss. – Byłeś świadkiem, gdy przed sądem hrabstwa
Middlesex rozbierano Janet Hargraves. I dobrze wiem, co sobie wtedy
wyobrażałeś. Wiem też, co sobie wyobrażałeś później,
w nocy, gdy zamykając oczy spełniałeś obowiązek małżeński
z twą ślubną żoną, która przez osiem lat trwania związku nie
pozwoliła ci unieść koszuli powyżej tego, co absolutnie konieczne
i nie inaczej, jak w zupełnych ciemnościach. Dlatego pojechałeś
z pastorem i konstablem, dlatego wziąłeś udział w pościgu.
Prawda? Bo od kościstej żony w pokutnej koszuli do pięt milszy
ci i rozkoszniejszy grzech Onana, w mroku biwaku, z zaciśniętymi
powiekami, pod którymi bezustannie widzisz nagą czarownicę.

Wyjść, myślał cieśla, czerwony jak burak.
Natychmiast stąd wyjść!

Ale nadal nie był w stanie zrobić choćby kroku. Wytrzeszczał
tylko oczy. Annabel Prentiss uśmiechnęła się. I wolno zaczęła
rozpinać bluzkę.

– Myślisz – odgadła – że to czary,
że magicznie czytam w twoich myślach? Nie muszę, twoje myśli
są banalne, oczywiste i przejrzyste jak źródlana woda. Czytam
i widzę każdą z nich, także tą, że ty nie wierzysz ani
w czary, ani w czarownice. Ha! Takiś pewien swego? Lepiej nie
ryzykuj, sprawdź, przekonaj się naocznie. I namacalnie. No, chodź
tutaj do mnie. Zobacz. Dotknij.

Pod bluzką, już rozpiętą, był stanik na zdobionych koronkami ramiączkach.
Adam Stoughton nigdy nie widział czegoś podobnego. Ale często
sobie wyobrażał.

– Obejrzyj mnie dokładnie – Annabel Prentiss wyprężyła
ramiona, dzięki czemu mocno odsłonięte półkule piersi jeszcze bardziej
wystąpiły z objęć stanika. – Obejrzyj mnie wszędzie, cal po calu.
Może zobaczysz na mnie znamię Bestii, klejmo Szatana. Może
tu, między dwoma zwykłymi, zobaczysz trzeci sutek, ten, który na sabatach
daję ssać Diabłu. Chodź. Zajrzyj. Dotknij.

– Lękasz się twego pastora? – Znowu odgadła, gdy nie uczynił
ani kroku, ani ruchu. – Nie lękaj się. Gdy spyta, cośmy tu
robili, powiesz, że czytaliśmy psalmy. I Pieśń nad Pieśniami.
Chodź do mnie, o ty, którego miłuje dusza moja, wskaż mi,
gdzie pasiesz swe stada, gdzie dajesz im spocząć w południe, abym
się nie błąkała wśród stad twych towarzyszy.

Podeszła do niego tak lekko, że zdawała się płynąć na wietrze,
nie dotykając stopami rozsypanej na polepie słomy. Cieśla stał
jak słup, jak wykapana żona Lota.

– Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu – zacytowała znowu,
obejmując go – jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć
potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak
Szeol.

Nie opierał się i nie protestował, gdy pociągnęła go na stertę siana.
Pachniała mydłem.

– Wody wielkie – wyszeptała – nie zdołają ugasić miłości,
nie zatopią jej rzeki. Ściągaj portki, mój panie.

Adam Stoughton wtulił twarz w jej czarne włosy. Ten szczeniak Jason
miał trochę racji, przemknęło mu przez myśl. To nie są zwykłe
kobiety, nie takie, jakie znałem i spotykałem. One wszystkie pachną
mydłem, wszystkie, nawet mała Verity. Wszystkie pachną mydłem, myślał,
gwałtownymi ruchami rozedrganych dłoni szarpiąc haftki koronkowego
stanika. Piersi Annabel Prentiss wyskoczyły spod tkaniny jak dwie
żwawe, zuchwałe i agresywne bestie. Adam Stoughton zajęczał i
wpił się w nie ustami i dłońmi, zbyt mocno może i zbyt gwałtownie,
bo kobieta pacnęła go w czoło otwartą dłonią, zmitygowała. Sama zajęta
była klamrą jego pasa i klinem pludrów, gdy poradziła sobie z zadaniem,
gdy dotarła do sedna i zachłannie chwyciła owo sedno w garść,
cieśla jęknął rozdzierająco i wyprężył się. Przez chwilę
miał wrażenie, że to on jest dodatkiem do swej własnej męskości,
a nie odwrotnie. Ściągnął czarnowłosej stanik i bluzkę z ramion,
ściskając je, przywarł ustami do sutka twardego jak gutaperka,
gładząc i miętosząc drugą pierś, zadarł spódnicę. Znowu był zbyt
gwałtowny i Annabel Prentiss znowu go zmitygowała, tym razem silnym,
naprawdę silnym ściśnięciem pięści i tego, co w niej dzierżyła.
Adam Stoughton zawył i podkurczył kolana. Kobieta chwyciła go za
barki, przewróciła na wznak – była silna i zdecydowana, nie zdołałby
się jej chyba oprzeć nawet, gdyby chciał. Siedząc całym ciężarem
na jego łydkach jednym szarpnięciem zdarła mu pludry. I skoczyła na
niego. Jak pantera. Cieśla zawył jeszcze głośniej, ale nic
nie mógł zrobić, przyparty do siana i zaklinowany jej udami i kroczem.
Annabel Prentiss pochyliła się i zajrzała mu w oczy, uśmiech odsłonił
jej zęby. Uniosła się powoli, prawie do samego końca i
kraju, powoli opuściła. Pochyliła korpus, obdarzając jego dłonie
tym, czego pragnęły. Adam Stoughton zajęczał, ale tym razem już
tylko z żądzy i rozkoszy. Ruchy kobiety stały się opanowane, kontrolowane,
spokojne – nie groziło mu już zmiażdżenie tego, co
miał najcenniejsze. W jego skroniach i uszach krew tętniła i szumiała
jak ocean.

Rychło – zbyt rychło – było po wszystkim. Annabel Prentiss
nie zmieniała pozycji. Westchnęła tylko, zdmuchnęła z nosa źdźbło
siana. Adam Stoughton żałował, że było po wszystkim. A za
moment skonstatował, że nie tylko on żałuje. Skonstatowała
to też kobieta.

– No, no – powiedziała nie bez przyjemnego zaskoczenia w
głosie. – Nie pomyliłam się względem ciebie, stróżu prawa
i ładu. Dobrze wybrałam. Bo jesteś mój. Wiesz już chyba, że
jesteś?

Adam Stoughton nie skomentował ani o nic nie zapytał. Annabel Prentiss
wytarła swędzący nos wierzchem dłoni, oburącz wzburzyła czarne włosy,
wsparła się dłońmi o barki cieśli, mocniej ścisnęła go kolanami,
uniosła się powoli i powoli opuściła, raz, drugi, trzeci, coraz
szybciej i szybciej. Adam Stoughton jęczał i przewracał oczami, wodząc
dłońmi po jej rytmicznie tańczących piersiach. Zapomniał o bożym
świecie. Nic się już nie liczyło. Ani Janet Hargraves, ani
pościg, ani wielebny Maddox, ani król, ani prawo i sądy Kolonii
Zatoki Massachusetts.

Nic.

* * *

Dorothy Sutton nadal haftowała. Jemima Tyndall obserwowała pająka,
spuszczającego się po nitce z belki sufitu.

– Po Salem – podjął swą opowieść wielebny Maddox –
dała ta diabelska zaraza znać o sobie i w Andover, i w Charlestown,
i w Dorchester, także w Lynn, w Medford, w Roxbury, wreszcie zaś,
w rok po salemskich incydentach, i u nas się pojawiła, w Watertown.
Różne zagadkowe miały miejsce wydarzenia. Młode dziewczęta dostawały
konwulsji i drgawek, przeróżne zgrozę budzące słowa wykrzykiwały
w malignie. Kilka kobiet poskarżyło się na występującą u ich mężów
niemoc członków męskich, niechybnie za sprawą uroków. Padło niebawem
podejrzenie na Mary Hargraves, wdowę po marynarzu. Aresztowano ją
i poddano śledztwu. Ale wiedźma do niczego przyznać się nie
chciała.

– Mimo – Jemima Tyndall oderwała wzrok od pająka – zastosowania
mocnych perswazji?

– Oszczędź sobie sarkazmu, niewiasto – warknął konstabl
Corwin. – Choć iście to dziwne, ale kilkakrotnie już udowodniłaś,
żeś nie głupia, tedy głupiej nie udawaj. Dobrze wiesz, że
tortur w śledztwie stosować nie wolno. Prawo tego zabrania. Nikt,
ani w Salem, ani w Andover, ani nigdzie indziej nie torturował czarownic
w śledztwie. Nikt nie torturował też starej Hargraves.

– I nie przyznała się do niczego. Prawda?

– Nie przyznała – przyznał ponuro Maddox. – Ale dowody
były bezsporne. A złożone przed sądem zeznania nie pozostawiały
wątpliwości. Wiedźmę Hargraves pogrążyły inne aresztowane
czarownice. Zeznały pod przysięgą, że to Hargraves własnoręcznie
przyrządzała z wytapianego z niemowląt smalcu maść do latania.
Że to Hargraves na sabatach dawała im do podpisania Czarną Diabelską
Księgę. Że brała od diabła i dawała innym ohydną świętokradczą
komunię: czerwoną hostię i czerwone wino. Krew, znaczy.

– Niesamowite. Po takich zeznaniach Mary Hargraves oczywiście
przyznała się?

– Nie – zacukał się konstabl. – Nie przyznała się i wówczas.
Trwała w uporze. Wtedy aresztowano jej córkę, Janet Hargraves. Ta
również początkowo nie chciała się przyznać. Dopiero później…
Po tym, jak stara zmarła w więzieniu… Gdy skrupulatne badanie wykryło
u niej w kroczu znamię Diabła, gdy obciążyli ją wszyscy świadkowie,
Janet wyznała winę. Była, jak jej matka, czarownicą.

– Ach. Niewiarygodne.

– Ale prawdziwe. Zapadł wyrok: śmierć przez powieszenie.
Ale nim go zdołano wykonać, czarownica uciekła z więzienia. Niewiadomym
sposobem, niezawodnie posługując się czarami. Wzięto w areszt dozorców,
ci klną się, że nie wiedzą, co się z nimi działo, że wiedźma
ich zauroczyła. Może to być, bo urodziwa jest…

– Urodą diabła – warknął Maddox. – Której ulec może
tylko grzesznik. Ci, spod dozoru których czarownica zbiegła, odkupią
ów grzech. Odkupią, a srogo. Już ja się o to postaram.

– Nie wątpię – kiwnęła głową Jemima Tyndall i wstała. –
Raczą panowie wybaczyć. Obowiązki.

Pastor oczami dać znał konstablowi. Corwin kiwnął głową.

– Ano, idźcie, idźcie – powiedziała Dorothy Sutton.
– My zaś tu sobie jeszcze z wielebnym pogwarzymy. Bo ciekawa
jestem takiej sprawy: podobno sam gubernator Kolonii, sir William
Phipps…

Henry Corwin nie dosłyszał reszty, spiesząc do wyjścia za Jemimą
Tyndall.

* * *

Przy szkielecie wznoszonego spichrza stał długi stół nakryty obrusem,
krzątały się przy nim trzy kobiety, rozstawiając talerze i misy. Corwin
zobaczył, że od strony rzeki wracają, zakończywszy ablucje, mężczyźni.
Było ich wielu, piętnastu może, wśród nich zarówno cieśle
z budowy, jak i drwale z wyrębu.

Odwrócił się szybko, zagapiony niemal zapomniał o kobiecie, którą
miał śledzić. Jemima Tyndall nie znikła jednak, szła wolno, zatrzymując
co i rusz i oglądając się, jakby sprawdzając, czy konstabl podąża
za nią. Dobrze, pomyślał gniewny, jeśli to ma być zabawa,
to zabawmy się obydwoje.

Ruszył w jej kierunku, ale po kilku krokach przystanął, przysłonił
oczy dłonią, udał, że patrzy na dachy domów, na kołującego wysoko
nad nimi jastrzębia. Kobieta skręciła za węgieł domu, konstabl przyspieszył
kroku, podbiegł nawet. Za domem stała duża szopa, zdążył jeszcze
zobaczyć, jak drzwi chwieją się na zawiasach. Po chwili namysłu wszedł.

Jemima Tyndall była tam, stała w skośnej, gęstej od
kurzu smudze światła, wpadającego przez dziurę w strzesze.

– Sam przyznałeś – przerwała obcesowo niezręczne milczenie.
– Sam niedawno przyznałeś, że nie jestem głupia. Doceniam
komplement, wiem, że niemało cię kosztował. Skąd więc teraz śmieszne
mniemanie, że śledzona dokądkolwiek cię doprowadzę?

– Wcale nie liczę – odchrząknął – że dokądkolwiek
mnie doprowadzisz.

– Na cóż więc liczysz?

– Są różne sposoby na dotarcie do prawdy.

– Są, zaprawdę – przyznała. – Stosowania większości
z nich, zwłaszcza tych najbardziej skutecznych, zakazuje jednak prawo,
sam niedawno mnie w tym względzie raczyłeś pouczyć. Chociaż
tobie nie bardzo ten zakaz przeszkadzał w Watertown. Prawda?

– Ty dużo wiesz – warknął konstabl. – Naprawdę dużo.
Chwalisz się tą wiedzą, starasz się postraszyć mnie nią, udając wieszczkę,
wróżbiarkę czy magiczkę. Wiedz, że próżne to zachody.

Uśmiechnęła się. Ale nie był to uśmiech wesoły. Jej chuda,
woskowa twarz nabrała przez to podobieństwa do trupiej główki.

– Wiem – potwierdziła – że próżny. Ty przecież
nie wierzysz w magię i czary. Nie wierzyłeś w nie, fabrykując
oskarżenie przeciw Mary Hargraves. Bo wszakże to ty sfabrykowałeś
to oskarżenie, na fali płynącej z Salem mody. Jednych świadków
przekupiłeś, innych nastraszyłeś, jeszcze inni dołączyli samorzutnie,
radzi i szczęśliwi, że mogą komuś zaszkodzić. A w gruncie
rzeczy szło przecież o majątek starej, o ziemię i gotowiznę, które
zostawił jej mąż żeglarz.

– Ty – wycedził Corwin – trochę za dużo wiesz, babo.

– Ba, bardziej jeszcze cię zaskoczę. Tym, co twoim planom przeszkodziło,
było, o dziwo, Salem właśnie. Salem było słynne i wszyscy, w tym
i Mary Hargraves, wiedzieli, dlaczego podczas śledztwa zakatowano
tam na śmierć Gilesa Cory. Przyznanie się do zbrodni jest warunkiem
koniecznym orzeczenia konfiskaty mienia, albowiem confessio
est regina probationum. Giles Cory majątek zapisał mężom córek,
bezpiecznych daleko w Wirginii. Zniósł tortury, nie przyznał się do
bzdurnych zarzutów. Umarł, zamęczony, ale testowanego majątku nie
można było odebrać. Zabrakło przyznania się do winy.

– Mów – Corwin odsłonił zęby w wilczym uśmiechu. –
Mów dalej. Ja słucham pilnie.

– Choć schorowana, Mary Hargraves zniosła wszystko, co robiono
jej w śledztwie. I umarła. Ale ty nie mogłeś dopuścić,
by powtórzył się casus Gilesa Cory. W odróżnieniu od zięciów
Gilesa Cory, spadkobierczyni Mary Hargraves była pod ręką. Jej córka,
Janet. Można było zatem oskarżyć i ją. I znowu nie zabrakło
świadków latania na miotle, przysiąg na Czarną Księgę, całowania
Diabła w odbyt, połykania czerwonej hostii, znowu znalazły się kukiełki,
te nadziane kozią sierścią i te z wbitymi szpilkami, znowu jakaś
bogobojna żona nie miała wątpliwości, kto przyprawił jej małżonka
o trwałe sflaczenie członka męskiego. A Janet Hargraves poddano w
więzieniu w Watertown tym samym procedurom, co jej matkę. Nadal słuchasz
pilnie?

– Cała twoja wiedza, babo – powiedział wolno konstabl –
wbrew temu, co nachalnie starasz się zasugerować, nie bierze się z
twej wielkiej i nadprzyrodzonej mądrości, bynajmniej nie. Wszystko,
co wiesz, po prostu zasłyszałaś. O wszystkim ktoś ci opowiedział.
Nie pytam, kto to taki, albowiem wiem, wyznania są mi zbędne. Wyznasz
mi więc tylko, gdzie ten ktoś się skrywa.

– Tylko – powtórzyła drwiąco Jemima Tyndall. – Nic więcej?
A jak, ciekawość, wyciśniesz ze mnie takie wyznanie? Zastosujesz
te same metody, co wobec kobiet z Salem i Mary Hargraves? Pozbawisz
mnie snu? Wody? Oszukasz obietnicą łaski? Zwiążesz na całą noc
w kabłąk, piętami do szyi niemal, tak by rano krew strumieniami lała
mi się z nosa? A może – jak Janet Hargraves – zwyczajnie
zgnieciesz mi stopę za pomocą sznura skręcanego kołkiem? Och, konstablu,
dziękuj twemu Bogu, że nie wolno mi cię skrzywdzić, przyczynić
ci bezpośredniej szkody. Szkoda zaiste, bo wielką mam na to ochotę.

Corwin wolno podszedł do słupa, zdjął z haka zwój konopnego powroza.

– W odróżnieniu od ciebie, babo – powiedział, szarpnięciem
sprawdzając moc sznura – ja po temu, by cię skrzywdzić, mam zarówno
możliwość, jak i chęć. A że chęć szczera i mocna,
toteż i krzywda będzie duża. W trzy pacierze wyśpiewasz
mi wszystko, co wiesz. A nie, to ci stawy pokruszę.

– Spróbuj.

Gdy skoczył ku niej, wykonała tylko jeden mały krok w bok, odsłaniając
małe drzwiczki w tylnej ścianie szopy. A w drzwiczkach stanął
Izmael Sassamon. Konstabl ledwo go poznał.

Henry Corwin był człowiekiem odważnym. Nie sparaliżowała go
trwoga, a mało kto nie uległby trwodze na widok Izmaela Sassamona.
Indianin był nagi, biodra tylko spowijała mu podarta, ściśnięta
pasem koszula. Twarz, od czoła po podbródek, miał uczernioną węglem
drzewnym, włosy związane w czub i udekorowane orlimi piórami,
tors pokryty malunkiem z sadzy, gliny i czerwonej kory.

Henry Corwin nie uląkł się. Błyskawicznie wyciągnął spod surduta pistolet,
odwiódł kurek i wypalił Indianinowi prosto w twarz. Ale Izmael Sassamon
był nie mniej szybki. Odbił lufę, kula utkwiła w belce nad drzwiami.
W kłębie dymu i sypiącego się z powały kurzu konstabl na moment
stracił orientację. I już jej nie odzyskał.

Izmael Sassamon wyrżnął go w bok głowy pokomokonem.
Konstabl zachwiał się, a Indianin poprawił takim ciosem, że chrupnęła
i wgniotła się kość skroniowa. Corwin upadł, charcząc, wyprężone
kończyny dygotały mu spazmatycznie.

Indianin ukląkł mu na plecach. Chwycił za harcap. Wyciągnął
zza pasa nóż, stalowy nóż, jakimi handlowali Holendrzy z Schenectady.
Okrężnym cięciem przeciął skórę na czaszce konstabla, nad
czołem, uszami i potylicą. Nigdy w życiu tego nie robił, ale
poszło mu bardzo sprawnie.

Szarpnięcie, szybkie płaskie cięcie po ciemieniu, znowu
ostre szarpnięcie. Konstabl zakrzyczał, zakrzyczał tak, że kurz
ponownie sypnął się ze szpar dachu i ścian. Izmael chlasnął go
nożem po grdyce. Potem zerwał się, potrząsając skalpem.

– Hiiih ei ei ei eeeieia hiiiiih!

Jemima Tyndall przyglądała się z uśmiechem, nadającym
jej twarzy wygląd trupiej główki.

* * *

– To zaczarowana wieś… – wyjęczał Jason
Rivet, cały rozdygotany po tym, co widział przez szparę między belkami
szopy. – Po co myśmy tu przyjechali… To wszystko są czary…

– Nie bredź – warknął wuj William.

– Nie bądź głupi, chłopcze – szczeknął wielebny
Maddox.

Jason ostrzegł ich w porę, już wszyscy byli na zewnątrz
– pastor, Abiram Thorpe z muszkietem, wuj z garłaczem. Z przed
domów, z werand, obserwowały ich kobiety. Milczące. Nieruchome jak
słupy u podsieni.

Przy szkielecie stawianego spichrza, za długim stołem
zasiadali mężczyźni. Jedli w ciszy, wolno unosząc drewniane
łyżki. Nie interesowało ich nic. W tym i nadchodzący Izmael Sassamon,
śpiewający, krzyczący, wywijający nożem i tomahawkiem, nagi,
z uczernioną gębą, upaprany gliną, zbryzgany krwią.

– Ei eia eia ei, ei eia ei…

– Stój, Izmaelu! – ryknął pastor. – Imieniem Pana rozkazuję
ci się zatrzymać! Izmaelu!

– Pal, Abiramie – syknął William Hopwood, widząc,
że Indianin nie tylko nie zamierza się zatrzymać, ale wręcz podrywa
do biegu. – Pal! Poślemy go do diabła! Poślemy do diabła
Czerwoną Skórę!

Jednocześnie pociągnęli za spusty. Garłacz Williama
Hopwooda zasyczał, zasmrodził i zadymił palonym na panewce prochem.
Muszkiet trapera szczęknął tylko metalicznie.

– Chryste… – jęknął Abiram Thorpe, patrząc
na puste szczęki kurka. Nie było skałki. Musiała wypaść spod obluzowanej
śruby. – Chryste!

William Hopwood drżącymi rękami sięgnął po prochownicę.
Abiram miał już czas na to tylko, by porwać muszkiet za lufę i
zawinąć nim, wymierzając straszliwy cios w głowę atakującego Izmaela.
Indianin zwinnie zanurkował jednak pod kolbą, ciosem na odlew wbił
mu nóż w brzuch, a gdy traper zgiął się wpół, potężnym uderzeniem
tomahawka rozwalił mu czaszkę.

– Izmaelu! – wrzasnął Maddox. – Opamiętaj się, szaleńcze!

William Hopwood upuścił garłacz, wymierzył z pistoletu.
Izmael Sassamon zawirował i cisnął tomahawkiem, toporek trafił wuja
prosto w rękę trzymającą broń, odbił się, uderzył w twarz. Wuj William
siadł ciężko, a pistolet wypalił. Pastor charknął dziwnie i zatoczył
się, na białym kołnierzu wykwitła wielka plama krwi. Nadaremnie usiłując
uchwycić się słupa, wielebny Maddox runął na schody. Jason Rivet skulił
się pod płotem.

Izmael Sassamon schylił się nad ciałem Abirama Thorpe’a,
chwycił go za opryskane mózgiem włosy. William Hopwood, rękawem tamując
lejącą się z twarzy krew, podsypał jakoś panewkę garłacza, odwiódł
kurek i władował w Indianina pół funta siekańców.

Izmael poleciał do tyłu, runął, wzniecając chmurę pyłu.
William Hopwood zaryczał dziko i triumfalnie, odrzucił garłacz, dobył
noża, dopadł powalonego Indianina w trzech skokach, ucapił za
związane w czub włosy, ciął, wciąż rycząc, nad uchem, krew trysnęła
mu na ręce i twarz. W euforii skalpowania na nóż, który Izmael
miał w ręku, zwrócił uwagę dopiero wówczas, gdy klinga wbiła mu się
w brzuch. Indianin mocno szarpnął nóż ku górze, William Hopwood
zaskrzeczał makabrycznie, rzygnął krwią. I upadł.

Izmael wstał. Jason Rivet zakrzyczał cienko, kuląc się
do ziemi. Indianin obrócił głowę, dziwnie ją przekrzywiając. I dostrzegł
go. Jason zakrzyczał znowu.

Siekańce wybiły Izmaelowi jedno oko, rozwaliły policzek,
urwały ucho, zamieniły bark i tors w krwawą papraninę zwisających
ochłapów. Mimo tego Indianin stał pewnie na nogach. Nie spuszczając
z Jasona jedynego oka schylił się, chwycił wuja Williama za włosy.

Jason Rivet zawył ze zgrozy. Izmael Sassamon potrząsnął
skalpem. Krzywiąc pokaleczoną twarz chciał wznieść okrzyk wojenny
Wampanoagów. Nie zdołał. Tuż za plecami Jasona huknęło, a pół
głowy Indianina znikło w czerwonej eksplozji.

Pastor opadł na schody, dymiąca krócica wysunęła mu się
z palców. Cały kołnierz i cały przód kaftana miał już zupełnie
przesiąknięty krwią. Jason Rivet popełzł ku niemu. Wśród ogarniającej
go trwogi i beznadziei widział na progach domów i werandach kobiety,
nieruchome jak posągi, jak kariatydy. Widział mężczyzn za długim
stołem, obojętnych, wolno unoszących łyżki. Czary, myślał
gorączkowo, to czarna magia, to są czarownice, to jednak ja
miałem rację, przyjechaliśmy tu na naszą własną zgubę…

– Wielebny… To są… czarownice…

John Maddox zatrząsł się spazmatycznie i rozkaszlał, opluwając
Jasona krwią. Jego oczy – do tej pory upiornie świecące samymi
białkami – oprzytomniały nagle i znormalniały, stały się złe i
wrogie. Skarci mnie, pomyślał Jason, nawet umierając mnie
skarci. Wielebny zacharczał.

– Uciekaj stąd… chłopcze – ledwie zrozumiale
skarcił Jasona. – Ruszże się…. Nie mitręż…

Jason uniósł się z kolan. Rozejrzał. Otarł twarz, rozmazując na niej
krew pastora. I rzucił się do ucieczki. Między domy, za wychodek,
z którego, jak wiedział, blisko już było do rzeczki, łozy i lasu.

Nie zdołał zrobić nawet trzech kroków.

Nagle poczuł się tak, jak gdyby u każdej z nóg miał
stufuntowy ciężar, a na plecach kamień młyński. Ubity grunt przeobraził
się niespodzianie w grząski i ciągliwy szlam, w bagnisko, w które
chłopiec zapadł się powyżej kolan. I tkwił tak, schwytany, unieruchomiony
i bezradny jak owad w lepkim wnętrzu drapieżnej orchidei.

Strach sparaliżował go tak, że nie mógł
nawet krzyczeć.

– Brawo – usłyszał głos Dorothy Sutton. –
Bardzo dobrze, panno Patience Whitney. Znakomicie rzucony czar, panno
Ellen Bly. Chwalę panny.

– Ja złapałam go pierwsza! – wrzasnęła Patience
Whitney, ta czarniutka, chwytając Jasona za rękaw. – Zostaw go,
Ellen!

– Wcale że nie! – cienko odwrzasnęła Ellen
Bly, ta jaśniutka, łapiąc za drugi rękaw. Chłopiec zawisł niemal,
rozkrzyżowany między nimi. – To ja złapałam go pierwsza!

– Akurat! Puszczaj!

– Sama puszczaj!

– Spokój, spokój, moje panny – ostro zmitygowała
obie Dorothy Sutton. – Złość piękności szkodzi. I nie
ma co skakać sobie do oczu o zdobycz, bo zdobycz nie wasza. Chłopaka
dostanie pani Hypatia Harlow.

– Dlaczego? – rozdarła się Patience Whitney. – Z jakiej
racji niby?

– Ona już ma jednego! – zawtórowała piskliwie
Ellen Bly. – Ma już Adriana van Rijssela! Dlaczego więc Hypatia…

– Dlatego – ucięła Dorothy Sutton – że
Hypatia ma potrzeby.

– My – zawyła Patience Whitney – też mamy!

– Wy z waszymi jeszcze możecie się wstrzymać
– powiedziała Dorothy sucho. – Albo zaspokoić je w sposób,
który wam, smarkulom, jeszcze przystoi, a kobiecie dojrzałej nie.
I dość mi już o tym. Hypatio! Pozwól. Jak mawiał zmarły przed
chwilą pastor Maddox, cytując Leviticus: będziecie potrzebowali niewolników,
to będziecie ich brali od narodów, które są naokoło was. Więc bierzemy.
Weź sobie tego młodzieńca, Hypatio. Darowuję ci go.

– Dziękuję, Dorothy.

Szczękający zębami Jason Rivet poczuł zapach mydła, ziół
i tytoniu. Obrócił głowę. Zobaczył tę korpulentną, wesołą, tę, która
paliła fajkę, gdy razem z cieślą Stoughtonem chodził po osadzie.
Zobaczył jej pulchną dłoń, jej palce sięgające ku jego powiekom. Zacisnął
je. Poczuł dotyk. W głowie mu rozbłysło, w uszach zaszumiało. Jego
wola pękła, rozleciała się jak stłuczona farfurka, a świadomość
pogrążyła się w miękkim, ciepłym i obojętnym na wszystko niebycie.

– Jesteś mój – oznajmił władczy głos. – Chodź.

Usłuchał rozkazu. Myśl, że odtąd już zawsze
tak będzie, była jedną z jego ostatnich w miarę trzeźwych
myśli.

Patience i Ellen przypatrywały się ponuro, fukając, mrucząc
i mamrocząc złorzeczenia. Dorothy Sutton rozejrzała się.

– Trzeba – powiedziała – usunąć stąd te doczesne
szczątki, Jemimo. Gdzie jest Annabel?

– Jestem tu.

– Oho! Nie próżnowałaś, widzę. Zadbałaś
o siebie.

– A jakże – Annabel Prentiss z dumą spojrzała
na pustookiego Adama Stoughtona, idącego za nią sztywno i posłusznie
niczym piesek. – Kawał chłopa, prawda? Przystojny. I jurny, że
ha!

– A my? – zawyła znowu żałośnie Patience
Whitney. – A my kiedy?

– Następnym razem – zawyrokowała Dorothy Sutton.
– Annabel, czy ten stronnik prawa i króla już całkiem pod
urokiem? Opanowany? Niespodzianki nie zrobi?

– Nie zrobi – zapewniła Annabel Prentiss.

A Adam Stoughton pokazał jej, jak bardzo się myli.

Pchnął ją tak silnie, że z impetem usiadła na ziemi,
prosto pod nogami Jemimy Tyndall. Cieśla zaś rzucił się do
ucieczki. Sadził chyżo środkiem uliczki, wśród szpaleru
zaskoczonych kobiet. Przemknął obok mężczyzn, znieruchomiałych
z łyżkami w dłoniach, zamarłych, zastygłych za długim stołem jak
tableau, iście niczym parodia Ostatniej Wieczerzy.

– Zatrzymać go! – krzyknęła Dorothy Sutton.

Jemima Tyndall uniosła obie ręce, wykonała nimi gest, jak gdyby odpychała
od siebie coś niewidzialnego a ciężkiego zarazem. Adam Stoughton
wywalił się, pokulał po ziemi w obłoku kurzu, ale zaraz zerwał się,
w kilku susach dopadł zielonej dwukółki Frances Flowers, wskoczył
na kozioł, porwał bat.

– Jaaaaaaaa-haaaa!

Spłoszony wrzaskiem i chlaśnięciem bata po zadzie srokaty ogierek
z impetem wyrwał do przodu, zaś ścigające cieślę kobiety
aż przysiadły i skurczyły się pod gradem żwiru, strzelającym
spod kopyt. Dwukółka przez moment leciała za koniem, nie dotykając
ziemi kołami, potem opadła, podskoczyła na wyboju na sążeń w górę.
Uczepiony lejców Adam Stoughton przez chwilę wisiał w powietrzu, zdawało
się, że wyleci. Ale nie wyleciał. Wrzasnął, jeszcze raz smagnął
srokacza batem, dwukółka pomknęła ku lasowi jak wyścigowa kwadryga.

I byłby cieśla Adam Stoughton uciekł, gdyby nie mała Verity Clarke.

Verity szła skrajem pola kukurydzy, niosąc w czułym i mocnym objęciu
rudego kota. Kot rozcapierzał łapy i nie wyglądał na zachwyconego,
ale mężnie i godnie znosił czułości. A gdy dwukółka i Adam
Stoughton pędzili opodal, Verity upuściła kota, wycelowała palec
w wehikuł i świdrująco krzyknęła. Z piasty koła deszczem sypnęły
się iskry, buchnął dym i ogień. Srokaty ogier stanął dęba, dyszel
i orczyca pękły z trzaskiem, szleje zerwały się. Dwukółka wyleciała
w górę jak kometa z ognistym ogonem i gruchnęła o ziemię, z nieopisanym
łoskotem rozlatując się w drzazgi.

– Ja nie tak chciałam! – rozbrzmiał w ciszy cienki i żałosny
krzyk Verity Clarke. – Wcale nie tak! Ja chciałam tylko zatrzymać
kółko! Przepraszam!

Kilka kobiet poszło w tamtą stronę. Dorothy Sutton czekała, aż
wrócą, skrzyżowawszy ręce pod piersiami. Z miejsca wiedziała,
z czym wracają.

– Niestety – potwierdziła obawy Frances Flowers. – Nie
żyje. Skręcił kark. Szkoda.

– Szkoda – powtórzyła przez zaciśnięte zęby Annabel Prentiss.

– Szkoda – przyznała rzeczowo Jemima Tyndall. – Tylko
on, pastor i chłopak byli w miarę wartościowym materiałem prokreacyjnym.
Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Z tym dzieckiem należałoby
jednak porozmawiać. Poważnie porozmawiać.

– Uczynię to – zapewniła Dorothy Sutton, po czym odwróciła
się w stronę stołu, przy którym mężczyźni, znudzeni apatycznym
przyglądaniem się, wznowili posiłek. Jak gdyby nic się nie stało.

– Frances, zrób tu porządek.

– Tak, oczywiście. Panie Adrianie van Rijssel!

– Tot Uw dienst, juffrouw.

– Proszę – rzekła władczo Frances Flowers – usunąć z drogi
resztki dwukółki. Proszę schwytać konia. Proszę zabrać stąd trupy.
Proszę zanieść je do lasu i przybić do drzew. W zwykłej odległości
od osady. Czy zrozumiał pan?

– Ja, juffrouw.

– Lepiej idź z nimi, Frances – poleciła Dorothy Sutton.
– I sama dopilnuj wszystkiego.

– Dobrze.

– Verity! Chodź tu do mnie. Zostaw tego kota i chodź
tu, moja panno. Prędziutko!

– Idę, babko!

Szły wolno między domami. Dwie kobiety. Stara i otyła, w czarnej pelerynie
i czarnym kapeluszu z klamrą, trzymająca za rękę drepczącą u jej boku
młodą w niebieskiej sukience.

– Babko, ja naprawdę nie chciałam…

– Nic nie mów.

Na progu jednego z domów stała Faith Clarke. W towarzystwie młodej
kobiety o jasnych włosach. Jasnowłosa ukłoniła się.

– Nie ma już – powiedziała poważnie Dorothy Sutton
– żadnych powodów do obaw. Przeminęły. Jesteś bezpieczna,
Janet Hargraves.

– Dziękuję – Janet Hargraves dygnęła niezgrabnie, widać było,
że noga wciąż sprawia jej kłopoty. – Dziękuję. Nie wiem,
jak się odwdzięczę…

– Nie musisz się odwdzięczać.

Janet Hargraves dygnęła znowu. Bez słowa. Dorothy Sutton przyglądała
się jej. Badawczo. Ale życzliwie.

– Miałaś szczęście – powiedziała wreszcie
poważnie. – Miałaś cholernie dużo szczęścia. Ze
mną było kiedyś podobnie, w tysiąc sześćset czterdziestym,
gdy złapali mnie w Reading i pławili w Tamizie. Też miałam szczęście.
Może było pisane, że kiedyś ja kogoś uratuję, że
komuś pomogę w ucieczce. Tak, jak mnie pomogła wówczas Agnes Simpson.

– Później zdecydujemy – dodała – co z
tobą począć, nasza siostro. Wspólnie zdecydujemy. Na razie mam co
innego na głowie. Zajmij się nią, Faith.

– Oczywiście.

Słońce chyliło się ku zachodowi, czerwieniejącą powoli
kulą wisiało już nad ścianą lasu, gdy dwie kobiety, stara
i młoda, wspięły się wreszcie na szczyt wzgórza wznoszącego się nad
osadą, w zakolu Mischief Creek. Stały, milcząc, wpatrzone w horyzont.

– Mocy, którą nam dała Bogini – odezwała się
wreszcie stara czarownica – winneśmy używać, by pomagać,
ratować i leczyć. Mocą, którą mamy, winneśmy ulepszać świat.
Dlatego musimy umieć mocą naszą rozporządzać rozsądnie. A rozsądnie
to znaczy praktycznie i pożytecznie. Mocy nie wolno trwonić. Czy
pojmujesz, co mówię, panno Verity Clarke?

– Pojmuję.

– Jak to więc jest, że ty, moja panno, wiecznie
trwonisz moc na zabawki? Na rzeczy niepraktyczne? Na mechanizmy? Maszynki?
Kółka i kółeczka?

– Już przepraszałam za tę dwukółkę – naburmuszyła
się młoda czarownica. – Już mówiłam, że mi przykro i że
nie chciałam… A tak w ogóle… To…

– To co?

– Właśnie, że maszyny i kółeczka są praktyczne.
I wehikuły, które jeżdżą po drogach. Kiedyś nadejdzie
taki czas…

– Spójrz, Verity – przerwała jej stara czarownica. –
Spójrz tam i powiedz mi, co widzisz.

– No… Lasy.

– Właśnie. Lasy, tylko lasy, od Cape Cod po Luizjanę, od
Florydy po Kanadę, nic, tylko dzika, gęsta, nieprzebyta puszcza. To
jest Nowy Świat. To jest Ameryka! Tutaj nie ma i nigdy nie będzie
dróg, po których mogłyby jeździć jakieś wehikuły czy maszyny.
Tu, w Ameryce, takie rzeczy jak maszyny i wehikuły po prostu nie mają
przyszłości. Nie mają żadnej przyszłości, Verity. Dlatego
my, czarownice Ameryki, nie możemy na żadne wehikuły czy maszyny
trwonić czasu.

– Ale…

– Żadne ale. Koniec z mechanizmami. Zrozumiałaś, moja
panno?

– Zrozumiałam.

Nad sięgającymi od Cape Cod po Luizjanę i od Florydy po Kanadę lasami
bielał cienki sierp księżyca. Nad głowami czarownic bezszelestnie
przeleciał lelek.

– Kiedyś – łagodnie przerwała milczenie Dorothy Sutton,
gładząc kasztanowate włosy Verity Clarke – kiedyś będziesz
miała córki, moja panno. Córki, następne pokolenie amerykańskich czarownic.
Ważne jest, by Moc, którą im przekażesz w dziedzictwie, była
mocą prawdziwą i pożyteczną. Nie chciałabyś chyba, by jedynym,
co twe córki umieją, było psucie jeżdżących wehikułów? Nie
chciałabyś tego, prawda? Dlatego musisz się uczyć. I wyzbyć złych
nawyków.

– Tak, babko. Rozumiem.

– Wracajmy więc. Zgłodniałam bardzo.

– Oooo, i ja też!

Wolno schodziły po zboczu, wśród ostów i wysokich traw. Schodziły
ku osadzie, smacznie pachnącej dymami z kominów.

– Babko?

– Słucham.

– Czy dla mnie, jak dorosnę, też złapiemy męża?

– Oczywiście.

– A jak żaden nie przyjdzie?

– Zawsze jacyś przychodzą, Verity. Zawsze.

W dole, wśród wiązów, połyskiwał srebrem nurt Mischief Creek.