I

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy
Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było
późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a
uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz
narzucony na ramiona. Zwracał uwagę.

Zatrzymał się przed gospodą „Stary Narakort”, postał chwilę,
posłuchał gwaru głosów. Gospoda, jak zwykle o tej porze, była pełna ludzi.

Nieznajomy nie wszedł do „Starego Narakortu”. Pociągnął konia dalej,
w dół uliczki. Tam była druga karczma, mniejsza, nazywała się „Pod Lisem”.
Tu było pusto. Karczma nie miała najlepszej sławy.

Karczmarz uniósł głowę znad beczki kiszonych ogórków i zmierzył
gościa wzrokiem. Obcy, ciągle w płaszczu, stał przed szynkwasem sztywno,
nieruchomo, milczał.

– Co podać?

– Piwa – rzekł nieznajomy. Głos miał nieprzyjemny.

Karczmarz wytarł ręce o płócienny fartuch i napełnił gliniany kufel.
Kufel był wyszczerbiony.

Nieznajomy nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe. Pod
płaszczem nosił wytarty skórzany kubrak, sznurowany pod szyją i na
ramionach. Kiedy ściągnął swój płaszcz, wszyscy zauważyli, że na pasie za
plecami miał miecz. Nie było w tym nic dziwnego, w Wyzimie prawie
wszyscy chodzili z bronią, ale nikt nie nosił miecza na plecach niby łuku
czy kołczana.

Nieznajomy nie usiadł za stołem, pomiędzy nielicznymi gośćmi, stał
dalej przy szynkwasie, godząc w karczmarza przenikliwymi oczami. Pociągnął
z kufla.

– Izby na nocleg szukam.

– Nie ma – burknął karczmarz, patrząc na buty gościa, zakurzone i
brudne. – W „Starym Narakorcie” pytajcie.

– Tu bym wolał.

– Nie ma – karczmarz rozpoznał wreszcie akcent nieznajomego. To był
Riv.

– Zapłacę – rzekł obcy cicho, jak gdyby niepewnie.

Wtedy właśnie zaczęła się ta cała paskudna historia. Ospowaty drągal,
który od chwili wejścia obcego nie spuszczał z niego ponurego wzroku,
wstał i podszedł do szynkwasu. Dwójka jego towarzyszy stanęła z tyłu, nie
dalej niż dwa kroki.

– Nie ma miejsca, hultaju, rivski włóczęgo – charknął ospowaty,
stając tuż obok nieznajomego. – Nie trzeba nam takich jak ty tu, w
Wyzimie. To porządne miasto!

Nieznajomy wziął swój kufel i odsunął się. Spojrzał na karczmarza,
ale ten unikał jego wzroku. Ani mu było w głowie bronić Riva. W końcu, kto
lubił Rivów?

– Każdy Riv to złodziej – ciągnął ospowaty, zionąc piwem, czosnkiem i
złością. – Słyszysz, co mówię, pokrzywniku?

– Nie słyszy. Łajno ma w uszach – rzekł jeden z tych z tyłu, a drugi
zarechotał.

– Płać i wynoś się! – wrzasnął dziobaty.

Nieznajomy dopiero teraz spojrzał na niego.

– Piwo skończę.

– Pomożemy ci – syknął drągal. Wytrącił Rivowi kufel z ręki i
jednocześnie chwytając go za ramię, wpił palce w rzemień przecinający
skosem pierś obcego. Jeden z tych z tyłu wzniósł pięść do uderzenia. Obcy
zwinął się w miejscu, wytrącając ospowatego z równowagi. Miecz zasyczał w
pochwie i błysnął krótko w świetle kaganków. Zakotłowało się. Krzyk. Ktoś
z pozostałych gości runął ku wyjściu. Z trzaskiem upadło krzesło, głucho
mlasnęły o podłogę gliniane naczynia. Karczmarz – usta mu dygotały
– patrzył na okropnie rozrąbaną twarz ospowatego, który wczepiwszy palce w
brzeg szynkwasu, osuwał się, niknął z oczu, jak gdyby tonął. Tamci dwaj
leżeli na podłodze. Jeden nieruchomo, drugi wił się i drgał w rosnącej
szybko ciemnej kałuży. W powietrzu wibrował, świdrując uszy, cienki,
histeryczny krzyk kobiety. Karczmarz zatrząsł się, zaczerpnął tchu i
zaczął wymiotować.

Nieznajomy cofnął się pod ścianę. Skurczony, spięty, czujny. Miecz
trzymał oburącz, wodząc końcem ostrza w powietrzu. Nikt się nie ruszał.
Zgroza, jak zimne błoto, oblepiła twarze, skrępowała członki, zatkała
gardła.

Strażnicy wpadli do karczmy z hukiem i szczękiem, we trzech.
Musieli być w pobliżu. Okręcone rzemieniami pałki mieli w pogotowiu, ale
na widok trupów natychmiast dobyli mieczy. Riv przylgnął plecami do
ściany, lewą ręką wyciągnął sztylet z cholewy.

– Rzuć to! – wrzasnął jeden ze strażników rozdygotanym głosem. – Rzuć
to, zbóju! Pójdziesz z nami!

Drugi strażnik kopnął stół, nie pozwalający mu obejść Riva z boku.

– Leć po ludzi, Treska! – krzyknął do trzeciego, trzymającego się
bliżej drzwi.

– Nie trzeba – rzekł nieznajomy, opuszczając miecz. – Sam pójdę.

– Pójdziesz, psie nasienie, ale na powrozie! – rozdarł się ten
rozdygotany. – Rzuć miecz, bo ci łeb rozwalę!

Riv wyprostował się. Szybko chwycił klingę pod lewą pachę, a prawą,
uniesioną do góry, w stronę strażników, nakreślił w powietrzu
skomplikowany, szybki znak. Błysnęły ćwieki, którymi gęsto nabijane były
długie aż do łokci mankiety skórzanego kaftana.

Strażnicy momentalnie cofnęli się, zasłaniając twarze przedramionami.
Któryś z gości zerwał się, inny znowu pomknął ku drzwiom. Kobieta znów
zakrzyczała, dziko, przeraźliwie.

– Sam pójdę – powtórzył nieznajomy dźwięcznym, metalicznym głosem.
– A wy trzej przodem. Prowadźcie do grododzierżcy. Drogi nie znam.

– Tak, panie – wymamrotał strażnik, opuszczając głowę. Ruszył ku
wyjściu, oglądając się niepewnie. Dwaj pozostali wyszli za nim, tyłem,
pospiesznie. Nieznajomy poszedł w ślad, chowając miecz do pochwy, a
sztylet do cholewy. Gdy wymijali stoły, goście zakrywali twarze połami
kubraków.

II

Velerad, grododzierżca Wyzimy, podrapał się w podbródek, zastanowił
się. Nie był ani zabobonny, ani bojaźliwy, ale nie uśmiechało mu się
pozostanie z białowłosym sam na sam. Wreszcie zdecydował się.

– Wyjdźcie – rozkazał strażnikom. – A ty siadaj. Nie, nie tu. Tam
dalej, jeśli wola.

Nieznajomy usiadł. Nie miał już ani miecza, ani czarnego płaszcza.

– Słucham – rzekł Velerad, bawiąc się ciężkim buzdyganem leżącym na
stole. – Jestem Velerad, grododzierżca Wyzimy. Co mi masz do powiedzenia,
mości rozbójniku, zanim pójdziesz do lochu? Trzech zabitych, próba
rzucenia uroku, nieźle, całkiem nieźle. Za takie rzeczy u nas w Wyzimie
wbija się na pal. Ale ze mnie sprawiedliwy człek, wysłucham cię przedtem.
Mów.

Riv rozpiął kubrak, wydobył spod niego zwitek białej koźlej skóry.

– Na rozstajach, po karczmach przybijacie – powiedział cicho.
– Prawda to, co napisane?

– A – mruknął Velerad, patrząc na wytrawione na skórze runy. – To
taka sprawa. Że też od razu się nie domyśliłem. Ano, prawda,
najprawdziwsza. Podpisane jest: Foltest, król, pan Temerii, Pontaru i
Mahakamu. Znaczy, prawda. Ale orędzie orędziem, a prawo prawem. Ja tu, w
Wyzimie, prawa pilnuję i porządku! Ludzi mordować nie pozwolę!
Zrozumiałeś?

Riv kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Velerad sapnął gniewnie.

– Znak wiedźmiński masz?

Nieznajomy znów sięgnął w rozcięcie kaftana, wygrzebał okrągły
medalion na srebrnym łańcuszku. Na medalionie wyobrażony był łeb wilka z
wyszczerzonymi kłami.

– Imię jakieś masz? Może być byle jakie, nie pytam z ciekawości,
tylko dla ułatwienia rozmowy.

– Nazywam się Geralt.

– Może być i Geralt. Z Rivii, jak wnoszę z wymowy?

– Z Rivii.

– Tak. Wiesz co, Geralt? Z tym – Velerad klepnął w orędzie otwartą
dłonią – z tym daj sobie spokój. To poważna sprawa. Wielu już próbowało.
To, bracie, nie to samo, co paru obwiesiów pochlastać.

– Wiem. To mój fach, grododzierżco. Napisane jest: trzy tysiące
orenów nagrody.

– Trzy tysiące – Velerad wydął wargi. – I królewna za żonę, jak
ludzie gadają, chociaż tego miłościwy Foltest nie dopisał.

– Nie jestem zainteresowany królewną – rzekł spokojnie Geralt.
Siedział nieruchomo z rękami na kolanach. – Napisane jest: trzy tysiące.

– Co za czasy – westchnął grododzierżca. – Co za parszywe czasy!
Jeszcze dwadzieścia lat temu, kto by pomyślał, nawet po pijanemu, że takie
profesje będą? Wiedźmini! Wędrowni zabójcy bazyliszków! Domokrążni
pogromcy smoków i utopców! Geralt? W twoim cechu piwo wolno pić?

– Pewnie.

Velerad klasnął w dłonie.

– Piwa! – zawołał. – A ty, Geralt, siadaj bliżej. Co mi tam.

Piwo było zimne i pieniste.

– Parszywe czasy nastały – monologował Velerad pociągając z kufla.
– Namnożyło się wszelkiego plugastwa. W Mahakamie, w górach, aż roi się od
bobołaków. Po lasach dawniej aby wilki wyły, a teraz akurat: upiory,
borowiki jakieś, gdzie nie spluniesz, wilkołak albo inna zaraza. Po wsiach
rusałki i płaczki porywają dzieci, to już idzie w setki. Choroby, o jakich
nikt dawniej nie słyszał, włos się jeży. No i jeszcze to do kompletu!
– popchnął zwitek skóry po blacie stołu. – Nie dziwota, Geralt, że taki
popyt na wasze usługi.

– To królewskie orędzie, grododzierżco – Geralt uniósł głowę.
– Znacie szczegóły?

Velerad odchylił się na krześle, splótł dłonie na brzuchu.

– Szczegóły, mówisz? A znam. Nie to, żeby z pierwszej ręki, ale z
dobrych źródeł.

– O to mi właśnie chodzi.

– Uparłeś się. Jak chcesz. Słuchaj – Velerad popił piwa, sciszył
głos. – Nasz miłościwy Foltest jeszcze jako królewicz, za rządów starego
Medella, swojego ojca, pokazywał nam, co potrafi, a potrafił wiele.
Liczyliśmy, że mu to z wiekiem przejdzie. A tymczasem krótko po swojej
koronacji, zaraz po śmierci starego króla, Foltest przeszedł samego
siebie. Aż nam wszystkim szczęki poopadały. Krótko mówiąc: zrobił dziecko
swojej rodzonej siostrze Addzie. Adda była młodsza od niego, zawsze
trzymali się razem, ale nikt niczego nie podejrzewał, no, może królowa…
Krótko: patrzymy, a tu Adda o, z takim brzuchem, a Foltest zaczyna gadać o
ślubie. Z siostrą, uważasz, Geralt? Sytuacja zrobiła się napięta jak
diabli, bo akurat Vizimir z Novigradu umyślił wydać za Foltesta swoją
Dalkę, wysłał poselstwo, a tu trzeba trzymać króla za ręce i nogi, bo
chce biec i lżyć posłów. Udało się, i dobrze, bo obrażony Vizimir wyprułby
z nas bebechy. Potem, nie bez pomocy Addy, która wpłynęła na braciszka,
udało się wyperswadować szczeniakowi szybki ślub. No, a potem Adda
urodziła, w przepisowym czasie, a jakże. A teraz słuchaj, bo zaczyna się.
Tego, co się urodziło, wiele osób nie widziało, ale jedna położna
wyskoczyła oknem z wieży i zabiła się, a druga dostała pomieszania zmysłów
i do dzisiaj jest kołowata. Sądzę zatem, że nadbękart nie był specjalnie
urodziwy. To była dziewczynka. Zmarła zresztą zaraz, nikt, jak mi się
zdaje, nie spieszył się zanadto z podwiązywaniem pępowiny. Adda, na swoje
szczęście, nie przeżyła porodu. A potem, bracie, Foltest po raz kolejny
zrobił z siebie durnia. Nadbękarta trzeba było spalić albo, bo ja wiem,
zakopać gdzieś na pustkowiu, a nie chować go w sarkofagu w podziemiach
pałacu.

– Za późno teraz na roztrząsanie – Geralt uniósł głowę. – W każdym
razie należało wezwać kogoś z Wiedzących.

– Mówisz o tych wydrwigroszach z gwiazdkami na kapeluszach? A jakże,
zleciało się ich z dziesięciu, ale już potem, kiedy okazało się, co leży w
tym sarkofagu. I co z niego nocami wyłazi. A zaczęło wyłazić nie od razu,
o nie. Siedem lat od pogrzebu był spokój. Aż tu którejś nocy, była pełnia
księżyca, wrzask w pałacu, krzyk, zamieszanie! Co tu dużo gadać, znasz
się na tym, orędzie też czytałeś. Niemowlak podrósł w trumnie, i to
nieźle, a i zęby wyrosły mu jak się patrzy. Jednym słowem, strzyga.
Szkoda, że nie widziałeś trupów. Tak jak ja. Pewnie ominąłbyś Wyzimę
szerokim łukiem.

Geralt milczał.

– Wtedy – ciągnął Velerad – jak mówiłem, Foltest skrzyknął do nas
całą gromadę czarowników. Jazgotali jeden przez drugiego, o mało nie
pobili się tymi swoimi drągami, co to je noszą, pewnie żeby psy odpędzać,
jak ich kto poszczuje. A myślę, że szczują ich regularnie. Przepraszam,
Geralt, jeśli masz inne zdanie o czarodziejach, w twoim zawodzie pewnie je
masz, ale dla mnie to darmozjady i durnie. Wy, wiedźmini, budzicie wśród
ludzi większe zaufanie. Jesteście przynajmniej, jakby tu rzec, konkretni.

Geralt uśmiechnął się, nie skomentował.

– No, ale do rzeczy – grododzierżca zajrzał do kufla, dolał piwa
sobie i Rivowi. – Niektóre rady czarowników wydawały się całkiem
niegłupie. Jeden proponował spalenie strzygi razem z pałacem i
sarkofagiem, inny radził odrąbać jej łeb szpadlem, pozostali byli
zwolennikami wbijania osinowych kołków w różne części ciała, oczywiście za
dnia, kiedy diablica spała w trumnie, zmordowana po nocnych uciechach.
Niestety, znalazł się jeden, błazen w spiczastej czapce na łysym czerepie,
garbaty eremita, który wymyślił, że to są czary, że to się da odczynić i
że ze strzygi znowu będzie Foltestowa córeczka, śliczna jak malowanie.
Trzeba tylko przesiedzieć w krypcie całą noc, i już, po krzyku. Po czym,
wyobrażasz sobie, Geralt, co to był za półgłówek, poszedł na noc do
dworzyszcza. Jak łatwo zgadnąć, wiele z niego nie zostało, bodajże tylko
czapka i laga. Ale Foltest uczepił się tego pomysłu jak rzep psiego ogona.
Zakazał wszelkich prób zabicia strzygi, a ze wszystkich możliwych
zakamarków kraju pościągał do Wyzimy szarlatanów, aby odczarować strzygę
na królewnę. To była dopiero malownicza kompania! Jakieś pokręcone baby,
jacyś kulawcy, brudni, bracie, zawszeni, litość brała. No i dawaj
czarować, głównie nad miską i kuflem. Pewnie, niektórych Foltest albo rada
zdemaskowali prędko, paru nawet powiesili na ostrokole, ale za mało, za
mało. Ja bym ich wszystkich powiesił. Tego, że strzyga w tym czasie
zagryzała co rusz kogoś innego, nie zwracając na oszustów i ich zaklęcia
żadnej uwagi, dodawać chyba nie muszę. Ani tego, że Foltest nie mieszkał
już w pałacu. Nikt już tam nie mieszkał.

Velerad przerwał, popił piwa. Wiedźmin milczał.

– I tak to się ciągnie, Geralt, sześć lat, bo to się urodziło tak
jakoś czternaście lat temu. Mieliśmy w tym czasie trochę innych zmartwień,
bo pobiliśmy się z Vizimirem z Novigradu, ale z porządnych, zrozumiałych
powodów, poszło nam o przesuwanie słupów granicznych, a nie tam o jakieś
córki czy koligacje. Foltest, nawiasem mówiąc, zaczyna już przebąkiwać o
małżeństwie i ogląda przesyłane przez sąsiednie dwory konterfekty, które
dawniej zwykł był wrzucać do wychodka. No, ale co jakiś czas opada go
znowu ta mania i rozsyła konnych, by szukali nowych czarowników. No i
nagrodę obiecał, trzy tysiące, przez co zbiegło się trochę postrzeleńców,
błędnych rycerzy, nawet jeden pastuszek, kretyn znany w całej okolicy,
niech spoczywa w pokoju. A strzyga ma się dobrze. Tyle że co jakiś czas
kogoś zagryzie. Można się przyzwyczaić. A z tych bohaterów, co ją próbują
odczarowywać, jest chociaż taki pożytek, że bestia nażera się na miejscu i
nie szwenda poza dworzyszczem. A Foltest ma nowy pałac, całkiem ładny.

– Przez sześć lat – Geralt uniósł głowę – przez sześć lat nikt nie
załatwił sprawy?

– Ano nie – Velerad popatrzył na wiedźmina przenikliwie. – Bo pewnie
sprawa jest nie do załatwienia i przyjdzie się z tym pogodzić. Mówię o
Folteście, naszym miłościwym i ukochanym władcy, który ciągle jeszcze
przybija te orędzia na rozstajnych drogach. Tyle że chętnych zrobiło się
jakby mniej. Ostatnio, co prawda, był jeden, ale chciał te trzy tysiące
koniecznie z góry. No to wsadziliśmy go do worka i wrzuciliśmy do jeziora.

– Oszustów nie brakuje.

– Nie, nie brakuje. Jest ich nawet sporo – przytaknął
grododzierżca, nie spuszczając z wiedźmina wzroku. – Dlatego jak pójdziesz
do pałacu, nie żądaj złota z góry. Jeżeli tam w ogóle pójdziesz.

– Pójdę.

– Ano, twoja sprawa. Pamiętaj jednak o mojej radzie. Jeżeli zaś już o
nagrodzie mowa, ostatnio zaczęło się mówić o jej drugiej części,
wspomniałem ci. Królewna za żonę. Nie wiem, kto to wymyślił, ale jeżeli
strzyga wygląda tak, jak opowiadają, to żart jest wyjątkowo ponury.
Wszelakoż nie zabrakło durniów, którzy pognali do dworzyszcza galopem, jak
tylko wieść gruchnęła, że jest okazja wejść do królewskiej rodziny.
Konkretnie, dwóch czeladników szewskich. Dlaczego szewcy są tacy głupi,
Geralt?

– Nie wiem. A wiedźmini, grododzierżco? Próbowali?

– Było kilku, a jakże. Najczęściej, kiedy usłyszeli, że strzygę
trzeba odczarować, a nie zabić, wzruszali ramionami i odjeżdżali. Dlatego
też znacznie wzrósł mój szacunek dla wiedźminów, Geralt. No a potem
przyjechał jeden, młodszy był od ciebie, imienia nie pamiętam, o ile je w
ogóle podał. Ten spróbował.

– No i?

– Zębata królewna rozwłóczyła jego flaki na sporej odległości. Z pół
strzelenia z łuku.

Geralt pokiwał głową.

– To wszyscy?

– Był jeszcze jeden.

Velerad milczał przez chwilę. Wiedźmin nie ponaglał go.

– Tak – rzekł wreszcie grododzierżca. – Był jeszcze jeden. Z
początku, gdy mu Foltest zagroził szubienicą, jeżeli zabije lub okaleczy
strzygę, roześmiał się tylko i zaczął się pakować. No, ale potem…

Velerad ponownie ściszył głos prawie do szeptu, nachylając się przez
stół.

– Potem podjął się zadania. Widzisz, Geralt, jest tu w Wyzimie paru
rozumnych ludzi, nawet na wysokich stanowiskach, którym cała ta sprawa
obrzydła. Plotka głosi, że ci ludzie przekonali po cichu wiedźmina, aby
nie bawiąc się w żadne ceregiele ani czary, zatłukł strzygę, a królowi
powiedział, że czar nie podziałał, że córeczka spadła ze schodów, no że
zdarzył się wypadek przy pracy. Król, wiadomo, rozzłości się, ale skończy
się na tym, że nie zapłaci ani orena nagrody. Szelma wiedźmin na to, że za
darmo sami sobie możemy chodzić na strzygi. No, co było robić…
Złożyliśmy się, potargowali… Tylko że nic z tego nie wyszło.

Geralt podniósł brwi.

– Nic, powiadam – rzekł Velerad. – Wiedźmin nie chciał iść od razu,
pierwszej nocy. Łaził, czaił się, kręcił po okolicy. Wreszcie, jak
powiadają, zobaczył strzygę, zapewne w akcji, bo bestia nie wyłazi z
krypty tylko po to, żeby rozprostować nogi. Zobaczył ją więc i tej samej
nocy zwiał. Bez pożegnania.

Geralt wykrzywił lekko wargi w czymś, co prawdopodobnie miało być
uśmiechem.

– Rozumni ludzie – zaczął – zapewne mają jeszcze te pieniądze?
Wiedźmini nie biorą z góry.

– Ano – rzekł Velerad – pewnie mają.

– Plotka nie mówi, ile tego jest?

Velerad wyszczerzył zęby.

– Jedni mówią: osiemset…

Geralt pokręcił głową.

– Inni – mruknął grododzierżca – mówią o tysiącu.

– Niedużo, jeśli wziąć pod uwagę, że plotka wszystko wyolbrzymia. W
końcu król daje trzy tysiące.

– Nie zapominaj o narzeczonej – zadrwił Velerad. – O czym my
rozmawiamy? Wiadomo, że nie dostaniesz tamtych trzech tysięcy.

– Skąd to niby wiadomo?

Velerad huknął dłonią o blat stołu.

– Geralt, nie psuj mojego wyobrażenia o wiedźminach! To już trwa
sześć lat z hakiem! Strzyga wykańcza do pół setki ludzi rocznie, teraz
mniej, bo wszyscy trzymają się z daleka od pałacu. Nie, bracie, ja wierzę
w czary, niejedno widziałem i wierzę, do pewnego stopnia, rzecz jasna, w
zdolności magów i wiedźminów. Ale z tym odczarowywaniem to bzdura,
wymyślona przez garbatego i usmarkanego dziada, który zgłupiał od
pustelniczego wiktu, bzdura, w którą nie wierzy nikt. Prócz Foltesta. Nie,
Geralt! Adda urodziła strzygę, bo spała z własnym bratem, taka jest prawda
i żaden czar tu nie pomoże. Strzyga żre ludzi, jak to strzyga, i trzeba
ją zabić, normalnie i po prostu. Słuchaj, dwa lata temu kmiotkowie z
jakiegoś zapadłego zadupia pod Mahakamem, którym smok wyżerał owce, poszli
kupą, zatłukli go kłonicami i nawet nie uznali za celowe się tym
szczególnie chwalić. A my tu, w Wyzimie, czekamy na cud i ryglujemy drzwi
przy każdej pełni księżyca albo wiążemy przestępców do palika przed
dworzyszczem licząc, że bestia nażre się i wróci do trumny.

– Niezły sposób – uśmiechnął się wiedźmin. – Przestępczość zmalała?

– Ani trochę.

– Do pałacu, tego nowego, którędy?

– Zaprowadzę cię osobiście. Co będzie z propozycją rzuconą przez
rozumnych ludzi?

– Grododzierżco – rzekł Geralt. – Po co się spieszyć? Przecież
naprawdę może zdarzyć się wypadek przy pracy, niezależnie od moich
intencji. Wtedy rozumni ludzie winni pomyśleć, jak ocalić mnie przed
gniewem króla i przygotować te tysiąc pięćset orenów, o których mówi
plotka.

– Miało być tysiąc.

– Nie, panie Velerad – powiedział wiedźmin stanowczo.

– Ten, któremu dawaliście tysiąc, uciekł na sam widok strzygi, nawet
się nie targował. To znaczy, ryzyko jest większe niż tysiąc. Czy nie jest
większe niż półtora tysiąca, okaże się. Oczywiście, ja się przedtem
pożegnam.

Velerad podrapał się w głowę.

– Geralt? Tysiąc dwieście?

– Nie, grododzierżco. To nie jest łatwa robota. Król daje trzy, a
muszę wam powiedzieć, że odczarować jest czasem łatwiej niż zabić. W końcu
któryś z moich poprzedników zabiłby strzygę, gdyby to było takie proste.
Myślicie, że dali się zagryźć tylko dlatego, że bali się króla?

– Dobra, bracie – Velerad smętnie pokiwał głową. – Umowa stoi. Tylko
przed królem ani mru-mru o możliwości wypadku przy pracy. Szczerze ci
radzę.

III

Foltest był szczupły, miał ładną – za ładną – twarz. Nie miał jeszcze
czterdziestki, jak ocenił wiedźmin. Siedział na karle rzeźbionym z
czarnego drewna, nogi wyciągnął w stronę paleniska, przy którym grzały się
dwa psy. Obok, na skrzyni siedział starszy, potężnie zbudowany mężczyzna z
brodą. Za królem stał drugi, bogato odziany, z dumnym wyrazem twarzy.
Wielmoża.

– Wiedźmin z Rivii – powiedział król po chwili ciszy, jaka zapadła po
wstępnej przemowie Velerada.

– Tak, panie – Geralt schylił głowę.

– Od czego ci tak łeb posiwiał? Od czarów? Widzę, żeś niestary.
Dobrze już, dobrze. To żart, nic nie mów. Doświadczenie, jak śmiem
przypuszczać, masz niejakie?

– Tak, panie.

– Radbym posłuchać.

Geralt skłonił się jeszcze niżej.

– Wiecie wszak, panie, że nasz kodeks zabrania mówienia o tym, co
robimy.

– Wygodny kodeks, mości wiedźminie, wielce wygodny. Ale tak, bez
szczegółów, z borowikami miałeś do czynienia?

– Tak.

– Z wampirami, z leszymi?

– Też.

Foltest zawahał się.

– Ze strzygami?

Geralt uniósł głowę, spojrzał królowi w oczy.

– Też.

Foltest odwrócił wzrok.

– Velerad!

– Słucham, miłościwy panie.

– Wprowadziłeś go w szczegóły?

– Tak, miłościwy panie. Twierdzi, że królewnę można odczarować.

– To wiem od dawna. W jaki sposób, mości wiedźminie? Ach, prawda,
zapomniałem. Kodeks. Dobrze. Tylko jedna mała uwaga. Było tu już u mnie
kilku wiedźminów. Velerad, mówiłeś mu? Dobrze. Stąd wiem, że waszą
specjalnością jest raczej zabijanie, a nie odczynianie uroków. To nie
wchodzi w rachubę. Jeżeli mojej córce spadnie włos z głowy, ty swoją
położysz na pieńku. To tyle. Ostrit, a i wy, panie Segelin, zostańcie,
udzielcie mu tyle informacji, ile będzie chciał. Oni zawsze dużo pytają,
wiedźmini. Nakarmcie go i niech mieszka w pałacu. Niech się nie włóczy po
karczmach.

Król wstał, gwizdnął na psy i ruszył ku drzwiom, rozrzucając słomę
pokrywającą podłogę komnaty. Przy drzwiach odwrócił się.

– Uda ci się, wiedźminie, nagroda jest twoja. Może jeszcze coś
dorzucę, jeśli dobrze się spiszesz. Oczywiście, bajania pospólstwa co do
ożenku z królewną nie zawierają słowa prawdy. Nie sądzisz chyba, że wydam
córkę za byle przybłędę?

– Nie, panie. Nie sądzę.

– Dobrze. To dowodzi, że jesteś rozumny.

Foltest wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Velerad i wielmoża,
którzy dotychczas stali, natychmiast rozsiedli się przy stole.
Grododzierżca dopił w połowie pełny puchar króla, zajrzał do dzbana,
zaklął. Ostrit, który zajął fotel Foltesta, patrzył na wiedźmina spode
łba, gładząc dłońmi rzeźbione poręcze. Segelin, brodacz, skinął na
Geralta.

– Siadajcie, mości wiedźminie, siadajcie. Zaraz wieczerzę podadzą. O
czym chcielibyście rozmawiać? Grododzierżca Velerad powiedział wam już
chyba wszystko. Znam go i wiem, że powiedział prędzej za dużo niż za mało.

– Tylko kilka pytań.

– Zadajcie je.

– Mówił grododzierżca, że po pojawieniu się strzygi król wezwał wielu
Wiedzących.

– Tak było. Ale nie mówcie: „strzyga”, mówcie: „królewna”. Łatwiej
unikniecie takiej pomyłki przy królu… i związanych z tym przykrości.

– Czy wśród Wiedzących był ktoś znany? Sławny?

– Byli tacy i wówczas, i później. Nie pamiętam imion… A wy, panie
Ostrit?

– Nie pamiętam – rzekł wielmoża. – Ale wiem, że niektórzy cieszyli
się sławą i uznaniem. Mówiło się o tym dużo.

– Czy byli zgodni co do tego, że zaklęcie można zdjąć?

– Byli dalecy od zgody – uśmiechnął się Segelin. – W każdym
przedmiocie. Ale takie stwierdzenie padło. Miało to być proste, wręcz nie
wymagające zdolności magicznych, i jak zrozumiałem, wystarczyło, aby ktoś
spędził noc, od zachodu słońca do trzecich kurów, w podziemiu, przy
sarkofagu.

– Rzeczywiście, proste – parsknął Velerad.

– Chciałbym usłyszeć opis… królewny.

Velerad zerwał się z krzesła.

– Królewna wygląda jak strzyga! – wrzasnął.

– Jak najbardziej strzygowata strzyga, o jakiej słyszałem! Jej
wysokość królewska córka, przeklęty nadbękart, ma cztery łokcie wzrostu,
przypomina baryłę piwa, ma mordę od ucha do ucha, pełną zębów jak
sztylety, czerwone ślepia i rude kudły! Łapska, opazurzone jak u żbika,
wiszą jej do samej ziemi! Dziwię się, że jeszcze nie zaczęliśmy rozsyłać
jej miniatur po zaprzyjaźnionych dworach! Królewna, niech ją zaraza udusi,
ma już czternaście lat, czas pomyśleć o wydaniu jej za jakiegoś
królewicza!

– Pohamuj się, grododzierżco – zmarszczył się Ostrit, zerkając w
stronę drzwi. Segelin uśmiechnął się lekko.

– Opis, choć tak obrazowy, był w miarę dokładny, a o to chodziło
mości wiedźminowi, prawda? Velerad zapomniał dodać, że królewna porusza
się z niewiarygodną prędkością i jest o wiele silniejsza, niż można wnosić
z jej wzrostu i budowy. A to, że ma czternaście lat, jest fak-tem. O ile
to ważne.

– Ważne – powiedział wiedźmin. – Czy ataki na ludzi zdarzają się
tylko podczas pełni?

– Tak – odrzekł Segelin. – Jeżeli napada poza starym pałacem. W
pałacu, niezależnie od fazy księżyca, ludzie ginęli zawsze. Ale wychodzi
tylko podczas pełni, a i to nie każdej.

– Czy był chociaż jeden wypadek ataku za dnia?

– Nie. Za dnia nie.

– Zawsze pożera ofiary?

Velerad splunął zamaszyście na słomę.

– Niech cię, Geralt, zaraz wieczerza będzie. Tfu! Pożera, nadgryza,
zostawia, różnie, zależnie od humoru zapewne. Jednemu tylko głowę
odgryzła, paru wybebeszyła, a paru ogryzła na czysto, do goła, można by
rzec. Taka jej mać!

– Uważaj, Velerad – syknął Ostrit. – O strzydze gadaj, co chcesz, ale
Addy nie obrażaj przy mnie, bo przy królu się nie odważasz!

– Czy był ktoś, kogo zaatakowała, a przeżył? – spytał wiedźmin,
pozornie nie zwracając uwagi na wybuch wielmoży.

Segelin i Ostrit spojrzeli po sobie.

– Tak – powiedział brodacz. – Na samym początku, sześć lat temu,
rzuciła się na dwóch żołnierzy stojących na warcie u krypty. Jednemu udało
się uciec.

– I później – wtrącił Velerad – młynarz, na którego napadła pod
miastem. Pamiętacie?

IV

Młynarza przyprowadzono na drugi dzień, późnym wieczorem, do komnatki
nad kordegardą, w której zakwaterowano wiedźmina. Przyprowadził go
żołnierz w płaszczu z kapturem.

Rozmowa nie dała większych rezultatów. Młynarz był przerażony,
bełkotał, jąkał się. Więcej powiedziały wiedźminowi jego blizny: strzyga
miała imponujący rozstaw szczęk i rzeczywiście ostre zęby, w tym bardzo
długie górne kły – cztery, po dwa z każdej strony. Pazury zapewne
ostrzejsze od żbiczych, choć mniej zakrzywione. Tylko dlatego zresztą
udało się młynarzowi wyrwać.

Zakończywszy oględziny, Geralt skinął na młynarza i żołnierza,
odprawiając ich. Żołnierz wypchnął chłopa za drzwi i zdjął kaptur. Był
to Foltest we własnej osobie.

– Siadaj, nie wstawaj – rzekł król. – Wizyta nieoficjalna. Zadowolony
z wywiadu? Słyszałem, że byłeś w dworzyszczu przed południem.

– Tak, panie.

– Kiedy przystąpisz do dzieła?

– Do pełni cztery dni. Po pełni.

– Wolisz sam się jej wcześniej przyjrzeć?

– Nie ma takiej potrzeby. Ale najedzona… królewna… będzie mniej
ruchliwa.

– Strzyga, mistrzu, strzyga. Nie bawmy się w dyplomację. Królewną to
ona dopiero będzie. O tym zresztą przyszedłem z tobą porozmawiać.
Odpowiadaj, nieoficjalnie, krótko i jasno: będzie czy nie będzie? Nie
zasłaniaj mi się tylko żadnym kodeksem.

Geralt potarł czoło.

– Potwierdzam, królu, że czar można odczynić. I jeżeli się nie mylę,
to rzeczywiście spędzając noc w dworzyszczu. Trzecie pianie koguta, o ile
zaskoczy strzygę poza sarkofagiem, zlikwiduje urok. Tak zwykle postępuje
się ze strzygami.

– Takie proste?

– To nie jest proste. Trzeba tę noc przeżyć, to raz. Możliwe są też
odstępstwa od normy. Na przykład nie jedną noc, ale trzy. Kolejne. Są też
przypadki… no… beznadziejne.

– Tak – żachnął się Foltest. – Ciągle to słyszę od niektórych. Zabić
potwora, bo to przypadek nieuleczalny. Mistrzu, jestem pewien, że już z
tobą rozmawiano. Co? Żeby zarąbać ludojadkę bez ceregieli, na samym
wstępie, a królowi powiedzieć, że inaczej się nie dało. Król nie zapłaci,
my zapłacimy. Bardzo wygodny sposób. I tani. Bo król każe ściąć lub
powiesić wiedźmina, a złoto zostanie w kieszeni.

– Król bezwarunkowo każe ściąć wiedźmina? – wykrzywił się Geralt.

Foltest przez dłuższą chwilę patrzył w oczy Riva.

– Król nie wie – powiedział wreszcie. – Ale liczyć się z taką
ewentualnością wiedźmin raczej powinien.

Teraz Geralt chwilę pomilczał.

– Zamierzam zrobić, co w mojej mocy – rzekł po chwili. – Ale gdyby
poszło źle, będę bronił swojego życia. Wy, panie, też się musicie liczyć z
taką ewentualnością.

Foltest wstał.

– Nie rozumiesz mnie. Nie o to chodzi. To jasne, że zabijesz ją, gdy
się zrobi gorąco, czy mi się to podoba, czy nie. Bo inaczej ona ciebie
zabije, na pewno i nieodwołalnie. Nie rozgłaszam tego, ale nie ukarałbym
nikogo, kto zabiłby ją w obronie własnej. Ale nie dopuszczę, aby zabito
ją, nie próbując uratować. Były już próby podpalenia starego pałacu,
strzelali do niej z łuków, kopali doły, zastawiali sidła i wnyki dopóty,
dopóki kilku nie powiesiłem. Ale nie o to chodzi. Mistrzu, słuchaj!

– Słucham.

– Po tych trzech kurach nie będzie strzygi, jeśli dobrze
zrozumiałem. A co będzie?

– Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, czternastolatka.

– Czerwonooka? Z zębami jak krokodyl?

– Normalna czternastolatka. Tyle że…

– No?

– Fizycznie.

– Masz babo placek. A psychicznie? Codziennie na śniadanie wiadro
krwi? Udko dziewczęcia?

– Nie. Psychicznie… Nie sposób powiedzieć… Sądzę, że na poziomie,
bo ja wiem, trzyletniego, czteroletniego dziecka. Będzie wymagała
troskliwej opieki przez dłuższy czas.

– To jasne. Mistrzu?

– Słucham.

– Czy to jej może wrócić? Później?

Wiedźmin milczał.

– Aha – rzekł król. – Może. I co wtedy?

– Gdyby po długim, kilkudniowym omdleniu zmarła, trzeba spalić ciało.
I to prędko.

Foltest zasępił się.

– Nie sądzę jednak – dodał Geralt – aby do tego doszło. Dla pewności
udzielę wam, panie, kilku wskazówek, jak zmniejszyć niebezpieczeństwo.

– Już teraz? Nie za wcześnie, mistrzu? A jeżeli…

– Już teraz – przerwał Riv. – Różnie bywa, królu. Może się zdarzyć,
że rano znajdziecie w krypcie odczarowaną królewnę i mojego trupa.

– Aż tak? Pomimo mojego zezwolenia na obronę własną? Na którym, zdaje
mi się, nie bardzo ci nawet zależało?

– To jest poważna sprawa, królu. Ryzyko jest wielkie. Dlatego
słuchajcie: królewna stale musi nosić na szyi szafir, najlepiej inkluz, na
srebrnym łańcuszku. Stale. W dzień i w nocy.

– Co to jest inkluz?

– Szafir z pęcherzykiem powietrza wewnątrz kamienia. Oprócz tego, w
komnacie, w której będzie sypiała, należy co jakiś czas palić w kominku
gałązki jałowca, żarnowca i leszczyny.

Foltest zamyślił się.

– Dziękuję ci za rady, mistrzu. Zastosuję się do nich, jeżeli… A
teraz ty posłuchaj mnie uważnie. Jeżeli stwierdzisz, że to przypadek
beznadziejny, zabijesz ją. Jeżeli odczynisz urok, a dziewczyna nie
będzie… normalna… jeżeli będziesz miał cień wątpliwości, czy ci się
udało w pełni, zabijesz ją również. Nie obawiaj się, nic ci nie grozi z
mojej strony. Będę na ciebie krzyczał przy ludziach, wypędzę z pałacu i z
miasta, nic więcej. Nagrody oczywiście nie dam. Może coś wytargujesz,
wiesz od kogo.

Milczeli chwilę.

– Geralt – Foltest po raz pierwszy zwrócił się do wiedźmina po
imieniu.

– Słucham.

– Ile jest prawdy w gadaniu, że dziecko było takie, a nie inne, bo
Adda była moją siostrą?

– Niewiele. Czar trzeba rzucić, żadne zaklęcie nie rzuca się samo.
Ale myślę, że wasz związek z siostrą był przyczyną rzucenia czaru, a więc
i takiego skutku.

– Tak myślałem. Tak mówili niektórzy z Wiedzących, chociaż nie
wszyscy. Geralt? Skąd się biorą takie sprawy? Czary, magia?

– Nie wiem, królu. Wiedzący zajmują się badaniem przyczyn tych
zjawisk. Dla nas, wiedźminów, wystarcza wiedza, że skupiona wola może
takie zjawiska powodować. I wiedza, jak je zwalczać.

– Zabijać?

– Najczęściej. Za to nam zresztą najczęściej płacą. Mało kto żąda
odczyniania uroków, królu. Z reguły ludzie chcą się po prostu uchronić od
zagrożenia. Jeżeli zaś potwór ma ludzi na sumieniu, dochodzi jeszcze motyw
zemsty.

Król wstał, zrobił kilka kroków po komnacie, zatrzymał się przed
mieczem wiedźmina wiszącym na ścianie.

– Tym? – spytał, nie patrząc na Geralta.

– Nie. Ten jest na ludzi.

– Słyszałem. Wiesz co, Geralt? Pójdę z tobą do krypty.

– Wykluczone.

Foltest odwrócił się, oczy mu zabłysły.

– Czy ty wiesz, czarowniku, że ja jej nie widziałem? Ani po
urodzeniu, ani… potem. Bałem się. Mogę jej już nigdy nie zobaczyć,
prawda? Mam prawo chociaż widzieć, jak ją będziesz mordował.

– Powtarzam, wykluczone. To pewna śmierć. Również dla mnie. Jeżeli
osłabię uwagę, wolę… Nie, królu.

Foltest odwrócił się, ruszył ku drzwiom. Geraltowi przez chwilę
zdawało się, że wyjdzie bez słowa, bez pożegnalnego gestu, ale król
zatrzymał się, spojrzał na niego.

– Budzisz zaufanie – powiedział. – Pomimo że wiem, jakie z ciebie
ziółko. Opowiadano mi, co zaszło w karczmie. Jestem pewien, że zabiłeś
tych opryszków wyłącznie dla rozgłosu, żeby wstrząsnąć ludźmi, mną. Jest
dla mnie oczywiste, że mogłeś ich pokonać bez zabijania. Boję się, że
nigdy się nie dowiem, czy idziesz ratować moją córkę, czy też ją zabić.
Ale godzę się na to. Muszę się zgodzić. Wiesz, dlaczego?

Geralt nie odpowiedział.

– Bo myślę – rzekł król – myślę, że ona cierpi. Prawda?

Wiedźmin utkwił w królu swoje przenikliwe oczy. Nie przytaknął, nie
skinął głową, nie uczynił najmniejszego gestu, ale Foltest wiedział. Znał
odpowiedź.

V

Geralt po raz ostatni wyjrzał przez okno dworzyszcza. Zmierzch
zapadał szybko. Za jeziorem migotały niejasne światełka Wyzimy. Dookoła
dworzyszcza było pustkowie – pas ziemi niczyjej, którym miasto w ciągu
sześciu lat odgrodziło się od niebezpiecznego miejsca, nie zostawiając nic
oprócz kilku ruin, przegniłych belkowań i resztek szczerbatego ostrokołu,
których widać nie opłacało się rozbierać i przenosić. Najdalej, bo na
zupełnie przeciwległy kraniec osiedla, przeniósł swoją rezydencję sam król
– pękaty stołb jego nowego pałacu czernił się w dali na tle
granatowiejącego nieba.

Wiedźmin wrócił do zakurzonego stołu, przy którym w jednej z pustych,
splądrowanych komnat przygotowywał się niespiesznie, spokojnie,
pieczołowicie. Czasu, jak wiedział, miał dużo. Strzyga nie opuści krypty
przed północą.

Przed sobą na stole miał niedużą, okutą skrzyneczkę. Otworzył ją.
Wewnątrz, ciasno, w wyłożonych suchą trawą przegródkach, stały flakoniki z
ciemnego szkła. Wiedźmin wyjął trzy.

Z podłogi podjął podłużny pakunek, grubo owinięty owczymi skórami i
okręcony rzemieniem. Rozwinął go, wydobył miecz z ozdobną rękojeścią, w
czarnej, lśniącej pochwie pokrytej rzędami runicznych znaków i symboli.
Obnażył ostrze, które rozbłysło czystym, lustrzanym blaskiem. Klinga była
z czystego srebra.

Geralt wyszeptał formułę, wypił po kolei zawartość dwu flakoników, po
każdym łyku kładąc lewą dłoń na głowni miecza. Potem, owijając się
szczelnie w swój czarny płaszcz, usiadł. Na podłodze. W komnacie nie było
żadnego krzesła. Jak zresztą w całym dworzyszczu.

Siedział nieruchomo, z zamkniętymi oczami. Jego oddech, początkowo
równy, stał się nagle przyspieszony, chrapliwy, niespokojny. A potem ustał
zupełnie. Mieszanka, za pomocą której wiedźmin poddał pełnej kontroli
pracę wszystkich organów ciała, składała się głównie z ciemiężycy,
bieluniu, głogu i wilczomlecza. Inne jej składniki nie posiadały nazw w
żadnym ludzkim języku. Dla człowieka, który nie był, tak jak Geralt,
przyzwyczajony do niej od dziecka, byłaby to śmiertelna trucizna.

Wiedźmin gwałtownie odwrócił głowę. Jego słuch, wyostrzony obecnie
ponad wszelką miarę, z łatwością wyłowił z ciszy szelest kroków na
zarośniętym pokrzywami dziedzińcu. To nie mogła być strzyga. Było za
jasno. Geralt zarzucił miecz na plecy, ukrył swój tobołek w palenisku
zrujnowanego kominka i cicho jak nietoperz zbiegł po schodach.

Na dziedzińcu było jeszcze na tyle jasno, by nadchodzący człowiek
mógł zobaczyć twarz wiedźmina. Człowiek – był to Ostrit – cofnął się
gwałtownie, mimowolny grymas przerażenia i wstrętu wykrzywił mu usta.
Wiedźmin uśmiechnął się krzywo – wiedział, jak wygląda. Po wypiciu
mieszanki pokrzyku, tojadu i świetlika twarz nabiera koloru kredy, a
źrenice zajmują całe tęczówki. Ale mikstura pozwala widzieć w najgłębszych
ciemnościach, a o to Geraltowi chodziło.

Ostrit opanował się szybko.

– Wyglądasz, jakbyś już był trupem, czarowniku – powiedział. – Pewnie
ze strachu. Nie bój się. Przynoszę ci ułaskawienie.

Wiedźmin nie odpowiedział.

– Nie słyszysz, co powiedziałem, rivski znachorze? Jesteś
uratowany. I bogaty – Ostrit zważył w ręku sporą sakwę i rzucił ją pod
nogi Geralta. – Tysiąc orenów. Bierz to, wsiadaj na konia i wynoś się
stąd!

Riv wciąż milczał.

– Nie wytrzeszczaj na mnie oczu! – Ostrit podniósł głos. – I nie
marnuj mojego czasu. Nie mam zamiaru stać tutaj do północy. Czy nie
rozumiesz? Nie życzę sobie, abyś odczyniał uroki. Nie, nie myśl, że
odgadłeś. Nie trzymam z Veleradem i Segelinem. Nie chcę, byś ją zabijał.
Masz się po prostu wynosić. Wszystko ma zostać po staremu.

Wiedźmin nie poruszył się. Nie chciał, aby wielmoża zorientował się,
jak przyspieszone są w tej chwili jego ruchy i reakcje. Ciemniało szybko,
było to o tyle korzystne, że nawet półmrok zmierzchu był zbyt jaskrawy dla
jego rozszerzonych źrenic.

– A dlaczego to, panie, wszystko ma zostać po staremu? – spytał,
starając się wolno wypowiadać poszczególne słowa.

– A to – Ostrit dumnie podniósł głowę – powinno cię diabelnie mało
obchodzić.

– A jeżeli już wiem?

– Ciekawe.

– Łatwiej będzie usunąć Foltesta z tronu, jeżeli strzyga dokuczy
ludziom jeszcze bardziej? Jeżeli królewskie szaleństwo do cna obrzydnie i
wielmożom, i pospólstwu, prawda? Jechałem do was przez Redanię, przez
Novigrad. Wiele się tam mówi o tym, że niektórzy w Wyzimie wyglądają
króla Vizimira jako wybawiciela i prawdziwego monarchę. Ale mnie, panie
Ostrit, nie obchodzi ani polityka, ani sukcesje tronów, ani przewroty
pałacowe. Ja jestem tu, aby wykonać pracę. Nie słyszeliście nigdy o
poczuciu obowiązku i zwykłej uczciwości? O etyce zawodowej?

– Uważaj, do kogo mówisz, włóczęgo! – krzyknął wściekle Ostrit,
kładąc dłoń na rękojeści miecza. – Dość już mam tego, nie przywykłem
dyskutować z byle kim! Patrzcie go, etyka, kodeksy, moralność?! Kto to
mówi? Zbój, który ledwo przybył, pomordował ludzi? Który giął się przed
Foltestem w ukłonach, a za jego plecami targował się z Veleradem jak
najemny zbir? I ty ośmielasz się zadzierać głowę, pachołku? Udawać
Wiedzącego? Maga? Czarodzieja? Ty parszywy wiedźminie! Precz stąd, zanim
płazem przez pysk przejadę!

Wiedźmin nawet nie drgnął, stał spokojnie.

– To wy stąd idźcie, panie Ostrit – powiedział. – Ściemnia się.

Ostrit cofnął się o krok, błyskawicznie dobył miecza.

– Sam tego chciałeś, czarowniku. Zabiję cię. Nic ci nie pomogą twoje
sztuczki. Mam przy sobie żółwi kamień.

Geralt uśmiechnął się. Opinia o mocy żółwiego kamienia była równie
powszechna, jak błędna. Ale wiedźmin nie myślał tracić sił na zaklęcia,
ani tym bardziej narażać srebrnej klingi na zetknięcie się z brzeszczotem
Ostrita. Znurkował pod młynkującym ostrzem i nasadą pięści, srebrnymi
ćwiekami mankietu uderzył wielmożę w skroń.

VI

Ostrit oprzytomniał rychło, wodził wkoło oczami w zupełnej ciemności.
Spostrzegł, że jest związany. Geralta, który stał tuż obok, nie widział.
Ale zorientował się, gdzie jest, i zawył, przeciągle, przeraźliwie.

– Milcz – rzekł wiedźmin. – Bo przyciągniesz ją przed czasem.

– Ty przeklęty morderco! Gdzie jesteś? Rozwiąż mnie natychmiast,
łajdaku! Będziesz za to wisiał, suczy synu!

– Milcz.

Ostrit dyszał ciężko.

– Zostawisz mnie jej na pożarcie! Związanego? – spytał już ciszej,
dorzucając plugawe wyzwisko prawie szeptem.

– Nie – rzekł wiedźmin. – Wypuszczę cię. Ale nie teraz.

– Ty łotrze – zasyczał Ostrit. – Żeby odciągnąć strzygę?

– Tak.

Ostrit zamilkł, przestał się miotać, leżał spokojnie.

– Wiedźminie?

– Tak.

– To prawda, że chciałem obalić Foltesta. Nie ja jeden. Ale ja jeden
pragnąłem jego śmierci, chciałem, by umarł w mękach, by oszalał, by żywcem
zgnił. Wiesz, dlaczego?

Geralt milczał.

– Kochałem Addę. Królewską siostrę. Królewską kochankę. Królewską
dziewkę. Kochałem ją… Wiedźminie, jesteś tu?

– Jestem.

– Wiem, co myślisz. Ale tak nie było. Uwierz mi, nie rzucałem żadnych
uroków. Nie znam się na żadnych czarach. Tylko raz w złości
powiedziałem… Tylko raz. Wiedźminie? Słuchasz?

– Słucham.

– To jego matka, stara królowa. To na pewno ona. Nie mogła patrzeć,
że on i Adda… To nie ja. Ja tylko raz, wiesz, próbowałem perswadować, a
Adda… Wiedźminie! Zamroczyło mnie i powiedziałem… Wiedźminie? To ja?
Ja?

– To już nie ma znaczenia.

– Wiedźminie? Północ blisko?

– Blisko.

– Wypuść mnie wcześniej. Daj mi więcej czasu.

– Nie.

Ostrit nie usłyszał zgrzytu odsuwanej płyty grobowca, ale wiedźmin
tak. Pochylił się i rozciął sztyletem więzy wielmoży. Ostrit nie czekał na
żadne słowa, zerwał się, niezgrabnie pokuśtykał zdrętwiały, pobiegł. Jego
wzrok na tyle już przyzwyczaił się do ciemności, że widział drogę
prowadzącą z głównej sali do wyjścia.

Z hukiem wyskoczyła z podłogi płyta blokująca wejście do krypty.
Geralt, przezornie ukryty za balustradą schodów, dostrzegł pokraczną
postać strzygi, pędzącą zwinnie, szybko i nieomylnie w ślad za oddalającym
się tupotem butów Ostrita. Strzyga nie wydała z siebie najmniejszego
dźwięku.

Potworny, rozedrgany, opętańczy wrzask rozdarł noc, wstrząsnął
starymi murami i trwał, wznosząc się i opadając, wibrując. Wiedźmin nie
mógł dokładnie ocenić odległości – jego wyczulony słuch mylił – ale
wiedział, że strzyga dopadła Ostrita szybko. Za szybko.

Wyszedł na środek sali, stanął tuż przy wejściu do krypty. Odrzucił
płaszcz. Poruszył barkami, poprawiając ułożenie miecza. Naciągnął
rękawice. Miał jeszcze chwilę czasu. Wiedział, że strzyga, choć najedzona
po ostatniej pełni, nie porzuci prędko trupa Ostrita. Serce i wątroba były
dla niej cennym zapasem pożywienia na długie trwanie w letargu.

Wiedźmin czekał. Do jutrzenki, jak obliczał, pozostawało jeszcze
około trzech godzin. Pianie koguta mogłoby go tylko zmylić. W okolicy nie
było zresztą prawdopodobnie żadnych kogutów.

Usłyszał. Szła powoli, człapiąc po posadzce. A potem zobaczył ją.

Opis był dokładny. Nieproporcjonalnie duża głowa osadzona na krótkiej
szyi okolona była splątaną, wijącą się aureolą czerwonawych włosów. Oczy
świeciły w mroku jak dwa karbunkuły. Strzyga stała nieruchomo, wpatrzona w
Geralta. Nagle otworzyła paszczę – jak gdyby chwaląc się rzędami białych,
spiczastych zębisk, po czym kłapnęła żuchwą z trzaskiem przypominającym
zamykanie skrzyni. I od razu skoczyła, z miejsca, bez rozbiegu, godząc w
wiedźmina okrwawionymi pazurami.

Geralt odskoczył w bok, zawirował w błyskawicznym piruecie, strzyga
otarła się o niego, też zawirowała, tnąc powietrze szponami. Nie straciła
równowagi, zaatakowała ponownie, natychmiast, z półobrotu, kłapiąc zębami
tuż przed piersią Geralta. Riv odskoczył w drugą stronę, trzykrotnie
zmienił kierunek obrotu w furkoczącym piruecie, zdezorientował strzygę.
Odskakując, mocno, choć bez zamachu, uderzył ją w bok głowy srebrnymi
kolcami osadzonymi na wierzchniej stronie rękawicy, na knykciach.

Strzyga zaryczała potwornie, wypełniając dworzyszcze dudniącym
echem, przypadła do ziemi, zamarła i poczęła wyć, głucho, złowrogo,
wściekle.

Wiedźmin uśmiechnął się złośliwie. Pierwsza próba, tak jak liczył,
wypadła pomyślnie. Srebro było zabójcze dla strzygi, jak dla większości
potworów powołanych do życia przez czary. Istniała więc szansa: bestia
była jak inne, a to mogło gwarantować pomyślne odczarowanie, zaś srebrny
miecz, ostateczność, mógł gwarantować mu życie.

Strzyga nie spieszyła się z następnym atakiem. Tym razem zbliżała się
wolno, szczerząc kły, śliniąc się obrzydliwie. Geralt cofnął się, szedł
półkolem, ostrożnie stawiając kroki, zwalniając i przyspieszając ruchy
dekoncentrował strzygę, utrudnił jej spięcie się do skoku. Idąc wiedźmin
rozwijał długi, cienki, mocny łańcuch, obciążony na końcu. Łańcuch był ze
srebra.

W momencie gdy strzyga sprężyła się i skoczyła, łańcuch świsnął w
powietrzu i zwijając się jak wąż, w okamgnieniu oplótł ramiona, szyję i
głowę potwora. Strzyga zwaliła się w skoku, wydając przeszywający uszy
wizg. Miotała się po posadzce, rycząc okropnie, nie wiadomo było, z
wściekłości czy z palącego bólu, jaki zadawał jej nienawistny metal.
Geralt był zadowolony – zabicie strzygi, gdyby tego chciał, nie
przedstawiało w tej chwili wielkiego problemu. Ale wiedźmin nie dobywał
miecza. Jak do tej pory nic w zachowaniu strzygi nie dawało powodów
przypuszczać, że mógłby to być przypadek nieuleczalny. Geralt cofnął się
na odpowiednią odległość i nie spuszczając wzroku z kotłującego się na
posadzce kształtu, oddychał głęboko, koncentrował się.

Łańcuch pękł, srebrne ogniwa, jak deszcz, sypnęły się na wszystkie
strony, dzwoniąc po kamieniu. Zaślepiona wściekłością strzyga runęła do
ataku wyjąc. Geralt czekał spokojnie, uniesioną prawą dłonią kreślił przed
sobą Znak Aard.

Strzyga poleciała w tył kilka kroków jak uderzona młotem, ale
utrzymała się na nogach, wyciągnęła szpony, obnażyła kły. Jej włosy
uniosły się i załopotały, jak gdyby szła pod gwałtowny wiatr. Z trudem,
charcząc, krok po kroku, powoli szła. Jednak szła.

Geralt zaniepokoił się. Nie oczekiwał, że tak prosty Znak zupełnie
sparaliżuje strzygę, ale i nie spodziewał się, że bestia pokona opór tak
łatwo. Nie mógł trzymać Znaku zbyt długo, było to zbyt wyczerpujące, a
strzyga miała już do przebycia nie więcej niż dziesięć kroków. Raptownie
zdjął Znak i odskoczył w bok. Tak jak oczekiwał, zaskoczona strzyga
poleciała naprzód, straciła równowagę, przewróciła się, pośliznęła po
posadzce i stoczyła w dół po schodach, w ziejący w podłodze otwór wejścia
do krypty. Z dołu rozległo się jej potępieńcze wycie.

Aby zyskać na czasie, Geralt skoczył na schody prowadzące na
galeryjkę. Nie przebył nawet połowy stopni, gdy strzyga wypadła z krypty,
pędząc jak ogromny czarny pająk. Wiedźmin odczekał, aż wbiegnie za nim na
schody, po czym przesadził balustradę, zeskoczył w dół. Strzyga
zakręciła się na schodach, odbiła i poleciała na niego w
nieprawdopodobnym, ponad dziesięciometrowym skoku. Nie dała się już tak
łatwo zwieść jego piruetom – dwukrotnie jej szpony naznaczyły skórzany
kaftan Riva. Ale ponowny, rozpaczliwie mocny cios srebrnych kolców
rękawicy odrzucił strzygę, zachwiał nią. Geralt, czując wzbierającą w
sobie wściekłość, zakołysał się, wygiął tułów do tyłu i potężnym
kopniakiem w bok zwalił bestię z nóg.

Ryk, jaki wydała, był głośniejszy od wszystkich poprzednich. Aż tynk
posypał się z sufitu.

Strzyga zerwała się, dygocąc z nieopanowanej złości i żądzy mordu.
Geralt czekał. Już dobył miecza, opisywał nim w powietrzu koła, szedł,
okrążał strzygę, bacząc, by ruchy miecza były niezgodne z rytmem i tempem
jego kroków. Strzyga nie skoczyła, zbliżała się powoli, wodząc oczami za
jasną smugą klingi.

Geralt raptownie zatrzymał się, zamarł z uniesionym mieczem.
Strzyga, zdetonowana, stanęła również. Wiedźmin opisał ostrzem powolne
półkole, zrobił krok w stronę strzygi. Potem jeszcze jeden. A potem
skoczył, wywijając młyńca nad głową.

Strzyga skuliła się, zrejterowała zygzakiem, Geralt był znowu blisko,
klinga migotała mu w dłoni. Oczy wiedźmina rozpaliły się złowrogim
blaskiem, zza zaciśniętych zębów rwał się chrapliwy ryk. Strzyga znów
cofnęła się pchnięta do tyłu mocą skoncentrowanej nienawiści, złości i
przemocy emanujących z atakującego ją człowieka, bijących w nią falami,
wdzierających się do mózgu i trzewi. Przerażona aż do bólu nie znanym jej
dotychczas uczuciem wydała z siebie roztrzęsiony, cienki kwik, zakręciła
się w miejscu i rzuciła do obłąkańczej ucieczki w mroczną plątaninę
korytarzy dworzyszcza.

Geralt, wstrząsany dreszczem, stał pośrodku sali. Sam. Długo to
trwało, pomyślał, zanim ten taniec na skraju przepaści, ten szaleńczy,
makabryczny balet walki doprowadził do oczekiwanego rezultatu, pozwolił mu
na osiągnięcie psychicznej jedności z przeciwnikiem, na dobranie się do
pokładów skupionej woli, która przepełniała strzygę. Złej, chorobliwej
woli, z mocy której strzyga powstała. Wiedźmin zadygotał na wspomnienie
momentu, w którym wchłonął w siebie ten ładunek zła, by skierować go, jak
zwierciadłem, na potwora. Nigdy jeszcze nie spotkał się z taką
koncentracją nienawiści i morderczego szału, nawet u bazyliszków
cieszących się pod tym względem najgorszą sławą.

Tym lepiej, myślał, idąc w stronę wejścia do krypty czerniejącego w
podłodze jak ogromna kałuża. Tym lepiej, tym mocniejsze uderzenie odebrała
sama strzyga. To mu da trochę więcej czasu na dalsze działanie, zanim
bestia otrząśnie się z szoku. Wiedźmin wątpił, czy zdobyłby się na jeszcze
jeden podobny wysiłek. Działanie eliksirów słabło, a świt był jeszcze
daleko. Strzyga nie może dostać się do krypty przed jutrzenką, inaczej
cały dotychczasowy trud zda się na nic.

Zszedł po schodach. Krypta była nieduża, mieściła trzy kamienne
sarkofagi. Pierwszy od wejścia miał na wpół odsuniętą pokrywę. Geralt
wydobył zza pazuchy trzeci flakonik, wypił szybko jego zawartość, wszedł
do grobowca, zanurzył się w nim. Tak jak oczekiwał, grobowiec był
podwójny – dla matki i córki.

Zasunął pokrywę dopiero wtedy, gdy z góry usłyszał znów ryk strzygi.
Położył się na wznak obok zmumifikowanych zwłok Addy, na płycie od
wewnątrz nakreślił Znak Yrden. Na piersiach położył miecz i postawił
maleńką klepsydrę wypełnioną fosforyzującym piaskiem. Skrzyżował ręce. Nie
słyszał już wrzasków strzygi przetrząsającej dworzyszcze. Przestawał
słyszeć cokolwiek, bo czworolist i jaskółcze ziele zaczynały działać.

VII

Kiedy Geralt otworzył oczy, piasek w klepsydrze przesypał się już do
końca, co oznaczało, że jego letarg był nawet dłuższy, niż należało.
Nadstawił uszu – nie usłyszał nic. Jego zmysły działały już normalnie.

Ujął miecz w dłoń, przesunął ręką po pokrywie sarkofagu mrucząc
formułę, po czym lekko, na kilka cali, odsunął płytę.

Cisza.

Odsunął wieko bardziej, usiadł, trzymając broń w pogotowiu wystawił
głowę ponad grobowiec. W krypcie było ciemno, ale wiedźmin wiedział, że na
zewnątrz świta. Skrzesał ognia, zapalił miniaturowy kaganek, uniósł go,
śląc na ściany krypty dziwaczne cienie.

Pusto.

Wygramolił się z sarkofagu, obolały, zdrętwiały, zziębnięty. I wtedy
dostrzegł ją. Leżała na wznak przy grobowcu, naga, nieprzytomna.

Była raczej brzydka. Szczuplutka, z małymi szpiczastymi piersiami,
brudna. Włosy – płoworude – sięgały jej prawie do pasa. Stawiając kaganek
na płycie ukląkł przy niej, pochylił się. Usta miała blade, na kości
policzkowej duży krwiak od jego uderzenia. Geralt zdjął rękawicę,
odłożył miecz, bezceremonialnie zadarł jej palcem górną wargę. Zęby miała
normalne. Sięgnął po jej rękę zagrzebaną w splątanych włosach. Zanim
namacał dłoń, zobaczył otwarte oczy. Za późno.

Chlasnęła go szponami po szyi, tnąc głęboko, krew bryznęła jej na
twarz. Zawyła, godząc w oczy drugą ręką. Zwalił się na nią, łapiąc za
przeguby obu rąk, przygważdżając do posadzki. Kłapnęła zębami – już za
krótkimi – przed jego twarzą. Uderzył ją czołem w twarz, mocniej
przydusił. Nie miała już dawnej siły, wiła się tylko pod nim, wyła,
wypluwając krew – jego krew – zalewającą jej usta. Krew uchodziła szybko.
Nie było czasu. Wiedźmin zaklął i ugryzł ją mocno w szyję tuż pod uchem,
wbił zęby i zaciskał je, dopóki nieludzkie wycie nie zmieniło się w
cienki, rozpaczliwy krzyk, a potem dławiący się szloch – płacz krzywdzonej
czternastoletniej dziewczynki.

Puścił ją, gdy przestała się poruszać, uniósł się na kolana, wyrwał z
kieszeni na rękawie kawał płótna, przycisnął go do szyi. Namacał leżący
obok miecz, przyłożył nieprzytomnej dziewczynie ostrze do gardła, pochylił
się nad jej dłonią. Paznokcie były brudne, połamane, zakrwawione, ale…
normalne. Najzupełniej normalne.

Wiedźmin wstał z trudem. Przez wejście do krypty wlewała się już
lepko-mokra szarość poranka. Ruszył ku schodom, ale zachwiał się, usiadł
ciężko na posadzce. Przez przesiąknięte płótno krew lała mu się po ręce,
ściekała do rękawa. Rozpiął kaftan, rozdarł koszulę, pruł, darł szmaty,
wiązał je wokół szyi wiedząc, że nie ma za dużo czasu, że zaraz
zemdleje…

Zdążył. I zemdlał.

W Wyzimie, za jeziorem, kogut, strosząc pióra w chłodnej wilgoci,
zapiał ochryple po raz trzeci.

VIII

Zobaczył bielone ściany i belkowany sufit komnatki nad kordegardą.
Poruszył głową krzywiąc się z bólu, jęknął. Szyję miał obandażowaną,
grubo, solidnie, fachowo.

– Leż czarowniku – powiedział Velerad. – Leż, nie ruszaj się.

– Mój… miecz…

– Tak, tak. Najważniejszy jest oczywiście twój srebrny, wiedźmiński
miecz. Jest tu, nie obawiaj się. I miecz, i kuferek. I trzy tysiące
orenów. Tak, tak, nic nie mów. To ja jestem stary dureń, a ty jesteś mądry
wiedźmin. Foltest powtarza to od dwóch dni.

– Dwóch…

– Ano, dwóch. Nieźle rozpłatała ci szyję, widać było wszystko, co tam
masz w środku. Straciłeś mnóstwo krwi. Szczęściem pognaliśmy do
dworzyszcza zaraz po trzecich kurach. W Wyzimie nikt nie spał tamtej nocy.
Nie dało się. Okropnieście tam hałasowali. Nie męczy cię moje gadanie?

– Kró… lewna?

– Królewna jak królewna. Chuda. I głupawa taka jakaś. Płacze bez
ustanku. I sika w łóżko. Ale Foltest mówi, że to się jej odmieni. Myślę,
że nie na gorsze, co, Geralt?

Wiedźmin zamknął oczy.

– Dobrze, idę już – Velerad wstał. – Odpoczywaj. Geralt? Zanim pójdę,
powiedz, dlaczego chciałeś ją zagryźć? Hę? Geralt?

Wiedźmin spał.