Wstęp

Opowiadanie „W leju po bombie” było pisane do antologii. Antologia nie ujrzała, niestety, światła dziennego. A jak to było, opowiem.

Gdzieś tak w okolicach
lutego Anno Domini 1992 listonosz doniósł list Rafała A. Ziemkiewicza,
znanego pisarza i polityka, krótko zaś potem dostałem drugi
list, od Jacka Inglota, znanego pisarza i krytyka. Tenor listów
był podobny. Świat otacza nas paskudny, sprzedajny i chory, pisali
znani, nie świat to, ale jedna wielka psychoza. Rzeczywistość,
pisali znani, skrzeczy, a miała wszak zaraz po zmianie ustroju jąć
śpiewać słodko niczym ptaszę polne i tamże szemrzeć cichutko
jako górski strumyk. Obowiązkiem naszym pisarskim, pisali znani, jest
zareagować. Dał nam przykład Bonaparte. Przepraszam, dał nam przykład
Janusz A. Zajdel. Zajdel protestował, wytykał, przywalał, ośmieszał
i tępił, wiadomo kogo – ancien régime. Choć reżym
już niby nowy, pisali znani, nadal jest przeciw czemu protestować,
nadal jest komu przywalać, nadal jest co tępić. Do roboty tedy, literaci
do pióra, hajże na Soplicę, składamy i wydajemy antologię. Zajdlowską
antologię.

Sprawę potraktowałem poważnie, choć – między
nami mówiąc – do paskudy otaczającego świata zdążyłem
przywyknąć, od rzeczywistości, poza skrzekiem, nie oczekiwałem
niczego, złudzeń zaś nigdy nie miałem, toteż i nie doznałem
bólu utraty. Ale cóż, jeśli antologia, to antologia, porządny
autor antologii nie omija i nie lekceważy, a ja już wszak
byłem do tyłu, nie było żadnego mojego opowiadania w Czarnej
mszy, składanej w 1991 roku kolejnej antologii Wojtka Sedeńki.
To ja, nawiasem mówiąc, wymyśliłem tytuł Czarna msza i ja
byłem tej „antyklerykalnej” antologii pomysłodawcą – ale
cóż, gdy przyszło do pisania, okazałem się za mało, widać, antyklerykalny.
Ha, pomyślałem, tym razem się nie poddam. Wziąłem się ostro
do pracy i napisałem opowiadanie w wyznaczonym przez Ziemkiewicza
i Inglota terminie. Inni też napisali. Do oceny i weryfikacji
pod kątem przydatności napisanych opowiadań do antologii zabrała
się specjalna komisja. Dziś powiedzielibyśmy – lustracyjna.
Po odsianiu zostały… dwa opowiadania. Dwa – „W leju po bombie”
niżej podpisanego oraz „Pięknie jest w dolinie” Rafała
Ziemkiewicza. Zaś z dwóch jeno opowiadań, jak łacno pojmiecie,
antologii złożyć nie sposób.

Planowana antologia zakładała poprzedzanie opowiadań
w zbiorku odautorskimi wstępami, wyjaśniającymi to i owo. „W leju…” zostało

naturalnie w takowy wstęp wyposażone. Przytaczam go tu in extenso.
Nasze antologie fantastyczne dorobiły się już dwóch tradycji.
Pierwszą jest pisanie antologicznych opowiadań na zasadzie Wielkiej
Pardubickiej, czyli bomba w górę i hurra, poszły konie po betonie.
Najszybsi zajmują punktowane miejsca i otrzymują tytuł „czołowego
twórcy polskiej SF”. Inni odpadają w przedbiegach lub wywalają
się na pierwszych oxerach. Tym ostatnim pozostaje jeno zbierać siły
do morderczych recenzji.

Drugą tradycją jest poprzedzanie opowiadań odautorskim
komentarzem: autor zdradza, skąd pomysł, co chciał przez to powiedzieć,
czyni różne wyznania. Czasami autor dodaje do opowiadania motto.
Motto ma upewnić czytelnika, że autor nie tylko pisze, ale niekiedy
również czyta i to mądre rzeczy, skąd zaczerpuje motta.

Niech więc i mnie wolno będzie poprzedzić opowiadanie
komentarzem, na domiar złego rozwlekłym.

Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze młodym i niebywale
przystojnym brunetem, ukazała się i narobiła hałasu książka
Leopolda Tyrmanda zatytułowana Zły. Nie była to, wbrew pozorom,
rzecz o tym, jak świętej Agnieszce objawił się Lucyper ani o
tym, jak baba diabła wyonacyła. Zresztą wszyscy wiedzą, o czym traktował
Zły, pomimo faktu, że przez czas bardzo długi nie kwapiono
się do wznowień bestselleru, bo autor był w opinii pewnych ludzi jeszcze
gorszy.

Ale nie o książce Tyrmanda będzie mowa, ale o przedmowie
do niej, wydrukowanej na obwolucie. Obwoluta z mojego egzemplarza
Złego uległa, niestety, niszczącemu wpływowi czasu i osób, które
książkę pożyczały. Pamiętam jednak pewien fragment owej przedmowy.
Krytyk, nazwisko którego wyerodowała z mej pamięci skleroza, napisał
mniej więcej tak: „Warszawa ze Złego nie istnieje i nie
istniała nigdy, podobnie jak nie istniał nigdy Londyn z Opery za
trzy grosze”. Toutes proportions gardées, niniejszym
zawiadamiam, że miasto Suwałki i jego szeroko rozumiane okolice,
opisane w opowiadaniu „W leju po bombie” nie istniały nigdy,
podobnie jak nie istniał nigdy Londyn z Opery za trzy grosze.

Powyższy wstęp do opowiadania został napisany wyłącznie
z tego powodu, że nie godziło się korzystać z motta do Króla
Ubu, bo motto do Króla Ubu jest tak znane, że nie ma
sensu chwalić się jego znajomością.

Autor oświadcza jednocześnie, że mogące wynikać
z opowiadania podobieństwo niektórego do wszystkiego i niczego jest
czysto przypadkowe i wynika z tego i tamtego. Na pytanie, dlaczego
tak jest, autor odpowiada: dlatego, żeby było weselej.

„W leju po bombie” ukazało się w roku 1993, w kwietniowym
numerze „Feniksa”. W roku 1994, na Polconie w Lublinie, zostałem
za nie nagrodzony „Zajdlem”. Tak popularnie nazywa się przyznawaną
przez fanów statuetkę, doroczną nagrodę imienia Janusza A. Zajdla.

„W leju po bombie” jest jedynym moim opowiadaniem,
o którym z całą pewnością można powiedzieć, iż nie jest
to fantasy. Dzięki „Lejowi…” mogę więc z podniesionym czołem
mówić o sobie: „autor science fiction”.

W Leju Po Bombie

To było tak – wpadłem sobie, wczesnym rankiem, do leja po bombie.
Rozglądam się i widzę – Indyk. Siedzi sobie…

Nie. Zacznijmy od samego początku. Należy wam się wstęp, początek,
kilka słów wyjaśnienia, choćby z tego powodu, byście nie sądzili,
że wpadanie do lejów po bombach należy do normalnych, codziennych
czynności, jakie zwykłem wykonywać każdego ranka. Wiedzcie
tedy, że był to absolutny przypadek. Wpadłem do leja po raz pierwszy.
A mam nadzieję, że ostatni.

Tak więc, zacząć trzeba od tego, że dzień ów – a był to, moi
kochani, czwartek – od samiutkiego początku zapowiadał się pechowo.
Myjąc oczy zimną wodą, zawadziłem czubkiem głowy o półeczkę pod lustrem
i zwaliłem na podłogę wszystko, co na niej stało. Tubkom, szczoteczkom,
grzebieniom i kubeczkom z PCV upadek, ma się rozumieć, nie zaszkodził.
Niestety, na półeczce stała też szklanka ze sztuczną szczęką ojca.
Szklanka, zwyczajem szklanek, rozbiła się w drobny mak, a szczęka
z siłą wodospadu smyknęła pod wannę i wpadła do studzienki ściekowej.
Szczęśliwie studzienka ściekowa pełna była szlamu i włosów,
szczęka ugrzęzła w tym wszystkim jak w Morzu Sargassowym i udało mi
się ją wydostać, zanim odpłynęła w czeluście kanalizacji miejskiej.
Oj, ulżyło mi. Ojciec bez szczęki – wyobrażacie sobie,
co by było? Ojciec nie ma zębów. W ogóle. Czernobyl, rozumiecie sami.

Wypłukałem szczękę, zerkając w stronę sypialni. Wyglądało jednak,
że ojciec niczego nie usłyszał. Była siódma rano, a o tak wczesnych
porach ma on w zwyczaju spać słodko a twardo. Ojciec jest ausgerechnet
bezrobotny, bo wylano go z roboty w Zakładach Koncentratów Spożywczych
im. Księdza Skorupki, dawniej Marcelego Nowotki. Powodem zwolnienia
był, jak się twierdzi, nie uregulowany stosunek do wiary i brak poszanowania
dla symboli, które są święte dla wszystkich Polaków. Ale moi kolesie
ze szkoły podsłuchali po domach, że tak naprawdę to powodem zwolnienia
był donos. Zresztą zgodny z prawdą. Jeszcze za starego reżymu
ojciec szedł kiedyś w pochodzie pierwszomajowym i na domiar złego
niósł szturmówkę. Ojciec, jak się domyślacie, ma gdzieś owe
zakłady, stojące na krawędzi bankructwa i na okrągło strajkujące.
Powodzi nam się i tak całkiem nieźle, bo matka pracuje u Niemców,
za rzeką, w Ostpreussische Anilin und Sodafabrik, fabryce wchodzącej
w skład Czterech Sióstr, gdzie zarabia trzykrotnie więcej niż
niegdyś ojciec u skorupkowych koncentratów.

Szybciutko zebrałem odłamki szkła i wytarłem rozlaną wodę, a potem
przetarłem podłogę jeszcze raz, na mokro, aby correga tab nie przeżarła
nam linoleum. Matka również niczego nie zauważyła, bo robiła
sobie make-up w dużym pokoju, oglądając jednocześnie fragmenty
„Dynastii”, które nagrałem jej poprzedniego wieczora na video
cassette. W wersji litewskiej, bo nie zdążyłem na wersję polską.
Matka nie zna ani słowa po litewsku, ale twierdzi, że w przypadku
„Dynastii” to nie ma znaczenia. Poza tym wersja litewska przerywana
jest reklamami tylko trzy razy i trwa zaledwie półtorej godziny.

Ubrałem się szybko, pstryknąwszy wpierw pilotem w stronę mojego
osobistego Sony. MTV nadawało „Awake On The Wild Side”. Ubranie
wkładałem, podrygując w rytm „Tomorrow”, nowego, ostro lansowanego
przeboju Yvonne Jackson z albumu „Can’t Stand The Rain”.

– Wychodzę, mama! – wrzasnąłem, biegnąc ku drzwiom.
– Wychodzę, słyszałaś?

Mama, w ogóle nie patrząc na mnie, pomachała intensywniej ręką z paznokciami
pomalowanymi na purpurowo, a Jamie Lee Verger, grająca Ariel Carrington,
jedną z wnuczek starego Blake’a, powiedziała coś po litewsku.
Blake przewrócił oczami i powiedział: „Alexis”. Wbrew pozorom
nie było to po litewsku.

Wybiegłem na ulicę, w rześki, październikowy poranek. Do szkoły
jest kawałek drogi. Czasu jednak miałem dość, postanowiłem zatem
pokonać cały dystans lekkim biegiem. Jogging, rozumiecie? Samo zdrowie
i kondycha. Tym bardziej że komunikacja miejska zbankrutowała
pół roku temu.

W tym, że coś się dzieje, połapałem się natychmiast. Trudno
było się nie połapać – od północnej strony miasta, od Maniówki,
rozległa się nagle kanonada, a za moment coś urżnęło z taką
siłą, że zachwiał się cały dom, z brzękiem wyleciały dwie szyby
w budynku Ligi Morskiej i Kolonialnej, a na fasadzie kina „Palladium”
załopotały plakaty propagandowego filmu „Litości, mamo”,
wyświetlanego na porankach przy niskiej frekwencji.

Kilka minut później urżnęło ponownie, a zza dachów wyskoczyły
w bojowej formacji cztery pomalowane w brązowe i zielone plamy Mi-28
„Havoc”, dymiące rakietami odpalanymi spod wysięgników. Dookoła
śmigłowców zamigotały pociski smugowe, wystrzeliwane z dołu.

Znowu, pomyślałem. Znowu się zaczyna.

Nie wiedziałem wówczas jeszcze, kto leje kogo i dlaczego. Ale ewentualności
nie było znowu aż tak wiele. Mi-28 należały zapewne do Litwinów
z dywizji „Plechavicius”. Naszej armii w okolicy nie było,
bo została skoncentrowana na granicy ukraińskiej. Ze Lwowa, Kijowa
i Winnicy znowu wysiedlano ciupasem naszych jezuitów emisariuszy,
a i w Humaniu, jak mówiono, też coś się szykowało. Oznaczałoby
to, że odpór szaulisom mogła dawać Samoobrona albo Niemcy z Freikorpsu.
Mogli to być też Amerykanie ze Sto Pierwszej Airborne, która stacjonowała
w Gdańsku i w Knigsbergu i stamtąd latała polewać napalmem plantacje
Makowego Trójkąta Biała Podlaska- -Pińsk-Kowel.

Mógł to być także zwyczajny napad na nasz lokalny Chemical Bank
albo zwykłe porachunki rekieterów. Nigdy nie słyszałem, aby rekieterzy
z organizacji „Nasze Dieło” dysponowali Mi-28 „Havoc”,
ale nie można było tego wykluczyć. W końcu przecież ktoś
ukradł w Sankt Petersburgu krejser „Aurora” i odpłynął nim
w priedrasswietnyj tuman. Dlaczego więc nie śmigłowiec? Śmigłowiec
łatwiej zwędzić niż krążownik, no nie?

Ach, co za różnica. Wcisnąłem słuchawki w uszy i włączyłem walkmana,
by posłuchać „Julie”, piosenki grupy Jesus and Mary Chain
z ich nowego CD, zatytułowanego „Cruising”. Nastawiłem volume
na full.

Julie, your smile so warm
Your cheek so soft

I feel a glow just thinking of you

The way you look tonight

Sends shivers down my spine

Julie

You’re so fine

So fine…

W bramie, którą mijałem, stał mój sąsiad i koleżka Prusak; trzymał
za rękę swoją młodszą siostrę, Myszkę. Przystanąłem, zdjąłem słuchawki.

– Hej, Prusak. Cześć, Myszka.

– Blierrppp – powiedziała Myszka i opluła się z lekka, bo
rozeszła się jej górna warga.

– Cześć, Jarek – powiedział Prusak. – Idziesz
do schuli?

– Idę. Ty nie?

– Nie. Słyszysz chyba? – Prusak wskazał ręką w stronę Maniówki
i, ogólnie rzecz biorąc, północy. – Cholera wie, co z tego może
być. Wojna, bracie, na całego.

– Fakt – odparłem. – Słychać, że się gwałt gwałtem
odciska. Who’s fighting whom?

– Keine Ahnung. Co za różnica? Ale nie zostawię Myszki samej,
nie?

Na drugim piętrze budynku zza otwartych drzwi balkonowych słychać
było ryki, wrzaski, odgłosy razów i piskliwe zawodzenie.

– Nowakowski – wyjaśnił Prusak, podążając za moim
wzrokiem – leje żonę, bo zapisała się do Świadków
Jehowy.

– Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną – rzekłem kiwając
głową.

– Co?

– Urpppl – powiedziała Myszka, krzywiąc buzię i mrużąc
jedyne oko, co u Myszki oznaczało uśmiech. Potargałem lekko jej
włoski, rzadziutkie i jasne.

Od strony Maniówki rozległy się eksplozje i wściekłe ujadanie
kaemów.

– Idę – rzekł Prusak. – Muszę jeszcze zakleić taśmą
okno w kuchni, bo znowu wyleci szyba. Bye, Jarek.

– Bye. Pa, Myszka.

– Birppp – pisnęła Myszka i prysnęła śliną.

Myszka nie jest piękna. Ale wszyscy lubimy Myszkę. Ja też. Myszka
ma sześć lat. Nigdy nie będzie miała szesnastu. Czernobyl, jak
się słusznie domyślacie. Matka Prusaka i Myszki leży właśnie
w szpitalu. Wszyscy jesteśmy ciekawi, co się urodzi. Bardzo jesteśmy
ciekawi.

– Ty kociaro! – ryczał z góry Nowakowski. – Ty Żydówo
jedna! Ja ci ze łba to pogaństwo wybiję, małpo ruda!

Włączyłem walkmana i pobiegłem dalej.

Julie, Julie

There’s nothing for me but to love you

Hoping it’s the kind of love that never dies

I love the way you look tonight

Julie

You’re so fine

You’re all that really matters…

Na Nowym Rynku prawie nie było ludzi. Właściciele sklepów ryglowali
drzwi, spuszczali żelazne żaluzje i kraty. Czynny był tylko
McDonald’s, bo McDonald’s jest eksterytorialny i nietykalny. Jak zwykle,
siedzieli tam i obżerali się korespondenci różnych koncernów
prasowych i ekipy telewizyjne różnych stacji. Otwarta też
była księgarnia „Atena”, należąca do mojego znajomego,
Tomka Hodorka. Bywałem u Tomka często, kupowałem u niego spod lady
różną kontrabandę, samizdaty i bezdebity, zakazane przez Kurię.
Oprócz działalności księgarskiej Tomek Hodorek parał się także
wydawaniem poczytnego miesięcznika „Birbant”, lokalnej mutacji
„Playboya”.

Tomek stał właśnie przed księgarnią i zmywał rozpuszczalnikiem
namazane na szybie wystawowej: BĘDZIESZ WISIAŁ ŻYDZIE.

– Serwus, Tomek.

– Salve, Jarek. Come inside! Jest Mistrz i Małgorzata,
wydawnictwo Siewier. I Blechtrommel Grassa.

– Mam jedno i drugie, stare wydania. Ojciec ukrył, gdy palili.
Salmana Rushdiego dostałeś?

– Dostanę za dwa tygodnie. Odłożyć?

– Jasne. Cześć. Śpieszę się do szkoły.

– Ausgerechnet dzisiaj? – Tomek wskazał w kierunku Maniówki,
skąd słychać było coraz zajadlejszą wymianę ognia. – Pieprz szkołę
i wracaj do domu, sonny boy. Inter arma silent Musae.

– Audaces fortuna iuvat – powiedziałem niepewnie.

– Your business. – Tomek wyjął z kieszeni czystą szmatkę,
splunął na nią i przetarł szybę do glancu. – Bye.

– Bye.

Przed siedzibą Loży Masońskiej „Gladius”, obok pomnika
Marii Konopnickiej, stał policyjny wóz pancerny z zamontowanym na
wieżyczce M-60. Na cokole pomnika widniało namalowane czerwoną
farbą: UNSERE SZKAPA, a nieco poniżej: TO SZKAPA NASZ WIESZCZ
PRZECHODNIU NIE SZCZ. Obok pomnika była tablica propagandowa, a na
niej, za szybą, fotografie dokumentujące dewastację grobu pisarki
na cmentarzu Łyczakowskim.

Julie

You’re so fine

So fine…

Poszedłem ulicą Eligiusza Niewiadomskiego, dawniej Narutowicza, przebiegłem
wzdłuż muru nieczynnej fabryki włókienniczej. Do muru przymocowany
był ogromny plakat, chyba dziewięć na dziewięć, przedstawiający nieboszczkę
matkę Teresę. Na plakacie ktoś nasprayował wielkimi wołami: GENOWEFA
PIGWA. Skręciłem w uliczkę prowadzącą ku Czarnej Hańczy.

I wpadłem prosto na białokrzyżowców.

Było ich ze dwudziestu, wszyscy ostrzyżeni na łysą pałę, w skórzanych
kurtkach, oliwkowych T-shirtach, worowatych spodniach woodland camo
i ciężkich paratrooperskich kamaszach. Pięciu, uzbrojonych w uzi
i przemycane policyjne heckler-kochy, pilnowało motocykli. Jeden malował
gwiazdę Dawida na szybie wystawowej butiku Małgośki Zamoyskiej.
Inny, stojący pośrodku ulicy, trzymał na ramieniu kombajn marki
Sharp i podrygiwał w rytm „Saviour”, hitu grupy Megadeth z
albumu „Lost in the Vagina”. Piosenka i płyta były na indeksie.

Reszta białokrzyżowców zajęta była wieszaniem osobnika w liliowej
koszuli. Osobnik w liliowej koszuli wył, ciskał się i szarpał związanymi
z tyłu rękoma, a białokrzyżowcy tarmosili go i tłukli gdzie popadło,
wlokąc w stronę kasztana, na konarze którego wisiała już elegancka
pętla z telefonicznego kabla. Na trotuarze leżał wielki plastikowy
wór w błękitno-czerwone pasy. Obok wora poniewierały się kolorowe
bluzki, legginsy, sweterki, liczne opakowania rajstop, wideokasety
i camcorder Panasonic.

No more lies, no more crap

I’m fed up

I’m sick

With your words slimy and slick

No more!

Don’t try to save me anymore

I’m not made in your likeness…

Białokrzyżowiec z sharpem na ramieniu zrobił kilka kroków w moim
kierunku, zagradzając mi drogę. Do łydki miał przypięty ciężki
nóż typu Survival. Kilku z tyłu odcięło mi odwrót.

Żegnaj, Julie, pomyślałem. Żegnaj, walkmanie. Żegnajcie,
miłe przednie zęby.

– Hej! – wrzasnął nagle jeden z białokrzyżowców. –
Przystojniak! To ty?

Poznałem go mimo ogolonej głowy i cyrkowego przebrania. Był to Mariusz
Zdun, zwany Liskiem. Syn ginekologa, jednego z bogatszych ludzi w
mieście. O starym Zdunie mówiono, że był w Radzie Nadzorczej
Art-B International AG i że ma udziały w Czterech Siostrach.

– Zostaw go w spokoju, Menda – powiedział Lisek do tego z
sharpem. – Ja go znam, to mój druh, dobry Polak. Do budy z nim
chodziłem!

Fakt to był. Lisek chodził przez jakiś czas do naszej szkoły.
Dawałem mu ściągać. Bez widocznych efektów, bo Lisek słabo czytał.

Osobnik w liliowej koszuli, podniesiony za uda w kierunku stryczka,
zaryczał dziko, wierzgnął, wyrwał się i upadł na trotuar. Stłoczeni
dookoła białokrzyżowcy skopali go i podnieśli ponownie.

– Eeee! – wrzasnął jeden, z kołyszącym się obok uzi krucyfiksem
na szyi. – Lisek! Pomógłbyś lepiej, zamiast gadać z tym dziwolągiem!

Tego też znałem. Mówiono na niego Wielki Gonzo, bo miał nos przypominający
kran od zlewu i tak samo błyszczący.

– Lepiej sobie idź, Jarek. – Lisek podrapał się
w ostrzyżone ciemię. – Lepiej sobie stąd idź.

Yeah, prayers and hate

Nothing but prayers and hate

Too late

Black hounds lurking everywhere

Salivating and drooling

No more!

Don’t try to save me anymore…

Na pierwszym piętrze otworzyło się okno.

– Ciszej! – wrzasnął, wychylając się, dziadyga z błyszczącą
łysiną. Nad uszami miał dwa siwe kosmyki, nadające mu wygląd puchacza.
– Cicho! Tu ludzie śpią! Co to za hałasy?

– Spierdalaj, dziadu! – ryknął Lisek, zadzierając głowę i
wywijając uzi. – Już! Morda w kubeł!

– Grzeczniej, Lisek – upomniał go Wielki Gonzo, nakładając
stryczek na szyję wyjącego osobnika w liliowej koszuli. – A wy,
rodaku, zamknijcie okno i idźcie oglądać telewizję, jak na dobrego
rodaka przystało! Bo jak nie, to pójdę tam do was na górę i urwę wam
dupę, ot co.

Puchacz wychylił się mocniej z okna.

– A co wy tam wyprawiacie, chłopcy? – krzyknął. – Co
wy robicie najlepszego? Co to, lincz? Jak tak można? Jak można
być tak okrutnym? To nieludzkie! To nie po chrześcijańsku! Co
on takiego zrobił?

– Sklepy rabował! – ryknął Wielki Gonzo. – Szabrownik,
robber, job jego mać!

– Od tego jest policja! Straż Miejska albo Grenzschutz! Sprawiedliwość…

– Pomogitieeeeee! – zawył osobnik w liliowej koszuli. –
Radi Boga, pomogitieeeee! Spasitie mienia! Radi Boga, pomogitieee,
pan!

– Aha – rzekł Puchacz i pokiwał głową ze smutkiem. –
Aha. To tak.

I zamknął okno.

– Idź sobie, Jarek – powtórzył Lisek, wycierając dłonie
w plamiaste spodnie.

Pobiegłem, nie oglądając się za siebie. Od północnej strony
miasta narastała kanonada. Słyszałem głuche strzały dział czołgowych.

– Nieeeeeeet! – dobiegło z tyłu.

– Polska dla Polaków! – ryknął Wielki Gonzo. – W górę
go, boys! Hang him high!

Słyszałem jeszcze, jak białokrzyżowcy zaintonowali „We Shall
Overcome”. Jak zwykle przy takich okazjach. Skupiłem się na moim
walkmanie.

Julie, Julie

You’re so fine…

Ulicą przemknął BTR, smrodząc spalinami. Na pancerzu widziałem
wymalowane białą farbą: BÓG, HONOR I OJCZYZNA. Oznaczało to,
że Straż Obywatelska czuwa i że nikt nam nie zrobi nic.
Teoretycznie.

Dobiegłem do skrzyżowania Urszulanek z Drzymały. Tutaj
stał drugi BTR. Była też elegancka barykada z worków z piaskiem
i hiszpański kozioł. Barykada i kozioł wyznaczały granicę. Znacie
to: gdzie my, tam kozioł, a gdzie kozioł, tam granica. Barykady i
kozła pilnował pluton ochotników. Ochotnicy, jak wszyscy ochotnicy
świata, palili bez przerwy i bez przerwy klęli. Byli z Samoobrony
Chłopskiej, bo na BTR-ze namalowane było: NIE TRAĆWA NADZIEI.

– Dokąd, gówniarzu? – krzyknął w moją stronę jeden z pilnujących
kozła gówniarzy.

Nie uznałem za stosowne odpowiadać. Gdyby w drodze do szkoły odpowiadać
wszystkim patrolom, barykadom, kozłom, sztrajfom, zaporom i czek-pointom
w Suwałkach, to by człowiek zachrypł na amen. Pobiegłem dalej, skracając
sobie drogę przez kładkę na Czarnej Hańczy.

– Wohin? – wrzasnął zza niemieckiej barykady Freikorps
ubrany w kamizelkę kuloodporną, uzbrojony w M-16 z podwieszonym
granatnikiem. Za opaskę hełmu miał zatkniętą paczkę marlboro.

– Halt! Stehenbleiben!

Leck mich am Arsch, pomyślałem, biegnąc w stronę parku. Naszego
pięknego miejskiego parku.

Nasz piękny park nosił niegdyś, jak opowiadał mi nieboszczyk dziadek,
imię marszałka Piłsudskiego. Później, w czasie wojny światowej,
zmieniono tę nazwę na Park Horsta Wessela. Po wojnie patronami parku
zostali bohaterowie Stalingradu i byli nimi bardzo długo – do
czasu, gdy marszałek Piłsudski ponownie wrócił do łask, a jego popiersie
do parku. Później, gdzieś około roku 1993, nastała Era Szybkich
Zmian. Marszałek Piłsudski zaczął się źle kojarzyć – nosił
wąsy i robił przewroty, głównie w maju, a nie były to czasy, gdy można
było tolerować w parkach popiersia facetów z wąsami, lubiących podnosić
zbrojną rękę na legalną władzę, niezależnie od efektu i pory
roku. Park przemianowano tedy na Park Orła Białego, ale wówczas inne
narodowości, których w Suwałkach było już bez liku, zaprotestowały
gorąco. I czynnie. Nazwano więc park Ogrodem Ducha Świętego, ale
po trzydniowym strajku banków postanowiono nazwę zmienić. Zaproponowano:
Park Grunwaldzki, ale zaprotestowali Niemcy. Zaproponowano: Park Adama
Mickiewicza, ale zaprotestowali Litwini, ze względu na pisownię i
inskrypcję: „polski poeta” na projekcie pomnika. Zaproponowano:
Park Przyjaźni, ale zaprotestowali wszyscy. W rezultacie ochrzczono
park imieniem króla Jana III Sobieskiego i tak już zostało, prawdopodobnie
dlatego, że odsetek Turków w Suwałkach jest znikomy, a ich lobby
nie ma żadnej siły przebicia. Właściciel restauracji „Istanbul
Kebab” Mustafa Baskar Yusuf Oglu mógł zaś sobie strajkować
do usranej śmierci.

Młodzież suwalska nie przejmowała się tym wszystkim i po staremu
mówiła „nasze parczysko” albo „nasz Lasek Kopulasek”.
A tym, których dziwi ta cała heca z nazwą, radzę przypomnieć sobie,
ileż to krzyku było a sporów, a kłopotów, zanim wreszcie ulica
Wiejska w Warszawie została ulicą Sezamkową. Pamiętacie?

Ulica Drzymały kończyła się na linii Czarnej Hańczy (dalej była to
już Bismarck-Strasse), a ja powinienem skręcić za Dom Kultury,
od dawna nieczynny, przebiec parkową alejką, przeciąć Adenauer-Platz
i dostać się na tyły budynku szkolnego. Ale zamyśliłem się; biegnąc
nie zauważyłem, że Domu Kultury już w ogóle nie ma. Dostałem
się w jakąś chmurę kurzu i dymu.

I wpadłem do leja po bombie. Przez nieuwagę.

Rozglądam się i widzę – Indyk.

Siedzi sobie, skurczony, przycupnięty przy samej krawędzi leja, i
nasłuchuje, jak terkoczą i buczą dwa bojowe Apache, krążące nad
stadionem Ostmark Sportverein, dawniej KS „Golgota”. Podpełzłem
cichutko, równe łomotanie ciężkich gatlingów zagłuszyło zgrzyt
żwiru.

– Cześć, Indyk! – wrzasnąłem, waląc go znienacka w plecy.

– O Jezu! – zawył Indyk i stoczył się na dno leja.

Leżał tam sobie i dygotał, nie mówiąc ani słowa, ale patrząc na
mnie z wyrzutem. Poniewczasie doszedłem do wniosku, że zachowałem
się bardzo głupio, waląc go w plecy i wrzeszcząc. Wiecie, jak to jest
– zaskoczony, mógł zesrać się jak nic.

Wystawiłem głowę ponad krawędź leja, ostrożnie, i rozejrzałem
się po okolicy. Niedaleczko widać było przeświecający przez krzaki
murek parkowego szaletu, upstrzony graffiti i śladami po kulach,
jeszcze z którejś poprzedniej bitwy. Nie widziałem nikogo, ale
oba Apache ostrzeliwały wschodni skraj parku, skąd coraz wyraźniej
dobiegały serie broni maszynowej i głuche tąpnięcia granatów
ręcznych.

Indyk przestał patrzeć na mnie z wyrzutem. Nazwał mnie kilka razy
dość brzydko, przypisując mi aktywny kompleks Edypa i pasywny
homoseksualizm, po czym przyczołgał się i też wystawił głowę z
leja.

– Co tu robisz, Indyk? – spytałem.

– Wpadłem – odpowiedział. – Z samego rana.

– Spóźnimy się do szkoły.

– Niechybnie.

– To może wyjdziemy?

– Idź pierwszy.

– Nie, ty idź pierwszy.

I wtedy się zaczęło.

Skraj parku zakwitł feerią oślepiających pomarańczowych błysków.
Zanurkowaliśmy obaj na dno leja, w plątaninę kabli, które wypełzły
z rozwalonej centralki telefonicznej niby flaki z rozprutego brzucha.
Cały park zatrząsł się od detonacji – jednej, drugiej, trzeciej.
A potem rozjazgotała się broń strzelecka, zawyły pociski i odłamki.
Słyszeliśmy wrzaski atakujących.

– Lietuuuuuuva!

I zaraz potem huk wybuchających handgranatów, dudnienie M-60 i szczekanie
AK-74, bardzo blisko.

– Lietuuuuuva!

– To twoi – wystękałem, wciśnięty w gruz na dnie leja.
– Dywizja „Plechavicius”. Twoi pobratymcy, Indyk, idą
do szturmu na nasz park. Uważasz, że to w porządku?

Indyk zaklął nieładnie i łypnął na mnie okiem. Zarechotałem. Cholera,
minął już ponad rok, a nie przestawała mnie śmieszyć ta zabawna
historia. Zaś Indyka nie przestawała złościć.

Sprawa, widzicie, miała się następująco: jakieś dwa lata temu
nazad zaczęła się moda na – jak to określano – korzenie.
Znaczna część mieszkańców Suwałk i okolic, w tym i rodzina Indyka,
poczuła się znienacka Litwinami z dziada pradziada – takimi, co
to razem ze Świdrygiełłą chodzili na Ragnetę i Nowe Kowno i z
Kiejstutem przelatywali Niemen napadać Teutony. W podaniach pisanych
do Związku Patriotów Lewobrzeżnej Litwy i Żmudzi powtarzały
się wzruszające enuncjacje o miłości do brzegów rzeczki Wilejki,
pól malowanych zbożem rozmaitem, pałającej dzięcieliny i Matki
Boskiej Ostrobramskiej oraz nie mniej wzruszające pytania, czy stoi
aby nadal Wielki Baublis tam, gdzie winien stać, albowiem cała rodzina
uzależnia swoje dalsze szczęście od tego, czy stoi. Powód
przebudzenia się patriotyzmu był prozaiczny – Litwini, w myśl
ustawy o mniejszościach narodowych, mieli mnóstwo przywilejów
i ulg, w tym podatkowych, i nie podpadali pod Kurię.

Bardzo wielu moich kolegów ze szkoły zostało nagle Litwinami –
skutkiem, rzecz jasna, odpowiednich deklaracji i podań rodziców. Nieledwie
z dnia na dzień Wochowicz zażądał, by nauczyciele nazywali go
Vochaviciusem, z Maklakowskiego zrobił się rdzenny Maklakauskas,
a ze Złotkowskiego stuprocentowy Goldbergis.

I tu zaczęła się wielka tragedia Indyków. Sympatyczny i smakowity
ptak, który udzielił rodzinie swego miana, po litewsku nazywa się
Kałakutas. Głowa rodu Indyków, zwykle flegmatyczny i poważny pan
Adam, wpadł w furię, gdy oznajmiono mu, że i owszem, jego podanie
o litewskość rozpatrzy się pozytywnie, ale ma od zaraz zwać się
Adomasem Kałakutasem.

Pan Adam odwołał się, ale Związek Patriotów Lewobrzeżnej Litwy
i Żmudzi był nieugięty i nie zgodził się na żadne trącące
polskością mutacje, takie jak Indykas, Indykis czy Indykiszkis.
Koncepcję, aby pan Adam uzyskał wprzódy naturalizację u Amerykanów
jako Turkey i dopiero później wrócił na ojczyzny łono jako Terkulis,
rodzina Indyków uznała za idiotyczną, czasochłonną i kosztowną. Na
zarzut zaś, że obiekcje pana Adama trącą polskim szowinizmem,
bo rzeczony kutas żadnego rdzennego Litwina ani ośmiesza,
ani znieważa, pan Adam uczenie i erudycko obrugał komisję, używając
na przemian zwrotów: „Pocałujcie mnie w dupę” i „Papuciok
szykini”. Urażona do żywego komisja posłała dokumenty
ad acta, a Indyka do diabła.

Takim oto sposobem nikt z rodziny Indyków nie został Litwinem. Dlatego
też mój kolega Lesio Indyk chodził do tej samej szkoły i klasy
co ja, a nie do puńskiego gimnazjum. Dzięki czemu siedział w tej chwili
wraz ze mną w leju po bombie, miast biegać po parku z AK-74,
w mundurze koloru gówna, z Pogonią na czapce i niedźwiedziem
dywizji „Plechavicius” na lewym ramieniu.

– Jarek? – odezwał się Indyk, wtulony w resztki centralki
telefonicznej.

– Aha?

– Jak to jest, powiedz… Ty przecież jesteś taki super
duper, clever i w ogóle… Jak to jest?

Kanonada przybrała na sile, parkiem wstrząsnęły eksplozje, a na nasze
głowy sypał się piach.

– Co jak jest? – spytałem.

– Tu jest Polska, nie? To dlaczego Freikorps i Litwini urządzają
sobie tutaj wojnę? W samym środku miasta? Niech się, psia ich
mać, leją u siebie, w Knigsbergu… Tu jest Polska!

Nie byłem pewien, czy Indyk miał słuszność.

Bo widzicie, to było tak. Krótko po podpisaniu traktatu z Bundesrepubliką
i utworzeniu nowego landu ze stolicą w Allensteinie doszło do plebiscytu
wśród ludności gmin Gołdap, Dubeninki, Wiżajny, Giby,
Puńsk i Sejny. Wyniki plebiscytu, jak to zwykle bywa, okazały się
dziwaczne i niczego nie mówiły, bo też i co najmniej osiemdziesiąt
procent uprawnionych nie poszło do urn, rozumując słusznie, że
lepiej pójść do knajpy. Nie było zatem wiadomym, czy i jaki odsetek
ludności ma się za Wschodnich Prusaków, Północnych Polaków, Lewobrzeżnych
Żmudzinów czy innych Jaćwingów. Tak czy inaczej, w niecały
miesiąc po plebiscycie granicę przekroczył litewski korpus w składzie
dwóch dywizji: regularnej „Gedyminas” i ochotniczej „Plechavicius”.
Korpusem dowodził generał Stasys Zeligauskas. Litwini zajęli niezdecydowane
gminy prawie bez oporu, bo większa część naszej armii była właśnie
w Iraku, gdzie spłacała polski dług wobec Wolnego Świata. Mniejsza
część naszej armii też była zajęta, bo dokonywała demonstracji
siły na Śląsku Cieszyńskim.

Korpus Zeligauskasa szybko opanował Sejny, ale Suwałk nie zajął, bo
powstrzymały go jednostki Grenzschutzu i Sto Pierwsza Airborne
z Gdańska. Ani Niemcy, ani Amerykanie nie życzyli sobie
szaulisów w Prusach Wschodnich. Rząd polski zareagował serią
not i wystosował oficjalny protest do ONZ, na co rząd litewski odpowiedział,
że o niczym nie wie. Zeligauskas – oświadczył litewski
ambasador – działa bez rozkazu i na własną rękę, bo cała rodzina
Zeligauskasów to z dziada pradziada zapalczywcy i gorące głowy, nie
znające pojęcia „subordynacja”.

Wprawdzie Niemcy, Amerykanie i zmobilizowane pospiesznie jednostki
Samoobrony wyparły po pewnym czasie szaulisów za linię Czarnej Hańczy,
jednak konflikty zbrojne nie ustawały. Generał Zeligauskas ani myślał
wycofać się za linię Curzona i odgrażał się, że wygoni Niemców
z Suwalszczyzny, bo Polaków to on może i będzie tolerował, ponieważ
to nic innego jak spolszczeni autochtoni, ale Germanów to on nie cierpi
i nie zniesie. Oczywista, Zeligauskas nie używał niepopularnego
na Litwie określenia „Suwalszczyzna”. Po litewsku mówiło
się „Lewobrzeżna Żmudź”. Chodziło, rzecz
jasna, o lewy brzeg rzeki Nemynas, dawniej Nieman, a jeszcze
dawniej Niemen.

Senat Rzeczypospolitej nie podjął w sprawie suwalskiej awantury żadnych
ustaleń. Dyskutowano, czy nie sięgnąć do doświadczeń naszej przebogatej
historii, która wszak lubi się powtarzać, ale nie osiągnięto zgodności,
do czego sięgnąć. Niektórzy senatorowie optowali za nową unią lubelską,
inni – jak zwykle – woleli nowy pogrom kielecki.

Strzelanina oddaliła się nieco, natarcie szaulisów przesunęło się
widać na zachód. Pchani ciekawością, znów podpełzliśmy do
skraju leja. Spojrzałem w stronę śródmieścia, na zasnutą dymami
wieżę kościoła świętego Aleksandra. Niestety, nic nie
wskazywało, by ksiądz Kociuba zamierzał spełnić swoją groźbę.
Ksiądz Kociuba przed miesiącem sprowadził ze Szwajcarii czterolufowy
flakvierling Oerlikon, zamontował go na dzwonnicy i zapowiedział,
że jeżeli jakakolwiek armia lub organizacja paramilitarna
wkroczy jeszcze raz na teren plebanii lub na cmentarz, to on zrobi
im za pomocą flakvierlinga takie wash and go, że będę go pamiętali
po dzień Sądu Ostatecznego.

Cóż, księżulo straszył tylko. Jak zwykle. Ojciec ma rację
twierdząc, że religia to opium dla mas.

Pomalowany w ciapki Mi-28 „Havoc” zatoczył koło nad parkiem
i ostrzelał okolicę z dwóch ciężkich PKS, zamontowanych w otwartych
drzwiach. Strzelcy wychylali się odważnie – tylko czekałem,
aż któryś wypadnie i zawiśnie na topolach. W zachodni
skraj zarośli biły pociski moździerzowe. Schowałem głowę,
bo powietrze dookoła aż wyło od odłamków. Ale zdążyłem jeszcze
zobaczyć szaulisów, wiejących pod ogniem w stronę zabudowań ulicy
Sakramentów, dawniej Wolności. Mi-28 zatoczył jeszcze koło i odleciał.

– Zdaje się – powiedziałem, zsuwając się niżej –
że war is over. Farewell to arms. Im Westen nichts Neues.
Freikorps złoił twoim rodakom dupę. Wy proigrali, uważajemyj gospodin
Kałakutas.

– Przestałbyś, Jarek – sapnął złowrogo Indyk. – A
tak w ogóle, to miałeś mi wytłumaczyć. Wiesz co.

Otworzyłem usta, by powiedzieć coś mądrego, coś, co byłoby
godne mojej inteligencji, mojego IQ, wynoszącego w porywach do 180.
Wspominałem wam o moim IQ? Nie? Może i dobrze, że nie. Matka
się wścieka, gdy chwalę się moim IQ. Bo wieść niesie, że
szkolny psycholog, gdy zobaczył wyniki testów, użył określenia
„czernobylskie mutanty”. To się rozeszło, doszło nawet do
katechetki. Katechetka była bardziej szczera – użyła określenia
„diabelski pomiot”. I naraz w mieście przestano nas lubić.

Nie zdążyłem powiedzieć niczego mądrego. Nagle coś pierdolnęło,
straszliwie pierdolnęło, ziemia się zatrzęsła i wydało mi się, że
druty zbrojeniowe, z tejże ziemi sterczące, zwinęły się jak dżdżownice.
W powietrzu zaśmierdziało moczem, gównem i kordytem, a na nasze
głowy posypał się grad odłamków betonu, żwiru, piachu i różnych
innych elementów.

– O, Jezu! – stęknął Indyk, gdy jeden ze wzmiankowanych elementów
uderzył go w krzyże. – O, Jezu, Jarek, popatrz tylko… Popatrz
tylko na to…

Popatrzyłem. I zachichotałem nerwowo.

To, co spadło na Indyka, to była deska klozetowa. Najnormalniejsza
w świecie deska klozetowa z masy plastycznej, ozdobiona dużymi,
wyskrobanymi scyzorykiem inicjałami „R.Z.” i kilkoma bliznami
po odgaszanych papierosach.

Tak, kochani, są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło
się filozofom.

– Jarek… – Indyk trącił mnie nagle w bok. – Słyszysz?
Ktoś płacze.

Nadstawiłem uszu. Nie, nie mylił się mój bystrouchy kolega. Ktoś
płakał, ten płacz przebijał się przez eksplozje i kanonadę, był cichszy,
ale inny, tak bardzo różniący się od huków i wrzasków.

Wysadziłem znowu głowę z leja i rozejrzałem się, tym razem dokładniej.
W najbliższej okolicy nie widziałem żadnego wojska. Wszędzie
dookoła snuł się przy ziemi ciężki, śmierdzący dym.
Dym zalegał też Bismarck-Strasse – na odcinku, który
widać było zza drzew. Stała tam, kopcąc niby beczka smoły, rozwalona
ciężarówka.

Płacz – jak ustaliłem – dobiegał od strony parkowego szaletu.
Eksplozja, którą słyszeliśmy przed chwilą, znalazła swoje wyjaśnienie;
również fenomen latającej deski klozetowej okazał się, jak większość
fenomenów, zjawiskiem banalnym i naturalnym. Po prostu, któryś
z wycofujących się szaulisów z dywizji „Plechavicius”
wziął ukryty w krzakach szalet za umocniony punkt ogniowy
i odpalił w niego kumulacyjny pocisk z RPG-9. Pocisk potężnie
naruszył konstrukcję i urwał drzwi, ozdobione internacjonalnym
symbolem stojącej na baczność kobitki w spódnicy. Podmuch
wykorzenił lub zdefoliował otaczające szalet krzewy i odsłonił napisy
oraz graffiti na resztkach budowli. A za resztkami budowli ktoś
płakał – wyraźnie i żałośnie.

– Co robimy? – spytałem.

Indyk zastanowił się. Wiedziałem, nad czym, bo i ja zastanawiałem
się nad tym samym. Nad lejem wciąż śpiewały kule. AK-74, sturmgewehry,
M-16 i galile, z których owe kule wystrzeliwano, znajdowały się dosyć
daleko, co oznaczało, że kule są już powolne i nie mają siły,
by przebić udo, ramię, biodro czy brzuch czyściutką, małą dziurką.
Wiedzieliśmy, że powolna kula może chlapnąć w ciało jak
pecyna miękkiej gliny, może zrobić w miejscu uderzenia ohydną
miazgę z krwi, mięsa i kłaków ubrania i zostać w ciele albo –
co gorsza – wyjść z drugie strony, ale zabierając ze sobą
bardzo dużo tego, co człowiek ma w środku.

Było zatem, jak widzicie, nad czym się zastanawiać.

Zastanawiając się, czytałem napisy na murze szaletu. W sytuacjach
stresowych nie ma nic lepszego niż lektura, powiadam wam.
Books, jak mówią w MTV, feed your head.

Na odsłoniętej przez podmuch ścianie szaletu pstrzyły się gryzmoły,
przedstawiające fallusy w stanie wzwodu, kotwice, szubienice i tryzuby.
Widniał tam też, wymalowany czarną farbą, napis: BAYERN PANY,
FC KÖLN DZIADY, A ŁKS JUDE.

Nieco poniżej ktoś napisał kredą, ukośnie, ładnym, płynnym,
choć rozchwianym pismem, bez stosowania dużych liter i urągając
zasadom interpunkcji: „palimy żydów szykuj ogień za jezusa
bóg na złość diabeł błąd w pacierzu grzech syjoński”.

Pod spodem ktoś skomentował, niebieskim aerozolem: MESZUGENE GOJ.

A jeszcze niżej, cyrylicą: JEBI TWOJU MAMU JEWRIEJ.

Obok widniał dowcipny czterowiersz:

Czy to w zimie

czy to w lecie

poznasz kurwę

po berecie.

Dalej zaś figurowało nagryzmolone w pośpiechu, kawałkiem cegły,
tryskające żądzą i rozpaczą wyznanie: I REALLY WANNA FUCK YOU
AL. Resztę imienia obiektu dzikich pragnień poligloty urwał pocisk
z RPG-9. Cóż, mogła to być Alice, mógł to być Albin. Guzik mnie
to, w gruncie rzeczy, obchodziło. Dla mnie mógł to równie dobrze być
Almanzor z garstką rycerzy.

Pod anglosaskim wyznaniem dostrzegłem rdzennie polski ideogram, przedstawiający

schematycznie kobiecy organ rodny. Artysta, już to świadom
niskiej wartości obrazu, już to wątpiąc w inteligencję odbiorcy,
zabezpieczył się przed mylnym odczytaniem dzieła, opatrując je stosownym
podpisem i wcale przy tym nie wysilił się na wersję obcojęzyczną.

– Co robimy? – powtórzył Indyk, a kulki gwizdały aż miło,
tymczasem ów ktoś za szaletem płakał coraz żałośniej.

– Możemy oberwać – powiedziałem przez zaciśnięte
zęby. – Możemy, możemy, możemy.

– Więc co robimy?

Pomyślałem. Przez chwilę.

– Idziemy. Szybko, Indyk, krótkimi skokami!

I wyskoczyliśmy z leja, i pobiegliśmy, i walnęliśmy o zrytą
odłamkami ziemię, zerwaliśmy się i pobiegliśmy znowu. Mogliśmy
oberwać. Ale tak było trzeba. Czy wy, pytam was, siedzielibyście
w leju po bombie, słysząc czyjś płacz? Nie siedzielibyście.
To co się, kurwa, dziwicie nam?

Dopadliśmy szaletu i zobaczyliśmy beksę. Oj, kiepsko wyglądała.
Oj, widać było, że ta kotka nie zawsze jadła whiskas.

– Analiza! – sapnął Indyk, łapiąc powietrze. –
Co ty tu…

– Nie stój! – wrzasnąłem. – Bierz ją i do leja! Biegiem!

Udało się. Nie oberwaliśmy. Kulki gwiżdżące nad parkiem
miały widać co innego do roboty. Dopadliśmy naszego leja i stoczyliśmy
się na same dno, przy czym ja rozwaliłem sobie łokieć o złomek betonu
i zostałem tego dnia za Rambo First Blood.

– Analiza – wydyszałem. – Co ty tu robisz? Holy shit,
dziewczyno! Skąd się tu wzięłaś?

Analiza usiadła, wcisnęła głowę między podrapane kolana, zebrała wokół
tyłka resztki kiecki i rozryczała się na full volume.

Indyk splunął na ziemię i przycupnął na zdobycznej desce klozetowej.
Ja też splunąłem, ale na znaleziony na dnie leja kawałek gazety.
Po jednej stronie papieru wydrukowane było: ADAL STRAJKUJE FA, a po
drugiej: UJ SOBIE ODROBINĘ LU. Zafundowałem sobie tedy odrobinę luksusu
i przylepiłem opluty papier do krwawiącego łokcia – LU do
spodu, FA do góry. Analiza ryczała dalej.

– No, Ania – powiedziałem. – Przestań. Już dobrze.
Nie bój się, nie zostawimy cię samej. Jak się skończy ta rozpierducha,
odprowadzimy cię do domu.

Analiza załkała jeszcze głośniej. Pokiwałem głową ze smutkiem.

Analiza, jak i my wszyscy, była typowym dzieckiem epoki.
Jej mama, której nie znałem, pochodziła z Płocka, skąd uciekła przez
zieloną granicę do Bundesrepubliki. Była wówczas we wczesnej, nie
chcianej ciąży z Analizą i w życiu nie dostałaby paszportu
ani zaświadczenia z Kurii. Wylądowała w Schneidemühl, dawniej
Piła. Tu, gorączkowo poszukując lekarza abtreibera, zawarła znajomość
z pewnym niemieckim inżynierem; ruck-zuck zakochali się, pobrali
i postanowili jednakowoż mieć córeczkę. Inżynier wkrótce potem
dostał arbeit w Ostpreussen, a następnie przeprowadził się do Suwałk
i zatrudnił w naszym Holzkombinacie. Był to dziwny facet, ten inżynier,
zakochany we wszystkim, co polskie; podobno występował nawet o polskie
obywatelstwo, ale nie dostał, bo był ewangelikiem. Uważał Polskę
za naród wybrany, za kraj i lud o Wielkiej Misji Dziejowej i w ogóle
noch ist Polen nicht verloren, hurra. Normalnego miał, powiadam wam,
zajoba na tym punkcie. Dlatego też po przeprowadzeniu się do Suwałk
posłał córkę do polskiej szkoły. Ausgerechnet do naszej szkoły, do
gimnazjum Świętego Ducha. Oczywiście córka nominalnie była
katoliczką. Ciągle nazywała się Anneliese Budischewsky, ale wszyscy
mówili na nią Analiza. Matka Analizy, której nie znałem, zmarła w
1996 podczas epidemii cholery, zawleczonej przez Rumunów. Pamiętacie,
zmarło wtedy coś około sześćdziesięciu tysięcy ludzi, na tę
cholerę, którą nazywano „Ceaucescu” albo „Dracul”.
Tych, którzy wtedy zachorowali i przeżyli, nazywano zaś dowcipnie
„dupa boli”, co oznacza po rumuńsku „po chorobie”;
od tamtej pory stało się to popularnym określeniem rekonwalescenta.

Obok leja z hukiem rozerwał się pocisk moździerzowy. Analiza zapiszczała
i mocno przylgnęła do mnie, a przy tym tak wczepiła się w moje ramiona,
że nie mogłem strzepnąć ziemi, która poleciała mi na głowę.

– No już, już dobrze, Ania – powiedziałem, zgrzytając
piaskiem w zębach. Analiza chlipała cicho.

Indyk, założywszy na uszy słuchawki od mojego walkmana, dał nura
pomiędzy różnokolorowe spaghetti kabli z rozwalonej centralki
telefonicznej. Wysunąwszy lekko język, grzebał tam, targał przewody
i dźgał złącza wyciągniętym z kieszeni śrubokrętem. Indyk
pasjonuje się elektrotechniką, to jego hobby. Zdradza do tych rzeczy
nieprawdopodobny i samorodny talent. Wszystko potrafi naprawić i zmontować.
Ma w domu krótkofalówkę i samodzielnie skonstruowane stereo. Wielokrotnie
naprawiał i udoskonalał mojego sony i mojego kenwooda. Indyk, myślę,
umiałby wkręcić żarówkę w piasek tak, by zaświeciła. Nie mogę
wyjść z podziwu – sam jestem w technice kompletny jełop, nie
potrafię nawet naprawić bezpieczników drutem. Dlatego też mamy
z Indykiem spółkę – on podpowiada mi na matmie i fizyce, a ja
jemu na polskim i historii. Taka mała Samopomoc Chłopska, Consulting
Company Limited.

Park znowu trząsł się od eksplozji, Freikorps zwalił na linie Litwinów
wszystko, co miał – moździerze, działa bezodrzutowe, rakiety.
Szalet, trafiany co i rusz, bardzo zmalał. Dym płoził się po ziemi,
wpływał do naszego leja, dusił.

– Analiza?

– Aha?

– Byłaś w parku, gdy to się zaczęło?

– Nie – pociągnęła nosem. – Szłam do szkoły i… złapali
mnie… I zaciągnęli do parku… w krzaki…

– Już, już, Ania. Już dobrze. Nie płacz. Teraz jesteś
bezpieczna.

Guzik prawda.

Od zachodniej strony parku zajazgotały kaemy, huknęły granaty. Z obu
stron rozległy się bojowe wrzaski.

– Vorwńrts!!! Gott mit uns!!!

– Lietuuuuva!!!

Tego jeszcze brakowało. Obie wojujące strony wpadły na ten sam pomysł,
a tym pomysłem było natarcie. Co gorzej, jakiś domorosły Guderian
z Freikorpsu postanowił poprowadzić swój blitzkrieg prosto na nasz
lej, by uderzyć na szaulisów z flanki.

Przywarliśmy do ziemi, wciskając się jak robaki pomiędzy bryły
i druty zbrojeniowe.

– Feuer frei! – rozdarł się ktoś przy samym leju. –
Verdammt noch Mal, Feuer frei! Schiess doch, du Hurensohn!

Dalsze ryki przygłuszyła wściekła seria z M-60 – tak blisko,
że słyszałem, jak łuski gradem sypią się na beton. Ktoś wrzasnął,
wrzasnął okropnie. Tylko raz – i natychmiast ucichł. Buty
zgrzytały po żwirze, grzmiała kanonada.

– Zurück! – krzyczał ktoś z góry, z głębi parku –
Beeilung, Beeilung! Zurück!

– Lietuuuuva!

No jasne, pomyślałem. Zeligauskas kontratakuje. Też prosto
na nasz lej, motherfucker jeden.

Z okolic leja zaszczekały AK-74, inne niż M-16 Freikorpusu, bardziej
tępe, głośniejsze, a na nie natychmiast nałożył się huk wybuchających
granatów i rwące uszy eksplozje min moździerzowych.

– O Jezuuuuuu! – zawył potępieńczo ktoś przy samej krawędzi
leja.

Analiza, leżąca tuż obok mnie, dygotała skulona; trzęsła się
tak potwornie, że musiałem siłą przyciskać ją do ziemi, inaczej
ten dygot uniósłby ją chyba do góry.

– O Je… zuuuu! – powtórzył ktoś obok, runął ciężko
na skraj leja i sturlał się prosto na nas. Analiza wrzasnęła. Ja nie
wrzasnąłem, bo mi głos odjęło ze strachu.

Był to szaulis, bez czapki; jasne jak słoma włosy miał zlepione krwią.
Krew wypełniała mu też lewy oczodół i zalewała całą szyję. Wyglądało
to tak, jak gdyby pod mundurem miał karminowy T-shirt. Leżał na
dnie leja, zwinięty, kopał gruz krótkimi uderzeniami butów, potem
przewrócił się na bok i zawył, zastękał i otworzył oko. I spojrzał
na mnie. I wrzasnął, dławiąc się krwią. Gdy zacisnął powieki, cała
twarz aż mu się zatrzęsła.

Nie wiem, czy wspomniałem wam o tym. Nie jestem piękny. Czernobyl,
rozumiecie. Zmiany genetyczne.

Nic na to nie poradzę. Nic.

Zmiany genetyczne.

Szaulis otworzył oko i spojrzał na mnie po raz wtóry. Spokojniej.
Uśmiechnąłem się. Przez łzy. Szaulis też się uśmiechnął.
Chciałem wierzyć, że to był uśmiech. Ale nie wierzyłem.

– Chcę… pić… – powiedział wyraźnie. Po polsku.

Spojrzałem rozpaczliwie na Indyka, a Indyk równie rozpaczliwie spojrzał
na mnie. Obaj absolutnie rozpaczliwie spojrzeliśmy na Analizę.
Analiza bezradnie wzruszyła szczuplutkimi ramionami, a broda trzęsła
się jej paskudnie.

Blisko naszego leja z hukiem rozerwał się handgranat, zasypując nas
żwirem. Usłyszeliśmy przejmujący wrzask, a zaraz potem ostrą
serię z ingrama. Ingramy są wysoce szybkostrzelne i seria ta zabrzmiała
tak, jak gdyby ktoś gwałtownie rozdarł na pół gigantyczne prześcieradło.
Tuż nad nami coś zakotłowało się, wrzasnęło: „Scheisse!”
i stoczyło się na nas.

Przypadliśmy znowu do ziemi.

Tym, co stoczyło się na nas, był ochotnik z Freikorpsu, ubrany w plamiasty
kombinezon, malowniczy, ale absolutnie bezsensowny w walkach w mieście.
Cały przód kombinezonu, od wiszącego na szyi walkie-talkie po udekorowany
futerałami pas, był ciemnoczerwony od krwi. Ochotnik sturlał się na
dno leja, jakoś tak dziwnie się wyprężył i wypuścił powietrze,
przy czym większość powietrza uszła, bulgocąc, przez dziury, które
miał w piersi.

– Pić – powtórzył szaulis. – O, Jezu… Pić… Wodyyy!

– Wasser – zabulgotał ochotnik, bardzo niewyraźnie, bo
usta miał pełne krwi i żwiru. – Wasser… Bitte… Hil…
fe, bitte… Hilfeeee!

Analiza pierwsza dostrzegła charakterystyczny kształt wydymający chlebak
ochotnika. Sięgnęła tam, rozrywając rzepy zapięcia, i wydostała butelkę
coca-coli. Indyk wziął ją i zręcznie zerwał kapsel o wystający z ziemi
kawałek drutu zbrojeniowego.

– Jak myślisz, Jarek? Można im dać?

– Nie można – powiedziałem, a z moim głosem działo się
coś dziwnego. – Ale trzeba. Trzeba, kurwa.

Najpierw daliśmy szaulisowi – w końcu jakaś kolejność
obowiązywała, a on wpadł do naszego leja pierwszy. Potem, wytarłszy
mu wpierw usta chusteczką, daliśmy się napić ochotnikowi z Freikorpsu.
A później oczyściliśmy z krwi szyjkę butelki i wypiliśmy
po maleńkim łyku my – Analiza, Indyk i ja.

Dookoła na moment prawie ucichło; pykały pojedyncze strzały, łomotał
równo M-60 od strony stadionu. Ochotnik z Freikorpsu wyprężył
się nagle – tak gwałtownie, że z trzaskiem puściły zapięcia
Velcro na jego kombinezonie.

– O… Jezu… – powiedział nagle szaulis i umarł.

– You… can’t beat the feeling… – jęknął ochotnik, po
czym spienił się na piersi krwią i coca-colą.

I umarł również.

Analiza usiadła na dnie leja, objęła kolana rękami i rozryczała
się. I prawidłowo. Ktoś, do cholery, musiał pożałować obu
wojowników. Należało im się to. Należało im się chociaż
takie requiem – szloch małej Analizy, jej łzy jak grochy toczące
się po brudnej buzi. Należało im się to.

A my z Indykiem przepatrzyliśmy im kieszenie. Tak też trzeba
było, tego uczą nas na lekcjach przetrwania.

Zgodnie z tym, czego nas uczono, nie tknęliśmy broni – szaulis
miał granaty, a Freikorps berettę i kampfmesser. Indyk wziął natomiast
walkie-talkie i natychmiast zaczął nim kręcić.

Zajrzałem do kieszeni kombinezonu ochotnika i znalazłem pół tabliczki
czekolady. Na tabliczce napisane było: „Milka Poland, dawniej
E. Wedel”. Wytarłem tabliczkę i dałem Analizie. Wzięła, ale
nie poruszyła się – siedziała dalej, skurczona, smarcząc i tępo
patrząc przed siebie. Zajrzałem do kieszeni szaulisa, bo na widok
czekolady aż mi się dziwnie zrobiło w ustach i w żołądku.
Szczerze mówiąc, najchętniej zeżarłbym sam całe te pół tabliczki.
Ale tak nie wolno, no nie? Jeśli jest w kompanii dziewczyna, trzeba
o nią dbać w pierwszej kolejności, trzeba ją hołubić, ochraniać,
trzeba ją karmić. To przecież jasne. To przecież takie…
takie…

Ludzkie.

No nie?

Szaulis nie miał czekolady.

W kieszeni munduru miał za to złożony na czworo list. Koperta
też była obok, bez znaczka, ale zaadresowana, a jakże, do
Polski, do Krakowa. Do kogoś, kto nazywał się Maryla Wojnarowska.

Zerknąłem na moment do listu. Bo szaulis nie żył, a przecież
go nie wysłał. Zerknąłem tam na moment. „Śniłaś mi się”.
Tak pisał szaulis. „To był bardzo krótki sen. Sen, w którym stoję
obok Ciebie i dotykam Twojej ręki, a Twoja ręka jest taka ciepła,
Marylu, taka miękka i ciepła, i wówczas, w moim śnie, pomyślałem,
że kocham Cię, Marylu, bo przecież ja Cię kocham…”

Nie czytałem dalej. Nie czułem jakoś potrzeby poznania dalszego
ciągu, którego zresztą nie było wiele – tylko do końca strony,
do podpisu: „Witek”. Witek, nie Vytautas.

Włożyłem list do koperty i schowałem do kieszeni. Pomyślałem,
że może wyślę ten list, wyślę go do Maryli Wojnarowskiej,
do Krakowa. Wykosztuję się na znaczek za złotówkę i wyślę ten
list. Kto wie, może dojdzie do Maryli Wojnarowskiej. Kto wie.
Może dojdzie. Chociaż podobno sporo listów ginie na granicy
podczas kontroli wagonów pocztowych.

Indyk, siedząc wśród kabli niczym kormoran w gnieździe,
kręcił przy walkie-talkie, z którego dobiegały gwizdy, trzaski i strzępki
rozmów.

– Zostawiłbyś to – powiedziałem, robiąc się zły.

– Cicho – rzekł Indyk, przyciskając słuchawki od walkmana
do uszu. – Nie przeszkadzaj. Łapię częstotliwość.

– A na cholerę – nie wytrzymałem – łapiesz częstotliwość?
Za dupę się złap, jeśli już musisz coś łapać, kretynie
ty. Piszczysz, kurwa, i piszczysz, jeszcze ktoś usłyszy i wrzuci
nam tu granat!

Indyk nie odpowiedział; schylony, nadal motał kable w centralce
telefonicznej. Nad lejem bzykały kule.

Analiza popłakiwała. Usiadłem obok i objąłem ją. Tak trzeba, prawda?
Takie to małe i bezbronne, w takim parszywym leju, w zasranym Parku
Króla Sobieskiego, gdzie dookoła trwa zasrana wojna.

– Jarek? – Analiza pociągnęła nosem.

– Co?

– Nie mam majtek.

– Co?

– Nie mam majtek. Ojciec mnie zabije, gdy wrócę bez majtek.

Ha, to nie było wykluczone. Inżynier Budischewsky słynął z żelaznej
ręki i żelaznej moralności. Miał na tym punkcie zwykłego zajoba
– zdaje się, że już wam o tym wspominałem. Oczyma duszy
zobaczyłem Analizę na fotelu aeroplanie u doktora Zduna, mającego
wystawić zaświadczenie o niepokalaniu. Doktor Zdun, który od jakiegoś
czasu nie zarabiał już na tym co dawniej, odbijał sobie na zaświadczeniach,
bo bez takiego zaświadczenia były trudności ze ślubem
kościelnym, a jeśli dziewczyna była niepełnoletnia, mogła
wylądować w domu poprawczym w Waplewie. Lewe zaświadczenie, jak
wiedziałem, kosztowało sześć tysięcy złotych. Majątek.

– Ania?

– Aha?

– Zrobili ci coś? Przepraszam, że pytam, wiem, że
gówno mi do tego, ale…

– Nie. Niczego mi nie zrobili. Ściągnęli mi majtki i… dotykali
mnie. Nic więcej. Oni się bali, Jarek… Dotykali mnie i ciągle się
rozglądali, i nie odkładali tych karabinów…

– Cicho, Ania, cicho.

– …śmierdzieli tym strachem, potem, dymem, śmierdzieli
tym, co śmierdzi tu, w tym dole, tym, co zostaje po wybuchu…
I tym, czym śmierdzą mundury, wiesz, czymś takim, od czego
łzawią oczy. Nie zapomnę tego… to mi się będzie po nocach śniło…

– Cicho, Ania.

– Ale nic mi nie zrobili – szepnęła. – Nic. Jeden chciał…
Cały się trząsł… Uderzył mnie. W twarz mnie uderzył. Ale zostawili
mnie i uciekli… Jarek… To już nie są ludzie… Już nie.

– To ludzie, Ania – powiedziałem z przekonaniem, dotykając
listu szeleszczącego w mojej kieszeni.

– Jarek?

– Co?

– Powiedzieć księdzu? O tym, co mi zrobili?

Dziewczyna była zaiste niedzisiejsza. Ewangelicko-neofickie wpływy
inżyniera Budischewsky’ego zupełnie zabiły w niej instynkt samozachowawczy.

– Nie, Ania. Nic nie mów księdzu.

– Nawet na spowiedzi?

– Nawet. Analiza, co ty, spałaś na religii czy jak? Spowiadać
się trzeba z grzechów. Jeśli coś ukradniesz albo będziesz
wymawiać imię nadaremno. Jeśli nie będziesz czcić ojca swego.
Ale nie jest napisane, że trzeba się spowiadać, jeśli ktoś
ściągnie ci przemocą majtki.

– Eee – powiedziała niepewnie Analiza. – A grzech nieczystości?
Co ty się na tym znasz? Ksiądz mówi, że ty i twój ojciec jesteście
ateusze głusi i ślepi czy jakoś tak… Że ty nie jesteś…
Jak to się mówi? Aha, że nie jesteś na podobieństwo.
Nie, muszę się wyspowiadać… A ojciec mnie zabije…

Analiza opuściła głowę i znowu zaczęła szlochać. Cóż, nie
było wyjścia. Pokonałem w sobie słuszny gniew na księdza Kociubę.
Mężczyzna, który siedzi razem z kobietą w leju po bombie, musi
się nią opiekować. Uspokajać ją. Dać poczucie bezpieczeństwa. Prawda?
Mam rację czy nie?

– Analiza – powiedziałem szorstko. – Ksiądz Kociuba jest
bałwan i pieprzy farmazony. Zaraz ci udowodnię, że znam się na
katechizmie i Piśmie. Albowiem napisane jest w… liście Ambrożego
do Efezjan…

Analiza przestała płakać i patrzyła na mnie z otwartymi ustami. Nie
było wyjścia. Jechałem dalej Ambrożym.

– Napisane jest – trułem, robiąc mądrą minę – że
przyszli kaduceusze…

– Chyba saduceusze?

– Nie przeszkadzaj. Przyszli, jak mówię, saduceusze i ci…
no… celnicy do Ambrożego i rzekli: „Zaprawdę, święty
mężu, czy popełniła grzech Żydówka, której rzymscy legioniści
ściągnęli przemocą majtki?” A Ambroży narysował na piasku
kółko i krzyżyk…

– Co?

– Nie przerywaj. I rzekł święty: „Cóż oto widzicie?”
„Zaprawdę to widzimy kółko i krzyżyk” – odrzekli celnicy.
„Tak tedy zaprawdę powiadam wam – rzekł Ambroży –
oto dowód, że nie popełniła grzechu owa niewiasta i lepiej idźcie
sobie do domów waszych, celnicy, bo nie jesteście wszak bez winy
i nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Idźcie sobie,
albowiem zaprawdę powiadam wam – zaraz wezmę kamień i rzucę w
was tym kamieniem”. I odeszli celnicy z wielkim wstydem, albowiem
zbłądzili, oczerniając ową niewiastę. Zrozumiałaś, Anka?

Analiza przestała ryczeć i przytuliła się do mnie. Dzięki ci, święty
Ambroży – pomyślałem.

– A teraz – wstałem, rozpiąłem spodnie i wymaszerowałem z
nich – ściągaj tę podartą kieckę i zakładaj moje lee. Guzik
twój ojciec wie, co miałaś na sobie wychodząc z domu. No już.

Odwróciłem się.

– A o tamtym – dodałem – zapomnij. Nic takiego się nie
zdarzyło, rozumiesz? To był sen, Analiza. To wszystko jest sen, zły
sen, ten park, ta wojna, ten lej, ten smród i ten dym. I te trupy.
Rozumiesz?

Analiza nie odpowiedziała, przytuliła się tylko do mnie mocno. Indyk
przyglądał się nam przez chwilę z dziwną miną, potem wrócił do swoich
kabli i złączy. Właśnie wyregulował walkie-talkie, tak że
słychać było ożywiony dialog, przerywany pyknięciami overu, brzmiącymi
tak, jak gdyby rozmówcy kończyli każdą kwestię wypinając się na
mikrofony i puszczając bąki.

Ściągnąłem, pokonując wstręt, stosunkowo mało zakrwawione spodnie
z szaulisa i ubrałem się w nie. Opadały ze mnie, usiadłem więc i zacząłem
regulować parciany pas. Indyk zostawił w spokoju radiostację, wydobył
z przepastnych kieszeni swojej kurtki małe radyjko i dziwnie wyglądające
urządzenie. Włączył radyjko – rozległa się muzyka kościelna,
co oznaczało, że to jakaś polska stacja. Nie protestowałem.
Muzyka nie była głośna, a z najbliższej okolicy od pewnego
czasu nie słyszało się już strzałów ani krzyków.

Analiza, kucnąwszy, wycierała chusteczką twarz i ręce. Indyk przymocował
dziwne urządzenie do sterczących z ziemi kabli, położył obok
walkie-talkie i słuchawki od mojego walkmana. Znowu zaczął kręcić
przy radyjku – słychać było trzaski i wizgi, urywki melodii i
static.

– Słuchajcie – powiedział nagle. – Ausgerechnet złapałem
Warszawę. Coś tam się dzieje. Jakaś awantura chyba jest albo
coś.

– Pewnie palą synagogę – wyplułem żwir, zgrzytający mi
w zębach. – Jak zwykle. Jest się czym przejmować.

– Albo cerkiew palą – odezwała się Analiza. – Tak jak
w Łodzi. W Łodzi spalili cerkiew. Ci, no… mówili w telewizji. Jak
oni się nazywali? Aha, Cyryl Rosiak i Metody Pruchno.

– Właśnie. Zostaw Warszawę, Indyk, złap Gdańsk albo Królewiec.
Dowiemy się, co na froncie. Nadojadło mi już siedzieć w tym leju
i głodny jestem jak cholera.

– No – powiedziała Analiza. – Ja też jestem…

– Cicho – rzekł Indyk, nachylając się nad radyjkiem. –
To nie to. To coś innego jest. Jakaś demonstracja.

– Mówię, że to cerkiew.

– A jest w Warszawie cerkiew?

– Wczoraj była. Bo padało.

– Cicho, mówię. Demonstracja jest w Warszawie, przed International
Harvester w Ursusie. Kupa ludzi jakoby. O, właśnie przemawia Marcin
Kenig.

– Marcin Kenig? – Analiza obciągnęła na sobie moje
lee i podwinęła nogawki. – To już wypuścili go z
więzienia?

– Aleś ty głupia, Analiza – powiedział Indyk. – W
więzieniu to on siedział jeszcze za Unii, a teraz od pół roku jest
tym, no, przewodniczącym Ruchu. Capisco?

– Si – kiwnęła głową Analiza, ale wiedziałem, że buja.
Nie mogła capisco, bo tego nikt nie capisco.

– Zrób głośniej, Indyk – powiedziałem. Bo, widzicie,
byłem odrobinkę zainteresowany tym, co ma do powiedzenia Marcin Kenig.
Ostatnio wiele się mówi o Marcinie Kenigu.

– Głośniej? – spytał Indyk. – Chcesz głośniej,
Jarek?

– Przecież mówię ausgerechnet. Ogłuchłeś?

– No, to proszę bardzo.

I w tym momencie Marcin Kenig zaryczał na cały park. Zewsząd. Ze wszystkich
stron. Na cały park, na stadion, a kto wie, czy nie na całe miasto.
Indyk zarechotał, najwyraźniej zadowolony z siebie.

– Scheisse! – wrzasnąłem. – Co to jest?

– Megafony stadionu – pochwalił się Indyk. – Dobrałem
się do nich przez centralkę. Sprzągłem…

– Wyłącz to, psiakrew!

– Chciałeś głośniej – zarechotał znowu zdolny elektrotechnik
– to masz głośniej. Niech wszyscy posłuchają. Nie bój się,
Jarek. Kto się kapnie, że to z naszego leja? Posłuchaj lepiej,
co ten facet gada.

Posłuchałem.

– Miałem sen! – krzyknął nagle Marcin Kenig, a tłum zgromadzony
pod fabryką International Harvester w Ursusie ryczał i wrzeszczał.
– Miałem sen!

Strzelanina zanikła, trzasnęło jeszcze kilka pojedynczych wystrzałów,
tąpnęła gdzieś mina moździerzowa, poterkotał śmigłowiec.
A potem ucichło wszystko. Całe miasto. Był tylko Marcin Kenig i tłum
zebrany pod International Harvester.

– Miałem sen, a w śnie tym nadszedł dzień, dzień prawdy!
Dzień, w którym prawdą oczywistą i zrozumiałą dla wszystkich stało
się oto, że jesteśmy braćmi, że jesteśmy sobie równi!
Dzień, w którym pojęliśmy oto, że nie ma granic, że granice
są niczym innym, jak tylko kreskami na kartkach nic nie znaczącego
papieru! Dzień, w którym wyrzuciliśmy z naszych dusz jad nienawiści,
jakim pojono nas od pokoleń! Nadchodzi oto taki dzień, bracia!

Tłum krzyczał, buczał, szumiał. Ktoś klaskał. Ktoś śpiewał
„We Shall Overcome”. Ktoś skandował: „Juden raus!”.
Ktoś gwizdał.

– Miałem sen, a w moim śnie ten świat stał się wreszcie
królestwem Boga na ziemi! Miałem sen i zaprawdę powiadam wam, bracia:
był to sen proroczy! W mym śnie ludzie wszystkich ras, wyznań,
przekonań, koloru skóry i narodowości wyciągnęli ku sobie dłonie
i uścisnęli je! Stali się braćmi!

Nad parkiem wciąż unosił się dym, ale dym ten zdawał się rzednąć,
jakby przeganiał go zwielokrotniony przez echo głos Marcina Keniga,
dudniący z megafonów stadionu o nic nie znaczącej nazwie, w parku
o nic nie znaczącej nazwie. Nad miastem o nic nie znaczącej nazwie
nagle błysnęło słońce. Tak mi się wydawało. Ale mogłem się mylić.

– Miałem sen! – krzyknął Marcin Kenig.

– Miałem sen! – odpowiedział tłum. Nie cały. Ktoś gwizdał
przeszywająco.

– Won! – krzyknął ktoś. – Won, na Kubę!

– Mówią nam – krzyczał Marcin Kenig – że nastała
oto era wolności, szczęśliwości powszechnej i ogólnego
dobrobytu. Każą nam pracować, jeść, spać i wydalać, każą
nam kłaniać się złotemu cielcowi pod sączoną w nasze uszy muzykę!
Zaplątali nas w sieć przykazań, zakazów i nakazów, mających zastąpić
w nas sumienie, rozsądek i miłość! Pragną, byśmy stali się
bydłem, zadowolonym z ogrodzonego pastwiska, bydłem zadowolonym
nawet z więżącego nas drutu pod napięciem! Każą nam mordować,
mówiąc: „Deus vult”. Otoczyli nas granicami, które biegną
przez nasze miasta, nasze ulice i nasze domy! Granicami, które biegną
przez nasze dusze! Ale my mamy dość! My mówimy: „Nie!”
Bo oto miałem sen! Sen o tym, że era nienawiści odchodzi
w niepamięć! Że nadchodzi nowa era, Era Spełnienia Marzeń!

Tłum krzyczał.

– Miałem sen! Miałem…

I nagle Marcin Kenig zamilkł, a z głośników uderzył jeden wielki
przerażony ryk tłumu; coś trzasnęło, ktoś, tuż przy
mikrofonie, krzyknął: „Jezus Maria”, a ktoś inny wrzasnął:
„Lekaaaaaaaarza!”

Znowu coś trzasnęło i zgrzytnęło z głośników.

– Stamtąd strzelano, stamtąd… Z dachu… – zawołał ktoś
roztrzęsionym, rwącym się głosem.

A potem była cisza.

Była cisza w radyjku Indyka i cisza w Parku Króla Sobieskiego. Podejrzewam,
że było cicho także na placu przed fabryką International Harvester
w Ursusie.

Po dłuższej chwili radyjko Indyka zaczęło grać, a grało muzykę
fortepianową. Przez jakiś czas nokturn rozbrzmiewał z megafonów
stadionu Ostmark Sportverein, ale zaraz potem Indyk rozerwał swoje
zmyślne połączenie i grał cichutko już tylko jego mikroskopijny
odbiorniczek.

Analiza nie płakała. Siedziała, opuściwszy głowę, w całkowitym
milczeniu, a potem patrzyła na mnie. Patrzyła długo; wiedziałem, że
chce o coś zapytać. Indyk też milczał i też patrzył na
mnie. Być może i on chciał o coś zapytać.

Nie zapytał.

– Shit – powiedział wreszcie.

Nie skomentowałem.

– No future – dodał po chwili. Tego nie skomentowałem również.

Siedzieliśmy w leju jeszcze jakiś czas. Dookoła
panował spokój. Umilkły silniki odlatujących litewskich śmigłowców,
wycie karetek i komendy patroli, które przeczesywały północny skraj
parku. Nie wiedzieć kiedy zrobił się wieczór.

Wyleźliśmy z leja. Było cicho, wiała spokojna
wieczorna bryza, odświeżająca, nie przymierzając, jak jakiś
Old Spice. Poszliśmy, omijając trupy, płonące samochody, dziury
w asfalcie i połacie tłuczonego szkła.

Przeszliśmy przez kładkę na Czarnej Hańczy. Rzeka,
jak nam się zdawało, śmierdziała tego wieczora znacznie silniej
niż zwykle.

McDonald’s był czynny.

Na ulicach panowały pustki, ale ze wszystkich okien słyszeliśmy
MTV, Jukebox i Radio Moskva. Zespół April, May, Decay wykonywał swój
ostatni hit z albumu „Mental Disease”.

Hail, we greet you

We, children of the past

Those about to die

In our rags of light, translucent and pale

Hail!

Pożegnaliśmy się na Nowym Rynku. Nie mówiliśmy
wiele. Wystarczyło nam zwykle: „Do jutra”, „Tschüss”,
„A rivederci”. Nic więcej.

Na mojej ulicy też było pusto. Nowakowski uspokoił się, grał na
pianinie Brahmsa – głośno, jak gdyby uparł się, że zagłuszy
MTV, rozbrzmiewające z mieszkań sąsiadów.

Hail!

You’ve come at last

Not a minute too late

Hail, long awaited Age

Age of Hate!

Nic się już tego dnia nie wydarzyło.

Ot, tuż po zmierzchu spadł deszcz, a razem z kroplami wody spadły
tysiące małych, zielonych żab.

Więcej nic.