Wstęp

„Tandaradei!”. Tak to należy pisać, z wykrzyknikiem,
jak u Walthera von der Vogelweide. Wersje bez wykrzyknika
są błędne.

Historia tego tekstu, mojego drugiego horroru i trzeciego
opowiadania nie traktującego o wiedźminie, jest dość szczególna.
Pomysł zrodził się bowiem w pociągu relacji Gdynia-Łódź,
którym to mało wyrafinowanym środkiem lokomocji powracałem byłem
z konwentyklu Nordcon w grudniu roku 1990. Konwentykiel ów, drugi,
na który miałem zaszczyt być zaproszony, obfitował w liczne ewenementy
i atrakcje, o których zmilczę jednak, jako że nie miejsce i
nie czas po temu, by o nich wspominać, a na niemałą część z nich
należałoby w ogóle spuścić zasłonę miłosiernego zapomnienia.
Ograniczę się więc do poinformowania, że podczas przeprowadzonej
na Nordconie aukcji książek zakupiłem – między innymi –
zbiór opowiadań fantastycznych i lekturą tegoż właśnie zabijałem
nudę, zwykle towarzyszącą wojażom koleją żelazną. Wśród
opowiadań było „You Are My Sunshine” autorstwa Tanith Lee.
Nowela ta, czysta SF, dzieje się w dalekiej przyszłości, na
pokładzie liniowego pasażerskiego gwiazdolotu. Wśród oficerów
owego gwiazdolotu jest też tak zwany P.L., Passenger Link, taki
– proszę mi wybaczyć nieznajomość fachowej terminologii marynarskiej
– kulturalno-oświatowy, gość, do obowiązków którego należy
zapewnianie pasażerom wszelkiego komfortu,
w tym i psychicznego. Nie streszczając Tanith Lee – P.L., o którym
mowa, wykracza nieco poza obowiązki, z wrednym wyrachowaniem emablując
wypatrzoną wśród pasażerów nieśmiałą brzydulę. A rezultaty
są straszne.
Wręcz katastroficzne.

Zarzut plagiatu odpieram z łatwością – „Tandaradei!”
nie dzieje się wszak na gwiazdolocie w dalekiej przyszłości, ale
w Polsce, w ośrodku wczasowym, tu i teraz, i z całą pewnością
nie jest „Tandaradei!” czystą SF. Między „You Are My
Sunshine” a „Tandaradei!” jest nadto o niebo więcej
różnic niż między Siedmioma samurajami a Siedmioma
wspaniałymi, nie może być więc też mowy o kradzieży
pomysłu czy – jeśli kto woli – wtórnej adaptacji. A pisarza,
który twierdzi, że większości swych pomysłów nie czerpie z
lektur, nazwę łgarzem.
Dla wyjaśnienia dodam, że do lektur zaliczam nie tylko gazety,
ale też kino i telewizję.

„Tandaradei!” ukazało się w roku 1992 w „Feniksie”,
w numerze styczniowym magazynu. Premierę swą miała jednak nowela rok
wcześniej, przy okazji konwentu Polcon-Cracon-Eurocon ’91 została
zamieszczona w wydanej na okoliczność imprezy księdze konwentowej,
zwanej „Dodatkiem Literacko-Krytycznym”.
Redaktor owego „Dodatku”, pisarz Mirosław P. Jabłoński, w
przedmowie zaszczycił „Tandaradei!” słowami następującymi:
„Inteligentny, liryczny tekst odznacza się, poza innymi przymiotami,
znakomicie i precyzyjnie dawkowanym napięciem dramaturgicznym”.
Dziękuję, Mirku.

Czy jest „Tandaradei!” horrorem, czy też jest
fantasy, dyskutować można by długo i zapamiętale, znalazło by
się zapewne równie wielu obrońców pierwszej, co i drugiej opcji. Osobiście
preferuję zaczerpnięte i sparafrazowane z Władimira Wysockiego określenie
„opowieść niepokoju”. Ale to bynajmniej nie dlatego, bym
się określenia i etykietki fantasy wstydził, kiep ten, kto tak
mniema.

Na koniec ciekawostka: „Fenix”, zapowiadając „Tandaradei!”
w numerze o numer wcześniejszym, ozdobił zapowiedź ilustracją
przedstawiającą rycerzy z zakonu Panny Marii Domu Niemieckiego, czyli
Krzyżaków – Bóg jeden wie czemu, może dlatego, że
pieśń Walthera von der Vogelweide śpiewają krzyżaccy knechci
u Sienkiewicza – tandetnej reklamy kleju do glazury nie pokazywano
bowiem jeszcze wówczas w telewizji. W każdym razie mnóstwo potem
miałem na spotkaniach z czytelnikami roboty z wyjaśnianiem,
gdzie podziali się Krzyżacy.

Tandaradei!

– Jestem nieładna – powiedziała półgłosem Monika Szreder,
patrząc w lustro.

Monika Szreder miała rację. Co więcej, w poruszonej kwestii pogląd
Moniki Szreder i zdanie otaczającego ją świata było absolutnie
zgodne.

Nie, Monika nie była brzydka. Była po prostu nieładna. Była kwintesencją
nieładności, promieniała nieładnością zdolną przyćmić wszystko,
co mogłoby uładnić każdą inną, nawet brzydszą dziewczynę. W jakiś
niepojęty sposób konglomerat elementów, samych w sobie atrakcyjnych,
ładnych, mało tego – nawet pięknych, stawał się w przypadku
Moniki nijaki, nieatrakcyjny i mdły. Jej włosy, które powinny
być włosami ciemnoblond, były w samej rzeczy szare i matowe.
Ich naturalna tendencja do puszystości, ich pełna indywidualności
i uroku tendencja do nieposłuszeństwa względem wszelkiego typu grzebieni
i szczotek w istocie sprawiała, że wyglądały zaniedbanie i nieporządnie,
a starania, by to zmienić, nic nie dawały. Nie pomagał najkunsztowniejszy
makijaż – nawet za pomocą drogich kosmetyków niczego nie dawało
się zrobić z oczami, które zza grubych soczewek okularów zawsze
wyglądały nijako i blado. Na jej sylwetce, ogólnie rzecz ujmując normalnej,
wszelki dobór gustownych i atrakcyjnych rzeczy tworzył w połączeniu
efekt, który przy najlepszych chęciach nie mógł być uznany za cieszący
oko.

Fakt, że o wszystkich wspomnianych czynnikach Monika Szreder doskonale
wiedziała, jeszcze sprawę pogarszał. Świadoma jak gdyby, że
nie jest w stanie się upiększyć, od czasu osiągnięcia pełnoletniości
Monika programowo i konsekwentnie robiła wszystko, by się nie wyróżniać,
zlać z tłem, umysić i uszarzyć. Ta swoista mimikra, mająca w założeniu
maskować i ukrywać nieładność, odnosiła, rzecz jasna, skutek dokładnie
odwrotny.

Teraz właśnie, o piątej nad ranem, stojąc przed nadtłuczonym lustrem
w poprzecinanym smugami światła półmroku domku kempingowego, Monika
silniej niż kiedykolwiek czuła swoją nieładność. Żałowała,
że wyjechała na te wczasy, na ten turnus w głuszy, w braku komfortu,
który miał jakoby być romantyczny, a okazał się wyłącznie uciążliwy.
Biuro Usług Turystycznych – „Rommar Tour”, przypomniała
sobie. „Jesteś samotny? Podaj nam swój wiek, zawód, wykształcenie,
zainteresowania. Napisz, o czym marzysz, a zorganizujemy ci wakacje
twoich marzeń”.

Wakacje moich marzeń…

Wyjechała, bo była sama, a nie chciała samotnie spędzać lata w mieście.
„Rommar Tour” nie kłamał ani nie przesadzał, ogólnie rzecz
biorąc, chociaż w swojej ankiecie rubrykę „wykształcenie”
preferował nader wyraźnie przy doborze. Dookoła roiło się od złaknionych
doktorantek i rozwiedzionych docentów.

Wakacje moich marzeń…

Wyjazd miał dla Moniki być jeszcze jedną próbą udowodnienia sobie,
że lubi towarzystwo. Próba, jak wiele poprzednich, była nieudana.
Monika po raz kolejny nie udowodniła sobie niczego poza faktem, że
nienawidzi samotności.

A była sama. Wciąż sama. Jej przypadkowa współlokatorka, Elka,
z niewiadomych powodów nazywana Pardwą, przez kilka pierwszych dni
turnusu denerwująca szczebiotem, beztroską i czynionym dookoła bałaganem,
ostatnio zwykła była znikać wieczorami i wracać późną nocą. A
niekiedy – jak dziś – dopiero rano. Monika nie miała żadnych
wątpliwości co do tekstu, jaki Pardwa musiała wpisać do kwestionariusza
„Rommar Tour” w rubryce „zainteresowania”.

Z początku Monika była przerażona – bała się, że Pardwa
należy do dziewcząt traktujących barwną i szczegółową opowieść
jako swoisty rodzaj gry końcowej, jako naturalne i konieczne uzupełnienie
nocnych doznań. Tego Monika nie zniosłaby na na pewno. Szczęśliwie,
Elka nie była opowiadaczką. Wręcz przeciwnie, była dyskretna. Nie
przeszkadzało jej to jednak w spontanicznym demonstrowaniu zadowolenia
i wyższości, jaką w przyrodzie samica wybrana obowiązana jest
okazywać samicy wzgardzonej.

Monika Szreder nie czuła się wzgardzona. Miała dwadzieścia sześć
lat, a za sobą aż dwie poważne eksperiencje erotyczne. Charakter
i przebieg obydwu sprawiał, że nie tęskniła do trzeciej.

A jednak…

– Jestem nieładna – powiedziała do popstrzonego
lustra. I nie rozpłakała się. Była z tego bardzo dumna. Nie ma niczego
gorszego niż zaczynać dzień od płaczu, pomyślała.

Dzień? Trudno to jeszcze nazwać dniem, pomyślała.
Ośrodek wczasowy śpi w najlepsze, czekając, aż słońce
do końca wysuszy rosę, nagrzeje powietrze, wciąż jeszcze ostre,
atakujące skórę ukąszeniami zimna.

Położyła się, wysoko ustawiła poduszkę, sięgnęła po
książkę. Próbowała odnaleźć miejsce, w którym skończyła czytać,
wieczorem, senna i zniecierpliwiona oczekiwaniem na Elkę. Zamiast
tego wróciła do początku, do miejsca oznaczonego małym, zasuszonym
bratkiem. Do ulubionego miejsca. Tylko kilka strofek, pomyślała.
Tylko kilka.

Unter den Linden

Bei der Heide

Wo unser beider Bette gemacht

Da mögt ihr finden

Wie wir beide

Pflückten im Grase der Blumen Pracht

Vor dem Wald im tiefen Tal

Tandaradei!

Lieblich sang die Nachtigall

– Tandaradei – szepnęła w zamyśleniu, opuszczając
książkę. Zamknęła oczy.

– Tandaradei… – powiedział minnesńnger.

Był bardzo szczupły, wręcz chudy, targany wiatrem płaszcz, ściśle
oblepiając jego postać, jeszcze bardziej podkreślał tę chudość.
Jego cień, cienki, prosty niczym czarna krecha, kładł się na arrasie,
na którym biały jednorożec wspinał się, stawał dęba, podnosząc
przednie nogi w heraldycznej pozie.

– Tandaradei – powtórzył minnesńnger. – Ta pieśń…

Tyle wspomnień. Tyle pięknych wspomnień. Unter den Linden, bei
der Heide… Ty… To właśnie ty. Płowowłosa…

Monika poruszyła rękami, rozgarniając kwiaty, tysiące kwiatów, wśród
których leżała. W większości były to róże, czerwone, mokre,
rozwinięte, gubiące płatki.

– Jak wtedy – ciągnął cicho minnesńnger, a jego oczy były
czarne, zimne i głębokie jak Ren przy skale Lorelei.

Na zamku w Würzburgu… A może jeszcze później, w Szwabii,
na dworze u Filipa… Pamiętam pełne usta Beatrix, córki Berengara
von Passau. A potem, wiele lat później, słyszałem tę pieśń
w oberży nie opodal Worms. Vor dem Wald im tiefen Tal…
Budzisz mnie ze snu.

Monika mocno zacisnęła powieki.

Budzisz mnie ze snu. Ta pieśń… Przetrwała tak długo. Pamiętam,
śpiewaliśmy ją w marszu, idąc z Marienburga na spotkanie z
komturem Wolframem de Lys, ku przeprawom na Drwęcy. A jeszcze później,
wiele lat później, śpiewałem ją wraz z innymi pod Frankenhausen,
kiedy to stoki góry Hausberg spłynęły krwią zbuntowanego chłopstwa.

Budzisz mnie ze snu.

Monika leżała nieruchomo na łożu z kwiatów. Patrzyła prosto
w oczy minnesńngera. Nigdy nie widziała tak zimnych oczu. Nigdy
nie widziała tej twarzy. Tylko uśmiech…

Daj rękę.

Tak, ten uśmiech już kiedyś widziała. Na pewno widziała.

Ale nie pamiętała gdzie.

– Daj rękę.

Zza pleców minnesńngera wyrosły inne postacie, w groteskowych
futrzanych maskach, trzęsące olbrzymimi uszami. Rozległ się cichy,
rytmiczny, skandowany zaśpiew, wielogłosowy, bełkotliwy chór,
pojedyncze, akcentowane, niezrozumiałe słowa…

Tandaradei!

– Monika! – zawołała Elka, zwana Pardwą. – Hej, Monika,
nie wiesz, gdzie jest cukier?

– Co? – Monika zerwała się, strącając książkę na podłogę,
macając rękoma po pościeli. – Co? Ela? Zasnęłam?

– Nie – powiedziała Elka, zamykając drzwi szafki ze straszliwym
łoskotem, płoszącym resztki dziwnego snu. – Wręcz przeciwnie.
Obudziłaś się, akurat w porę. Jest dziewiąta. Słuchaj, Monika,
nie mogę znaleźć mojego słoiczka z kawą. Chyba go dokądś wyniosłam.
Mogę wziąć trochę twojej?

Monika przetarła oczy knykciami, sięgnęła po okulary.

– Możesz, Elu.

* * *

Sygnały, powtarzające się co dnia, co nocy, były ciche, pozornie nieznaczące,
ledwie zauważalne. Doktorka z domku na szczycie wzgórza nie od
razu zorientowała się w ich znaczeniu. Znacznie szybciej zorientował
się kot – dał znać zmianą zachowania, niepokojem, niepohamowaną
agresją, wyładowywaną na czym popadło. Doktorka zauważyła to,
ale nie przejęła się – kładąc humory zwierzątka na karb drapieżnej,
nieposkromionej natury. Nie zdziwiło jej także, że borsuk,
zwykle biegający za nią jak pies, zaszył się w komórce i nie wychodził
z niej za dnia. Doktorka wytłumaczyła to lękiem przed szaleństwami
kota.

Następne sygnały były już wyraźniejsze – wieczorne kumkanie
żab ucinane raptownie, przeplatane długimi okresami przejmującej,
pełnej przerażenia ciszy. Poranne, bezgłośne wyloty lelków
kozodojów, chmarami, od których aż ciemniało w powietrzu. Zmieniony,
gniewny bulgot rzeki wśród zwalonych drzew.

Coś się szykuje, pomyślała doktorka. Coś się szykuje.

Następnego dnia, na samym skraju lasu, znalazła rozszarpaną sójkę,
krople skrzepłej krwi jak paciorki lśniły na rudawych piórkach.
Doktorka wiedziała, że to nie sprawka kota – kot, biegnący
za nią, na widok zabitego ptaka syczał, przypadał do ziemi, patrzył
z przestrachem w jej oczy.

– Na Bajora i Plosa – szepnęła. Kot miauknął.

Wróciła na podwórze, zamyślona, nieobecna. I wtedy…

Kot zasyczał, wygiął grzbiet.

Na drzwiach domu nie było sierpu, który zawsze tam wisiał, przybrany
suchą miotłą ziół. Odwróciła się, w samą porę, by zobaczyć, jak zakrzywione
żelazo leci ku niej, koziołkując, świszcząc w powietrzu.

– Eth! – krzyknęła, przyciśnięta plecami do framugi.

Sierp zawirował, zwinął się jak żywa wstęga, zboczył z trasy
lotu, z hukiem wyrżnął w odrapane drzwi, zadygotał wściekle,
zaśpiewał metalowym jękiem. Doktorka słyszała, jak czarny las,
schylony nad urwiskiem, trzęsie się w złośliwym śmiechu.

– Deskath – szepnęła. – Ty… Poznaję cię…

Kot syczał

Sierp dygotał, drżał i śpiewał.

* * *

– No nie, Monika – powiedziała Elka, zwana Pardwą. Zdjęła
okulary przeciwsłoneczne i ostrożnie smarowała kremem zadarty
nos. – Tak naprawdę nie można. Dlaczego nie chcesz jechać
z nami? Z całą paczką? Dlaczego ciągle siedzisz sama? Co?

– Nie czuję się najlepiej.

Wcale nie kłamię, pomyślała Monika. Na samą myśl o waszej
hałaśliwej paczce czuję się źle. Nie rozumiem waszych dowcipów.
Nie zaraża mnie wasza wesołość, wręcz przeciwnie, budzi ona
we mnie jedynie zakłopotanie. I nie jestem pewna, czy nie jest to
aby waszym celem.

– Naprawdę, Monika – paplała Elka, stając tuż obok leżaka,
tuż nad nią. – Powinnaś pojechać. Jak tam jest pięknie
nad rzeką, to pojęcia nie masz…

Aleksandrze, pomyślała Monika, nie zasłaniaj mi słońca.

– Jacek, ten historyk, wiesz, ten, który mieszka sam w dwunastce
– Pardwa roztarła resztę kremu na dłoniach, roztaczając dookoła
zapach Pondsa – kolega tego blondyna, który miał granatowe audi,
wiesz…

Wiem.

– …On tak ciekawie opowiada.

Wiem.

– …o historii tej okolicy, o wojnach, o wędrówkach ludów, o
sabatach czarownic, o kulcie jakichś tam demonów, o wykopaliskach,
mówię ci, Monika, godzinami można słuchać. Wiesz, że pytał
mnie o ciebie?

– Kto? – Monika uniosła głowę.

– Jacek. Ten historyk.

– O mnie?

– O ciebie. Skąd jesteś, gdzie pracujesz. Wpadłaś mu
w oko, Monika. Szczęściara jesteś. Chłopak jest strasznie
fajny.

O, Boże.

– Nie udawaj, że nie zauważyłaś, jak patrzy na ciebie.
Co, Monika?

Zauważyłam, zauważyłam.

– Nie, Elu. Nie zauważyłam.

– Ja naprawdę nie umiem z tobą rozmawiać – nadąsała się Pardwa.
– Co cię gryzie, dziewczyno? Marnie wyglądasz, wiesz? A może
masz okres? Ojej, przepraszam, nie rób takiej miny. To ja lecę. Umówiliśmy
się za pół godziny, idę do nich. Wrócimy na obiad. Albo na kolację.
Pa.

– Pa, Elu.

Pomiędzy konarami pokracznej sosny pająk uplótł pajęczynę, regularne,
precyzyjne dzieło. Piękno w przyrodzie, pomyślała Monika, ma cel,
nie jest pięknem czysto estetycznym. Ma cel, nawet jeśli tym celem
jest mord.

Na stronicy książki usiadła biedronka. Monika strąciła ją, potrząsając
książką.

– Leć do nieba – powiedziała półgłosem.

Biedronka nie spadła na ziemię, w locie rozwinęła niezgrabne skrzydełka,
poszybowała – prosto w środek pajęczyny.

Pająk, wielki krzyżak z opasłym odwłokiem, wyskoczył z kryjówki
w zrolowanym, oplecionym kokonem liściu. Biedronka, nie śpiesząc
się, rwała nitki pajęczyny naporem chitynowego pancerza. Jeszcze chwila
i wypadnie, pomyślała Monika.

Ale pająk był szybszy.

Uciekaj, pomyślała, zaciskając szczęki. Uciekaj, pająku. Już!

Pająk zaszamotał się na nitkach, błyskawicznie ukrył się
w zrolowanym liściu.

Wystraszyłam go, pomyślała Monika, zdziwiona. Bzdura,
pomyślała zaraz, pająk najzwyczajniej na świecie nie lubi
czerwonych żuków, zakutych w chitynowe pancerze. Woli miękkie
i soczyste muchy. To jasne jak słońce.

Drgnęła, słysząc odgłos kroków, tuż za sobą.

– Dzień dobry, Moniko.

– Dzień dobry, Jacku.

O, Boże.

– Jak zwykle z nosem w książce? Moniko, zwracam
twoją uwagę, że to są wakacje. Zjawisko, które występuje raz do
roku i niestety przemija tak prędko. Naprawdę, szkoda każdej minuty.
Moniko.

– Słucham, Jacku.

– Pardwa powtórzyła mi, że nie chcesz jechać
z nami nad rzekę. Miałaś jakoby odmówić, bezlitośnie odrzucić
propozycję. Jest mi szczególnie przykro, bo to była moja propozycja.
Przyszedłem więc, żeby naprawić błąd, jakim było wykorzystanie
Pardwy jako pośredniczki. Powinienem sam cię poprosić. Już
dawno.

Odejdź, proszę. Źle się czuję, gdy tak stoisz
i patrzysz na mnie. Nie chcę twojego wzroku. Nie chcę, by dotykał
mnie twój wzrok.

– Jedź z nami, Moniko.

Odejdź, proszę.

– Nie… Przepraszam. Może innym razem.

– Czyżby lektura, której się poświęcasz,
była ciekawsza od perspektywy mojego… naszego towarzystwa? Co czytasz,
Moniko?

– Och… To poezja, Jacku. Dawna poezja niemiecka.

– To widzę. Poznaję po gotyckich literach, których
sam czytać nie potrafię, pomimo iż mój nauczyciel niemieckiego
zdołał wbić mi do głowy podstawy języka Goethego. Czyje to wiersze?

– Nie sądzę…

– …żeby były to wiersze, które może znać zwykły historyk?
Ech, filologowie. Jak wy często uzurpujecie sobie monopol na wiedzę
o literaturze i języku. Czy masz w sobie trochę żyłki do hazardu,
Moniko?

Uniosła oczy, będąc zupełnie świadoma, że unosi twarz i okulary.

– Nie rozumiem…

– Proponuję ci małą grę o wielką stawkę. Coś jak u
Puszkina, trójka, siódemka, as. Jeśli na podstawie jednej,
dwu linijek poznam, czyje to wiersze, jedziesz z nami. Jeśli się
pomylę, odejdę z żalem i nie będę ci więcej przeszkadzał.

Zastanowiła się chwilę. Niemożliwe, pomyślała. Tak mało znane…

– Dobrze – powiedziała, opuszczając głowę, by nie zobaczył
jej uśmiechu.

Unter den Linden

Bei der Heide

Wo unser beider Bette gemacht…

– Walther von der Vogelweide, średniowieczny
niemiecki poeta i trubadur, przełom dwunastego i trzynastego –
roześmiał się. – Wiersz ma tytuł „Unter den Linden”.
Przegrałaś, Moniko. Wasza dama ubita, towarzyszu Herman. Zabieram
wszystkie ruble ze stołu. I ciebie także zabieram, Moniko.

Uśmiechnęła się, tym razem nie kryjąc tego. Cóż,
pomyślała, może…

– Między nami mówiąc – powiedział – to do
ciebie pasuje.

– Co?

– Poezja średniowieczna, pieśni truwerów
– powiedział, patrząc jej w oczy. W okulary, poprawiła się w myśli.
– To do ciebie pasuje. Natura poetyczna, uroczo niedzisiejsza,
skomplikowane wnętrze, samotnicza natura. Magia. No, płowowłosy elfie,
zbieraj się. Jedziemy.

– Tak – powiedziała, nadal uśmiechając się
blado. – Cóż, słowo się rzekło… Za chwilę przyjdę
do was. Za chwilę.

– Czekamy.

Nie wstała od razu. Siedziała z opuszczoną głową, wpatrzona w gotyckie
litery, kręte i chwiejne niczym proporce, wijące się na strzelistych
wieżach. Słyszała dźwięk lutni, daleki i cichy.

Biały jednorożec stawał dęba na zielonym arrasie, unosząc przednie
nogi w heraldycznej pozie.

* * *

Szczyt wzgórza był równy, płaski, jak ścięty żyletką. Domek
o bielonych ścianach, usadowiony wśród pokracznych jabłonek,
przyciągał. Wzywał ją do siebie.

Stała niezdecydowana, patrząc, jak cała kompania zbiega w dół, nad
rzekę, po piaszczystym, nagrzanym słońcem zboczu. Słyszała okrzyki
i śmiechy chłopców, dalekie i ciche pobrzękiwanie kontenera z
piwem. Pisk dziewcząt wpadających na podmokłą łąkę.

– Ciekawe wzgórze, prawda? Na pierwszy rzut oka widać, że
nie jest naturalne.

– Słucham, Jacku? Dlaczego nienaturalne?

– Spójrz na jego kształt, jakie jest regularne. Na położenie.
Moniko, tu mógł być kiedyś warowny gród strzegący brodu. A może
chram jakiejś bogini czczonej przez Pomorzan. Może miejsce
składania ofiar, święte wzgórze pogańskich Prusów, Gotów lub zabłąkanych
tu Celtów? Tyle ludów przetoczyło się przez tę krainę, tyle jeszcze
nie zbadanych rzeczy kryje ta ziemia… No, chodźmy. Porozmawiamy
o tym jeszcze na naszym wspaniałym biwaku.

– Zaraz… zaraz do was przyjdę. Za chwilę.

– Dlaczego?

– Chcę się przespacerować – opuściła głowę.

– Czy pozwolisz…

– Nie – powiedziała szybko. – Przepraszam cię. Sama.

Dlaczego on tak na mnie patrzy?

– Dobrze, Moniko. Ale pamiętaj, czekamy na ciebie. Chciałbym,
żebyś była z nami. Ze mną.

– Przyjdę.

Wzgórze. Nienaturalne?

Zrobiła krok do przodu. Nagle poczuła, że musi iść dalej.
Bo za plecami miała czarną ścianę boru, mokrego, ciemnego i niepokojącego,
a przed sobą słońce i błyszczącą wstęgę rzeki, w dole, nisko wśród
olch. Las odpychał, szeptał głosem przejmującym lękiem, głosem, w
którym wyczuwała groźbę i złość. Biały domek nad urwiskiem
był jasny, ciepły, przyjazny. Wzywał ją, ciągnął ku sobie, namawiał.

– Dzień dobry… Czy jest tu ktoś?

Ciemna sień, w ciemność wbita smuga światła, nabrzmiała wirującym
kurzem. Wchodzę nieproszona do cudzego domu, pomyślała. Zaraz
ktoś wyjdzie, spojrzy na mnie niechętnie, a ja poczuję się
odtrącona, skrzywdzona. I będę miała o to żal, chociaż sama
sobie będę winna. Jak zwykle.

Pokoik pełen ciemnych mebli. Ciężki, mdlący zapach ziół.

– Dzień dobry! Przepraszam…

Na stole szklanka w metalowym koszyczku, łyżeczka utkwiona w kawianych
fusach, okulary w drucianej oprawce.

I książki.

Nie wiedząc, czemu to robi, zbliżyła się. Książki były stare,
oprawne w złuszczoną tekturę. Wytłaczane złoto litery, mówiące, że
to encyklopedia Orgelbranda, były zatarte, ledwo czytelne. Przewróciła
okładkę, pierwszą z brzegu.

To nie była encyklopedia Orgelbranda.

Ten gotyk nie niósł dźwięku lutni. Ten gotyk był złowrogi i
czarny, krzyczał groźnie i teutońsko.

Geheymwissenschaften und Wirken des Teuffels in Preussen,
Johann Kiesewetter, Elbing 1792. Na stronie tytułowej pentagram, znaki
Zodiaku, inne dziwne, niepokojące symbole.

Druga książka. I znowu pod fałszywą okładką ciężkie, szorstkie
od kurzu, pożółkłe stronice i prawdziwy tytuł – Dwymmermorck.
Tylko tyle.

Następna. Inne pismo, inny druk. Człowiek z głową kozła, krzyżujący
na chudej piersi ręce o długich palcach. La lettre noire –
Histoire de la Science Occulte, Jules de Bois, Avignon
1622.

Kolejna, rozsypująca się prawie, krzycząca jednym zdaniem, wielką,
pajęczą czcionką pośrodku zniszczonej strony – Gondelman,
Tractatus de Magiis.

I następna.

Gdy sięgnęła, by odwrócić kłamliwą orgelbrandowską okładkę, jej dłoń
drżała, grzęzła w niepojętym oporze, w aurze broniącej dostępu.
Jednocześnie zaś inna, przeciwstawna siła ciągnęła jej rękę
niby magnes.

Źwierzcyadło Maggi Czarney Bissurmańskiey, przez Abdula
z Hazredu. Spolszcził Iędrzey Śleszkowski, iezuita A.M.D.G. w
Krakowie, w Drukarni Mikołaia Zborskiego JKM Ord. Tipografa, Roku
Pań. 1696.

Ciężkie, pozlepiane, wystrzępione stronice, wyblakłe, półzatarte
pismo. Chciała odwrócić stronę.

Coś ją powstrzymało. Coś, co uwięzło w przełyku, przylgnęło
do podniebienia, coś, co było zgrozą, wstrętem, mdlącym obrzydzeniem.
Miała wrażenie, że lepki kurz ze stronicy zaczyna powoli wpełzać
jej na rękę. Zamknęła księgę, wzdrygnęła się, w uszach, w głowie eksplodował
jej niespodziewanie chóralny, wielogłosowy zaśpiew, bełkot, krzyk,
niezrozumiałe słowa.

Wyjść, pomyślała. Muszę stąd wyjść.

Wbrew sobie sięgnęła jednak po kolejną książkę. Phńnomene,
Dńmone und Zaubereysunden, R. Ennemoser, Nürnberg 1613. Odwróciła
stronicę.

Biały jednorożec, stając dęba, unosił przednie nogi w heraldycznej
pozie.

Otworzyła na chybił trafił, pośrodku tomu. Rozmazane gotyckie
litery zdawały się poruszać, cisnęły się natrętnie do oczu i do świadomości.

…wie lautet der Name des Dńmons? Der Hagre Junge, da
er unseren geheymen Sünden und unsre Bösheyt frisset und trotzdem
hager bleybet. Das Brennende Kind, das mit Hasse brennt. Und der echte
Name? Der ist unaussprechlich, schrecklich. Deskath, was zugleych
Die Wahrheyt oder Der Betrug bedeutet. Zernebock, der Schwartze Wahnsinn…

Na stronę padł szybki, ruchliwy cień, na stole miękko,
acz ciężko, wylądował wielki czarny kocur. Monika cofnęła się,
tłumiąc krzyk. Kocur zmierzył ją niechętnym spojrzeniem złotożółtych
oczu, przeciągnął się, zeskoczył ze stołu, by wskoczyć na łóżko.

Staruszka była maleńka, ale nie zgarbiona, a jej twarz,
poorana zmarszczkami, poważna i skupiona. Miała duże, niezwykle
jasne oczy, tak jasne, że prawie przezroczyste niczym soczewki,
niczym opale, oszlifowane na kaboszony.

– Przepraszam panią – wyjąkała Monika. –
Drzwi były otwarte. Ja wiem, że nie powinnam…

Wykręciła do tyłu ręce i zaczęła wyłamywać sobie palce.
Jak zwykle.

– Nic nie szkodzi – powiedziała staruszka, podchodząc
do stołu. Zamknęła książkę, rzuciwszy przelotnie okiem na otwartą
stronę.

– Ten dom jest otwarty dla wszystkich, którzy chcą
wejść – powiedziała. – Słucham cię, dziecko.

– Ja… Ja zupełnie przypadkowo. Przechodziłam i…
Ja jestem z tymi, którzy nad rzeką… Widziała pani pewnie samochody…

– Wcale nie jesteś z tymi, którzy są nad Rzeką
– staruszka pokiwała głową. – A powinnaś. Powinnaś
być z nimi, a tymczasem jesteś tutaj. Dlaczego?

Monika zamilkła z półotwartymi ustami.

– Szukałaś w książce odpowiedzi na pytanie?
To nie jest najlepszy sposób, dziecko. Zwłaszcza nie radziłabym ci
korzystać z książek, które tu leżą.

– Ja jeszcze raz przepraszam. Nie powinnam… Pójdę
już.

– Nie zadawszy swego pytania?

– Jakiego pytania?

– A tego, drogie dziecko, to ja nie wiem – jasne
oczy staruszki jeszcze bardziej pojaśniały. – Ja nie mogę
przecież znać pytań. Znam wyłącznie odpowiedzi, a i to daleko
nie wszystkie.

– Ja… Nie rozumiem. Pójdę już.

– Twoja wola. Jeśli zechcesz wrócić i zadać swoje
pytanie, pamiętaj, że dom starej doktorki jest zawsze otwarty.

Jezus, pomyślała Monika. Trafiłam na wioskową babcię.
Na aborcjonistkę. Ona myśli, że ja…

– Dziwne myśli tłuką ci się po głowie, dziecko
– powiedziała ostro staruszka. – Szalone, dziwne, nieodpowiednie
myśli. Nie podobasz mi się. Podejdź do mnie.

Nie, pomyślała Monika, nie podejdę. I zrobiła krok
do przodu. A potem drugi. I trzeci.

– Bliżej.

Nie!

Jeszcze jeden krok. Wbrew swej woli.

– Mów.

Monika bezgłośnie poruszyła ustami. Oczy, oczy jasne,
prawie przezroczyste…

– Zapomniana – mruknęła doktorka.

Bełkotliwy chór, pojedyncze, niezrozumiałe, przeraźliwe
słowa, wykrzykiwane w rytmicznym zaśpiewie…

– Nie – powiedziała nagle staruszka. – Nie
podchodź. Ani kroku dalej.

Monika zatrzęsła się z zimna, które nagłą falą spłynęło
jej po karku i plecach.

– Zapomniana – powtórzyła doktorka, mrużąc jasne oczy.
– Tak, bez wątpienia. Przyciąga was Rzeka, przyciąga was to wzgórze.
Przyciągają was te księgi, ciągną jak magnes.

Kot, przypłaszczony do poduszki, zasyczał, unosząc
głowę.

– Idź – powiedziała doktorka. – Wracaj do tamtych.
Czekają na ciebie. Należysz do nich. Należysz już do ich
świata, czy tego chcesz, czy nie.

Monika drżała.

– Idź już.

* * *

Ból głowy, który dopadł ją po południu, krótko po powrocie z wycieczki,
trwał i wzmagał się, mrocząc oczy, aż do wieczora. Nie ustąpił
po dwóch gardanach, nie zelżał po dwóch pyralginach. Zwalił ją
z nóg, przykleił twarz do poduszki. Wsłuchując się w tępe tętnienie
w skroniach, Monika Szreder czekała na sen.

* * *

Stała nieruchoma wśród pokracznych jabłonek, wewnątrz rozszalałego
Maelstromu szarych, bezgłośnych ptaków, w samym środku ciszy,
wirującej od bezszelestnych uderzeń ostrych, kończystych skrzydeł,
wśród tysiąca rozpędzonych, szarych półksiężyców, z których
każdy zdawał się godzić prosto w nią, ale w ostatniej chwili zmieniał
kierunek, muskał, ale nie uderzał, nie ranił.

Świeca, otoczona widmową aureolą załzawionego światła,
rozjaśniała wnętrze pełne ciemnych mebli. Patrzące na nią oczy
były jasne, prawie przezroczyste, jak soczewki, jak kaboszony opali.

– Zadaj swoje pytanie. Wezwałam cię, byś zadała
swoje pytanie.

Kiwnęła potakująco głową. Wolno unosząc ręce, dotknęła
nimi włosów, odsuwając je z ramion, przesunęła palcami po czole, policzkach,
ustach. Doktorka nie patrzyła na nią. Nie uniosła wzroku znad księgi
trzymanej na kolanach.

Opuszczając ręce, postąpiła krok do przodu. Kot parsknął.
Spojrzała w dół, pod nogi, na białą nieprzekraczalną linię nakreśloną
na podłodze. Doktorka uniosła głowę.

– Zapomniana – powiedziała cicho. – Jesteś
Zapomniana. Nie myśl nawet o powrocie, nie ma powrotu dla takiej
jak ty. Jesteś Zapomniana, lepiej będzie dla ciebie, jeśli
taką pozostaniesz. Dla wszystkich będzie lepiej.

Pokręciła przecząco głową, przesuwając dłońmi po szyi,
sunąc nimi w dół.

– Nie – rzekła ostro doktorka. – Nawet o
tym nie myśl. Taka myśl nie rozbudzi ciebie. Może jednak
rozbudzić kogoś innego. Tego, który jest Prawdą i Zdradą. Karmisz
go, wiecznie Wychudłego, swoimi marzeniami. Budzisz go swoim śpiewem.
Strzeż się. On przychodzi w snach, których nie zapamiętasz.
Ale on nie zapomni. Strzeż się.

O szybę okna stuknęła ćma, wielka, szara, rozedrgana.

– Strzeż się, Zapomniana. Prawda i Zdrada nie
różnią się, są jednością. Obie przybędą jednocześnie na
twój krzyk, jeśli zakrzyczysz. A wówczas dłoń wyciągnie się ku
tobie z mroku. Jeśli dotkniesz tej dłoni, nie będzie powrotu.
Odrodzi się Płonące Dziecię, odrodzi się żar, który gorzeje nienawiścią.
Odrodzi się znowu Czarny Obłęd, Zernebock, na ołtarzu z kwiatów.

Doktorka zamilkła, opuściła głowę, wyciągnęła ręce.

– Strzeż się dłoni, która wyciągnie się z mroku. Gdy jej
dotkniesz, nie będzie powrotu. Va sivros onochei! Jeśli
wrócisz ćmą, spłoniesz. Jeśli wrócisz płomieniem, zgaśniesz.
Jeśli wrócisz ostrzem, przeżre cię rdza. Odejdź.

Poczuła na policzku cieknącą łzę, drażniącą, natrętną. Niechcianą.

– Odejdź.

Pytanie?

– Nie. Nie odpowiem.

Nagły rozbłysk, erupcja siły…

– Nie! – w jasnych oczach przerażenie. – Nie…

Pytanie.

– Dobrze. Dobrze, Zapomniana. Jeśli tak bardzo
tego chcesz…

Chcę.

– Odpowiedź brzmi: „Tak”. Będziesz.
Ale tylko w oczach innych. A teraz odejdź. Zostaw mnie. Odejdź.

* * *

Monika obudziła się, usiadła na łóżku, spojrzała w okno, w mrok
niebieszczejący zapowiedzią świtu. Elka, zwana Pardwą, chrapała
leciutko, leżąc na wznak, zgiętym ramieniem obejmując poduszkę.

Monika dotknęła książki zagrzebanej w kołdrze, wciskającej
się w udo twardym kantem okładki. Zasnęłam, czytając, pomyślała.

I miałam… dziwny sen.

Nie pamiętała jaki.

* * *

– Odnoszę wrażenie, że mnie unikasz, Moniko.

Tak, unikam, pomyślała odważnie, nie mogąc się
zdecydować, w którą stronę skierować wzrok. Po chwili wahania, ostatecznie
zwyciężyły czubki tenisówek.

– Nie, skądże – wymamrotała. – Wcale
nie.

– Pozwolisz sobie potowarzyszyć?

Kiwnęła głową, przestraszona, czy nie nazbyt wiele zapału
wkłada w to kiwnięcie.

Szli wolno wzdłuż szpaleru białopiennych brzózek, leśną dróżką,
wśród ciemnozielonych kęp wrzosu, jak parkan wytyczających szlak,
niekiedy rozrosłych, tarasujących drogę.

Oczywiście, potknęła się, nie trzeba było długo czekać. Podtrzymał
ją, wziął pod rękę, a dotknięcie jego ramienia wstrząsnęło nią jak
wyładowanie elektryczne. Przyjemne wyładowanie.

– Lato się kończy – przerwał ciszę trywialnym stwierdzeniem.
– Kończą się wakacje.

– Mhm.

– Trzeba będzie wracać. Do miasta. Do książek, do doktoratu.
Szkoda.

– Będą wakacje i w przyszłym roku – wyjąkała, zastanawiając
się, jaki sposób wyzwolenia ręki spod jego ramienia może nie być
poczytany za obcesowy, agresywny i niegrzeczny.

– Fakt, będą – uśmiechnął się ładnie, mocniej przyciskając
jej ramię. – Ale to, że lato się kończy, smuci mnie. Nie lubię
zakończeń. Zakończenie to koniec fabuły. A ja w fabule cenię sobie
epizody. Piękne epizody ratujące przesmętną fabułę, nędzny scenariusz,
jakim jest nasze życie. Filozofuję. Nie nudzę cię, Moniko?

Nie odpowiedziała. Wypatrywała odpowiedniej kępy wrzosu, by potknąć
się o nią i uciec przed ciepłem, którym promieniował.

– Moniko?

– Słu… cham? – potknęła się, ale zbyt wymuszenie, zbyt
sztucznie, podtrzymał ją bez trudu, nie puścił ręki.

– Cały czas myślę o… O tym wierszu, który czytałaś.
O „Unter den Linden” Walthera von der Vogelweide. Jest w tej
balladzie coś dziwnego, coś, czego nie umiem wyjaśnić…
Moniko, chciałbym cię o coś prosić. Nie odmawiaj, jeśli to
możliwe.

– Słucham cię, Jacku.

– Poczytaj mi wiersze Walthera von der Vogelweide. Proszę.

– Teraz?

– Nie. Nie teraz. Po kolacji, kiedy będzie cicho i spokojnie,
kiedy zapadnie mrok. Wydaje mi się, że ta poezja może brzmieć
dobrze tylko o wieczorze, chłodnym i mrocznym jak kamienny raubritterski
zamek. Wpadnę do ciebie zaraz po kolacji, na chwilę poświęcimy
się Minnesangowi, pieśniom trubadurów.

– Jacku, ja…

– Nie odmawiaj, proszę.

Monika zatrzymała się, zdecydowanie, ale nie gwałtownie, wyzwoliła
rękę spod jego ramienia.

Spojrzała mu prosto w oczy. Śmiało, choć nie wyzywająco. Naturalnie.
Szczerze. Odważnie.

Powiedz mi, czego ode mnie oczekujesz. Czego chcesz ode mnie, właśnie
ode mnie, kiedy dookoła roi się od dziewcząt, kolorowych i pięknych
jak kolibry, wesołych, rozszczebiotanych, chętnych – jeśli
nie do flirtu, to przynajmniej do zabawy we flirt. One wszystkie patrzą
na ciebie i żadna nie czułaby się nieswojo, mogąc spacerować z
tobą po lesie i słuchać twoich słów. Każda z nich cieszyłaby się
myślą o wieczorze, spędzonym z tobą na czytaniu wierszy. Żadna
nie drżałaby w środku, tak jak ja drżę teraz. Powiedz
więc, otwarcie i szczerze – dlaczego właśnie ja? Przecież
ja…

Jestem nieładna!

Spuściła oczy, chowając głowę w ramiona. Jak żółw, pomyślała.
Boję się.

– Moniko?

– Dobrze, Jacku.

* * *

Co ja robię, pomyślała, schylona nad książką. Co ja robię
najlepszego. Przecież można było wykręcić się bólem głowy,
zaraz po kolacji zniknąć, wrócić późno, zamknąć drzwi na klucz,
udawać, że mnie nie ma. Można było zrobić cokolwiek. A teraz
siedzę tu z nim i…

– Czytaj dalej, Moniko. Proszę.

Ich kam gegangen

Hin zur Aue

Mein Trauter harrte schon am Ort

Wie ward ich empfangen

O Himmelsfraue!

Dass ich bin selig immerfort

Ob er mich küsste? Wohl manche Stund.

Tandaradei!

Seht, wie ist so rot mein Mund.

– Masz piękny głos, Moniko.

Nie. Nie. Nie chcę tego, co już kiedyś było. Nie
zniosę, nie chcę znosić upokorzenia, żalu, pustki, samotności.
Nie chcę obwiniać ani szukać winy w sobie. Czemu on tak na mnie patrzy?
Patrzy tak, jak gdybym była…

(Ładna?)

– Czytaj, Moniko.

Da tńt er machen

Uns ein Bette

Aus Blumen mannigfalt und bunt

Darob wird lachen

Wer an der Statte

Vorüberkommt, aus Herzensgrund

An den Rosen er wohl mag

Tandaradei!

Sehen, wo das Haupt mir lag…

– W rzeczy samej to piękna pieśń, Moniko. Słychać
nieledwie brzęk strun lutni trubadura. Czy ktoś przełożył
„Under den Linden” na polski?

– Tak. Leopold Staff.

– Nie pytam nawet, czy znasz ten przekład. Wiem,
że znasz. Powiedz, proszę. Te dwie ostatnie strofki.

– Jacku… Nie pamiętam…

– Ślicznie się czerwienisz. Ale ja wiem, że
pamiętasz. Proszę, Moniko.

Gdym porą nocną

W to ustronie

Przyszła, mój miły już tam był

Tulił mnie mocno

Na swym łonie

Dotąd mam słodycz w głębi żył

Czy całował? Rozdział z chust?

Tandaradei!

Patrz na czerwień moich ust!

I poszedł łoże

Popod lasem

Z przeróżnych kwiatów usłać nam

Śmiałby się może

Ktoby czasem

Przechodził i przystanął tam

Zaraz by po różach zgadł

Tandaradei!

Mej leżącej głowy ślad.

– Pięknie, Moniko. Tylko, wybacz, tego wiersza nie
można deklamować z głową na kolanach ani takim grobowym głosem.
Sama wiesz, że Walther von der Vogelweide odrzuca w tej pieśni
bezsensowny kanon Minnesangu i miłości rycerskiej, egzaltację
i westchnienia do nieosiągalnej damy serca. To jest, Moniko, pieśń
o miłości spełnionej, o jedynej miłości, jaka ma sens, jaka
jest radosna. Piękny epizod, opisany w piękny sposób. Tę pieśń
śpiewa dziewczyna, która leżała razem z ukochanym na łożu
z kwiatów… Boże, jak ty ślicznie się czerwienisz. Była
z ukochanym i jest szczęśliwa, i chce o tym głosić całemu światu,
chciałaby, aby wszyscy widzieli odciśnięty w kwiatach ślad
jej głowy, by wszyscy dowiedzieli się o jej szczęściu.

– Już strasznie późno, Jacku. I trochę boli
mnie głowa…

– Ostatnia strofka, Moniko.

– Nie pamiętam przekładu, naprawdę…

– Przeczytaj w oryginale. Ale przeczytaj głosem dziewczyny
szczęśliwej. Proszę.

Wie ich bei ihm ruhte

Wenn jemand es wüsste

Du lieber Gott – ich schńmte mich

Wie mir der Gute

Herzte und küsste

Keiner erfuhr als er und ich

Und ein kleines Vögelein

Tandaradei!

Das wird wohl werschweigen sein!

– Fascynujesz mnie, Moniko.

– Przestań, Jacku. Proszę cię.

– Jesteś urocza, wiesz? Masz w sobie mnóstwo czaru. Zaczynam
wariować z twojego powodu. Nie wiem, jak to się stało, Moniko, ale
nie mogę przestać myśleć o tobie.

– Jacku… Wprawiasz mnie w zakłopotanie.

– Moniko… Gdy zamykam oczy, widzę twoją twarz, twój uśmiech.
Czuję wówczas, jak coś we mnie drga, jak coś ściska mi
gardło…

– Proszę, nie. Idź już. Jest już bardzo późno,
Ela zaraz wróci.

– Jeszcze chwilę…

– Nie, proszę. Do jutra. Jacku.

– Powiedz mi to.

– Co?

– Że mnie lubisz, Moniko.

(Ja?)

– Moniko.

– Lubię cię.

* * *

Minnesńnger jest szczupły, drobny, delikatny, wiatr szarpie
jego czarną peleryną. Skąd ten wiatr, tutaj, w sali tronowej, gdzie
nie drżą nawet płomyki świec ani powłóczyste welony na szpiczastych
czepcach zasłuchanych, pogrążonych w dźwięku lutni dam? Ale
za plecami minnesńngera nie ma już arrasu z jednorożcem,
nie ma kolumn i ostrych łuków witrażowych okien. Za jego plecami
jest urwisko i czarny las.

Oczy minnesńngera płoną w półmroku, żarzą się czarnym
ogniem. W jego twarzy nie ma niczego, niczego, co nie jest tymi oczami,
tym żarem.

Daj rękę.

Zapomniana. Nie ma wątpliwości. Przyciąga cię Rzeka,
przyciąga cię to wzgórze. Daj rękę. Seh, wie ist so rot
mein Mund.

Na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest naturalne
wzgórze. Tu, w dominującym miejscu, był z pewnością gród strzegący
przeprawy. Świątynia, święty chram, ofiarny ołtarz…

Nie, krzyczy Elka, zwana Pardwą. Nie, nie pójdę tam za nic w świecie,
patrzcie, jaki okropnie ciemny jest ten las, jak tam mokro, tam są
pająki, boję się pająków.

Daj rękę. Fascynujesz mnie. Pozostali śmieją się, klaszczą, futrzane
maski na ich głowach śmiesznie kiwają olbrzymimi uszami. Zernebock,
der Schwartze Wahnsinn, krzyczy Elka, naga do pasa.

Daj rękę.

Nie! Uciekaj! Oczy jasne, prawie przezroczyste. Nie wracaj tu, bo
spłoniesz, zgaśniesz, przeżre cię rdza.

Moniko, Moniko, dotąd mam słodycz w głębi żył. Jesteś urocza,
wiesz?

Wiem.

Zapomniana. Boże, jak ty ślicznie się czerwienisz. Gdy zamykam
oczy, widzę twój uśmiech. Czerwień twoich ust.

Daj rękę.

Bagno, czarne, lśniące grzęzawisko, porośnięte
rzęsą, rozchodzącą się wolno wśród baniek, pękających na oleistej
powierzchni. Otchłań, w głąb której wiedzie Tysiąc Stopni. A na dnie
otchłani coś, co jest nieodgadnioną tajemnicą, coś, co drga,
pulsuje i tętni. I czeka na wezwanie.

Tandaradei!

Spłoniesz. Zgaśniesz. Przeżre cię rdza.

* * *

Obudziła się.

Leżąc na mokrym od potu, starganym, zmiętym prześcieradle,
długo nie mogła usnąć, na próżno starając się posklejać w jedną
całość urywki snu, którego nie pamiętała.

* * *

Następnego dnia cała kompania, jak zwykle, radośnie
i wesoło załadowała się do samochodów, by tradycyjnie zawieźć
rejwach, hałas i zamieszanie w jakiś odległy zakątek, gdzie było
cicho i spokojnie.

Cała kompania oprócz Moniki, która tym razem zdecydowanie
i przekonywająco symulowała migrenę. Oczywiście, namawiano ją.
On ją namawiał. Oczywiście, odmówiła. Chciał zostać z nią. Odmówiła
również.

Dlaczego, zastanawiała się później, spacerując sama, bez celu,
nie zwracając uwagi ani na okolicę, ani na snujących się szlakiem
ścieżek i deptaków innych wczasowiczów. Dlatego odmówiłam?
Czego ja się boję, myślała, gnąc długi patyk znaleziony przy drodze.
Czego ja unikam? Życia? Dlatego, że życie nie jest poezją?

Będę tak spacerować do wieczora, myślała. A wieczorem…

Wieczorem głowa będzie mnie bolała naprawdę. Już czuję ból. Coś
niedobrego dzieje się ze mną. Coś bardzo niedobrego.

Malec, przemocą odciągany przez matkę od kiosku pełnego
kolorowych wspaniałości, spojrzał na przechodzącą Monikę i rozkrzyczał
się ostrym, nagłym, niepohamowanym krzykiem.

Nie zwróciła uwagi.

Czego ja się obawiam, myślała. Rozczarowania? A czy
to, co teraz robię, nie jest rozczarowaniem? Co będę czuła, jeśli
dzisiaj wieczorem schowam się, zamknę przed nim na klucz? Spełniona
miłość, o której śpiewa kochanka Walthera von der Vogelweide,
może rzeczywiście jest w tym sens? I może nie kryje się
on w słowie „miłość”, ale w słowie „spełnienie”?
Może rzeczywiście nazajutrz, pomyślała, coraz to silniej
wyginając swój patyk, może rzeczywiście nazajutrz byłabym
w stanie rozejrzeć się dumnie dookoła i krzyknąć, patrzcie wszyscy,
patrzcie na czerwień moich ust!

Może.

Wiem, czego się boję, pomyślała, przechodząc przez most.

Własnej słabości.

Ileż ja bym dała, myślała, gnąc patyk, za to, żeby stać
się silną. Nie, nie piękną, chociaż…

Ale silną.

Patyk złamał się z trzaskiem.

Pod mostem, na zalewie, jeden z przepływających tamtędy
kajakarzy zaklął plugawie, w osłupieniu patrząc na dwa ułomki wiosła,
które zostały mu w rękach.

* * *

Płomienie. Rozjuszone płomienie opasujące ją ze wszystkich stron,
żar roztapiający oczy, dym pozbawiający tchu. Łańcuch wżarty
w ciało, bezlitośnie wiążący… Ryk płonącego pieca, gotowego
bluzgnąć ogniem i węglami…

Słońce. I wiatr. Wiatr od Rzeki, furkot olchowych liści. Obejmujące
ją ramię, emanujące ciepłem i siłą. Jesteś urocza, wiesz? Masz
w sobie mnóstwo czaru. Gdy zamykam oczy, widzę twoją twarz.

Och, Jacku.

Nie chcę do lasu, krzyczy Elka, zwana Pardwą. Nie,
tam są pająki! Boję się pająków! Umarłabym chyba, gdyby…

Tandaradei! Oczy jasne, prawie przezroczyste. Jeśli
wrócisz ćmą, spłoniesz.

Powiedz, że mnie lubisz. Oczy minnesńngera są czarne
i ogromne. Powiedz to głosem dziewczyny szczęśliwej, która spoczywała
wraz z ukochanym na łożu z kwiatów. I tam, na łożu z kwiatów…

Spłoniesz. Zgaśniesz. Przeżre cię rdza.

Gdzie ja widziałam ten uśmiech?

Czarny bór, ogromne, pokrzywione dęby, ich ciemna kora
pokryta naroślami wyglądającymi jak wrzody. Gromada ludzi, wszyscy
w futrzanych maskach z wielkimi stojącymi uszami. Dziewczyna naga
do pasa.

Kamień, czarny, płaski. Na nim… Róże?

An den Rosen er wohl mag

Sehen, wo das Haupt mir lag…

Tandaradei!

Zernebock, krzyczy Elka, zwana Pardwą. Ciągnie was Rzeka,
ciągnie jak magnes. Oczy jasne, prawie przezroczyste. Jednorożec
unoszący przednie nogi w heraldycznej pozie.

Daj rękę. To minnesńnger. Nie, nie, krzyczy Elka, zabierzcie
go, jest obrzydliwy, wiecie, że boję się pająków.

Budzisz mnie… Pamiętam pełne usta Beatrix, córki Berengara
von Passau.

Zernebock, krzyczy półnaga dziewczyna, ciskając
różę na płaski, czarny kamień. Der Schwartze Wahnsinn!

Daj rękę. Wstań. Pójdziesz ze mną, by poznać prawdę. Mądrość
nie niesie zdrady, nie wierz temu. Mądrość daje siłę. Prawda jest
siłą. A ty przecież pragniesz być silna, pragniesz siły i władzy.
Daj rękę.

Nie! Oczy jasne, prawie przezroczyste.

Wstań. Pójdź ze mną, by poznać prawdę. Pokażę ci, jak wygląda
prawda.

Daj rękę.

Obudziła się.

* * *

Mam wstać i wyjść, pomyślała trzeźwo, natychmiast. Muszę
wstać i wyjść. Wówczas poznam prawdę. Tak powiedział…

Nie. On powiedział: Die Wahrheit.

(Die Wahrheyt?)

Monika Szreder wstała, stąpnęła prosto w kałużę rozlanego na podłodze
księżycowego światła.

* * *

– No, i jak było?

– Próbujesz wymuszać na mnie komplementy?

– Aha.

– Męskie ego, prawda? Dobrze więc: było bosko. Taka
odpowiedź mieści się w konwencji, jak sądzę? Aj, przestań!
Co robisz, wariacie?

– Zmieniam konwencję.

– Aj! To ma być zmiana, według ciebie? Nie czuję
różnicy.

– Robisz się nieprzyzwoicie nieprzyzwoita.

– Przyganiał kocioł garnkowi. Mmmm. Lubisz tak?

– Mam odpowiedzieć zgodnie z konwencją?

– Możesz w ogóle nie odpowiadać. Niech czyny
mówią za ciebie.

– Myślisz, że co ja jestem? Clockwork lover?
Na zawołanie?

– Starałeś się, jak mogłeś, żebym tak
właśnie o tobie myślała, więc się teraz nie wykręcaj. Ja zresztą
i tak wezmę sobie, co chcę, taka już jestem. Nie ruszaj się.

– Tak?

– Mmmm. Ooooch!

– Co?

– Komar ugryzł mnie w tyłek.

– Zaraz go złapię i rozgniotę rozpustnika. Co on sobie myśli,
że to jest ménage a trois? Gdzie cię ugryzł? Tu? Niegłupi
owad.

– Ajjjj!

– Ela?

– Mmmmm?

– Czemu nazywają cię Pardwą?

– Kiedyś, w pociągu, rozwiązywaliśmy krzyżówkę, było
tam hasło, z którym nikt nie mógł sobie poradzić. Poziomo, sześć
liter. Ptak zamieszkujący mszary i tundry Północy. I ja zgadłam.

– Ela…

– Och… Mmmm… Jacek…

Monika, przytulona do muru tuż obok uchylonego okna, dygotała
z obrzydzenia. Chciała odejść. Nie mogła.

– Jacek?

– Mhm?

– A Monika?

– Co, Monika?

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Myślisz, że nikt nie
widzi, jak ją czarujesz? Jak koło niej skaczesz?

– O Boże, Pardwa. Nie wyciągaj pospiesznych i banalnych wniosków.
Żal mi jej, to wszystko. Chcę, by miała miłe wakacje. Takiej jak
ona potrzebne jest trochę adoracji. Co jakiś czas trzeba takiej
jak ona powiedzieć, że jest piękna, wówczas faktycznie pięknieje.
W miarę skromnych możliwości.

– Jeszcze lepiej się z taką przespać, wtedy pięknieje jeszcze
bardziej. To miałeś na myśli?

– Ha! Że też ja się od razu nie domyśliłem. To temu
zawdzięczam tę sympatyczną przygodę, Elu? Doprawdy, podtekst nietrudny
do rozszyfrowania.

– No, no, teraz ty jesteś banalny, posądzając mnie o zazdrość.
Gorzej, o zawiść. I o kogo? O taką myszkę, Boże. Nie odgrywaj
tu Pygmaliona. Znalazł się dobroczyńca. Mówię całkiem poważnie,
prześpij się z nią. Jeśli tego nie zrobisz, zepsujesz jej
wakacje. Pozostawisz uczucie niedosytu. Prześpij się z nią, Jacek.

– Sęk w tym, że nie chcę. Nie czuję do niej woli bożej.

– Co to ma zatem być, sztuka dla sztuki? Mówiłam, Pygmalion.
Profesor Higgins dla ubogich.

– Ona jest… Ona jest nieładna. Po prostu nieładna. I aseksualna.

– Egoista. Poświęć się i zrób to tylko dla niej. Zamknij
oczy i myśl o Anglii. Ale ja myślę, że kłamiesz. Właśnie
ta jej myszkowatość cię podnieca.

– Ela, czy naprawdę nie znajdziemy wdzięczniejszego tematu do
rozmowy?

– Sądzę, chłopczyku, że w ogóle tracimy za dużo czasu
na gadanie.

– Elka!

– Mmmmmm.

* * *

Biegła przed siebie, na oślep przez las, obijała
się o pnie drzew, plątała w szponiastych łodygach jeżyn,
potykała w wykrotach, na korzeniach, na zwalonych pniach. Biegła,
chcąc jak najdalej za sobą zostawić wstręt, upokorzenie, od którego
puchła twarz, wstyd, od którego tętniło w skroniach. Chcąc jak najdalej
za sobą zostawić…

Nie będę płakać. Nie będę. Nie. Nie. Nie.

Gałąź, elastyczna i jadowita jak pejcz, smagnęła ją
przez policzek, wypełniając oczy mokrym, oślepiającym bólem,
usprawiedliwiającym…
Dającym pretekst…

Na kolanach, tłukąc pięściami o pień olchy, Monika
Szreder wybuchnęła łzami, zatrzęsła się w tłumionym, rzężącym
krzyku.

* * *

W białym domu na płaskim szczycie wzgórza, omywanego niespokojnym,
rozgadanym nurtem Rzeki, doktorka uniosła głowę znad pożółkłych
stronic. Przez chwilę przysłuchiwała się ciszy, jaka niespodziewanie
zapadła nad okolicą. Czarny kot, zwinięty w kłębek na haftowanej poduszce,
otworzył złociste oczy i zasyczał, wpatrzony w mrok.

Doktorka wróciła wzrokiem do księgi.

…wiadomym iest, iako onego, który wiele ma imion, nie
lza przyzwać ni zawezwać proprio motu – on przybywa ieno wonczas,
ieśli taka wola iego. On wyhynie z Otchłani, imię ktorey iest
Radm-Agakh, stąpaiąc po Tysiącu Stopni. On przybędzie na krzyk, nawet
ieśli w krzyku tym nie masz imienia iego. On, który Pluribus Mortis
Imago iest i który Wychudły iest. Ni ieden, choćby i naymędrszy,
na drodze iego stanąwszy extra periculum liczyć się nie może.
Bo ieśli przyzwać go niełatwo, to po stokroć ciężey zatrzymać,
gdy przyzwany po żer swóy kroczy, po Tysiącu Stopni z Otchłani,
imię którey iest Radm-Agakh…

O szybę stuknęła szara ćma. Potem druga. I trzecia.

* * *

Monika zaszlochała, obejmując pień olchy, przytulona policzkiem
do mokrej kory. Las, zalany bladym, upiornym światłem księżyca,
zamarł w nienaturalnej ciszy.

Nagły rozbłysk, erupcja siły. Biały jednorożec uniósł przednie
nogi w heraldycznej pozie. Monika, czując wzbierającą w sobie moc,
wciągnęła powietrze do płuc, unosząc w górę obie pięści wrzasnęła,
wrzasnęła w mrok makabrycznym, nie swoim głosem.

– Tandaradei!!!

* * *

Doktorka jęknęła, patrząc na ćmy tłukące o szyby obłędnym
staccato.

– Przez Żelazo i Miedź – szepnęła –
przez Srebro. Magna Mater, Magna Mater…

Księżyc, do połowy wysunięty zza podświetlonych
chmur, roześmiał się jej prosto w twarz, skrzywiony w obelżywym,
trupim grymasie.

* * *

Zanim wyczuła obecność, poczuła zapach. Zapach czarnego,
porośniętego rzęsą, zgniłego, dyszącego metanem bagna. Zapach
bezdennej otchłani, w której coś, co jest tajemnicą, okropnością
i zgrozą, drga, pulsuje i tętni. I czeka na wezwanie.

Nie przestraszyła się. Wiedziała, że zna tego, który nadchodzi.
Wiedziała, że przyjdzie na jej wezwanie, na krzyk.

Nie zlękła się, słysząc mokre, chlupiące kroki, strzykające wodą wyciskaną
z gąbczastego gruntu.

Monika Szreder uniosła głowę.

– Jestem – powiedziała minnesńnger.

Poczuła, jak ogarnia ją spokój. Przywracający wiarę w siebie, silny,
niezwyciężony spokój, spokój, który jest chłodny i błękitny jak
woda, jak płomień, jak…

– Daj rękę – powiedział minnesńnger.

Jak nienawiść.

Spojrzała.

Minnesńnger – wciąż nie mogła zdobyć się na to, by chociaż
w myśli nazwać go jego prawdziwym imieniem – uśmiechnął
się. Tak. Widziała już kiedyś taki uśmiech. Pamiętała
gdzie. Widziała taki uśmiech na ilustracji Johna Tenniela przedstawiającej
Kota z Cheshire. Zaraz będę po drugiej stronie lustra, pomyślała
niespodziewanie.

Oczy minnesngera, wielkie i nie zmrużone w uśmiechu, były
czarne i bezdenne. W bezwargich ustach lśniły długie zęby, okrągłe,
stożkowate, jak u drapieżnej ryby.

Nie czuła lęku.

– Daj rękę – powtórzył minnesńnger, tchnąc na nią zapachem
mokradła.

* * *

Wyciągnęła dłoń.

Tamci, w głębi ciemnego boru, w kręgu potężnych, pokrytych naroślami
dębów, czekali stłoczeni dookoła płaskiego czarnego kamienia, usłanego
tysiącem róż. Czekali w zupełnej ciszy, wysoko unosząc głowy,
ustrojone w uszate, futrzane maski, w otworach których płonęły
obłędem błyszczące oczy.

Palce minnesńngera były zimne, przeszyły ją igłami palącego mrozu,
wybuchły w ciele miliardem odłamków bólu. Bólu, który przyjęła z rozkoszą.

Doktorka, siedząc na krześle ustawionym pośrodku pentagramu
wpisanego w koło, nakreślone kredą na podłodze, odjęła dłonie
od skroni, wyrzuciła w górę ręce w gwałtownym geście. Rozpalony,
huczący piec zawył, zaryczał, o szyby zadudniły chmary nocnych owadów.

– Deeeeeskaaaaath!!!

Drzwiczki pieca odskoczyły z trzaskiem, palenisko bluznęło
ogniem i dymem, płonące węgle zadudniły po blasze i deskach podłogi
jak kartacze, siejąc iskrami.

Z ognia wytoczył się jak kula nagi malec. Przeturlał się,
przekoziołkował, stanął, zataczając się na tłustych, niepewnych nóżkach.
Jego skóra pokryta była chropowatymi, szarymi śladami poparzeń.
Pojedynczy kosmyk cienkich włosków na łysej główce pełgał chwiejnym,
kopcącym płomieniem.

– Deskath – powiedziała doktorka.

Malec dymił, stojąc wśród rozrzuconych na podłodze
węgli.

– Deskath – powtórzyła. – Jesteś…

– Jestem – odrzekł niewyraźnie chłopczyk,
ukazując bezzębne dziąsła. – Jak ci się podobało moje entre,
starucho? To zawsze robi wrażenie, nieprawdaż? Ożywia
pewne wspomnienia. Pamiętasz?

– Dosyć – szepnęła doktorka.

Bardzo chudy, czarno odziany młodzieniec, który raptownie
pojawił się w miejscu płonącego malca, uśmiechnął się, ukazując
długie, stożkowate zęby.

– Wolisz mnie w tej postaci? Proszę, jestem. No,
wiedźmo, do rzeczy. Wezwałaś mnie w najmniej sposobnej
po temu chwili. Przeszkodziłaś mi w czymś ogromnie ważnym.
Jak mi się zdaje, już kiedyś zapowiedziałem ci, co się stanie,
jeśli będziesz mi przeszkadzać. Jeśli jeszcze raz odważysz
się stanąć mi na drodze.

– Zawsze będę stawać ci na drodze, Deskath.

Czarny młodzieniec przecząco pokręcił głową.

– Nie – powiedział. – Nie będziesz. Za późno.
Dziś w nocy odrodzi się Płonący, w lawinie ognia, tak, jak to
przed chwilą widziałaś. Wszystko już jest przygotowane. Myślałaś,
że tych marnych kilkudziesięciu lat wystarczy, by o mnie zapomniano?
Myliłaś się. Są tacy, którzy nigdy nie zapomną. Pamięć przetrwa
przez pokolenia.

Nowe roje owadów załupały o szyby, pokrywając je grubą, ruchliwą warstwą.

– Przyjdzie ci pogodzić się z tym faktem, jędzo – ciągnął
młodzieniec, powolutku obchodząc krąg, wewnątrz którego siedziała
doktorka. – Niczego już nie możesz zrobić. Nie pomoże
ci ani twój kredowy znak, ani dyletancki przekład wiadomej księgi.
Za późno.

– Nigdy nie jest za późno – powiedziała wolno
doktorka. – Patrz, Deskath.

Unosząc rękę, pokazała bursztynowy amulet zwisający z
łańcuszka, ciasno oplatającego kiść lewej dłoni. Oczy czarnego
młodzieńca zwęziły się.

– Śmieć – powiedział. – Dlaczego nie
zawieziesz tego do miasta, nie sprzedasz na pchlim targu? Może
masz jeszcze krucyfiks, co? Święconą wodę? Śmieszysz mnie,
wiedźmo.

– Przez Powietrze i Wodę – wyrzekła powoli doktorka.
– Przez Wierzby i Oczerety. Deskath! Wracaj na dno moczaru. Wracaj
w Otchłań, która cię wypluła. Zapadnij się z powrotem w Bagno, w Bajoro,
w Ploso.

– Słowa, słowa, słowa – powiedział młodzieniec.
Zbliżył się do kręgu i przekroczył go, stając przed staruszką
z uśmiechem. – Słowa, które straciły moc i znaczenie już
dawno temu, zanim jeszcze kolej żelazna zaczęła kursować po naszej
Dolinie. Nic nie zostało z twojej dawnej siły, jędzo. Nie idziesz
z duchem czasu.

– To ty przeceniasz swoją siłę, Deskath.

– Tak sądzisz? Zaraz zobaczymy. Nie zabiję cię, o
nie. Połamię ci tylko obie ręce. W twoim wieku złamania zrastają się
z trudnością. Zagipsują cię po same pachy, a gips będzie zimny,
bardzo zimny. A wówczas, gdy ogarnie cię gorączka, odwiedzę cię w
domu choroby. Wejdę w ciebie przez igły kroplówki, wbite w twoje zwapniałe
żyły. Porozmawiamy wówczas o dawnych czasach. Pooglądamy obrazki.
Weźmy się zatem do pracy. Śpieszę się. Tam, wśród olch,
czeka na mnie cudowne, płowowłose stworzenie, które po nocach śpiewało
mi pieśni. Nie mogę pozwolić, by czekała, to byłoby bardzo nieuprzejme.

– Jeden krok, Deskath – szepnęła doktorka –
jeszcze jeden krok i Tysiąc Stopni otworzy się pod tobą.

– Za późno. Dotknęła mojej dłoni. Jest moja. Dziś w nocy
odrodzi się Płonący.

– Dotknęła twojej dłoni?

– Tak – uśmiechnął się młodzieniec. – Dotknęła mojej
dłoni.

– Spójrz zatem na swoją dłoń, Deskath.

Zaryczał, unosząc rękę, potrząsając bezkształtnym,
broczącym kikutem, ociekającym zieloną mazią, roniącym czarnosine,
dymiące ochłapy. Długie, cienkie kości, wyłaniające się spod rozpadającej
się tkanki, gięły się, rozpływały i skwierczały jak guma wrzucona
do żaru. Bulgotała, wzdymała się bąblami skóra na chudym
przedramieniu.

– Sam nie wiesz, czego dotknąłeś, Deskath –
rzekła doktorka. – Fatalna pomyłka.

Chudy młodzieniec znikł. Nagi chłopczyk, pokryty skorupą
poparzeń, zakrzyczał, zatupał bosymi nóżkami, zakiwał dymiącą
główką, potrząsnął czerniejącym kikutem.

– Precz, Deskath! Na Bajora i Plosa!

Maluch zakrzyczał jeszcze głośniej. Na paluszkach
nie uszkodzonej dłoni wyrosły mu szpony, wielkie jak u kani. Widoczne
w rozwartej buzi dziąsła nie były już bezzębne.

– Magna Mater! – krzyknęła doktorka. – Gladius
Domini!

Węgle na podłodze i w palenisku zasyczały jak zlane wodą,
buchnęły kłębami pary, czarnego dymu.

– Dostanę cię! Dostanę cię jeszcze! – wizgnął
malec, skryty w dymie. – Słyszysz, wiedźmo?

Dym rozwiał się na moment, na krótko, na tyle, by zobaczyła
go w jego własnej postaci, ogromnego, zgarbionego, z krętymi rogami
rzucającymi cienie na powałę.

– I ją – zahuczał z wyraźnym wysiłkiem, ledwo
zrozumiale. – Ją też dostanę… Dosta…nę…

– Nie sądzę, żeby to było możliwe, Deskath.

– Dostaa…nę… – zabełkotał, rozwiewając się
w cierpkim, gryzącym dymie, powoli wypełniającym izbę.

– Nie – szepnęła doktorka, z trudem łapiąc oddech.
Serce jej łomotało, adrenalina biła w przełyk ciężkimi falami,
ćmiła oczy.

– Nie, Deskath. Jej już nie dostaniesz. Jej już
nikt nie dostanie.

Ćmy, zalepiające szyby, zakręciły się w szaleńczym wirze, zerwały
się, odleciały w noc.

– Nikt – zaszlochała sucho doktorka. – Nikt jej już
nie dostanie. I nikt nie powstrzyma.

* * *

Monika stała sama wśród olch, patrząc na czubki palców wyciągniętej
dłoni. Patrząc, powiedziała…

Nie. To nie ona powiedziała. To powiedziało to coś, co było w
niej, w środku. To coś, co było nią.

– Nareszcie. Nareszcie wolna.

* * *

Tamci, w głębi boru, zakotłowali się. Rozebrana do pasa dziewczyna
zdarła z głowy groteskową maskę. Ktoś zakrzyczał, ktoś upadł,
konwulsyjnie rzucając się wśród zeschłych liści. Ktoś
inny odwrócił się, pomknął przed siebie w las, trzeszcząc w chruście,
łamiąc gałęzie.

– Zernebock! Zerneboooock!

Półnaga dziewczyna zaczęła wyć, urywanie, histerycznie, strasznie.

* * *

Doktorka wciąż nie odważała się opuścić kręgu, chociaż
wyraźnie czuła pełną ulgi pustkę, pulsującą w powietrzu nieobecność
zła. Patrzyła na drzwi. Jestem wycieńczona, myślała, zbyt słaba,
następny wysiłek mnie zabije. Jeżeli… ona…

Czarny kot wyczołgał się ostrożnie spod łóżka, przeciągnął,
miauknął cicho, niepewnie. Potem usiadł, polizał łapkę, potarł nią
ucho, spokojny, nieobecny.

Doktorka odetchnęła z ulgą, prawdziwą, wyczekiwaną i ostateczną.

To, co szło przez ciemny bór, uśmiechając się i szepcząc, nie
kierowało się w stronę jej wzgórza.

Szło w kierunku przeciwnym.

* * *

Monika przetarła oczy wierzchem dłoni, spojrzała na palce, zazielenione
od omszałego pnia olchy, o który tłukła pięściami, tam w głębi
lasu. Ale teraz stała pośrodku własnego wczasowego domku, pośrodku
jasnej plamy księżycowego światła wpadającego przez okno.
Elka, zwana Pardwą, jej współmieszkanka, spała na swoim łóżku,
na wznak, z półotwartymi ustami, pochrapując lekko. Zdążyła już
wrócić do swojego łóżka.

Monika Szreder uśmiechnęła się, pełna siły i spokoju.

Spojrzała za okno, na pokraczną sosnę, gdzie w rozwidleniu gałęzi
koncentryczna pajęczyna srebrzyła się kropelkami rosy.

Lekkim, niedbałym ruchem wyciągnęła rękę, kiwnęła palcem.

Wielki, opasły pająk krzyżak natychmiast wyskoczył ze zrolowanego
liścia w rogu pajęczyny, błyskawicznie zjechał po nici w dół.
Po krótkiej chwili pełzł już po parapecie, po firance, po podłodze.
Zatrzymawszy się przy stopie Moniki zamarł, uniósł dwie przednie nogi
na znak, że czeka.

Wciąż uśmiechnięta, Monika wskazała na otwarte usta Elki,
zwanej Pardwą. Nie czekając, wyszła z domku. Nie musiała w tym celu
otwierać drzwi.

Pająk, posłuszny rozkazowi, prędko popełzł w stronę łóżka.

* * *

Otworzył oczy, krztusząc się, przerażony koszmarem. Chciał sięgnąć
ręką do ust, nie mógł. Chciał unieść głowę. Nie mógł. Był jak
sparaliżowany. Czuł przenikliwy, słodki zapach kwiatów, czuł dotyk
płatków, łodyżek, kolców, mokrych listków, wszędzie, na policzkach,
na szyi, na ramionach.

Leżał wśród sterty kwiatów.

Monika Szreder podeszła bliżej i uśmiechnęła się. Widząc ten
uśmiech, otworzył usta do wrzasku. Do wrzasku, który w swoim założeniu
miał postawić na nogi cały ośrodek wczasowy, cały Tleń, a nawet
i straż pożarną w odległych Laskowicach. Ale to, co wydobył
z krtani, ściśniętej przez niewidzialną garotę, było tylko
ledwie słyszalnym, rozpaczliwym skrzekiem.

Monika Szreder podeszła jeszcze bliżej, stanęła nad nim, szepcząc,
a w szepcie tym była tętniąca namiętność, szaleńczy, wściekły
zew, przemożna siła. Zareagował, przerażony tym, że reaguje.
Słyszał jej szept coraz wyraźniej.

Gdym porą nocną

W to ustronie

Przyszła, mój miły już tam był

Tulił mnie mocno

Na swym łonie

Dotąd mam słodycz w głębi żył

Czy całował? Rozdział z chust?

Tandaradei!

Rozbierała się powoli, nie śpiesząc się i nie przestając uśmiechać.
Patrzył na nią oczami rozwartymi aż do bólu. I aż do bólu
był dla niej.

Gdy go dotknęła, zatrząsł się, jak gdyby przytknięto mu do piersi
rozżarzony pogrzebacz. Gdy go objęła i ścisnęła udami, miał
wrażenie, że wylano na niego wiadro ciekłego tlenu. Zobaczył
jej oczy tuż nad sobą.

– Patrz na czerwień moich ust.

* * *

– I co, panie doktorze?

– Masywny wylew. Poszła tętnica w mózgu. Wysilił się, Casanova
jeden, ponad miarę.

– To znaczy, pan myśli, że…

– Sekcja potwierdzi. Ale z tego, co widzę, wnoszę, że była
to piękna, męska śmierć. Padł w walce, na placu boju, że się
tak wyrażę.

– Taki młody? On nie ma czterdziestki, na moje oko.

– Młodzi też miewają kruche tętniczki, panie Kaziku. Cóż,
romantyczny był chłopak, popatrz pan tylko na te kwiaty. Co za fantazja,
cholera. Nasypał kwiatów do łóżka i na tych kwiatach ją…

– Szlag by to trafił. Co ja mam teraz robić? Przecież ja
ją będę musiał odnaleźć, tę babę, co z nim była. I jak? Mam chodzić
i pytać?

– Po co? Od kiedy to karalne? To był wylew, mówię panu. Mogło
mu się to przydarzyć w pracy albo przy wódce.

– No, te… zeznania czy protokół jakiś trzeba by spisać.
Z tego, co pan mówi, panie doktorze, wynika, że była z nim,
gdy… No, wie pan.

– Jeszcze jak była. Dziwne, że sama nie dostała wtedy szoku.
A zresztą, co za różnica. Idę wezwać transport, ja go wieźć
nie będę. A pan szukaj sobie tej kobitki, panie Kaziku, jeśli
masz pan ochotę. Choćby i po śladach.

– Po jakich śladach?

– Sherlock Holmes to pan nie jest. Popatrz pan na te kwiaty,
na poduszce.

– Patrzę, no i co?

– Tu jest odciśnięty ślad głowy.

* * *

Pociąg z Czerska, jadący do Laskowic, przybył na stacyjkę punktualnie,
wtoczył się na peron, ledwie przebrzmiał szalony, natarczywy dzwonek
przy szlabanie. Peron był pusty, jedynie trzech wędkarzy, obarczonych
torbami, plecakami i rurowatymi futerałami na wędziska, wspięło się
po żelaznych stopniach do wagonu.

Rozładowali bagaż na półkach i siedzeniach, wyłuskali się z grubych
kurtek, które mieli na sobie, pomimo iż ranek był ciepły i słoneczny.
Jeden wydobył z kieszeni fantazyjnej kamizelki paczkę papierosów,
wyciągnął ją w stronę kolegów.

Ale koledzy wędkarza siedzieli nieruchomo, wpijając oczy w płowowłosą
dziewczynę, która obok, po drugiej stronie przedziału, lekko kłoniła
głowę nad książką.

Wędkarz zamarł z wyciągniętą ręką. Nie mógł oderwać wzroku. Bo ta
dziewczyna była… była… nieprawdopodobnie wręcz… Niewiarygodnie…

Piękna.