Wywiad aktywny czytelników Zony z Andrzejem Sapkowskim, http://www.sapkowski.pl, 24/01/2001 – 19/02/2001

ARTUR S.: Czy wampir Regis nie jest czasem pańskim
alter-ego? (taka mała autoironia bardziej wobec siebie samego niźli
czytelników). Czyżby tak pan widział siebie w świecie przez pana
stworzonym? To nie jest aż tak infantylne pytanie ,większość postaci
pańskiego uniwersum zostało obdarzone niewątpliwym przymiotem inteligencji
(nawet prostacy i głupcy).

AS: Dziękuję za pochlebiające mniemanie o tym, że jeśli któraś z
moich postaci dysponuje ponadprzeciętną inteligencją, to zapewne jestem to
ukryty ja. Niestety, prawda jest bolesna – ani Regis, ani żadna z innych
występujących u mnie postaci nie jest ani moim alter ego ani czyjąś
karykaturą. Nie mam we zwyczaju bawić się w takie rzeczy, nie uznaję
żartów, które śmieszą wyłącznie autora, albowiem tylko dla autora czytelna
jest ich puenta. Na ironii i autoironii mi nie zbywa, ale mam mnóstwo
innych możliwości, by je zastosować. W książce decydująca jest fabuła –
każde zdarzenie i każda postać musi u mnie służyć fabule. Choćby tylko
jako ornament, ale jednak.

RHITTA: Skąd się u pana wzięło zainteresowanie Mitem
Arturiańskim, Celtami. Jak wiele z tej pasji przelał pan do Sagi?

AS: Pierwszy kontakt z Arturem miałem w dzieciństwie, legenda
spodobała mi się i jakoś już tak zostało. A ile przeszło do
twórczości? Sporo. Przecież widać.

NESTOR KASZYCKI: Kłaniam się nisko przed mistrzem pióra. Chciałbym
się spytać o bohaterów ekranizacji „Wiedźmina”. Mianowicie tytułowego
bohatera ma grać Pan Żebrowski – O.K. wszystko rozumiem, nawet bardzo mi
się ten pomysł spodobał, ale co z Yennefer? Ma ona urodę szesnastolatki,
a aktorka, która ją gra, jest chyba o dwadzieścia lat starsza
(przepraszam, jeżeli kogoś uraziłem)! Dalej – trubadur Jaskier – jest
ładny, młody, podrywa niewiasty, jest wysportowany (skakanie po dachu w
„Krew elfów” i wejście przez okno do kochających się Geralta i Shani).A
niestety Pan Zamachowski, moim skromnym zdaniem, tych wszystkich cech nie
posiada. Wiem, że film nie musi być wiernym odzwierciedleniem książki,
ale proszę, zachowajmy pewne granice! Opowieści są naprawdę najlepszej
jakości, życzę dalszych sukcesów i mam nadzieję, że film ukaże się
wkrótce, pokazując, co Pan naprawdę napisał.

AS: Wszystkie uwagi – a zwłaszcza prośby – kieruje Pan pod
absolutnie niewłaściwym adresem. Przecież, Hospody pomiłuj, to nie ja
robię ten film. Dla realizatorów zaś, artystów przecie i jak wszyscy
artyści próżnych – moja twórczość jest jedynie tworzywem twórczym, czymś
takim – proszę słuchać, porównanie jest celne – czym dla malarza
pejzażysty jest łańcuch górski na horyzoncie. Niby ładny łańcuch, ale kto
zabroni artyście namalować go w kolorze blue?

A na zakończenie uwaga: Zamachowski nie będzie musiał łazić po dachach –
scena ze studencką mansardą Shani nie pochodzi ze zbiorów – lecz z sagi.

PAWEŁ DZIEMSKI: Jeśli chodzi o różne instrumenty pojawiające się
w Pańskiej prozie, najczęściej występującym instrumentem (zaraz po lutni
na której gra Jaskier – więc siłą rzeczy powraca najczęściej) są dudy. Czy
ma Pan jakiś szczególny stosunek do tego instrumentu, i jeśli tak, to
skąd on się bierze?

AS: Doprawdy dudy? A nie gęśliki czasem, okaryny albo fujarki? Nie
mam, zaprawdę, żadnego szczególnego stosunku do żadnego z wyżej
wymienionych.

XX: Dlaczego tak oburzył się Pan, gdy na rynku sf pojawił się
Andrzej Sepkowski? Nie wydaje mi się, aby żerował na Pańskiej popularności
– cóż z tego, że ma podobnie brzmiące nazwisko?

AS: Andrzej Sepkowski pojawił się na rynku SF przed wieloma laty,
ale bez specjalnego efektu, wydawcy jakoś na kolana nie padli. Oczywiście
nigdy nie przyszłoby mi do głowy mieć do jegomościa pretensji o noszone
nazwisko – ludzie, za kogo wy mnie uważacie? Rzecz jednak w tym, że
liczne informatory i księgarnie sieciowe podały „Czas golema” jako „nową
książkę Sapkowskiego” – czyli moją. A taki oszukańczy wszak proceder na
reakcję zasługuje i kiep ten, kto żądania sprostowania uzna to za fochy
oburzonej primadonny. Część z tych księgarni zdobyła się na to, by mnie
przeprosić „za literówkę”. Przeprosiny przyjąłem, ale interesujące, że
nikt pomyłkowo nie napisał „Sipkowski” czy „Sypkowski”.

Jeśli mowa natomiast o żerowaniu, bo takie słowo w pytaniu padło, to dość
dwuznacznie zachowała się zaangażowana w sprawę oficyna. Ich okładka
została uznana przez specjalistów za ewidentny plagiat i
„Nowa” zwyczajnie broniła tu swoich słusznych praw.

PELA: Philip K. Dick – jaki jest pański stosunek do jego
twórczości?

AS: Czytywałem, acz nie zaczytywałem się. Powiem jako ciekawostkę,
którą już kilku pytających zaskoczyłem – wolałem Dicka jako autora
opowiadań, niż różnych „Ubików”.

GHAINA Z ERYNU: Zastanawia mnie fakt, skąd u Pana taka wiedza na
tematy, o których nie mają pojęcia niektóre kobiety. W sumie to drobnostki
(malowanie ust, nakładanie cienia) ale mnie to bardzo zainteresowało, bo
skąd u człowieka, który pisze o wojnie, raptem takie informacje?

AS: Z inteligencji, droga Pani Ghaino, z inteligencji. Polegającej
w znacznej mierze na wiedzy o tym, gdzie jakiej wiedzy poszukać, jeśli
poszukać trzeba. Choć wcale nie po to się pisze, by imponować wiedzą,
inteligencją i erudycją, podobne detale niezwykle uatrakcyjniają tekst,
dobrze więc je stosować – a by stosować, trzeba odrobinę wiedzieć.

APOSTATA: Uprzejmie proszę o wyjaśnienie mi pewnej kwestii. Otóż
nurtuje mnie problem mutacji wiedźmińskiego systemu nerwowego nie
pozwalająca na torturowanie danego delikwenta (wiedźmaka) który,
przeciążony, zwyczajnie umiera. Jak zatem ma się to do nieodczuwania ran
bitewnych czego przykłady imć Geralt daje często-gęsto?

AS: Wiedźmini nie czują bólu po eliksirach. A czy wyobraża Pan
sobie taką scenę: w izbie tortur oprawca zwraca się do
wiedźmina: „Przepraszam, sir, ale chciałbym zacząć przypiekać, proszę
więc z łaski swej zażyć eliksir”.

JACEK ALAN: Skąd bierze pan nazwiska bohaterów i różne nazwy
miejscowości. Zauważyłem, że część Starszej mowy jest z gaelic. Czy mam
rację?

AS: Sporo, w samej rzeczy, ale nie mniej jest z Brythonic. I z
innych też jest niemało. A sporo zwyczajnie zmyśliłem, kompletnie
źródłosłowem się nie przejmując.

MALACHIASZ DOE: W piątym tomie sagi o wiedźminie, czyli „Pani
Jeziora” bohaterowie towarzyszący naszemu dzielnemu zabójcy potworów giną
w ciągu niecałej godziny w tym samym miejscu. Umierające postacie były
przez pana „dopieszczane” czasami przez całą sagę. Wiele szczegółów
zawartych w ich kolejach losu wróżyło całkiem niezłą przyszłość, aż tu
nagle, ni stąd ni zowąd umierają i to na dość kontrowersyjne
sposoby. Najpierw Vampir-abstynent, który sprawiał wrażenie kogoś o
silnej woli, skusza się na jednego głębszego, co jest przyczyną jego
zbytniej brawury, a następnie śmierci, lub czegoś podobnego. Umiera nasza
dzielna łuczniczka od zwykłej, żołdackiej strzały, mimo to z poprzednich
jej perypetii można by wywnioskować że owe strzały się jej nie
imają. Młoda i pyskata dziwoja „zarabia” cios od którego pozornie się nie
umiera, a tu proszę, niespodzianka. No i nasz młodzieniec Cahir, osobnik
zdałoby się rozważny i trzeźwo myślący, żuca się z mieczem na dopiero co
spotkanego człowieka, mimo ostrzeżeń zarówno ze strony Ciri, w postaci
słów, jak i ze strony Bonharta w postaci zdobytych wiedźmińskich
medalionów. Wiadomo że Geralt jest najlepszym wiedźminem, ale już samo
obcowanie z wojownikiem jego rodzaju powinno uświadomić chłopakowi że
cholernie trudno jest pokonać charakternika w walce wręcz. Mimo to rzuca
się do walki i, jak wiadomo, przegrywa z kretesem. Moje pytanie
brzmi: Dlaczego? Dlaczego takie misterne postacie są zabijane od
ręki? Śmierć jest im zadawana wręcz hurtowo. Czy to dlatego że trzeba się
było pozbyć nadmiaru bohaterów? Rozumiem że to jest czasem konieczne, ale
można było wymyślić jakiś bardziej finezyjny sposób niż zwykła potyczka
i, w paru przypadkach, głupota jakiej nikt z czytelników raczej by się
nie spodziewał. Najbardziej boleję jednak nad Cahirem, który wreszcie
spotkawszy Ciri umiera. Nie wspominam tu o, Regisie bo chytry bydlak
pewnie się zreinkarnuje, w końcu odcięcie głowy a roztopienie to tylko
różnica paru eonów. Czy w tym epizodzie nie wyszły na jaw jakieś
pańskie ukryte sadystyczne skłonności względem czytelnika? Założę się że
po śmierci Cahira połowa pańskich wielbicieli nie mogła dojść do siebie
przez pół godziny, za to druga godzinę.

AS: Po pierwsze, zrobiłem to dla Pana i innych czytelników, którzy
zareagowali podobnie – by ich podniecić, wywołać reakcję, dać pojeść
ostro przyprawionej pieczeni, a nie mdłej melzupy. Po drugie, uczyniłem
to w ramach długiej wojny ze stereotypem fantasy, z ugrzecznionym i
obliczonym na tzw. young adults banałem „finalnego pojedynku w Czarnej
Cytadeli”. Po trzecie, wszystkie wymienione postacie są drugoplanowe,
wbrew zatem Pańskim supozycjom i zarzutom nie złamałem żadnej konwencji
literackiej i nie popełniłem żadnego wykroczenia warsztatowego,
drugoplanowych bowiem zabijać wolno.

Czwarte kieruję już tylko do Pana, Szanowny Panie Malachiaszu. Fakt, że
nie wyczuł Pan, jak dalece wszyscy nieszczęśnicy ze Styggi prowadzeni są
przez śmierć, biorę do siebie – mea culpa, widocznie tekst nie był aż tak
jasny, jak sądziłem. Ale jeśli idzie o resztę, to wyraźnie Pan nie
doczytał. Cóż dziwnego w śmierci Milvy? Pan Bóg strzały nosi, to
zapowiedź „przeklętej broni ognistej”, za pomocą której byle pętak będzie
mógł położyć trupem Herkulesa. Nadto, Milva ginie z nakazanej jej przeze
mnie szlachetności, by reszta, w tym ranna Angouleme, jej wieczna
antagonistka, mogła uciec spod gradu strzał.

Ze szlachetności (i miłości, bo przecie broni Ciri) ginie Cahir, rycerz i
oficer. Czy rycerz i oficer, broniący swej damy, ucieknie, bo „trzeźwo i
myśląco” uzna, że nierozsądnie jest stanąć do walki, nawet jeśli
przeciwnikiem jest typ w stylu Bonharta? Toż to waliłoby z posad całą
historię legendarną i całą matiere de la chevalerie! Nie mogło tak być! I
to pomijając fakt, że żywy Cahir do dalszej akcji nijak mi nie
przystawał.

Angouleme – przyznaję – ginie głupio. Czyli tak, jak ginęło w takich
walkach jakieś dziewięćdziesiąt procent tracących życie. Jest Pan jednak
w wielkim błędzie, pisząc o „ciosie, od którego się nie umiera”. Rozcięta
arteria udowa powoduje śmierć nieodwołalną i szybką, wiedziano o tym,
atakując – bo jeśli niewprawny nawet człowiek instynktownie paruje ciosy
skierowane na głowę, szyję i korpus, z zasłoną na pachwinę często się
spóźnia.

Względem Regisa, przyznaję, było trudniej, i wersje, w których wampir
przeżywa, istniały. Zrezygnowałem z nich jednak – tym niemniej nie tylko
za chybione, ale za wręcz krzywdzące uważam posądzanie mnie o, jak Pan
pisze, „znudzenie się bohaterem” czy „pozbywanie się nadmiaru”. Wampir
ginie, bo poświęca się – ratuje Geralta i Yennefer – by go zabić,
Vilgefortz musi poważnie „wystrzelać się” z czarnoksięskiej mocy.

BOLESŁAW WATSON: Gdy Ciri zaczerpnęła energii z ognia, musiała
albo zrzec się magii, albo zniszczyć najbliższych. Czy doświadczony mag,
np. Yen, mógłby zaczerpnąć energie z ognia? Jaki by to przyniosło
skutek?

AS: Nie mam najmniejszego pojęcia, albowiem piszę książki, nie zaś
podręczniki gier role playing. Fabuła nigdzie nie żądała od Yennefer
takiego wyczynu, toteż wcale nie musiałem się nad kwestią głowić. Gdyby
jednak przyszło co do czego, zapewne dałbym Yen taką moc – może gdybym
zaplanował dla niej w fabule jakieś zadanie strasznie ryzykowne i
niebezpieczne? Ale, jak powiadam, nie musiałem. Fabuła to zwarta akcja,
dramat, a nie wór na autorskie pomysły.

ALAKHAI: Zapowiadano wielokrotnie (także Pan) wydanie w twardej
oprawie. Po pierwsze: tylko saga czy również opowiadania? A może również
„Świat króla Artura” i „Coś się kończy…”? Po drugie: kiedy?

AS: Czesi wydali w twardej oprawie oba zbiory moich opowiadań, w
bogato ilustrowanej wersji kolekcjonerskiej, z mapą, z heraldyką, a sukces
wydawniczy niewątpliwie sprawi, że to samo spotka pięcioksiąg. „Nowa”,
dowodząc słabej znajomości marketingu, wciąż nie może się zdecydować.

CYPIS: Czy jest szansa, że zmieni Pan zdanie w sprawie
niekontynuowania „Bitewnego pyłu” ? Zapowiadało się nieźle, a tu…

AS: Z całą pewnością zdania nie zmienię, bo nie ma czego
zmieniać. Nigdy – powtarzam – nigdy nie uważałem rzeczy za coś więcej
niźli jednorazowy fanzinowy wyskok (wygłup?).

PIOTR WOJCIECHOWSKI: Mam pytanie dotyczące losów Czarnej
Rayli. Prawdę powiedziawszy byłem święcie przekonany, że zginęła podczas
osłaniania ucieczki ludności cywilnej przed inwazją Nilfgardu. O ile
dobrze pamiętam ostatnia wzmianka na jej temat pokazywała ją ranną
otoczoną przez elfy, bez szans na przeżycie….. i nagle Rayla pojawia się
w ostatnim tomie, tym razem jako Biała (rozumiem, że osiwiała po
przeżyciach), ścigając elfy ocalałe z wojny. Chciałbym się dowiedzieć, o
ile to możliwe, jakim cudem Rayla przeżyła i co takiego robiła przez całą
wojnę, że nie było o niej słychać.

AS: Czarna Rayla dokładnie spełnia w fabule nakazaną jej
funkcję. Ma zilustrować sobą rozmowę „kąpielową” czarodziejek, kiedy to
padają nieładne słowa o najemnikach, o tym, że „tacy nie umieją i nie
zechą się poświęcać”. Rozmowę tą skontrapunktuje potem owa scena na drodze
z uciekinierami. Wreszcie, przy końcu całej opowieści okaleczona i już
Biała Rayla miała być przykładem na to, że choć niektórzy (Lucienne i
ranni) umieją wybaczyć, to po wojnie istnieje również
(usprawiedliwiona?) zapiekła złość i nienawiść. W ani jednym więcej
miejscu Rayla fabule potrzebna nie była, jej losy – których zresztą można
się domyślać choćby po jej siwiźnie i bliznach – były z punktu widzenia
fabuły całkowicie nieistotne.

PAWEŁ GRACZYK: Czy kolejne pana książki także będą z gatunku
fantastyki? Fantastyka daje panu jak sądzę tę wygodę że w przeciwieństwie
do np. powieści historycznej nie musi się pan martwić o to by wiernie
oddać świat taki jakim był rzeczywiście jak robił to dajmy nato
Sienkiewicz a ostatnio Umberto Eco .Czy nie czuje się pan ograniczony
mianem pisarza fantasty? Czy nie korci pana popróbować swoich sił w
literaturze głównego nurtu? A może uważa pan ze to do jakiego gatunku
klasyfikuje się pańskie książki nie ma znaczenia?

AS: Moja nowa książka fabularna, której już tylko patrzeć, należeć
będzie do subgatunku fantasy historycznej – czyli takiej, w której pisarz,
nadal pisząc fantasy, musi jednak martwić się o wierność historycznych
realiów, co – mam nadzieję – uda mi się osiągnąć. Zmiana subgatunku
wynikła jednak bardziej z ambicji zmierzenia się z „czymś innym”, niż z
jakiejść gwałtownej walki o zdarcie z siebie haniebnej etykietki
pisarza-fantasty. Zupełnie zresztą nie pojmuję, dlaczego miałaby być ona
haniebna. Piszę to, co lubię i co chcę pisać. Dotyczy to również
mainstreamu. Zechcę, to napiszę. Wielki mi problem.

EXACT: Na odtylnej okładce „Coś się kończy, coś się
zaczyna” widnieje tytuł pierwszemu tomu nowej książki – Narrenturm. Co on
oznacza? Czy będzie to powieść w większym stopniu historyczna czy
fantastyczna? I jeszcze jedno pytanko: Czy w niej będzie główny bohater,
czy będzie skupiona wokół szerszego grona postaci?

AS: Narrenturm znaczy „wieża błaznów”, w znaczeniu „głupców”,
„wariatów”, w takich wieżach separowano i więziono w średniowiecznej
Rzeszy ludzi umysłowo chorych. O tym, jaka to będzie powieść, powiedziałem
o jedno pytanie wyżej, po co się powtarzać. Dodam jeszcze, że rzecz
gatunkowo bliska będzie tak zwanego Schelmenromanu, opowieści
pikarejskiej, czyli łotrzykowskiej. Będzie trzech bohaterów, mniej lub
bardziej pasujących do tych literackich definicji.

KMPHOROUSOS: Czy podróże Ciri mają związek z podróżowaniem w
cieniach (Roger Zelazny dziesięcioksiąg o Amberze i Dworcach chaosu) i czy
przejście Ciri przez Wieżę Jaskółki było było przejście przez wzorzec? Czy
pan opierał się na twórczości Zelaznego przy pisaniu sagi?

AS: Oczywiście, że znam i bardzo lubię cykl „Amber”, nigdy nie
ukrywałem też faktu, że Roger Zelazny był dla mnie przykładem pisarskiego
mistrzostwa, czytywałem go na długo przed swym własnym pisarskim debiutem
– do którego zresztą w znacznej mierze mnie zainspirował. Jednakoważ
pozwolę sobie zauważyć, że fantasy – a i leżąca u jej korzeni literatura
mityczna – po prostu roi się od takich „Cieni”, „Wzorców”, „światów
równoległych” i tysięcznych sposobów na teleportację. Nikt nie może
dopominać się tu monopolu. Odrzucam więc podejrzenie o „opieranie się” –
moje Wieże i zdolności Ciri – jeśli nawet i nie unikalne – są moim zdaniem
dostatecznie „moje”. Tak dalece dostatecznie, że bez obaw przypomnę
wszystkim Znikającą Wieżę Michaela Moorcocka – z pozoru jeszcze bardziej
niż Wzorzec podobną do Wieży Jaskółki.

VRAMIN: Co powie Pan na temat opowiadania „Obowiązek, honor i
taimas”, które ukazało się w pierwszym numerze „Science Fiction”? Tam
także występuje wiedźmin Geralt. Czy pozwolił Pan autorowi użyć swojego
bohatera?

AS: Autora, młodego człowieka nazwiskiem Władimir Wasiliew,
ostatnio poznałem osobiście na konwencie „Roskon”, dokonaliśmy tam wymiany
poglądów. W rezultacie owej, choć nie bez oporów, uznałem, że nie
zaszkodzimy sobie wzajem, nadto wcale nie chciało mi się być zazdrosną
primadonną. Może trafił Wasiliew na mój i swój dobry dzień? A może
zadecydowało to, że facet pisze całkiem nieźle, jest niezwykle dowcipny,
ze swadą snuje opowieść, a dzieje się ta opowieść w świecie a la Mad Max,
a więc od „mojego” krańcowo różnym. Opowieści Wasiliewa to niezwykle modny
ostatnio wśród Rosjan gatunek nazywany „pogonia, pieriestriełka i
mordoboj”. Powieść, którą wręczył mi na konwencie nosi charakterystyczny i
wiele mówiący tytuł „Ochota na dikije gruzowiki”(„Polowanie na dzikie
ciężarówki”). Dodatkiem do powieści są dwa opowiadania – wspomniany w
pytaniu „Obowiązek…” oraz „Wiedźmin z Wielkiego Kijowa”. Prawda, że
zabawnie?

Wszystkich kolejnych chętnych uprzedzam jednak, że Wasiliew to wyjątek.

Wywiad 19-02-2001 – 09-03-2001Krzysztof L.: Może jednak zechce Pan napisać powieść/opowiadania/cykl dziejący się w Wiedźminlandzie niekoniecznie z Geraltem w roli głównej. Chodzi mi o wątek z końcówki cyklu: Dijkstra, Wolf i Boreas. Ciekawie byłoby przedstawić losy tych bardzo ‚pokręconych’ postaci. Interesuje mnie przede wszystkim Dijkstra, czy nie ma sposobu wykorzystania tej postaci? Myślę że nie do końca miał taką szansę w cyklu gdzie był tylko postacią poboczną a opowieści o byłych(?) szpiegach nigdy nie za wiele.

AS: Naprawdę zdumiałby się Pan, dowiadując, jak dalekie miejsce zajmuje Pan na liście w tym koncercie życzeń. Ilu przed Panem domagało się opowiadań i powieści o dalszych losach Dijkstry, Yarpena Zigrina, Percivala Schuttenbacha, Ioli i niziołka-chirurga, Joanny „Kenny” Selborne, Cracha an Craite. Ile osób chciało poznać szczegóły romansu Filippy Eilhart z hrabiną de Noailles. Albowiem wszystkie wyżej wymienione i inne postacie uznano – co mi trochę pochlebia – za niezwykle barwne i ciekawe, a ich dalsze losy za warte opisania. Wcale nie wykluczam, że kiedyś wezmę na warsztat którąś z tych postaci i jej dalsze losy. To jednak, że zdołam spełnić życzenia wszystkich, jest raczej wykluczone. Życia nie wystarczy.

Marek Pszczolka: Kto i dlaczego wydał wyrok na Djikstrę (który jest jednym z moich ulubionych bohaterów). Mówi on, że powiedział jedno słowo za dużo, jednej osobie za dużo. Czyżby to była Filippa?

AS: Oczywiście, że to ona. Dijkstra padł – a raczej o mało nie padł – ofiarą własnej prowokacji. Proszę jeszcze raz przeczytać stosowny fragment, który nie pozostawia wątpliwości.

Ragnar: Powtarzał Pan wielokrotnie, iż studia dają (a przynajmniej powinny dawać)umiejętność korzystania ze źródeł. Jako prawdziwy fachowiec jest Pan wyśmienicie przygotowany merytorycznie do opisywania każdej dziedziny. Dotyczy to, oczywiście, także bronioznawstwa. Czy mógłbym prosić o podanie najwartościowszej Pana zdaniem literatury na ten temat?

AS: Wcale nie twierdzę, że poznałem wszystkie bronioznawcze superpozycje, nie jestem wszak badaczem i autorem rozpraw naukowych, lecz pisarzem-beletrystą, potrzebna mi wiedza może być wycinkowa i wybiórcza. Korzystam z „Der Rittersaal” Franza Kottenkampa (wydanej po angielsku jako „History of Chivalry and Armor”), także z „Wörterbuch zur deutschen Militärgeschichte” i „The Encyclopedia od Weaponry” Hogga, także z „Weapons” (wydanej po polsku jako „Encyklopedia broni”). Nomenklaturę polską czerpię głównie z prac profesorów Nadolskiego i Żygulskiego.

Arturion: Rozeszła się swego czasu wieść, że pracuje pan nad cyklem o postaci zwanej Przywra, który miałby być „hackerem magii”. Co z tym? Czy pomysły na Przywrę znajdą się w najnowszej „powieści łotrzykowskiej” czy też dalej pan nad tym pracuje?

AS: To, nad czym obecnie pracuję, to coś zupełnie innego. Planowany i już rozpracowany jako idea cykl o Przywrze nie wyszedł na razie – niestety – poza fazę pomysłu. Niestety dlatego, że myślałem o tej postaci jako godnym następcy Geralta. By the way, nie „on miałby”, ale „ona miałaby” być hackerem magii. Bo Przywra to dziewczyna.

Zon Tak: Dlaczego kompletnie zgubił pan Filavandrela, takiego Geralta wśród elfów? Czy nie byłoby ciekawiej gdyby między nimi dwoma doszło do konfrontacji? Przecież to mogłoby się rozegrać na tysiąc różnych sposobów, Panu nie brakuje przewrotnych pomysłów. Wiem, że z zasady nie wypowiada się Pan na temat filmu, ale czy Olbrychski jako Filavandrel to nie przesada? A może Pan też tak go sobie wyobrażał?

AS: Kiedy od opowiadań, które z natury rzeczy muszą być feerią pomysłów, przechodzi się do dużej opowieści epickiej, trzeba z wielu rzeczy rezygnować, trzeba czasem ciąć, choć to boli, żywą tkankę własnej imaginacji, albowiem przerosty w tym względzie niszczą zwartość fabuły. Już to chyba kiedyś mówiłem: fabuła to nie jest worek na świetne pomysły autora. Postać elfa Filavandrela była kluczowa dla opowiadania – i koniec, elf zrobił swoje, może odejść. Po co miałem go konfrontować z Geraltem, czemu to miało służyć? Scenie „jak się biją”? To przecież podstawowy grzech piszących gówniarzy – szafowanie takimi „scenami” i mniemanie, że tylko one są ważne . Brak Filavandrela wśród wojujących elfów jest więcej mówiący i dla opowieści istotniejszy – pokazuje, że stare elfy były za mądre, by pójść na lep nilfgaardzkiej propagandy.

Względem obsady roli Filavandrela w filmie – cóż, ignorancja zwykła się mścić, a wiedza realizatorów filmu o kanonie fantasy zdaje się być żadna. Wystarczyłoby znać Tolkiena i pamiętać opis Elronda, który ma wszak kilkaset lat. Tolkien pisze” „oblicze Elronda nie miało wieku”. Niestety, o obliczu pana Olbrychskiego powiedzieć się tego nie da.

Rav: Co miał dosłownie pan na myśli pisząc: duvvel hoael, duvvelsheyss, a d`yaebl aep arse.

AS: Po kolei: niech to diabeł porwie (zabierze), diable gówno, diabłu w dupę. Korzeń indoeuropejski, pień germański.

Rav: Czy ma pan jakiś sentyment do liczby 7? Wydał pan 7 książek o Geralcie, wiele z opowiadań dzieli się na 7 cześci. Pierwsze trzy tomy sagi maja 7 rozdziałów.

AS: Nie. To czysty przypadek. Sam nigdy bym nie wpadł.

Krzysztof Czarny: Chciałbym się dowiedzieć jak ocenia Pan twórczość Marion Zimmer Bradley, a w szczególności „Mgły Avalonu” oraz „Pani Avalonu”? Przy okazji chciałbym poinformować Pana, że wielu moich znajomych, do których należą też osoby od lat nie czytające książek (oprócz podręczników szkolnych i akademickich), po przeczytaniu Pana prozy, wpadło niamalże w nałóg czytania literatury w ogóle. Myślę, że i za to należy Pana wielce cenić.

AS: Babcię Bradley, zwaną Bradleyką, poznałem właśnie przy okazji „Mgieł Avalonu”, które specjalnie ściągałem z Anglii, tam książki były tańsze, a tom był gruby i w Niemczech kosztował furę pieniędzy. Strasznie mi „Mgły…” do gustu przypadły, więc wziąłem się za cykl „Darkover”, ale tu mi zaraz wychłódło. Potem z wielką przyjemnością przeczytałem jeszcze „Firebrand”. Lubiłem też Bradleykę za stworzoną i hołubioną przez nią cykliczną antologię „Sword & Sorceress”, która wyłoniła nie byle jakie talenty, sporo tuzów (raczej tuzek) fantasy debiutowało w „S&S”. Lubiłem też „Lythande”. „Leśny dom” i „Pani Avalonu” podobały mi się mniej. Ale kiedy dowiedziałem się (z Sieci, od rycerzy z SCA), że Bradleyka nie żyje, zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno.

Za dobre słowo o mej twórczości dzięki.

Peter Jakubowski: Jeden z moich przedpiszców pytał już o słuchaną przez Pana muzykę tzw. rozrywkową. 1. Czy słucha Pan również tej mniej lub bardziej poważnej? 2. Jeśli tak, to jakiej? 3. Jeśli tak, to czy ma ona jakikolwiek wpływ na twórczość i akt pisania?

AS: Muzyki słucham rzadko, od dawna nie mam już nawet w domu wieży, CD, gdy muszę, odsłuchuję z komputera. Nie mam na muzykę czasu, a lubię taką, która czasu wymaga. Przy pisaniu muzyki nie słucham, przeszkadza mi i rozprasza. Inspiruję się muzyką rzadko, ale zdarza się to – pierwszym przykładem, który się nasuwa, mogą być kondotierzy, Julia Abatemarco et consortes, których wprowadziłem zainspirowany jedną z ballad Jacka Kaczmarskiego. Chociaż Bogiem a prawdą była to inspiracja tekstem, nie muzyką.

EXACT: Czytając wiele książek często musiałem zatrzymywać się i powtórzyć fragment przynajmniej raz, aby go zrozumieć. Takie „zgrzyty” bardzo mnie denerwują. Często spowodowane są bardzo skomplikowanymi zawiłościami, a także błędami. Jednak czytając Pańskie dzieła wszystko przychodzi łatwo. Skąd tak doskonale zna Pan nasz język? Może studiował go Pan?

AS: Nie. To tak zwany talent samorodny. Za dobre słowo dzięki.

EXACT: Dlaczego Pańskie książki są wydawane akurat przez SuperNOWĘ? Czy próbował Pan w innych wydawnictwach? A może ktoś Panu to akurat polecił?

AS: Wiem, że krążą legendy, jakoby było tak, że wszystkie polskie wydawnictwa klęczały przede mną w długim szeregu i błagały o współpracę. Prawda jest inna i dość brutalna. Po „Reporterze” NOWA była jedynym – powtarzam: jedynym – wydawnictwem, które zaproponowało mi wydanie zbioru opowiadań. Inne wydawnictwa podchodziły do rodzimych autorów jak pies do jeża – bo na Polakach można było tylko stracić, przecież, myślano, nikt tego nie czyta, maniacy kupują sobie „Fantastykę”, a w księgarni i na straganie liczą się tylko Andre Norton i „Conan”. A Sapkowski? Co z tego, że podobno niezły, kończy się na „ski”, więc nikt tego nie kupi. NOWA poszła na wielkie ryzyko i kończącego się na „ski” autora wydała, bo autora przeczytała i uznała za dobrego, a miała – ciekawe – zwyczaj wydawać dobrych. Oczywiście żadna z oficyn nie przyznała się do własnej głupoty, stąd plotki i obłudne ubolewania typu „no, chcieliśmy z Sapkowskim, ale Sapkowski zaprzedał się NOWEJ, NOWA przekupiła i kupiła Sapkowskiego”. Powtarzam: nieprawda. Współpracuję z NOWĄ, bo nikt inny nie chciał. To znaczy chciał, owszem, ale później – kiedy już zaczęło opłacać się chcieć. Troszkę za późno.

Reszka: Nie pasuje mi wykład Triss Merigold na temat białaczki i zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej (Krew elfów) do tekstu który raczej w całości nie pretenduje do nowoczesnego. Dlaczego umieścił Pan takie aktualia? Brakuje jeszcze tylko AIDS i choroby wściekłych krów.

AS: Owszem, brakuje, ale nie wszystko stracone, może jeszcze gdzieś umieszczę i wykorzystam. Bo i cóż mogłoby mnie przed tym powstrzymać? Co to są „nie pasujące aktualia”? Co do czego ma pasować? Przecież o białaczce mówi nie Zbyszko z Bogdańca i nie Joanna d’Arc na dworze w Chinon, ale czarodziejka w fantastycznej Nibylandii, czarodziejka, której wykształcenie obejmuje medycynę. Nie widziałbym niczego zdrożnego w tym, by czarodziejka mówiła o zespole niedoboru odporności – przecież i w Nibylandiach mogą występować takie zespoły chorobowe. Byłoby cudacznym anachronizmem, gdyby magiczka użyła słów „acquired immune deficiency syndrome”. I gdyby użyła ich, rozmawiając z telefonu komórkowego. Zdejmując jednocześnie majtki firmy Saatchi.

Paweł Dembowski: Co stało się z rasami występującymi w „Drodze, z której się nie wraca” – Vranami i Bobołakami? Bobołaki zostały jedynie parę razy wspomniane, zaś o Vranach słuch zaginął…

AS: „Droga…” została powiązana z cyklem „wiedźmińskim” ex post, gdy to opowiadanie pisałem, w ogóle jeszcze nie miałem zamiaru „wiedźmina” kontynuować. Gdy wreszcie do kontynuacji doszło, z rozmysłem zaludniłem świat wiedźmina rasami klasycznymi, rodem z Tolkiena i bestariusza AD&D.

Gdy po pięciu latach łączyłem postać Visenny z cyklem opowiadań, na Vranów i Bobołaki nie było już miejsca, świat wiedźmiński poszedł już zupełnie innym torem. Będąc świadom dysonansu do Bobołaków nawiązałem jako do „rasy wymarłej” (czytaj: wytępionej), Vranów jednak już nie ruszałem. To już była nie ta bajka.

Irh: Chodzi o samo zakończenie. Dlaczego Galahad? To on znalazł Ciri, a w micie Arturiańskim znalazł Świętego Graala. Co to znaczy? Dlaczego na końcu Geralt i Yennefer czują zapach jabłek? Czy nie za dużo nawiązań do „Mgieł Avalonu”? (pobyt Ciri w świecie elfów, Tor, Pani Jeziora, podróż łódką itp.)

AS: To nie są nawiązania do Bradleyki, lecz do legendy, do mitu, toposu, archetypu. Taki był mój zamiar, taką przyjąłem artystyczną koncepcję i wizję. Moje prawo. Cóż poradzę na to, że mityczny Avalon to archetyp, miejsce wprost idealne do tego, by dać zmęczonym bohaterom zasłużony spokój? Cóż poradzę na to, że Avalon to archetypiczna wyspa, na którą można dostać się wyłącznie – i symbolicznie – łodzią? Cóż poradzę na to, że to Wyspa Jabłoni, bo po walijsku afallen” to „jabłoń”? Czym ma więc Avalon pachnieć? Chanel numer pięć?

Krzysztof Krawczyk: Witam. Jak może niektórzy fani prozy Pana Andrzeja wiedzą istnieje coś takiego jak Mud Arkadia, którego duża część świata inspirowana jest światem przedstawionym w Sadze. (…) Czy uczestniczył Pan kiedyś w tej grze i jakie jest Pana zdanie na ten temat?

AS: Nie grywam w gry. Z braku czasu. Rozwój sytuacji w grach staram się śledzić, ale ostatnio mnożą się one zbyt szybko i licznie, bym śledzić zdołał.

Kasia: 1 Dlaczego nie wykorzystał Pan wątku ołowianego żołnierzyka, który przez tajemniczego posłańca miał być przekazany Dijkstrze od króla Esterada? Strzelba została w I akcie powieszona, gdzie strzał? 2. Wielokrotnie mówił Pan, że sprzedawszy prawa do ekranizacji Pańskich książek przestaje się Pan interesować ich dalszymi filmowymi losami – obsada, scenariuszem itp, że to należy już do filmowców. Również wspominał Pan, że niespecjalnie lubi chodzić do kina. Czy jednak dla „Wiedźmina” zrobi pan wyjątek?

AS: Ołowiany żołnierzyk nie jest żadną strzelbą i „strzelać” nie musi, jeżeli nawet, to „zza kulis”. I tam strzela – czytelnik ma dość informacji o tym, że posłaniec z zabawką przybył do Dijkstry – przecież wiemy, że doszło do ugody, że Esterad przekazał Redanii pieniądze i wysłał oddziały kondotierów. Żołnierzyki występują w scenie z uwagi na bawiącego się chłopczyka (bo jeśli to chłopczyk, to bawi się żołnierzykami, sam się jako chłopczyk bawiłem).