ELLE: Obraża się pan na określenie „pisarz komercyjny”?

AS: Nie, bo wiem, że określenie wymyślili zawistnicy-nieudacznicy. Szydzę z definicji. Czy pisarz może mieć jakikolwiek wpływ na późniejszą sprzedaż tego, co pisze? Nie może, ma bowiem do czynienia z kategorią absolutnie nieobliczalną – z czytelnikiem. Nie da się go kupić, wziąć na łep reklamy, a jeżeli nawet, to tylko raz. Wiem jedak, o co chodziło w pana
pytaniu. Czy mam czytelników za motłoch, czy stoję wysoko nad nimi, czy
piszę tylko dla siebie i dla sztuki…? Odpowiedź na wszystkie pytania jest negatywna,
obawiam się zatem, że popadam pod definicję komercyjności. Ale i tak
jestem w dobrym towarzystwie. Szekspir pisał dla pieniędzy, Homer śpiewał o wojnie trojańskiej dla kości baraniej, którą pozwolono mu ogryść przy ognisku.

ELLE: Odnoszę wrażenie, że trafiłem w czuły punkt. Czuje się pan pisarzem drugiej kategorii?

AS: Pisarzy na kategorie dzieli tylko głupiec lub – co na to samo wychodzi – inny pisarz, sam uważajacy się za kategorię pierwszą.

ELLE: O panu mowią „AS”, Jacek Inglot w „Odrze” napisał, że gdyby Sienkiewicz żył, to pisałby jak Sapkowski.

AS: Każda taka opinia cieszy i łechce próżność. Zadebiutowałem w wieku prawie czterdziestu lat, nigdy więc nie zachorowałem na dziecięcą chorobę upajania się sukcesem. Zbyt wyprawnym byłem handlowcem, by zwiodło mnie targowisko próżności.

ELLE: Gdyby Pana książki się nie sprzedawały, pisałby Pan dla własnej potrzeby?

AS: Nie wiem. Zacząłem od opowiadania pisanego dla żartu, na konkurs „Fantastyki”. Gdyby nie spotkało się z przychylnym przyjęciem krytyki i czytelników, z całą pewnością nie pisałbym nic więcej tego gatunku.

ELLE: Powstają w Polsce szkoły pisania. Czy widziałby się Pan jako jeden z wykładowców?

AS: Nie. Co innego mieć poglądy na temat sztuki pisania, co innego uczyć. Nie wierzę, żeby szkoły te stały się kuźnią pisarzy. Można nauczyć się podstaw, ale jeżeli coś w genach nie
siedzi, niewiele da się zrobić.

ELLE: Panu szkoła nie była potrzebna.

AS: Niektórzy uważali wręcz przeciwnie. W środowisku fantastów powszechne było przekonanie, że debiutant musi długo czeladnikować u „starych repów”,
najlepiej biegając po piwo. Zostałem odebrany jak intruz, który bez długoletniego terminowania w klubach fantastyki zaczyna od sukcesów. Niejednemu nie było to w smak i do dzisiaj nie jest.

ELLE: W dzieciństwie wolał pan książki czy podwórko?

AS: Jedno i drugie miało równe prawa. Proszę nie zapominać, że wychowałem
się w czasach, w których nie było telewizji. W świat fantazji można było wejść na dwa sposoby. Na podwórku wsadzić sobie we włosy kogucie pióro i zostać Apaczem Mescalero. Ale słotną porą roku nadchodził czas lektury.
Książka kształtowała wyobraźnię. Kolegę, który nie wiedziałby, kto to Winnetou lub Zagłoba, uważałbym za głąba i przestał się z nim przyjaźnić.

ELLE: Miasto Pana dzieciństwa to ponura Łódź z „Ziemi obiecanej”?

AS: Oczywiście, nie było migających neonów i reklam, samochód na ulicy był rzadkością, ale wcale nie taki czarny ten diabeł, jak go teraz malują. Zresztą, świat z perspektywy dziecka ma więcej czaru.

ELLE: Pisywał Pan wiersze miłosne?

AS: Gdy byłem studentem. Później też. Ale nigdy nie miałem śmiałości, by pokazać je publicznie. Przemyciłem jednak do moich książek kilka fraz zamaskowanych jako pieśni bardów.

ELLE: Czy adresatki tych wierszy zmieniały się często?

AS: To intymne pytanie, nie odpowiem na nie. Odpowiadam tylko na
te, które w jakiś sposób wiążą się z moją twórczością.

ELLE: Spróbuję nawiązać. Czy lubi Pan mocnych mężczyzn w
typie Geralta, głównego bohatera Pańskiego cyklu?

AS: Co tu ma do rzeczy, co ja lubię a czego nie? Mój bohater
skonstruowany
jest z czarnych liter na białym tle. Spełnia w fabule specjalną
rolę. Dobra
opowieść opiera się na mocnym fabularnie głównym bohaterze. To
wystarczy.
Supermenem być nie musi i Geralt nim nie jest.

ELLE: Uważa się Pan za moralistę?

AS: Muszę nim być. Bez moralitetu, podziału na dobro i zło nie
ma
opowieści. Ciekawym polem do popisu dla pisarza jest zabawa z
moralitetem,
pokazywanie i udowadnianie, że nie wszystko da się jednoznacznie i
wyraziście podzielić na białe i czarne, dobre i złe, że pozory mylą,
a stereotypy jeszcze bardziej. Że kanonicznie piękne elfy mogą być
niezłymi
draniami, a kanonicznie złe koboldy i podziemne trolle całkiem
porządnymi
gośćmi. Nie chcę uczyć czytelnika, nie domagam się od niego
akceptacji moich
pogladów na moralność, politykę, religię, aborcję, eutanazję i
całą resztę.

ELLE: Rozważania na te tematy można spotkać w Pana prozie.

AS: Ale niezmiernie rzadko jest to mój komentarz
odautorski. Najczęściej
jest to zdanie wygłoszone przez któregoś z moich bohaterów. Nachalny
dydaktyzm jest źle przyjmowany przez czytelnika. Opowieśc nagle zaczyna
się zmieniać w manifest. Albo – co gorsze – kazanie.

ELLE: Dobra baśń zawiera morał. Jaki morał płynie z Pana
baśni?

AS: Dość czytelny. Ale nie będę go przywoływał ani
analizował z powodów podanych wyżej.