Zbigniew Gosławski z Andrzejem Sapkowskim, Magazyn Gazety Robotniczej 7.5.1999

ZG: Jak to się stało, że handlowiec
wziął się za pisanie?

AS: Strasznie to wszystkich bulwersuje, bo i jakże to
tak tu niegodne paranie się handlem i lichwą, a tu literatura i sztuka.
Ciekawe, ale zbliżone opinie zdarzają się moim byłym konfratrom –
handlowcom: pracował w tak szlachetnym fachu, wśród ludzi mądrych i
poważnych, a teraz proszę, jak się zeszmacił – doszlusował do czubków –
artystów. A tak między nami, Lewis Carroll, twórca „Alicji”, był
wykładowcą matematyki w Oxfordzie. To chyba jest jeszcze gorzej.

ZG: „Wiedźmin” nie był pierwszym Pańskim tekstem. Co było przedtem?

AS: Nie był moim pierwszym tekstem. Co więcej, nie był nawet moim
pierwszym tekstem, za który dostałem honorarium. Ale ja o tym nie mówię i
Panu też nie powiem. Zostańmy zatem tylko przy bezwzględnie prawdziwym
stwierdzeniu, że nie był pierwszym.

ZG: Czy są w planach przekłady „Wiedźmina” na inne media – film,
komiks, gry komputerowe, RPG?

AS: Na wszystkie niemal media „Wiedźmin” już został przerobiony,
wliczając w to nawet tzw. karciankę, czyli karcianą Role Playing Game. Do
żadnej z tych adaptacji się nie wtrącam, wyznaję bowiem zasadę, że
prawdziwy zawodowiec nie miesza się do tego, na czym się nie zna
dostatecznie dobrze. Dlatego sprawy adaptacji kończą się dla mnie na
sprzedaży praw do tychże. Mam nadto przekonanie, że moja wersja jest
idealna, więc z założenia każda adaptacja musi być gorsza. To był żart,
rzecz jasna. Ha, ha.

ZG: Jak podoba się „wiedźmiński cykl” za granicą? Czy również odnosi
sukcesy?

AS: Odnosi. Zwłaszcza w Czechach i w Rosji. Bracia Słowianie.

ZG: A jak z Anglosasami?

AS: Nie ma co na to liczyć. Trzeba być realistą, oni mają dość
własnej fantasy, by interesować się egzotyczną

ZG: Zdecydował Pan pożegnać się z wiedźminem. Dlaczego?

AS: Takie, nie inne było od początku założenie konstrukcyjne utworu,
historia miała się skończyć w tomie piątym i tak, jak się skończyła. Być
może to moda na zabawy interaktywne powoduje tego typu pytania – ludziom
zdaje się, że tok utworu pisarz wyznacza sobie za pomocą rzutów kostkami,
a gdy mu się znudzi to po prostu pisze u dołu strony „koniec”. Względnie –
co bardziej prawdopodobne – ludzie mniemają, że jeśli jakiś utwór cieszy
się powodzeniem i popularnością, to autor powinien zrezygnować z
wcześniejszych założeń by na siłę i ad infinitum doić złote wymię. Jedno i
drugie mniemanie jest dla pisarza obraźliwe.

ZG: Co teraz?

AS: Nie wiem. Od czasu wydania ostatniej mojej książki minęły
zaledwie dwa miesiące. Nie ma się więc co dziwić, że chwilowo nic nie
robię, nawet planów nie czynię. Jeśli jednak o planach mowa, to nie
wykluczam powrotu – na jakiś czas – do krótkiej formy, do opowiadań.
Bardzo często, słusznie zresztą, ludzie mają mi za złe, że zaniedbałem
krótką formę, w której byłem jakoby lepszy niż w długiej.

ZG: Do tej pory ukazywała się, średnio licząc, jedna pańska książka
rocznie. Jak układa się Pańska współpraca z wydawnictwem? Nie naciskali,
żeby pisać więcej?

AS: Było to tempo mordercze, nikomu nie życzę, gdyby nie to, że
pisałem cykl, przy którym przerwy między kolejnymi tomami nie mogły być
zbyt długie, nigdy bym się nie zdecydował. Pisanie książki winno trwać
minimum dwa lata, po czym należy zrobić rok przerwy, a po roku wszystko
jeszcze raz przeczytać i zacząć robić finalną korektę. Inaczej mówiąc
książka trafia do wydawcy po czterech latach od momentu rozpoczęcia pracy
nad nią. To jest model idealny. Moja współpraca z wydawcą układa się
dobrze. Między innymi dlatego, że nie naciska.

ZG: Kiedy przeszedł Pan na zawodowstwo tzn. na utrzymywanie się
wyłącznie z pisania i jak Pan dojrzał do tej decyzji?

AS: Choć – około pięciu lat temu – zadecydowały o tym tzw. siły
wyższe i okoliczności, na które wpływ miałem raczej niewielki, do decyzji
nie „dojrzewałem”, lecz podjąłem ją świadomie – to znaczy ze świadomością
ryzyka. Polegającego na tym, że z pisania bardzo, ale to bardzo ciężko się
utrzymać. Ale zajęcie to ma swoje zalety i swój urok, dla których można
pójść na znaczne nawet wyrzeczenia. Ja poszedłem.

ZG: W internecie jest strona poświęcona Pańskiej osobie. Co pan o
niej sądzi?

AS: Po pierwsze bardzo należy się cieszyć, że takowa jest. Wskazuje
to na zainteresowanie. Po drugie, jest to strona zrobiona absolutnie
profesjonalnie i jest się czym pochwalić.

ZG: Czym jest dla pana internet? Czy i w jaki sposób korzysta pan z
niego?

AS: Korzystam z internetu od niedawna. Początkowo miałem do niego
stosunek starego zgreda, który zazdrości młodzieży groszku w puszkach,
skoro on, by pojeść, musiał go sobie wpierw mozolnie nałuszczyć ze
strąków. Bo to jest tak: uważam się za erudytę, lubię błysnąć jakimś
cytatem, pracowałem wiele lat na to, by móc. A teraz każdy bez żadnej
pracy i wysiłku może skorzystać z wyszukiwarki Yahoo i udać równie
mądrego, lub – co gorsza – złapać mnie na błędzie. Straszne, przyzna pan.
I jeszcze jedna rzecz: było takie opowiadanie Lema, o Trurlu i
Klapaucjuszu, którzy Demona Drugiego Rodzaju stworzyli aby zbójcę Gębona
pokonać. Ów Demon Drugiego Rodzaju był żelazną beczką, która wypluwała z
siebie bezsensowną informację, nader obficie i w niesamowitym tempie.
Internet trochę przypomina mi tego demona. Ale cóż, niezależnie od opinii
różnych leśnych dziadków Internet to przyszłość i świata już sobie
wyobrazić bez niego nie sposób.

ZG: Protestuje Pan przeciw doszukiwaniu się w Pańskich książkach
odniesień do współczesności w ogóle a współczesności polskiej w
szczególności.

AS: Nie robię tego bez kozery. Po prostu uczciwie uprzedzam ludzi
nadmiernie skorych do szukania kluczy, szyfrów, alegorii, karykatur,
ukrytych znaczeń itd., że ich u mnie nie ma, więc nie ma czego szukać.
Wbrew krążącym opiniom smok, na którego w jednym z moich opowiadań poluje
jakaś hałastra to jest smok, a nie Rzeczpospolita darta jak sukno czerwone
na sztuki przez złodziei i aferzystów, a szewc, który chce smoka otruć, to
szewc, nie Wałęsa. Ja nie mam zacięcia do karykatury, w szczególności nie
bawi mnie pisanie o zielonych ludzikach tak, by wszyscy wiedzieli, że tak
naprawdę chodzi o te czerwone, lub czarne.

ZG: Czy wobec tego można mówić o jakimś przesłaniu w Pańskich
książkach?

AS: Niejedna osoba już mnie o to pytała, a ja z właściwą sobie
skromnością odpowiadałem, że przesłania nie ma, a to dlatego że ja nie
uprawiam „kazań na górze” i nie ogłaszam prawd objawionych, między innymi
dlatego, że nie mogę tych prawd w sobie samym się doszukać. Przyszła
jednak taka chwila, gdy zaczęły zjawiać się na spotkaniach autorskich
osoby w wieku balzakowskim, podawały mi książki i mówiły: niech Pan
podpisze, to dla syna, to dla wnuka, bo on nic nie czyta ale Pana czyta.
Nieśmiało pomyślałem sobie wtedy – może to jest posłannictwo? Ktoś, kto
nigdy w życiu niczego nie czytał, dzięki mnie coś przeczytał. Może to
właśnie jest posłannictwo?

ZG: Niechętnie pokazuje się Pan w telewizji.

AS: Telewizję mam, generalnie rzecz biorąc, za medium dla kobiet z
brodą i miotaczy noży. Ponieważ nie umiem miotać noży ani nie jestem
kobietą z brodą, nie umiem efektownie fiknąć kozła ani zrobić Pisma
Świętego z zapałek, nie ma dla mnie miejsca w telewizji. Nie ten środek
przekazu.

ZG: Literatura fantasy pełna jest magii i nadprzyrodzonych zjawisk.
Czy jest Pan przesądny?

AS: Absolutnie nie. Jestem ateistą i materialistą, nie wierzę w żadne
czary, rzeczy nadprzyrodzone ani cuda. Ani w to, że na jakimś osiedlu, na
ścianie jakiegoś bloku pojawił się Jezus Chrystus. To grzyb się tam
pojawił z brudu i wilgoci. Dzięki takim rzeczom pracujemy sobie na świecie
na opinię ludzi równie cywilizowanych co Papuasi, tyle że my rzadziej
używamy dzid. Ale to – excusez moi – dygresja.

ZG: Co Andrzej Sapkowski robi kiedy nie pisze: co czyta, czego
słucha, co ogląda?

AS: Ostatnio nic, praca zajmowała mi życie, a nieliczny czas wolny
wypełniało baranie gapienie się w telewizor, zajęcie równie bezmyślne, co
słodko odprężające. Nigdy przedtem tak nie było – czas wolny zawsze
oznaczał dla mnie wyjazd na tak zwane łono – gdzieś w jakieś lasy dzikie,
nad jeziora, popatrzeć na cos zielonego, pogłaskać żabę po grzbiecie itd.
Nauczyłem się łowić ryby takim sposobem, który gwarantuje nieomal, że ryby
się nie złowi, co bardzo mnie satysfakcjonuje. Łowię z atawizmu, ale nie
lubię sobie brudzić rąk rybim śluzem a nadto żal mi tych ryb. Czytać
oczywiście trzeba. Język polski jest językiem trudnym, trzeba intensywnie
ćwiczyć. Musi znaleźć się czas, by przynajmniej raz w roku przeczytać
Trylogię, Bunscha, Gołubniewa, Parnickiego. Można – lecz nie ma musu –
jeszcze dodać Kossak-Szczucką.

ZG: Co Pan sądzi o sytuacji w Kosowie?

AS: Jestem pisarzem. Stwierdzenie: „Bombardujemy dla pokoju” trąci mi
fałszem logicznym i semantycznym

ZG: Dziękuję za rozmowę.