Jacek Suliga z Maciejem Parowskim

JS: Na czym polegała autoryzacja komiksów przez
Sapkowskiego?

MP: Po pierwsze Sapek autoryzował osobę adaptatora. Mógł
sam pisać scenariusz, dostał do wglądu maszynopisy (scenopisy właściwie)
paru odcinków „Funky Kovala” jako wzór. Po tej lekturze uznał, że lepiej
będzie, jeśli on-fachowiec literacki będzie układał kolejne opowieści o
Wiedźminie, a inny fachowiec będzie przekładał to na scenariusze dla
zaprzyjaźnionego rysownika, z którym rozumie się w pół słowa. Wszystkie
scenariusze komiksowych albumów dostawał Sapek do wglądu: od razu w
całości jak było z „Mniejszym złem”, „Geraltem”, „Ostatnim życzeniem”, i
kawałkami „Droga bez powrotu”, „Granica możliwości” i „Zdrada”. Wszystkie
zmiany, dopiski, dodatkowe epizody wymyślone przez scenarzystę, czasem
zapowiadane mu wcześniej telefonicznie, były przez Sapka akceptowane
najczęściej z uznaniem bądź z rozbawieniem. Wynikały nie z fanaberii
scenarzysty i jego twórczych niespełnień, tylko z odmienności medium
rysunkowego i literackiego, z wysokiego stopnia epizodyczności tekstów
Sapka.

W komiksie zaś, jak w kinie, narracja musi mieć bardziej ciągły
charakter. W opowiadaniach Sapek uprawia różnorodne literackie gry,
komiks to jednak oporne, wizualne malowania świata. Słowo spada tu na
cztery łapy sytuacji, gry postaci, pejzażu, dekoracji, stroju, wyrazu
twarzy, detalu. W opowiadaniach zjawiają się postaci i znikają na zawsze;
w cyklu komiksowym to błąd, dlatego Vrany i Bobołaki są w paru albumach, a
nie w jednym, dlatego Krasnolud, Renfri, Myszowór, Jaskier zanim zagrają w
komiksie rolę zapisaną im przez Sapka, muszą się przedtem zapowiedzieć w
innej dopisanej przeze mnie scenie. I zejść z niej w kolejnej. Mam zresztą
wrażenie, że Sapek (i Czytelnik?) oczekiwał takich innowacji, że w sumie
za to mi także płacono.

JS: Komiks „Zdrada” – kto miał jaki udział w stworzeniu takiego
opowiadania?

MP: Zabawne byłoby zapytać każdego z nas i skonfrontować
odpowiedzi. Wersja Parowskiego brzmi następująco: ogólny kształt, linia że
tak powiem melodyczna i intelektualna tego opowiadania były moje. Tytuł
roboczy „Szkoła wiedźminów” najlepiej wyjaśni o co mi chodziło. Geralt
jako szczeniak, młodość giganta, przygotowanie do tych opresji i wyczynów,
które oglądamy potem. Dlatego ten odcinek pisany był na końcu i dlatego w
pierwszej jego scenie Geralt jest uczony parowania strzału z kuszy, co
potem może wykorzystać w scenie w „Mniejszym źle”…

Czyli układałem sam, ale czerpałem obficie z Sapka rzutującego wstecz
i przetwarzając na przyczynę, na emocjonalne tło, to co u niego stało się
potem. Stąd też moje założenie – młody Geralt spotyka w młodości
prekonfigurację młodej Yennefer. Oni jeszcze nie wiedzą jak gorzki będzie
ich los, jej i jego bezpłodność, samotność… mówią o tym w lekkim tonie.
Rzeź wiedźminów – wiedziałem że musi wieńczyć tom, nie wiedziałem jak i
po co. Poradziłem się Sapka, powiedział: Władza ich nie lubi, czarownicy
ich nie lubią. Na to ja: no i w mieście rozrabiają, leją żołnierzy, piją
a są lepsi od wszystkich. Czekaj – Sapek na to – taki pomysł mi się
plącze, psychopatyczne Koty i normalne Wilki, może to ci się przyda.

Powiedziałem Polchowi o tej rzezi na końcu (wiedziałem już, że zorganizują
ją ludzie króla), Polch mi na to, że to za mało, że dobrze gdyby Geralt
zrobił coś strasznego, z musu, np. zabił przyjaciela… No więc, jak
widać, byłem szefem kuchni, ale Sapek z Polchem wrzucali mi przez ramię do
kotła różne ingrediencje. Dzięki temu przyjacielowi którego podrzucił mi
Polch, Geralt mógł się jakby rozdwoić – Gweld podglądał Koty, Geralt mógł
wrócić do obozu i przeżywać różne przygody. A wokół wiedźminów zaciska się
pętla o której oni nie mają pojęcia; Geralt niby to widzi — a nie
rozumie.

Postanowiłem zrobić to samo z czytelnikami i z Elfką. Państwo widzicie
więcej niż Geralt, Elfka to komentuje – ale Geralt rozumie to opacznie i
Wy także. Stąd wymyślona przeze mnie zupełnie instrumentalnie, ale
warsztatowo chyba interesująco, próba leśnych oczu. Dopiero w ostatniej
chwili przy przepisywaniu brudnopisu uświadomiłem sobie, że Geralt z Eficą
nie mogą jechać na koniu tylko na jej jeleniu.

Osiwienie Geralta było po wielkiej rzezi automatyczne; osiwiał mi, że tak
powiem, sam z siebie. Ale na przykład scenę w trakcie pozorowanego
pojedynku Geralt – Gweld, kiedy Astrogarus rzuca zaklęcie – wymyślił Polch;
niektóre sceny leśnej nocnej orgii – także on, trupia czaszka z początku
zjawiająca się w śnie Gwelda też od niego pochodzi.

Bardzo bałem się tego odcinka, mówiąc szczerze, ale
jednocześnie miałem z niego najwięcej radości (jako drugi w kolejności
lubienia jest odcinek „Mniejsze zło”). Otóż „Zdradę” wymyśliłem
abstrakcyjnie, ale od razu w obrazku; nie było tego poczucia straty,
banalizacji kiedy się jędrną sienkiewiczowską postmodernistyczną prozę
Sapka przekłada na obrazki. Bo tu tej prozy nie było. Był świat,
bohaterowie, nieznana puenta – podczas czytania tej historii czytelnik
nareszcie nie będzie sprawdzać jak scenarzysta wywiązał się z zadania
przekładu (co zgubił, co zbanalizował, tylko będzie pochłaniał
pasjonującą) mam nadzieję historię. I dymki mogły być krótsze, oczywiście
nie wypadły tak barwnie jak dialogi u Sapka. No i imiona, nigdy nie miałem
do nich głowy, Sapek przysyłał nam po kilka propozycji a Boguś Polch
dobierał to do fizis i do kontekstu. Uparcie przekręcałem później i
myliłem te imiona w kolejnych odcinkach scenariusza, co Polcha na
szczęście bardziej bawiło niż złościło.

JS: Kto wpadł na pomysł wplecenia Jaskra tak wcześnie w
losy Geralta (już w „Zdradzie „, a poźniej także w Blaviken)?

MP: Tu cała winę i zasługę biorę na siebie. Dla mnie,
jeśli chodzi o chronologię pisania, Jaskier zjawił się najpierw w
„Mniejszym źle” (w Blaviken) i uważam tę decyzję za przełomową dla
filozofii i praktyki pisania całej szóstki albumów. Jaskier jest centralną
postacią u Sapka, Jaskier to autor. W Blaviken kronikarz spotyka swego
bohatera i mówi mu w końcówce albumu, że go unieśmiertelni. Scena w której
ci dwaj wpadają na siebie po raz pierwszy (dwie sceny – raz się mijają,
raz wpadają; raz jako dziecko – dorosły, dwa jako dorosły – dorosły) ma
przecież moc magiczną, jak zapłodnienie, bez niej nie ma historii Geralta.

Sapek robi sobie w różnych miejscach swoich opowieści różne
postmodernistyczne żarciki cytując prawie otwartym tekstem a to braci
Grimm, a to Andersena, a to Disneya, a to odwieczne mity. Robi to jako
autor opowieści przekomarzający się ze swoimi czytelnikami; przełożyłem
ten jego chwyt, podsuwając państwu pod nos Jaskra – Sapka który się
frasuje co napisze, czego nie wie, który zdaje relacje z tego co widział.
Tu jeszcze jedno ważne dla mnie założenie teoretyczne. Ten świat jest
stosunkowo mały. Ludzie w nim łatwo wpadają na siebie. Oni nie podróżują
pociągami ani Jumbojetami. Łażą na piechotę bądź jeżdżą konno. Jak Edyp z
Jokastą i królem Lajosem – nie można w tym świecie uciec zbyt daleko od
siebie i od swoich korzeni – Grecja z mitologii (pomijając zamorskie
wyczyny Odysa) też jest mała. Dlatego ścieżki i losy Renfri, Jarpena
Myszowora, Jaskra, Geralta, Vranów, Bobołaków, Smoka (który zjawia się
kiedyś niezapowiedziany „z innej bajki”) przecinają się wielokrotnie. Raz
oni przepływają, że tak powiem za Miłoszem, przez siebie jak dwie ławice
różnych ryb, kiedy indziej zderzają się i wchodzą w interakcje. W
literaturze można się z tego wykpić zadaniem, aluzją. W komiksie trzeba to
zaakceptować i po prostu pokazać.

Dlatego kiedy na stronie 15 „Zdrady” mały Jaskier mówi swoje
„ele-mele-dutki”, to April, pytając „obaczymy się
jeszcze, Geralt?” ma w pewnym sensie rację, a i Geralt odpowiadając jej,
że świat jest mały, ma rację dosłownie i przenośnie. Czy to jest naciągane
– nie wiem – mam nadzieję, że nie w komiksie, a taką mi zlecono robotę i
wykonywałem ją z przyjemnością i dumą. Pamiętając oczywiście, że nie piszę
„Ulissesa”.