Bartłomiej Grenda z Andrzejem Sapkowskim

Bartłomiej Grenda: Czy przed
pojawieniem się przełomowego
opowiadania „Wiedźmin” pisał Pan już coś? Co to było? Czy pojawiło się to
kiedykolwiek na rynku czy tylko mości zawartość zapomnianej
szuflady? Jeśli się pojawiło to czy pod własnym nazwiskiem czy też pod
pseudonimem? Jeśli pod pseudonimem to pod jakim ?

AS: Owszem, pisałem przed „Wiedźminem”. Do szuflady (w
zasadzie nie do szuflady, ale do panienek, ale to mało ważny detal)
napisałem mnóstwo wierszy. Była też (tym razem dosłownie w szufladzie)
powieść w modnym podówczas (koniec lat 60-tych) stylu „James Bond”.
Później – znacznie później – wydałem drukiem i za pieniądze nowelę
zatytułowaną „Polowanko”. Jeśli ktoś widział film traktujący o polowaniu
na człowieka (Ice-T, Rutger Hauer, Gary Busey, F.Murray Abraham et
consortes
) to informuję, że autorzy tego filmu chyba zerżnęli swój
scenariusz z mojego „Polowanka”. Oczywiście żartuję, ale na pewno nie było
odwrotnie, bo „Polowanko” napisałem tak gdzieś circa w 1972
roku. Proszę nie pytać, gdzie, bo nie pamiętam nawet tytułu czasopisma,
które było lokalną łódzką efemerydą.

Napisałem też (zupełnie z innej niż fantastyczna beczki) opowiadanie
p.t. „Stalogłowy” i dostałem za nie nagrodę w konkursie z zupełnie innej
beczki. Dawne dzieje. Inna beczka.

No, i byłem tłumaczem. „Fantastyka” publikowała mój przekład „Słów
Guru” C. M. Kornblutha. Była z tym przekładem śmieszna historia – gdy
płacili mi za „Wiedźmina”, księgowość wykryła, że ja już kiedyś brałem
jakieś honoraria i wszyscy zgłupieli, bo nikt nie wiedział za co i
dlaczego. „Tajemniczy młody (sic!) debiutant Sapkowski” (nikt mnie tam
wówczas nie znał) figuruje w buchalterii „Fantastyki „? Jakim cudem? Ha,
ha.

Bartłomiej Grenda: Zasadniczo to nie ja jestem autorem tego
pytania, a pytanie pozornie nie ma nic do rzeczy, ale… Zatem: jaka jest
Pańska ulubiona forma muzyczna? Czyżby „rondo”?

AS: Pytanie ma bardzo dużo do rzeczy i jest „blisko
trafione”. Powiedziałbym co prawda, że moją ulubioną formą jest raczej
ballada, niż rondo, albowiem muzyka stanowi dla mnie tło do tekstu – miłe,
ale nie konieczne. A w tekstach – w rzeczy samej – zawsze lubiłem
powtarzające się frazy typu „Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi?”,
„Nevermore” itp., silnie akcentujące problem, podkreślające poetykę.

Zwykła pisarska sztuczka, nie ja ją wymyśliłem, ale stosować mi
wolno, bo każdy ma jakąś swoją szkołę i jakichś swoich mistrzów.

Jacek Suliga: Co wie Pan o tłumaczeniach Pańskich opowiadań i
powieści? W jakich krajach zostały wydane?

AS: Czesi przełożyli wszystko, co napisałem. Zaczęła –
oczywiście od opowiadań – „IKARIE” (taka czeska „Fantastyka”), szybko
znalazł się też wydawca książek – który zresztą później bezczelnie mnie
okradł. Teraz mam nowego wydawcę i jestem przekładany na bieżąco – w
niecałe pół roku po wydaniu polskim jest już wydanie czeskie. Mam
dwukrotnie „Ikarosa”, statuetkę przyznawaną dorocznie za najlepszą książkę
fantastyczną przełożoną w danym roku na czeski. Raz na drugim miejscu
uplasował się Tolkien, ha, ha.

Nieźle zaczyna mi też iść z przekładami w Rosji – tam wydają w
grubych hardcoverach. Trwają rozmowy z niemieckim wydawnictwem Heyne
Verlag, znanym z wydań SF.

Jacek Suliga: Może Pan szacunkowo określić ilu jest czytelników
Pańskiej prozy w Polsce? (Jaki nakład został sprzedany?)

AS: O nakładach nie rozmawiam. Nie lubię. Zgoda?

Jacek Suliga: Podobno był Pan w szpitalu, czy to coś poważnego?
Ludzie się martwią, tym bardziej, że ostatnio o Panu nie słychać (brak
felietonów itp.)

AS: Byłem, zoperowali, co należało. Poważne? Owszem.
Cały szpital pełen był moich fanów, autograf dawałem nawet anestezjologowi
na sali operacyjnej. Za troskę dziękuję, wszyscy zdrowi, nie ma powodów do
zmartwień. A felietonów do „Fantastyki” nie piszę, bo mi się nie chce. Oni
tam zresztą, jak zauważam, wolą felietony politycznie poprawniejsze.
Felietonistów też.

Jacek Suliga: Czy są plany filmowej wersji wiedźmina? Co Pan o
takim pomyśle sądzi? Czy są w Polsce osoby, które by się mogły tego podjąć
z dobrym wynikiem?

AS: Prawa do sfilmowania „tematu wiedźmin” sprzedałem
pewnemu zespołowi filmowemu. Negocjowałem z biznesmenami, którzy kupują
prawa. Z artystami, którzy będą film tworzyć, nie będę rozmawiał. Głównie
dlatego, że oni nie zechcą. I słusznie. Ja nie zniósłbym, gdyby mi się
ktoś wtrącał do warsztatu. To nie do pomyślenia. Tylko wybitny profesjonał
może czynić uwagi i dawać wskazówki drugiemu profesjonałowi. Jeżeli coś
takiego robi amator i dyletant, to jest to nie tylko pożałowania godne –
jest to obelga. Ne sutor supra crepidam – nie wyżej butów,
szewcze! To właśnie mógłbym usłyszeć, gdybym chciał uczyć filmowców, jak
się robi filmy. To usłyszeliby ode mnie filmowcy, gdyby chcieli mnie
pouczać, jak trzeba pisać.

Bartłomiej Grenda: Czy nie obawia się Pan, że wiedźmin w wersji
„video” straci na swojej atrakcyjności, na swojej „inności”. Stanie sie
jeszcze jedną popularną produkcją (już widzę te masowo sprzedawane
plastikowe figurki Geralta i Yen w wersji Barbie). Przecież obok dialogów
to opisy sa najsilniejszym pańskim atutem kreatorskim. Czy bez nich
(czyli w filmie) opowieść o wiedźminie będzie tak interesująca? A może
powstaną dwie wersje (jak „Blade Runnera”) gdzie w jednej (dla publiki)
narrator tłumaczy o co chodzi, i druga – bez narratora (director’s
cut
).

Czy potencjalny docelowy film to miała by być dłuższa produkcja – część
sagi (coś jak „Gwiezdne Wojny”) czy też zestaw krótszych form w postaci
nowelek filmowych bazujących na opowiadaniach ?

AS: Przy całej mojej – mało przesadnej – skromności:
daleko popularności wiedźmina do popularności Barbie i Dartha Vadera.
Wiedźmin to – nie bójmy się prawdy – getto. Barbie i „Star Wars” to
popkultura. Tak, tak, wiem, popkultura jest tandetna, popkultura jest
szmirowata, popkultura jest „be” – ale gdyby tak przyszli i przedłożyli
kontrakt… Ha!

Ale nie ma strachu, nie przyjdą.

Czy ja się boję filmu? Boję, a jakże, bo przecież będzie to samo, co
było po komiksie: to do mnie wszyscy mieli pretensje, to mnie wszyscy
pytali, dlaczego takie właśnie rysunki. I to mnie będą pytali, dlaczego w
roli Yennefer wystąpiła akurat pani XY a nie pani YZ. Harry Harrison
(naprawdę znamy się osobiście) narzekał kiedyś w rozmowie, że w Hollywood
strasznie spieprzyli jego świetną książkę „Make Room, Make Room” robiąc z
niej film „Soylent Green”. Zażartowałem, że powinien ująć się honorem i
zwrócić pieniądze, które dostał za prawa autorskie. Potem obaj długo się
śmialiśmy, bo żart był to przedni. A tak poważnie – nadające się do
oglądania filmy fantasy można policzyć na palcach… no, niech będzie, że
dwóch rąk. Ale rąk pracownika tartaku, ha, ha. W tej – niech będzie, że
siódemce – są Milius, Boorman i Ridley Scott. Są Schwarzenegger, Val
Kilmer i Michelle Pfeiffer. I jest Industrial Light and Magic. Nie wierzę,
by „Wiedźmin” był tym ósmym dziełem, które w encyklopedii Nichollsa będzie
miało trzy gwiazdki lub więcej. Owszem, nie brak w Polsce ludzi umiejących
robić filmy, a w dzisiejszych czasach każdy wie, że trzeba zrobić film, na
który ludzie pójdą, inaczej będzie dupa blada. Ale praktyka dowadzi, że
filmy fantasy – pomimo przeładowania „bogatym sztafażem” – najczęściej
ocierają się o tandetę i robią finansową klapę. Ja mam zaufanie do
profesjonalności naszych filmowców i dobrze im życzę filmowcom, ale swoje
wiem i raczej czarno widzę całą tę sprawę. Ale co miałem zrobić, gdy
przyszli, by kupić prawa? Ująć się honorem i nie sprzedać, podając jako
uzasadnienie powyższe pesymistyczne wizje? Toć wzięto by mnie za idiotę.
Sprzedałem więc prawa filmowi, sprzedam i specom od gier komputerowych. A
jeśli nie wyjdzie, proszę z pretensjami do nich. Do nich, nie do mnie.

Jacek Suliga: „Bitewny Pył” to część większej całości, czy ma
ona szanse ukazać się jako powieść?

AS: „Battle Dust” (tak brzmi mój tytuł, różne „Kurze”
i „Pyły” są cudzymi i nigdy nie autoryzowanymi ingerencjami w tekst) był
żartem, uknutym przez Gdański Klub Fantastyki. Żart miał brzmieć: „Jezus
Maria, Sapkowski pisze space operę, fragment tylko u nas”. Z GKF-em mam
układy, powiedziałbym, przyjacielskie, więcem na żart przystał. Było to
kilka lat temu, wtedy jeszcze się mnie żarty trzymały. Jako żart „Battle
Dust” znakomicie wywiązał się z zadania, liczne pytania o „kontynuację” są
tego dowodem. Żadnej nie będzie, of course.

Żartem – podobnie związanym z figlarnym GKF-em – było również „Coś
się kończy, coś się zaczyna”. Opowiadanko to – powtarzam do znudzenia, a
wciąż nikt nie wierzy – NIE JEST ostatnim rozdziałem „Pani Jeziora”.

Rafał Nowara: Skąd fascynacja kotami… może wynika ze
zbieżności charakterów? Dlaczego wybrał Pan czarnego kota? (czy to był
świadomy wybór?) (jeżeli prawdą jest to, iż takiego kota Pan posiada)

AS: Lubię koty i już, wolno mi czy nie? To
najpiękniejsze i najmądrzejsze stworzenia na świecie. I najwierniejsi
przyjaciele – ale trzeba zasłużyć sobie na ich przyjaźń i wierność. Koty
są jak mądre kobiety – nie będą wierne byle idiocie, zwłaszcza takiemu,
który źle je traktuje. Nie cierpię natomiast dzieci i psów – i jedne i
drugie toleruję tylko przywiązane do palika sto metrów od zabudowań.

Moja własna kocica wcale nie jest czarna – jest polskim pręgowatym
dachowcem-tygrysem ze śnieżnobiałym serkiem i brzuszkiem. Gdy piszę te
słowa, usiłuje położyć się na klawiaturze, wciskając na zmianę PageUp i
NumLock.

Czarnego kocura o piekielnym i literackim imieniu Behemot ma
natomiast Feliks Kres.

Rafał Nowara: W swoich książkach wyśmiewa Pan zabobony prostych
kmiotków… ciekawy jestem co Pan robi gdy np. 13-go w piątek przebiegnie
Panu drogę stado czarnych kotów?

AS: Ja i zabobony? Przesądy? Chyba żarty. No way.
Absolutnie, ale to absolutnie nie wierzę. I będę wyśmiewał.

Rafał Nowara: Czy znajduje Pan przyjemność w czytaniu tego co
napisał Pan kilka lat temu?

AS: Różnie, oj, różnie z tym bywa. Bardzo różnie. To,
co ukazuje się drukiem, staram się cyzelować i dopieszczać, więc przy
późniejszym czytaniu tragedii nie ma. Ale teksty robocze, naszkicowane,
zdawałoby się, świetnie, napisane, wydawałoby się, nieźle – gdy odłożę je
na bok i po pewnym czasie próbuję wykorzystać, nader często nie wytrzymują
próby czasu i lądują w koszu. Taki los spotkał mnóstwo fragmentów mojego
„pięcioksięgu o Ciri”. Pięcioksiąg był w planach od bardzo dawna i od
dawna powstawały fragmenty „wyrwane z większej całości”, bo ja lubię pisać
„epizodami”. Teraz wiele z tych odgrzebywanych epizodów przestało mi się
podobać i poszło na przemiał.

Rafał Nowara: Względem Bajarza Pogwizda i jego niecierpliwych
słuchaczy: proszę pokazać palcem tego, kogo nagabywania o przyspieszenie
pisania dalszych części sagi spowodowały tego „klapsa” dla niecierpliwych
(aluzja aż nadto widoczna). I, czy takie nagabywania raczej Pana złoszczą
czy nobilitują?

AS: Bajarz Pogwizd nie powstał na żadne zamówienie ani
jako aluzja pod czyimś adresem. Był to techniczny zabieg, chwyt,
stworzenie fabularnego łącznika. Fakt, przyznaję, że mam ochotę użyć
grubego słowa, gdy w miesiąc po ukazaniu się tomu trzeciego ktoś pyta
mnie, dlaczego jeszcze nie ma czwartego i dlaczego ja się do cholery tak
ociągam. Nie ma sensu strzępić sobie gęby i tłumaczyć, ile czasu zajmuje
napisanie książki. Ludzie i tak nie wierzą. Są przekonani, że mam już
wszystko dawno gotowe, a „cykam” jedną książką rocznie z powodów
marketingowych. Lub przez złośliwość, z której słynę. Ja staram się
utrzymywać roczne odstępy z szacunku dla czytelnika. Gdybym miał na uwadze
własną wygodę, dawałbym książkę raz na dwa lata.

Piotr Szczygielski: Czy główne postacie, występujące w świecie
wiedźmina mają swoje odpowiedniki/wzory w świecie rzeczywistym, w Pańskim
bliższym lub dalszym otoczeniu? Chodzi zarówno o podstawowy rys postaci
jak też o drobne, mało znaczące a charakterystyczne cechy.

AS: Nie ma żadnych odpowiedników ani pierwowzorów. Ani
aluzji. Ani karykatur. Tylko moja fantazja. Zawsze. Nie brak matołków
(nawet uważających się za znawców fantasy), którzy doszukują się u mnie na
siłę postmodernizmu rozumianego jako wymęczone na siłę aluzje do problemów
poruszanych przez media i do tzw. „tematów modnych”. Krytykom tym chodzi o
wykazanie, jaki to ze mnie prymitywny koniunkturalista. Otóż nieprawda.
Proszę nie doszukiwać się wśród moich bohaterów kalek i alter ego
Stalinów, Berii, Napoleonów i Wałęsów. A wśród opisywanych przeze mnie
sytuacji, wśród dialogów, które przecież nie ja sam ze sobą prowadzę, ale
czynią to moi bohaterowie, proszę nie doszukiwać się moich osobistych
manifestów i deklaracji politycznych. Także w owej tak dziwnie palącej
społeczeństwo kwestii, do kogo należą narządy rodne kobiety – do niej
samej, azali do Stolicy Apostolskiej? Literatura w moim rozumieniu nie
jest amboną ani mównicą, nie jest nawet skrzynką w Hyde Parku. Proszę
zapisać, bo to złota myśl: tylko złe książki mówią, jacy są ich autorzy.
Dobre książki mówią, jacy są ich bohaterowie.

January Weiner 3: Czy nie irytują Pana tłumy fanów
przyczepiających się z uporem maniaka do najdrobniejszego szczegółu?

AS: Oj, irytują jak cholera, szczególnie gdy schwycą
mnie na błędzie! Mam wówczas ochotę ukąsić się w własny zadek. Jeśli
czepiacy czepiają się, a nie mają racji, budzą tylko me głębokie
politowanie.

January Weiner 3: Czy nie myślał Pan o tym, by, podobnie jak
Terry Pratchett, Tomek Kołodziejczak czy Marek S. Huberath (by wymienić
tych największych) załatwić sobie elektroniczną skrzynkę pocztową w
Internecie i pisywać coś na listach dyskusyjnych o SF? Z całą pewnością
znajdzie się wielu, którzy udostepnią Panu nieograniczony dostęp do
Sieci… a przy odrobinie szczęścia nawet paru, z którymi warto
pogadać.

AS: To rzecz ciekawa i przyznam, nęci mnie bardzo.
Wciąż jednak zbyt słabo rozumiem zasady funkcjonowania tego medium, a zbyt
mało mam czasu na studia nad materią. Jeśli znalazłby się „Netowy” pilot i
guru, wtedy chętnie, czemu nie.

January Weiner 3: Naprawdę się Panu wiedźmin jeszcze nie
znudził? Nie ma Pan już tego cyklu serdecznie dosyć?

AS: A dlaczego niby miałbym mieć? Zelazny napisał 10
Amberów, Eddings 10 Belgariad plus Malloreonów, Brooks 8 Shannar,
Donaldson 6 Covenantów, Foster z osiem Spellsingerów… Mnie zaś ma nudzić
jedna niezbyt długa historyjka w malutkich pięciu częściach? Każda na
malutkie 300 stron paperbacku? Śmieszne. To znaczy, pytanie byłoby
śmieszne, gdybym nie rozumiał intencji, a rozumiem wszakże. Pana to nudzi,
Pan ma tego serdecznie dosyć, Pan wolałby co miesiąc krótką a naładowaną
akcją nowelę.

Coś Panu powiem i doradzę zarazem – mnie znudziły kiedyś „Noce i
dnie”, rzuciłem w pierony i choć wstyd to, do dziś nie wiem, jak się
skończyło z tym Bogumiłem i tą Barbarą. Znam mnóstwo ludzi, którzy po
trzech stronach tekstu rzucili Tolkiena i wszystkich miłośników fantasy
mają za kretynów. De gustibus non est disputandum.

January Weiner 3: Jakich klasyków czytuje Pan najchętniej? Mowa
o klasykach literatury światowej, nie science fiction/fantasy.

AS: Hemingway, Chandler, Bułhakow, Parnicki, Le Carre,
Eco. Z poetów Szekspir i Villon. Ostatnio zaniedbuję literaturę piękną dla
fachowej (głównie historia i mit), ale dla Sienkiewicza i Bunscha znajduję
czas zawsze – polski to trudny język, trzeba dużo ćwiczyć!

Marek Szyjewski: Jak to jest z kalendarzem w Wiedźminlandzie? Są dwa:
elfi z 8 miesiącami i ludzki z 12 mięsiacami. Ludzki kalendarz jest
księżycowy, bo miesiące zaczynają się od nowiu. Elfi zapewne jest
słoneczny i ma tyle samo dni w miesiącu, co ludzki. Dni w miesiącu jest
30, ale miesiąc księżycowy od nowiu do nowiu ma 34 dni. Wreszcie istnieją
stałe święta – Yule, Midinvaerne, Lammas, Belleteyn, wyraźnie związane z
ruchem Słońca (równonoce i przesilenie). Święta są wspólne dla elfów i
ludzi. Ile dni ma w końcu miesiąc? Jak to działa? Czy może mieszkańcy
Wiedźminlandu przynieśli do niego swoje kalendarze z miejsc ojczystych i
nie pasują one wcale do astronomii planety, na której teraz mieszkają?

AS: Kalendarz elfi oparty jest na słońcu. Ma osiem
okresów (nie miesięcy, bo „miesiąc” – Monat, Mond,
month, Moon – to
przecie księżyc!) zwanych Savaed. W kolejności są savaedy: Saovine, Yule,
Imbaelk, Birke, Blathe, Feainn, Lammas i Velen. Jest osiem savaedów i
osiem ważnych dat, świąt: dwa Solstycja i dwa Ekwinokcja (cztery punkty na
obwodzie koła) oraz cztery daty nie związane z planetami, lecz z magią:
Imbaelk, Belleteyn, Lammas i Saovine. W przypadku Imbaelk, Lammas i
Saovine nazwy są nazwą zarówno savaedu, jaki dnia świątecznego. Belleteyn
– licząc po ludzku – wypada 1 maja.

Ludzie przywieźli tu ze sobą kalendarz „miesięczny” – czyli
księżycowy. Miesiąc zaczyna się od dnia nowiu.

Ludzie zaakceptowali elfie „święta” i dołożyli do własnych.

Piotr Szczygielski: Czy może nam Pan zdradzić jak dokładnie
brzmiało ostatnie życzenie Geralta? Domniemujemy, że może chodziło o chęć
posiadania potomstwa z Yennefer?

AS: Jak brzmiało ostatnie życzenie, wiedzą tylko
Geralt i Yennefer. Mówili tak cicho, że nie dosłyszałem. O potomstwo nie
chodziło z pewnością. Nie idzie już o to, że po diabła komuś potomstwo,
ale nietaktem jest przy romantycznym
téte a téte wyjeżdżać z prokreacją.

Jacek Suliga: Czy wiedźmini pochodzą od druidów? Ich „kodeks”, a
raczej schemat postępowania, posiadane umiejętności i poglądy wskazują
właśnie na ten kierunek poszukiwań praprzodków pierwszego wiedźmina.

AS: Początki „wiedźminizmu” giną w pomroce dziejów,
nie ma nawet pewności, czy wiedźmini nie są aby niepożądanym produktem
ubocznym jakiegoś magicznego eksperymentu, obliczonego na krańcowo inny
efekt. Produktem, który całkiem kto inny postanowił wykorzystać. Nie ma
pewności, czy się to wszystko nie wymknęło spod kontroli i nie potoczyło
własnym torem. W akcji była jednak ponad wszelką wątpliwość magia, i to
magia naturalna, oparta na komponentach biologicznych, a taka była i jest
specjalnością druidów. Ale „zwykli” czarodzieje też się na takiej magii
wyznają. A kapłani nie są gorsi – choć nie chwalą się tym.

Jacek Suliga: Jaki faktyczny wpływ na magię ma dziewictwo
(Pavetta, Ciri). W „Kwestia Ceny” Geralt i Myszowór dają nam do
zrozumienia, że Pavetta nie może być już dziewicą, skoro tak emanowała
Mocą. Jednakże Yennefer mówi Ciri coś zupełnie przeciwnego. Czy Ciri jest
zatem dziewicą?

AS: Przesąd, że do dziewicy magia nie ma przystępu i
vice versa jest równie bzdurny, co rozpowszechniony. Istnieje jednak
całkiem spora grupa poważnych badaczy, która dowodzi, że kobieta lepiej
panuje nad magią, gdy rozpocznie regularne życie erotyczne. Chodzi, rzecz
jasna, o sprawy psychiczne i hormonalne, a nie o cały czy uszkodzony
hymen. Zdania, że dziewice nie są w stanie koncentrować się i w pełni
panować nad magią, był m. in. słynny czarodziej Herbert Stammelford. Ale
już nie mniej sławna Nina Fioravanti twierdziła, że Stammelford był
durniem – w kwestii dziewic zwłaszcza.

Jak jest w rzeczy samej, to tak naprawdę nie bardzo wiadomo. Nie ma
też jak przeprowadzić badań sine ira et studio. Jeśli bowiem jest
normalnym zjawiskiem, że płocha magiczka-piętnastolatka czaruje znacznie
słabiej od dojrzałej trzydziestolatki, to czy jest to sprawa dziewictwa,
czy dojrzewania i doświadczenia? Z drugiej zaś strony nie udało się
znaleźć czarodziejki, która skończywszy lat szesnaście była jeszcze
dziewicą, toteż brak było materiału porównawczego do badań. Potem badań
zaprzestano, albowiem uznano, że – zacytuję tu Ninę Fioravanti – „zbyt
wiele jest do rozwiązania problemów ważnych, by tracić czas na studia nad
dupą”.

Lud prosty jednak – a i niektórzy ludzie światli, jak choćby druid
Myszowór – wierzą w teorię Stammelforda. Bardziej przekonuje wszelakoż
pogląd, że idzie tu bardziej o wciąż pokutujący „męski kult
nienaruszonegpo hymenu”.

Jacek Suliga: W jakim celu wprowadzony został bajarz Pogwizd
(szacunkowo 140 lat później? Czy to jest jakaś postać, którą już
poznaliśmy?) Większość czytelników została przez niego wybita z rytmu…

AS: Scena z bajarzem Pogwizdem i dziećmi jest chwytem
fabularnym, technicznym zbiegiem pisarskim, zwanym „flashforward”.
Analogiczne migawkowe cofnięcie się w przeszłość nosi nazwę „flashback”
(vide niektóre motta do rozdziałów – n.p. „Historia Rodericka de
Novembre”). Niektóre moje motta („Encyklopedia” Effenberga i Talbota) to
też „flashforwardy”. Co się tym sposobem osiąga, to chyba jasne. Nie
rozumiem, jak może to kogoś konfundować. Radzę się jednak oswoić z
techniką, bo w „Wieży jaskółki” „flashbacków” i „flashforwardów” będzie o
d
cholery.

Jacek Suliga: Skąd pochodzi język elfi? W jakim stopniu jest to
Pański wymysł, gdzie należy szukać źródeł? Czy język ten jest na tyle
rozbudowany, że da się stworzyć jego słownik? A jak jest z językiem
krasnoludzkim?

AS: Wydumany język elfów, Starsza Mowa, oparty jest
głównie na włoskim, szwedzkim, walijskim i irlandzkim, tam zaś, gdzie
chcę, by „podpowiadał” – na lepiej znanych: angielskim i niemieckim. Dwa
podstawowe dla każdego języka czasowniki („być” i „mieć”) wziąłem z
włoskiego-łaciny. Czytałem słownik opracowany na Waszych „Stronach” – jest
on w zasadzie bez zarzutu. Brawo. Jedyny błąd – nie do uniknięcia, bo
przecież nigdzie sprawy nie wyjaśniam – to brak wiedzy o tym, że istnieją
cztery „wersje” Starszej Mowy: czysta, klasyczna, używana przez elfy,
wersja driad z Brokilonu, język nilfgaardzki (to trochę tak, jakby łacinę
nazwać „językiem rzymskim”) oraz żargon z Wysp Skellige (używa go Crach an
Craite w „Kwestii ceny”). Ale ten sam Crach an Craite w chwili uroczystej
(„Krew elfów”) używa Mowy klasycznej.

Języka krasnoludów (poza figlami diabła z „Ostatniego życzenia”) nie
chciało mi się tworzyć. Wymyśliłem więc na własne usprawiedliwienie teorię
rasową – krasnoludy są tak zasymilowane, tak dalece przekonane (na
przykładzie elfów) o szkodliwości szowinizmu i manifestowania inności, że
mówią „po ludzku” nie tylko w kontaktach z ludźmi, ale nawet między sobą,
grając w karty. Młodzież języka krasnoludzkiego prawie nie zna i
niechętnie się nim posługuje. Historia widziała takie przypadki!

Jacek Suliga: Od którego momentu myślał Pan o świecie wiedźmina
jako o całości? Czy ma Pan mapę do tego świata?

AS: Rozumiem, że w pytaniu chodzi nie o świat, ale o
gabaryty świata – inaczej mówiąc: od jakiego momentu musiałem już w
miarę dokładnie wiedzieć, ile dni potrwa podróż konno lub koleśno z
Novigradu do Cintry, w jakim to kierunku i ile rzek trzeba forsować po
drodze? Zaczęło się to od „Krwi elfów”, rzecz jasna. Przedtem ta
odległość mało mnie interesowała – choć wiedziałem naturalnie, że są
takie dwa miasta. Jeżeli natomiast chodzi o świat rozumiany filozoficznie,
to był on wszakże zawsze, nicht Wahr?

Mapa, owszem, jest, istnieje. Opracował ją Standa Komarek z Cieszyna,
mój czeski tłumacz, ja później uzupełniłem i rozbudowałem. Nie mam zamiaru
zamieszczać jej w książce. Ale zastanowię się, może pokażę u Was, w Sieci?
Coś się takiej „Sapkowski Zone” chyba należy, n’est ce pas?

Jacek Suliga: Czy nie zmienił Pan zdania co do ilości tomów Sagi
(5)? Kiedy ukażą się następne części? Czy roczny okres oczekiwania na
kolejne części Sagi wynika z Pańskich „fizycznych” możliwości, czy raczej
z celowego pozwolenia czytelnikom na dokładne poznanie danego tomu?

AS: Części będzie niedwołalnie pięć. Co roku jedna.
Układ „jedna na rok” – też już chyba o tym mówiłem – wynika z szacunku dla
czytelnika, z troski, by nie czekał zbyt długo. Dla własnej wygody i
komfortu wolałbym raz na dwa lata.

Jacek Suliga: Czy ma Pan już pomysły na dalszy ciąg Sagi — aż
do końca? Czy dużo rzeczy zmienia/dodaje Pan już w czasie pisania?

AS: Jak się cała rzecz skończy, oczywiście wiem.
Zmieniam w trakcie pisania bardzo dużo. Tak dużo, że zmiany zakończenia
też wykluczyć nie mogę.

Ale poza przyobiecanych pięć części nie wyjdę, nie ma obawy.

Marek Szyjewski: Powstał pogląd, że po pierwsze Geralt pod
względem emocjonalnym różni się od reszty wiedźminów, a po drugie, inni
wiedźmini rzeczywiście są „chemicznie” wyprani z emocji. Przeciwny pogląd
głosi, że „nieludzkość” emocjonalna wiedźminów jest plotką, opartą na
odmiennym wyglądzie oczu, niezdolności do rumienienia się i zachowywaniu
zdolności do celowego działania w sytuacjach, w których normalny człowiek
umiera ze strachu; że ta plotka została wyolbrzymiona celowo, kiedy
przeciw wiedźminom prowadzono kampanie; że potem wiedźmini uznali ja za
użyteczną i podtrzymywali.

Zamiast zapytać, która wersja jest prawdziwa, zapytam raczej, czy ten
dylemat ma rozwiazanie?

AS: Dylemat nie ma rozwiązania, jest to typowy
przykład twierdzenia „all of the above, none of the above”

Zwłaszcza, że jedyne (bladawe) światło na mroczny problem rzucają
wypowiedzi samego Geralta z Rivii, który w momentach stresu, chandry i
weltschmerzu nader skłonny był do enuncjacji przesadnie emocjonalnych i
nie zawsze przemyślanych.

Przez lata po jego śmierci modne było wśród innych wiedźminów
powiedzonko: „Nie bądź, kurwa, taki Geralt”.

Piotr Szczygielski: Ile (choćby w przybliżeniu) lat ma
Geralt? Z naszego szacowania wynika, że około 45 lat…

AS: Ma (w chwili „Chrztu ognia”) ponad pięćdziesiąt.
Ale nie przyznaje się i nikomu nie powiedział, ile ponad. Wiedźmini
starzeją się wolniej od zwykłych ludzi i mniej widocznie, niż zwykli
ludzie. Wiedźminowi, który ma lat sześćdziesiąt, też nikt nie da więcej
niż czterdzieści pięć. W świecie wiedźmina ludzie osiągają co prawda
wyższą średnią wieku, niż w „naszym” średniowieczu, ale jednak i tu wahano
by się zlecać mokrą robotę, walkę z potworami „dziadowi po
pięćdziesiątce”. Dlatego Geralt ukrywa wiek.

Jarek Pałka: Kilkakrotnie w kolejnych tomach sagi i
opowiadaniach pojawia się wyraźnie nawiązanie do legendy o poszukiwaniach
Graala (ostatnie w ChO). Czy zamierza Pan w jakiś sposób wpleść motywy tej
legendy w ciąg dalszy powieści?

AS: Pożyjemy, zobaczymy. Nie wykluczam. Ale przecież
nie powiem, kto zabił!

Szymon Sokół: Złożoność świata opisywanego w sadze o Geralcie i
jego przyjaciołach zaczyna dorównywać bogactwu Śródziemia. Powszechnie
wiadomo, że Tolkien na kążdą opublikowaną stronę tekstu napisał
przynajmniej kilka stron szkiców które obecnie są wydawane przez jego syna
w serii „history of Middle Earth”. Posługiwał się też dla zapewnienia
spójności logicznej swojego świata indeksami imion, mapami,
notatkami… Czy Pan również
dysponuje taką „bazą danych” w celu zapanowania nad mnogością postaci,
miejsc i zdarzeń – a jeśli tak, czy zostanie ona kiedyś upubliczniona?

AS: Jak powiedziano wcześniej, mam mapę. Mam niektóre
drzewa genealogiczne. Mam coś w rodzaju „bedekera po królestwach”. Mam
skomputeryzowany katalog imion, nazw i wszelkiej onomastyki, pozwalający
zawsze przypomnieć sobie, who is who i mający zapobiegać tworzeniu
nazw zbyt podobnych w pisowni czy brzmieniu. Wszystko to może teoretycznie
posłużyć do opracowania jakiegoś „Wiedźmin Companion”. Dla „Sapkowski
Zone”, ma się rozumieć. Już mówiłem, coś się takiej Zonie należy!