Wstęp

„Muzykanci” oczywiście także mają swoją historię.
Nowela powstała w roku 1989 na zamówienie Wojtka Sedeńki, który zaproponował
mi udział w przygotowywanej antologii fantastyki polskiej.

Antologia, pomysłu i asumptu dla której ewidentnie dostarczyły Wojtkowi sławne
Niebezpieczne wizje Harlana Ellisona, ukazała się definitywnie
pod tytułem Wizje alternatywne, pierwotnie planowany tytuł miał
jednak brzmieć: Zagrożenia. Taki tytuł właśnie podał
mi Sedeńko, proponując udział. Zastrzegł był jednakowoż Sedeńko,
że nie życzy sobie fantasy, gatunku, z którym wówczas nierozerwalnie
mnie kojarzono. Ha, pomyślałem, jeśli nie fantasy, a jeśli
zarazem Zagrożenia, jasnym staje się, co i w jakim stylu
należy napisać. Nigdy wcześniej nie planowałem pisania horroru.
Nie lubiłem tego gatunku, bo był kłamliwy w samej definicji, w nazwie
nawet. Zwłaszcza gdy rzecz szła o tym najmodniejszym, filmowym, zwanym
– jakże trafnie – splatterem. Który zamiast wywoływać
grozę, straszyć i niepokoić, najczęściej śmieszył, a niekiedy
dodatkowo wywoływał bliskie wymiotu obrzydzenie „efektami specjalnymi”,
polegającymi na obfitych wytryskach czerwonej farby, zielonych glutów
i wyglądających jak żywe flaków z lateksu. A wychowałem się
na dobrym horrorze. W czasach mojej młodości, gdy odwilż
roku 1956 stopiła lody również w przekładach i polityce wydawniczej.
Naczytałem się wówczas klasyki opowieści grozy, horrorów, które
na tę nazwę rzeczywiście zasługiwały, takich jak „Małpia łapka”
W.W. Jacobsa, „Wrzeszcząca czaszka” Marion Crawford, „Koszmar
z Innsmouth” i inne opowiadania Lovecrafta, nowatorskie dla gatunku
Śledztwo Lema. To były czasy, to były prawdziwe dreszczowce.
Potem, jak się rzekło, długo, długo nie było nic, aż pojawiły
się Dziecko Rosemary Iry Levina i Egzorcysta Blatty’ego.
A potem przyszedł Stephen King i jego Smętarz dla zwierzaków.
Wierzcie lub nie, ale gdy skończyłem czytać tę powieść, a było
to dość późną nocą, jakoś dziwnie niechętnie wyłączałem
światło.

Ale to wcale nie Kingowskie zwierzaki dały impuls do
napisania „Muzykantów”. Trzeba Państwu wiedzieć, że ja
uwielbiam koty, maniakalnie wręcz kocham te stworzenia.
A gdy wieczorem za oknem rozbrzmiewał wrzask męczonego kota przy
akompaniamencie:
„Bierz go, Rambo!” w wykonaniu sąsiada, pana doktora stomatologa,
lub rozbawionych falsecików rozkosznych milusińskich sąsiadki, pani
docent z Uniwersytetu Łódzkiego, ogarniała mnie… Nie, nie wściekłość,
nie szewska pasja, nie żądza odwetu. Ogarniała mnie wstrętnie
hańbiąca świadomość bezsiły i niemocy. A potem dowiedziałem
się, że sąsiadka z piątego, emerytowana nauczycielka, której
hałaśliwy koci seks nie pozwalał osiągnąć należytego skupienia
przy śledzeniu losów bohaterów Dynastii, dokarmia zwierzątka,
rozrzucając pasztetową pracowicie wymieszaną… z drobno tłuczonym
szkłem…

I już miałem pomysł na opowiadanie.
Pasujące do tytułu antologii Zagrożenie.
Męczycie zwierzaki, bo są bezsilne i nie mogą się zrewanżować,
odpłacić pięknym za nadobne? Uważajcie! Nie bądźcie tacy pewni
siebie!

„Muzykanci” ukazali się we wspomnianej antologii
w roku 1990. Było to moje pierwsze opowiadanie nie będące fantasy.
Pisząc to mam oczywiście na myśli fantasy najbardziej klasyczną,
dziejącą się w jakiejś Nibylandii historię typu sword and
sorcery, magia i miecz. Bowiem „Muzykanci” mogą być jednak
za fantasy uznani. Mieszczą się – jak sporo horrorów – w definicji
podgatunku nazywanego, za tytułem opowiadania Raya Bradbury’ego, „Jakiś
potwór tu nadchodzi”. Bliskie są też – poprzez antropomorfizowane
zwierzęta – Wodnikowemu Wzgórzu Richarda Adamsa i pozostałej
fantasy z tego „zwierzęcego” genre’u.

Na – prawie – zakończenie, w charakterze ciekawostki:
nie wszyscy wiedzą, czemu antologia Sedeńki ukazała się w końcu jako
Wizje alternatywne, a nie jako Zagrożenia. Zdecydowana
otóż większość autorów – już to z wrodzonego lenistwa,
już to nie mogąc zmieścić się w narzuconym terminie, przysłała
Wojtkowi dzieła wydobyte z den szuflad lub zakamarków twardych dysków.
Jak łatwo zgadnąć, gama tematyki była przez to dość
szeroka, a opowiadań nie łączyło absolutnie nic. W większości
z nich, jak na złość, nie było nadto ani słowa o jakichkolwiek
zagrożeniach, toteż Sedeńko nie miał wyjścia, musiał
dopasować tytuł antologii do jej realnej zawartości.

Wspomnę też, że „Muzykanci” przypomnieni
zostali w „kociej” antologii SuperNOWEJ. Ale to, jak mawiał
Kipling, już zupełnie inna historia. Wrócimy do tej sprawy, i
to niedługo.

Dodam na koniec, że „Muzykanci” zostali
w roku 1990 ufetowani nagrodą Fundacji Literackiej im. Natalii Gall.
Było to równo niemal z pierwszym wyróżnieniem mnie w fandomie
statuetką nagrody im. Janusza A. Zajdla. Dowód to, że wbrew potocznej
opinii główny nurt zauważył mnie
i poznał się na mnie wcale nie później niż fantaści i
ich getto.

Muzykanci

Doły

Tam, gdzie praktycznie kończyło się miasto, za pętlą tramwaju, za
skrytym w wykopie torem kolejowym i pstrym kwadratem ogródków
działkowych, rozciągało się nierówne, pagórkowate pole, zaśmiecone
i zryte, szczerzące się złomami betonu i kłami drutu zbrojeniowego,
gęsto porośnięte ostem, perzem, mietlicą, mleczem i szarłatem.

Był to pas ziemi niczyjej, frontowa strefa pomiędzy kamienną ścianą
bloków mieszkalnych a odległym, ciemnozielonym lasem, zasinionym mgłą
smogu.

Teren ten ludzie nazywali Dołami. Nie była to prawdziwa nazwa tego
miejsca.

Okolica ta zawsze była pusta, z rzadka penetrowana nawet przez wszędobylskie
dzieci, które, na wzór rodziców, preferowały do zabaw miejsca ukryte
w bezpiecznych i przytulnych żelbetowych kanionach. Czasem tylko,
i to na samym skraju, zasiadali tu pijaczkowie, atawistycznie ciągnący
ku zieleni. Poza tym na Doły nie zapuszczał się nikt.

Nie licząc kotów.

Kotów było pełno na całym osiedlu, ale Doły były ich królestwem,
niekwestionowaną
domeną i azylem. Osiedlowe psy, regularnie szczute na koty przez swoich
właścicieli, zatrzymywały się na pograniczu pustkowia, wracały,
kuląc ogony i skamląc. Z pokorą przyjmowały okrutne cięgi,
spuszczane im przez panów „za tchórzostwo” – Doły budziły
w nich większy strach niż razy.

Ludzie również czuli się na Dołach nieswojo. W dzień. Bo w nocy
na Doły nie zapuszczał się nikt.

Nie licząc kotów.

W ciągu dnia przyczajone i ostrożne, nocą koty krążyły po
Dołach miękkim, ostrzegawczym krokiem, dokonywały niezbędnych
korekt liczebności miejscowych szczurów i myszy, budziły
mieszkańców pogranicznych bloków przeraźliwym wrzaskiem, oznajmiającym
miłość lub krwawy bój. W nocy koty czuły się na Dołach bezpiecznie.
W dzień nie.

Mieszkańcy osiedla nie lubili kotów. Zważywszy, że stworzenia,
które lubili i które trzymali w swoich kamiennych gniazdach, zwykli
byli od czasu do czasu bestialsko męczyć, określenie „nie
lubili” w stosunku do kotów nabierało właściwego, ponurego
wyrazu. Bywało, że koty zastanawiały się, gdzie leży przyczyna
tego stanu. Poglądy były różne – większość kotów uważała,
że winę ponoszą owe drobne, pozornie nic nie znaczące drobiazgi,
które powoli, acz skutecznie, zabijały ludzi i wiodły ich do obłędu
– ostre, mordercze igiełki azbestu, które nosili w płucach,
zabójcze promieniowanie, płynące z płyt będących ścianami ich
siedzib, kwaśne, życiogubne powietrze, bezustannie wiszące
nad miastem. Cóż dziwnego, mówiły koty, że ktoś balansujący
na krawędzi zagłady, truty, trawiony przez jady i choroby, nienawidzi
witalności, zwinności i siły? Że ktoś roztrzęsiony,
nie znający spokoju, wściekłością i szałem reaguje na ciepły,
puszysty i rozmruczany spokój innych? Nie, nie było w tym niczego,
czemu należało się dziwić. Należało natomiast być czujnym
– należało uciekać co sił w nogach, co długości w wyciągniętym
skoku, gdy dostrzegło się na horyzoncie duże lub małe dwunogie
sylwetki. Należało strzec się kopniaka, kija, kamienia, zębów
szczutego psa, kół samochodu. Należało umieć rozpoznać okrucieństwo,
kryjące się za cedzonym zza zaciśniętych zębów: „Kici,
kici”. I tyle.

Były jednak wśród kotów i takie, które uważały, że przyczyna
nienawiści leży gdzie indziej. Że ukryta jest w Dawnych
Czasach.

Dawne Czasy. Koty wiedziały o Dawnych Czasach. Obrazy
z Dawnych Czasów widywało się nocami na Dołach.

Bo Doły nie były zwykłym miejscem. Podczas rozświerszczonych,
księżycowych nocy koty widziały obrazy dostępne wyłącznie ich
kocim źrenicom. Zamglone, rozmigotane obrazy. Korowody długowłosych
panien dookoła dziwacznych budowli z kamienia, obłąkańcze wycia i
podskoki wokół okaleczonych ciał zwisających z drewnianych rusztowań,
szeregi zakapturzonych ludzi z pochodniami w rękach, płonące domy
z wieżami zwieńczonymi znakiem krzyża, takie same krzyże,
ale odwrócone, zatknięte w czarną, pulsującą ziemię. Stosy,
pale i szubienice. I czarnego człowieka, wykrzykującego
słowa. Słowa będące, jak wiedziały koty, prawdziwą nazwą miejsca nazywanego
Dołami.

Locus terribilis.

W takie noce koty bały się. Koty czuły, jak drga Zasłona. Przypadały
wówczas płasko do ziemi, wpijały pazury w grunt, bezgłośnie otwierały
wąsate pyszczki. Czekały.

I wówczas rozbrzmiewała muzyka. Muzyka, zagłuszająca niepokój, kojąca
strach, niosąca błogość, zwiastująca bezpieczeństwo.

Bo oprócz kotów, na Dołach mieszkali Muzykanci.


Veehal

Dzień zaczął się tak samo, jak wszystkie inne dni – chłodny ranek
rozgrzał się i rozleniwił ciepłym, jesiennym przedpołudniem, rozświecił
się smużkami babiego lata w swym zenicie, rozchmurzył i zamglił
pod wieczór, zaczął gasnąć.

To stało się zupełnie niespodziewanie, nagle, bez ostrzeżenia.
Veehal rozdarł powietrze, przeleciał po chwastach jak wicher, zwielokrotnił
się echem odbitym od kamiennej ściany bloków. Potworny strach
zjeżył pręgowane i łaciate futerka, położył uszy, wyszczerzył
kiełki.

Veehal!

Męczarnia i śmierć!

Mord!

Veehal!

Zasłona! Zasłona pęka!

I muzyka.

Uspokojenie.

Syreny karetek spłynęły na ogródki działkowe dopiero później.
Dopiero później zaczęła się oszalała krzątanina ludzi w białych
i niebieskich ubraniach. Koty patrzyły na to z ukrycia, spokojne i
obojętne. To już ich nie dotyczyło.

Ludzie biegali, krzyczeli, klęli. Ludzie wynosili spomiędzy
altanek ciała, zmasakrowane, zniekształcone, sączące krew przez białe
prześcieradła. Ludzie w niebieskich ubraniach odpychali od drucianej
siatki innych, tych, którzy nadbiegali od strony osiedla. Koty patrzyły.

Jeden z ludzi w niebieskich ubraniach, wytoczywszy się
na otwartą przestrzeń, wymiotował, krztusił się. Ktoś krzyczał,
krzyczał okropnie. Wściekle roztrzaskały się drzwi samochodów,
potem znowu wyły syreny.

Koty mruczały cicho. Koty słuchały muzyki. Tamto już
ich nie dotyczyło.


Krostowaty

Pogrążony w sieci tonów, wiążących i klejących
przedartą Zasłonę delikatną przędzą muzyki, Krostowaty cofnął się,
siejąc wokół kropelkami krwi ściekającej z pazurów i kłów. Cofnął
się, zniknął, odgradzany od przejścia kleistym spoiwem, po raz
ostatni, już zza Zasłony, tchnął ku Muzykantom nienawiścią,
złością i groźbą.

Zasłona zrosła się, zatarł się ostatni ślad pęknięcia.


Muzykanci

Muzykanci siedzieli w cieniu pogiętego, okopconego, zarytego
w ziemię pieca.

– Udało się – powiedział Kersten. – Udało
się tym razem.

– Tak – potwierdził Itka. – Ale następnym
razem… Nie wiem.

– Będzie następny raz – zaszeptał Pasiburduk
– Itka? Będzie następny raz?

– Ponad wszelką wątpliwość – rzekł Itka. – Nie znasz
ich? Nie wiesz, o czym teraz myślą?

– Nie – powiedział Pasiburduk. – Nie wiem.

– A ja wiem – mruknął Kersten. – Dobrze wiem, bo ich
znam. Myślą o zemście. Dlatego musimy ją odnaleźć.

– Musimy – powiedział Itka. – Musimy ją wreszcie odnaleźć.
Tylko ona może ich powstrzymać. Ona ma z nimi kontakt. A gdy już
będzie z nami, odejdziemy stąd. Do Bremy. Do innych. Tak, jak każe
Prawo. Musimy iść do Bremy.


Błękitny pokój

Błękitny pokój żył własnym życiem. Oddychał zapachem ozonu
i rozgrzanego plastiku, metalu, eteru. Tętnił, jak krwią, elektrycznością
bzyczącą w izolowanych kablach, oleisto lśniących wyłącznikach,
klawiszach i wtyczkach. Migotał szklistą poświatą ekranów, mnóstwem
złych, czerwonych oczek czujników. Pysznił się majestatem chromu i
niklu, powagą czerni, dostojeństwem bieli. Żył.

Wzbudzał respekt. Dominował.

Debbe poruszyła się w uścisku rzemieni, rozpinających ją na płask
na pokrytym prześcieradłem i ceratą stole. Nie czuła bólu –
igły, wbite w czaszkę, i zębate blaszki, przypięte do uszu, nie bolały
już, ciążyły tylko splątane koroną przewodów, szpeciły, hańbiąco
krępowały, ale przestały zadawać cierpienie. Nieruchomym, bezbarwnym
wzrokiem Debbe patrzyła na pelargonię stojącą na parapecie. Pelargonia
była w tym pokoju jedyną rzeczą, żyjącą własnym, niezależnym
życiem.

Nie licząc Izy.

Iza, zgarbiona nad stołem, pisała szybko, drobnym maczkiem pokrywając
strony zeszytu, od czasu do czasu postukując palcami po klawiaturze
komputera. Debbe wsłuchiwała się w tętno Pokoju.

– No, maleńka – powiedziała Iza, odwracając się. – Zaczynamy.
Spokojnie.

Szczęknął wyłącznik, zabrzęczały silniki, drgnęły ogromne szpule,
łypnęły krwawe czerwone światełka. Przez okrągłe, kratkowane okna
ekranów popędziły w podskokach świetliste myszki. Rysiki zadygotały,
rozkołysały się jak cienkie, pajęcze nogi, popełzły na bębnach grzebieniaste
linie.

Debbe.

Iza gryzła długopis, wpatrując się w rzędy cyfr, przerażająco
równo wyskakujących na ekranie monitora, w linie, w pudełkowate wykresy.
Mruczała pod nosem, długo pisała w zeszycie. Paliła. Przeglądała wydruki.
Wreszcie szczęknął wyłącznik.

Widziała pelargonię. Czuła suchość w nosie, chłodniejące gorąco,
spływające od czoła ku oczom. Drętwienie, drętwienie całego ciała.

Iza przeglądała wydruki. Niektóre z nich mięła i ciskała do przepełnionego
kosza, inne, oznaczone szybkimi pociągnięciami długopisu, spinała
i odkładała na równy stos.

Pokój żył.

– Jeszcze raz – powiedziała Iza. – Jeszcze raz, mała.

Debbe.

Niebieski ekran wyczarowywał zygzaki i linie, regularnymi warstwami
piętrzył kolumny cyferek. Rysik, płynnie i spokojnie falując, kreślił
na bębnie fantastyczny horyzont.

To my. Musisz…

zdziwiła się, słysząc ten głos. Nigdy przedtem nie słyszała tego
głosu, głosu silniejszego niż głos Pokoju, silniejszego niż
piekące gorąco, bulgocące w jej mózgu. Igły, od których jeżyła
się jej głowa, zawibrowały.

Muzyka! Muzyka! Muzyka!

Czerwona linia na ekranie skoczyła w górę, rysik targnął się i narysował
w rozedrganej kresce trzy lub cztery potężne szczerby.

…musisz z nami do Bremy.

– Co jest, cholera – szepnęła Iza, wpatrzona w ekran. Zapominając
o tlącym się na popielniczce papierosie, zapaliła drugiego. Wciskała
włączniki jeden po drugim, próbując opanować szalejące ekrany.

– Nic nie rozumiem. Co się dzieje, mała?

Wreszcie zrobiła to, co należało. Wyłączyła prąd.

– Nieee – powiedziała przeciągle Debbe. – Nie chcę, jasnowłosa.
Nie chceęęęę!

Iza wstała, pogłaskała ją po głowie i grzbiecie. Wszystkie linie na
ekranie popędziły ku górze, a rysik zaszamotał się dziko. Iza tego
nie widziała.

– Biedny kotek – powiedziała, głaszcząc jedwabiste futerko
Debbe. – Biedna kicia. Żebyś wiedziała, jak mi cię żal.
Ale przysłużysz się nauce, koteczku. Przysłużysz się wiedzy.

Za plecami Izy kursor komputera podreptał w prawo, rzędami małych,
kanciastych literek wypisał: „Incorrect statement” i zgasł.
Zupełnie.

Rysik zatrzymał się na bębnie.

Świetlista myszka na okrągłym, kratkowanym ekranie pisnęła raz
jeszcze i zamarła.

Iza, czując nagle mroczącą oczy słabość, opadła ciężko na
biały, trójnogi stołek.

Muzyka, pomyślała, skąd ta…

Debbe mruczała z przejęciem, z łatwością i lekko, płynnie i naturalnie
dopasowując się do harmonii biegnących zewsząd tonów. Odnajdywała
w nich siebie, swoje miejsce, swoje przeznaczenie. Czuła, że bez
niej ta muzyka jest niepełna, kaleka. Głosy, punktujące akordy, potwierdzały
to. To ty, mówiły, to ty. Uwierz w siebie. To właśnie
ty. Uwierz.

Debbe wierzyła.

My, mówiły głosy, to ty. Słuchaj. Słuchaj nas. Słuchaj
naszej muzyki. Twojej muzyki. Czy słyszysz?

Debbe słyszała.

Czekamy na ciebie, mówiły głosy. Wskażemy ci drogę
do nas. A gdy już będziesz z nami, wyruszymy razem do Bremy. Do
innych Muzykantów. Ale najpierw musisz dać im szansę. Tylko ty możesz
to zrobić. Możesz dać im szansę. Posłuchaj. Powiemy ci, co się
stało. Powiemy ci, co zrobić, aby ich powstrzymać. Słuchaj.

Debbe słuchała.

Czy zrobisz to?

Tak, powiedziała Debbe. Zrobię.

Muzyka odpowiedziała kaskadą dźwięków.

Iza martwym wzrokiem patrzyła na pelargonię.

Spójrz na mnie, jasnowłosa, powiedziała Debbe. Czarna litera
„M” na czole kotki, znamię wybranki, znak Pająka Pogońca,
błysnęła, zalśniła metalicznym pawim połyskiem.

Spójrz mi w oczy.


Nejman

– Dwóch – powiedziała pielęgniarka. – Jest
ich dwóch. Siedzą w pokoju ordynatora. Recka zrobiła im kawy. Ale
mówili, że im się spieszy.

– Czego może chcieć ode mnie milicja? – Iza
zdusiła niedopałek papierosa w blaszanym, chwiejnym talerzu korytarzowej
popielniczki. – Nie mówili?

– Nic nie mówili – pielęgniarka wykrzywiła pucułowatą
buzię. – Wie pani, pani doktor. Oni nigdy niczego nie mówią.

– Skąd mam wiedzieć?

– Niech pani idzie. Mówili, że im się spieszy.

– Idę.

Było ich rzeczywiście dwóch. Przystojny blondyn, kawał
chłopa w denimowej kurtce i brunecik w ciemnym swetrze.

Na widok wchodzącej Izy wstali obaj. Zdziwiła się –
gest był niecodzienny nawet u zwykłych mężczyzn, a zupełnie nieprawdopodobny
u milicjantów. Policjantów, poprawiła się w myśli i równocześnie
zawstydziła się – zawstydziła stereotypu, któremu bezwiednie się
poddała.

– Pani doktor Przemęcka – stwierdził fakt blondyn.

– Tak.

– Izabella Przemęcka?

– Tak. Niech panowie usiądą, proszę. Słucham panów.

– A nie – uśmiechnął się blondyn. – To
ja słucham.

– Nie bardzo pana rozumiem, panie…

– Komisarzu. To odpowiednik dawniejszego porucznika.

– Chodziło mi o nazwisko, nie o szarżę.

– Nejman. Andrzej Nejman. A to jest aspirant Zdyb.
Przepraszam panią, pani doktor. Uznałem prezentację za zbędną, bo
pani mnie przecież zna. Pani telefonowała do mnie. Wymieniając
moje nazwisko. I szarżę, jak się pani dowcipnie wyraziła.

– Ja? – zdziwiła się szczerze Iza. – Ja do
pana telefonowałam? Proszę pana, ja od początku przypuszczałam, że
to jakaś pomyłka. A teraz jestem pewna, że tak jest. Nigdy
nie dzwoniłam na milicję. Nigdy. Pomylił mnie pan z kimś innym.

– Pani Izo – powiedział poważnie Nejman. – Bardzo
proszę, niech pani nie utrudnia mi zadania. Pracuję nad sprawą morderstwa
popełnionego na ogródkach działkowych imienia Róży Luksemburg,
obecnie generała Andersa. Pewnie pani słyszała: trzech nastolatków
zaszlachtowanych przy użyciu sierpa, kosy, bosaka lub podobnego
narzędzia. Słyszała pani? To niedaleko stąd, na przedmieściu.

– Słyszałam. Ale co ja mam z tym wspólnego?

– Nie wie pani? Zajmuje się pani jedną z ofiar tego wypadku.
Pośrednią ofiarą, tak to nazwijmy. Elżbieta Gruber, lat dziewięć.
Ta mała dziewczynka, która widziała cały przebieg zdarzenia, przebieg
zbrodni. Leży w tym szpitalu. Słyszałem, że pani się nią zajmuje.

– Ach, ta dziewczynka w komatozie… Nie, panowie, to nie jest
moja pacjentka. Doktor Abramik…

– Doktor Abramik, z którym już rozmawiałem, twierdzi, że
pani bardzo interesuje się tym przypadkiem. Ta Gruber to pani krewna?

– Skądże znowu… Żadna krewna, nie znam jej. Nie znałam
nawet jej nazwiska…

– Pani Izo. Niech pani przestanie. Tolek, pozwól.

Brunecik sięgnął do aktówki, wyjął mały, płaski magnetofon, National
Panasonic.

– U nas – powiedział Nejman – nagrywa się rozmowy. Pani
rozmowa ze mną też została nagrana. Niestety, nie od początku…

Wbrew woli komisarz zaczerwienił się. Początek rozmowy nie nagrał
się z prozaicznych powodów – w kieszeni magnetofonu tkwiła wówczas
kaseta z „But Seriously” Phila Collinsa, przegrana z płyty
kompaktowej. Brunecik wcisnął klawisz.

– …przerywaj, Nejman – powiedział głos Izy. – Co cię
to obchodzi, kto mówi? Ważniejsze jest, co mówi. A mówi to: nie
wolno ci zrobić tego, co zamierzasz. Rozumiesz? Nie wolno. Co chcesz
osiągnąć? Chcesz wiedzieć, kto zabił chłopców na ogródkach działkowych?
Mogę ci powiedzieć, jeśli chcesz.

– Tak – powiedział głos komisarza. – Chcę. Proszę mi
powiedzieć, kto to zrobił.

– Zrobił to ten, który przeszedł przez przedartą Zasłonę. Gdy
rozbrzmiał veehal, Zasłona pękła, a on przeszedł. Kiedy Zasłona pęka,
ci, którzy znajdą się w pobliżu, są zgubieni.

– Nie rozumiem.

– I nie musisz – powiedział ostro głos Izy. – Wcale nie
musisz rozumieć. Masz po prostu przyjąć do wiadomości, że
ja wiem, co zamierzasz uczynić. Wiem też, że tego zrobić nie
wolno. I po prostu dzielę się z tobą tą wiedzą. Jeśli mnie nie
posłuchasz, skutki będą straszne.

– Chwileczkę – odezwał się głos Nejmana. – Miała mi pani
powiedzieć, kto…

– Już powiedziałam – przerwał głos Izy.

– Niech więc pani powtórzy, proszę.

– Po co ci to? Myślisz, że możesz coś zrobić
temu zza Zasłony? Jesteś w głębokim błędzie. On jest poza twoim
zasięgiem. Ale ty… Ty jesteś w jego zasięgu. Strzeż się.

– Pani mi grozi. – To było stwierdzenie, nie pytanie.

– Tak – powiedział beznamiętnie głos Izy. – Grożę.
Ale to nie ja ci zagrażam. Nie ja. Nie potrafię wytłumaczyć ci
wielu rzeczy, wielu faktów, nie mogę znaleźć właściwych słów.
Ale jedno mogę… mogę cię ostrzec. Czy nie za dużo już było
ofiar? Ci chłopcy, Elżbieta Gruber. Nie rób tego, co zaplanowałeś,
Nejman. Nie rób tego.

– Proszę posłuchać…

– Dosyć. Zapamiętaj. Nie wolno ci.

Trzasnęła słuchawka.

– Pan mi pewnie nie uwierzy… – zaczęła Iza.

– Już nie jesteśmy na ty? – przerwał Nejman. –
Szkoda. To było miłe i bezpośrednie. W co nie uwierzę? Że
to nie była pani? Faktycznie, trudno by mi było. A teraz, proszę bardzo,
słucham. Co ja zaplanowałem? Dlaczego nie wolno mi tego zrobić?

– Nie wiem. To nie ja… To nie był mój głos.

– Kim jest dla pani mała Gruber?

– Nie wiem… Nikim… Ja…

– Kto zamordował dzieciaki na działkach? – Nejman mówił cicho,
nie krzyczał, ale mięśnie na szczękach drgały mu wyraźnie
i miarowo. – Kto to był? Dlaczego jest poza moim zasięgiem? Dlatego,
że jest nienormalny, prawda? Jeżeli go złapię, nie pójdzie
do pudła, ale do szpitala, takiego jak ten? A może właśnie
do tego? A może już tu był? Co? Pani doktor?

– Nie wiem! – Iza uniosła pięści w mimowolnym geście.
– Nie wiem, mówię panu! To nie ja dzwoniłam! Nie ja!

Nejman i aspirant Zdyb milczeli.

– Ja wiem, co pan myśli – powiedziała wolno Iza.

– Wątpię.

– Pan myśli… Że jak w tym dowcipie… że my tym
się różnimy od pacjentów, że chodzimy na noc do domu.

– Brawo – powiedział Nejman bez uśmiechu. – A teraz
słucham.

– Ja… niczego nie wiem. Ja nie telefonowałam…

– Pani doktor – powiedział Nejman spokojnie i przymilnie,
jak do dziecka. – W porządku, ja wiem, że taśma magnetofonowa
to wątlutki dowód. Że może pani zaprzeczyć. Może pani,
na ogólnie przyjętej fali, oskarżyć nas nawet o manipulację, o
fabrykowanie dowodów, o co pani chce. Ale jeżeli faktycznie chodzi
pani na noc do domu zasłużenie, a nie tylko dzięki czyjemuś
błędowi w diagnozie, to orientuje się pani, jakie będą skutki, gdy
sprawa się wyda. A sprawa wyda się prześlicznie. Musi się wydać,
bo tak się składa, że zamordowani chłopcy mają ważnych rodziców
i żadna siła nie wstrzyma śledztwa, wręcz przeciwnie. Wie
pani, co się wówczas stanie.

– Nie rozumiem, o co panu chodzi.

– To ja pani powiem. Pani myśli, że jeżeli maniak
z ogródków jest pani krewnym lub kimś bliskim, to nie będzie
pani odpowiadać karnie za krycie go. Może. Ale oprócz odpowiedzialności
karnej jest jeszcze inna odpowiedzialność. Jeżeli okaże
się, że kryła pani homicydalnego maniaka, to w tym szpitalu, a
i w innych szpitalach tej branży na całym świecie, będzie
pani skończona. Uratować może panią jedynie zdrowy rozsądek. Czekam,
aż go pani przejawi.

– Pan… Powtarzam, że nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi
– opuściła głowę Iza. – To nie był mój głos, słyszy pan?
Podobny, ale nie mój. To nie był mój sposób wyrażania się. Ja
tak nie mówię. Może pan spytać, kogo pan chce!

– Pytałem – powiedział Nejman. – Mnóstwo osób panią rozpoznało.
Wiem też, z jakiego aparatu dzwoniono. Niech się pani poważnie
zastanowi, pani Izo. Proszę przestać kierować się emocjami. Mamy do
czynienia z morderstwem, z bestialskim mordem popełnionym na ludziach.
Na ludziach, rozumie pani? Pojmuje pani, że tego nie można
usprawiedliwić niczym, a już na pewno nie troską o dobro zwierzątek.
Ta zbrodnia to typowy przejaw reakcji paranoika, maniaka. Pomścił
kota, zabił dzieci, które go męczyły. A jutro zamorduje kogoś,
kto bije psa. Pojutrze zakatrupi panią, gdy rozdepcze pani szczypawkę
na chodniku.

– O co panu chodzi?

– Twierdzę, że świetnie pani wie, o co mi chodzi. Bo
pani wie, kto to zrobił i dlaczego to zrobił. Bo pani go leczyła,
albo nadal leczy, i wie, na czym polega, przepraszam, zajob pani pacjenta.
To jest ktoś, przepraszam, szurnięty na punkcie dobroci dla zwierząt.

– Panie Nejman – powiedziała Iza, dygocąc, nie panując nad
drżeniem rąk i uciskiem w mostku. – To pan jest szurnięty.
Przepraszam. Niech mnie pan aresztuje. Albo niech mnie pan zostawi
w spokoju.

Nejman wstał, aspirant Zdyb wstał również.

– Szkoda – powiedział komisarz. – Szkoda, pani Izo. Gdyby
pani się jednak zdecydowała, proszę do mnie zatelefonować.

– Nie mam na co się decydować – powiedziała Iza. – I nie
znam pana numeru.

– Ach tak – Nejman pokręcił głową, patrząc jej w oczy. –
Rozumiem. Szkoda. Do widzenia, pani Izo.


Chęclewski

– Panie Chęclewski – powiedział komisarz policji Nejman.
– Myślałem, że mam do czynienia z poważnym człowiekiem…

– Ej! – adwokat uniósł rękę w ostrzegawczym geście. –
Uważaj pan. Nie jesteśmy w komisariacie. O co panu chodzi,
do cholery?

– Widzi pan – powiedział aspirant Zdyb, nie kryjąc złości.
– Tyle było dowcipów o milicjantach, a tak mało o mecenasach.
A wygląda, że niesłusznie.

– Jeszcze słowo, a wyrzucę was obu za drzwi – powiedział
wolno Chęclewski. – Co to za gadka? Na co wy sobie pozwalacie,
panowie milicjanci?

– Policjanci, jeśli łaska.

– Policjanci od siedmiu boleści. Zabójca mojego syna chodzi
sobie na swobodzie, a wy tutaj przychodzicie wygadywać brednie. No,
jazda, kawę na ławę. Mój czas to są pieniądze, panowie.

– Pan za dużo gada – rzekł Nejman. – Jak się pan
zapamięta, to nie może przerwać. Gada pan do nas, a co gorsza,
także do innych. I przez to rypła się cała sprawa, panie mecenasie.

– Co się rypło? Jaśniej, panowie.

– Nazwisko Przemęcka mówi panu coś? Doktor Przemęcka, z wariatkowa.

– Nie mam znajomości u czubków. Co to za jedna?

– Ta jedna wie o wszystkim, cośmy zaplanowali. Nie od nas.
Wychodzi na to, że wie od pana. A jeśli tak jest, to nie ona
jedyna.

– Bzdura, czyli bullshit – wyprostował się Chęclewski. –
O planie wiem wyłącznie ja i wy obaj. Ja nie mówiłem o tym nikomu.
To wy jęczeliście i stękaliście, że nie możecie niczego
zrobić bez wiedzy przełożonych. A więc poinformowaliście przełożonych,
a przełożeni zapewne poinformowali pół miasta, w tym i doktor
Przesmęcką, czy jak jej tam. Quod erat demonstrandum, czyli co było
do okazania. Szkoda, panowie. I pan się pomylił, panie Zdyb. W dowcipach
o milicjantach jest jednak sporo prawdy.

– Nie mówiliśmy o niczym nikomu – poczerwieniał aspirant.
– Nikomu, słyszysz pan? Ani przełożonym, ani żonom. Nikomu.

– Dobra, dobra. Cudów nie ma. Chyba, że… Ta doktor z wariatkowa,
jak mówicie, mogła was po prostu podpuścić. Blefować. Co wam powiedziała?
Kiedy? Przy jakiej okazji?

– Niech pan sam posłucha. Daj magnetofon, Andrzej.

Siedzieli, paląc papierosa za papierosem. Nejman obserwował, jak w
domu naprzeciwko łysy facet z pomocą kilku koleżków montuje na
balkonie wielką michę, wyglądającą, wypisz wymaluj, jak antena satelitarna.
Z sąsiedniego balkonu, na którym stał jaskrawo pomalowany koń na biegunach,
przepełzła do monterów łaciata świnka morska. Łysy, nie puszczając
michy, kopnął ją. Świnka spadła z balkonu. Nejman nie wstał, by
zobaczyć, co się z nią stało. To było ósme piętro.

– Taaak – powiedział adwokat, wysłuchawszy nagrania do końca.
– Czy ona ma aby wszystkich w domu, ta lekarka? Znacie ten dowcip…

– Znamy – powiedział aspirant Zdyb.

– Zasłona. Jaka zasłona? I ten… wehal, czy jak… Bełkot jakiś.
Ta doktorka… Przesmycka?

– Przemęcka.

– Znacie ją? Sprawdzaliście, co to za jedna?

– Sprawdzaliśmy. Młoda, bez dużej praktyki klinicznej,
mało kontaktów z pacjentami. Zajmuje się jakimiś badaniami. To
skomplikowane, cholera, chodzi o fale mózgowe, neurony, zapomniałem.

– Szalona pani doktor Frankenstein – wykrzywił się adwokat.
– Wiecie co? Ja bym się całą sprawą nie przejmował.

– A ja odwrotnie – powiedział Nejman. – Więcej powiem,
już się zacząłem przejmować. Panie Chęclewski, u nas się jeszcze
nie skończyło, czystka trwa. Komuś może cholernie zależeć,
żeby mnie udupić. Lekko pieprznięta lekarka to taki sam instrument
prowokacji, jak każdy inny, ani lepszy, ani gorszy. Ja to mam
przerobione.

– Pan jesteś egocentryk, panie Andrzeju – rzekł Chęclewski.
– Pańska osoba w tej sprawie jest, wybaczy pan, mało ważna.

– Oby – uśmiechnął się komisarz. – Wcale bym się
nie zmartwił. Ale i pan, drogi panie Chęclewski, chyba się mylił.
Po telefonie od pani doktor głowę bym sobie dał urwać, że pańskiego
syna zabił przypadkowy szaleniec. To nie była żadna zemsta. Niezależnie
kogo i dlaczego bronił pan w stanie wojennym i ilu sekretarzom zrobił
pan koło pióra po. Piasecki to pan nie jest. Wybaczy pan.

– Konkluzja? – adwokat poczerwieniał lekko.

– Prosta jak drut. Jeżeli to jest szaleniec, to z punktu
widzenia prawa jest to człowiek chory. Chory, rozumie pan, mecenasie?

– Jak słyszę coś takiego – wybuchnął Chęclewski –
to mi zęby trzeszczą! Chory, skurwysyn! On mojego Maćka… Chory!

– Ja pana rozumiem. Mnie też trzęsie. Ale nic nie da się
zrobić i to wyraźnie powiedziała ta lekarka. Załóżmy, że
blefowała, że nie wie nic o naszym planie. Ale mogła się
domyślić, więc ostrzegła mnie. Wyraźnie mnie ostrzegła.

– Pan się w jej bełkocie doszukał ostrzeżenia? Przed czym?

– Niech się pan nie zgrywa. Ostrzegła mnie, żebym nie próbował
ująć tego wariata w charakterze zimnego mięsa. Mogę go aresztować
używając łagodnej perswazji, związać w kaftan i oddać specjalistom.
Na kurację.

– Strach pana obleciał, panie Andrzeju, i dlatego nieprawidłowo
pan rozumuje – adwokat splótł dłonie. – Ja też słuchałem
tego nagrania. I zupełnie co innego miało w nim kardynalne znaczenie.
Niech pan posłucha. Zabawimy się. Ja będę panem, a pan pańskim pułkownikiem
czy tam inspektorem policji, tak to się teraz nazywa, jeśli się
nie mylę. Słuchaj pan, panie inspektorze policji. Przeanalizowałem
dziwną rozmowę z panią doktor Iks. Uderzyło mnie, że kilkakrotnie
używała słów, z których wynikało, że podejrzany furiat jest
straszliwie niebezpieczny. Utkwiło to w mojej podświadomości
tak głęboko, że kiedy doszło do konfrontacji, nerwy mi puściły.
Widząc, że atakuje mnie z niebezpiecznym narzędziem, użyłem
broni służbowej, nie przekraczając granic obrony koniecznej. Co?
Dobre było, panie inspektorze. Dobre tłumaczenie?

– W dupę niech pan sobie wsadzi takie tłumaczenie – powiedział
spokojnie Nejman. – Tak powiedziałby, oczywiście, mój inspektor
do mnie. Panie mecenasie, pan dobrze wie, co oznacza obrona konieczna
w przypadku uzbrojonego policjanta, który w dodatku wie, że ma
do czynienia z kimś o ograniczonej poczytalności. To nie jest
Ameryka. Nie mam zamiaru trafić do kryminału.

Adwokat zamyślił się, milczał przez dłuższą chwilę.

– No, dobrze – powiedział wreszcie. – Może faktycznie
ma pan rację, panie Nejman. Co więc robimy?

– Rozwiązujemy umowę.

– No, tu idzie już pan nieco za daleko, nie uważa pan?
Rozumiem, strzelanie nie wchodzi w grę ani żaden inny poważny
wypadek. Ale facet może stawiać opór. Uciekać. Może się potknąć
i zdrowo potłuc. Słyszałem o takich wypadkach, nasłuchałem się
o nich od moich klientów. A propos, wiecie, panowie,
że kilku moich klientów jest obecnie w Warszawie?

– I co z tego?

– Bardzo wiele z tego. Moja propozycja jest taka: utrzymujemy
umowę w mocy. Proponuję korzystne warunki. Za umożliwienie mi
osobistego udziału w akcji, za satysfakcję dotknięcia ręką i nogą
mordercy mojego syna daję wam poparcie z bardzo wysoka na wypadek
dalszych czystek w policji, względnie jakichś nieprzewidzianych
komplikacji w naszym planie. Moi przyjaciele z Warszawy, jeśli
będzie trzeba, uciszą też panią Przemęcką od czubków, nie bójcie
się. No, a do tego, jak się umówiliśmy, dochodzi konkretna
gratyfikacja finansowa dla was dwóch.

– Trzech – powiedział aspirant Zdyb.

– Jak to, do diabła? – zdenerwował się Chęclewski. –
Trzech? Trzech to wielka gromada ludzi, imię ich jest legion, kurwa.
Po co trzeci?

– Dla uwiarygodnienia raportu. Tak się u nas zawsze robi. Trójka
murarska. Panie mecenasie, pan jest od koncepcji, my od techniki.
Znamy się na tym.

– Pewny chociaż ten trzeci?

– Sto procent, czyli hundred per cent.

– Niech więc będzie – skrzywił się adwokat. – No? Panie
Nejman, mam nadzieję, że jest pan przekonany.

– Nie do końca – powiedział komisarz. – Tolek? Wydaje
ci się…

– Powinno być dobrze – rzekł aspirant. –
Jedna rzecz mnie trochę niepokoi. Czy nie za szybko zakładamy, że
to jest chory psychicznie. To może być taki zielony, greenpeace,
rozumiecie? Miłośnik zwierząt. Zobaczył, że dzieciaki
męczą kota, i odbiło mu. Czytałem o podobnym przypadku, w „Przekroju”
chyba. Facetowi oślepili psa czy kota, już nie pamiętam. Jak
o tym czytałem, to czułem, że w pisaniu o tym facet wyładował
swoją wściekłość, żal, chęć zemsty. Inny mógłby wyładować
się inaczej. Wziąłby nóż, siekierę, sztachetę i zemścił się
za swojego psa.

– To na jedno wychodzi – powiedział Chęclewski.
– Kto tak reaguje, ten jest stuknięty. Quod erat demonstrandum.

– To wcale nie na jedno wychodzi – podchwycił
myśl Nejman. – Szajba na punkcie zwierzaków może się nie
zakwalifikować u psychiatrów. Z ich punktu widzenia facet będzie całkowicie
normalny i będą go słuchać, gdy opowie, w jaki sposób go capnęliśmy
i cośmy mu wtedy zrobili.

– Widziałem w swojej karierze wielu opowiadających,
co wydarzyło im się na milicji – powiedział adwokat, uśmiechając
się krzywo. – Ale nie przypominam sobie żadnego, któremu by
formalnie dano wiarę. A jeżeli nawet opowie, w jaki sposób go
ujęliście, to co? Myślicie, że ktoś się przejmie głupim
kotem?

– Może i nie – powiedział Zdyb. – A co
się stanie, jeśli tego kota usłyszy ktoś całkiem ni pri czom?
I przyleci zobaczyć, co się dzieje?

– Żartujesz, Tolek – Nejman wzruszył ramionami.
– Tym to bym się akurat nie przejmował. Kogo może obchodzić
kot?

– A propos kota – powiedział Chęclewski.
– Trzeba jakiegoś zorganizować.

– Z tym nie powinno być kłopotu – rzekł Nejman.
– Kotów jest pełno. Dzieciaki mojej sąsiadki, na ten przykład,
mają kota. Powinien się nadać.


Iza

Iza leżała spokojnie, jak gdyby bała się, że najlżejsze
poruszenie może spłoszyć ten oddalający się, nieuchwytny sygnał,
bałamutną i kłamliwą zapowiedź nieziszczalnego orgazmu. Przytulony
do niej mężczyzna oddychał równo, miarowo, najwyraźniej zapadł
już w drzemkę. Buczał autoalarm, daleko i cicho.

– Heniu – odezwała się.

Mężczyzna drgnął, wyrwany z półsnu, zbliżył twarz do jej nagiego
ramienia.

– Co, Izunia?

– Niedobrze jest ze mną, Heniu.

– Znowu? – przestraszył się mężczyzna. – Cholera,
powinnaś jakoś podregulować ten twój cykl, Iza.

– To nie to.

Mężczyzna odczekał chwilę. Iza nie kontynuowała.

– Więc co? – spytał wreszcie.

– Heniu… Objawem czego są okresy niepamięci?

– Dlaczego pytasz? Masz takowe?

– Ostatnio często. Dość długie. Poza tym halucynacje. Urojenia
słuchowe. Omamy.

Mężczyzna spojrzał dyskretnie na zegarek.

– Heniu.

– Słyszałem – mruknął, lekko zniecierpliwiony. – I co?
Jesteś specjalistką. Jaka jest twoja diagnoza? Anaemia cerebri?
Początki schizofrenii? Astrocytoma na płacie czołowym? Inne gówno
uciskające śródmózgowie? Iza, każdy psychiatra odnajduje u
siebie różne podobne objawy, to po prostu skrzywienie zawodowe.
Muszę ci mówić, jak niewiele wiemy o mózgu, o zachodzących tam procesach?
Moim zdaniem, jesteś po prostu przepracowana. Nie powinnaś
spędzać tylu godzin z twoimi kotami, przy tej aparaturze. Wiesz przecież,
jak szkodliwa jest wysoka częstotliwość, pola, promieniowanie
ekranów. Zostaw to wszystko na jakiś czas, weź urlop. Odpocznij.

Iza uniosła się na łokciu. Mężczyzna, leżąc na wznak, głaskał
jej piersi, automatycznym, wyuczonym ruchem, którego nie lubiła.

– Heniu.

– Hę?

– Chciałabym, abyś mnie zbadał. Na EEG albo izotopem.

– Mogę, czemu nie. Ale…

– Proszę cię.

– Dobrze.

Milczeli.

– Heniu.

– Tak?

– Elżbieta Gruber. Leczysz ją. Co z nią naprawdę
jest?

– Interesuje cię to? Prawda, słyszałem. To dość
dziwny przypadek, Iza. Przywieźli ją w szoku, z objawami typowymi
dla wylewu. Prawie natychmiast przeszła w stan komatyczny, który nie
łagodnieje i nie ustępuje. Skłaniam się ku poglądowi, że na szok
nałożył się u niej stan zapalny w dnie komory trzeciej lub w wodociągu
Sylwiusza.

– Encephalitis lethargica?

– Aha. Dlaczego pytasz?

Iza odwróciła głowę. Zza okna, mieszając się z następnym
rozpaczliwym buczeniem autoalarmu, rozbrzmiał skowyt psa, urywany,
coraz głośniejszy.

– Nogi bym takiemu powyrywał – odezwał się mężczyzna,
patrząc w stronę okna. – Ma problemy w pracy albo w domu, a wyładowuje
się na zwierzęciu, bydlak.

– Veehal rozdziera Zasłonę – powiedziała wolno
Iza.

– Co?

– Veehal. Głos katowanego zwierzęcia. Głos rozpaczy,
strachu, bólu, odbierający zmysły.

– Iza?

– Krzyk, który nie jest krzykiem – Iza mówiła
coraz głośniej – Veehal. Veehal rozdziera Zasłonę. Tak mówiła…
Ela Gruber. Ona to widziała.

– Podobno… – zająknął się mężczyzna. –
Iza! Ona nie mogła… Dziewczynka jest w śpiączce! O czym ty mówisz?

– Ona mówi do mnie. Mówi i każe mi robić
różne rzeczy.

– Iza, naprawdę powinnaś wziąć urlop – mężczyzna
spojrzał na nią, westchnął. – Ale przedtem przyjdź do
mnie, zbadam cię. To ten cholerny stres, ta parszywa robota,
wszystko w tym kraju. Nie można się tak tym przejmować, Iza.

– Heniu – Iza usiadła na łóżku. – Czy
nie rozumiesz, o czym mówię? Ela Gruber mówi do mnie. Słyszę ją. Ona
widziała…

– Wiem, co ona widziała. To zapewne było przyczyną szoku i wylewu.
Była świadkiem morderstwa na działkach.

– Nie.

– Jak to?

– To było później. Ona tego już nie widziała. Widziała…
deskę położoną na głowie kota, zakopanego po szyję w ziemi.
Nogi depczące po tej desce. Oczy… Dwie kuleczki…

– Jezus Maria! Iza? Skąd ty o tym… Od kogo?

– Powie… dzieli mi…

– Kto?

– Muzy… kanci…

– Kto?

Iza, opuściwszy głowę na podkurczone kolana, zatrzęsła się od
płaczu.

Mężczyzna milczał. Myślał o tym, jak nieodporne są kobiety,
do jakiego stopnia ich babskie emocje rządzą nimi, przeszkadzają pracować,
przeszkadzają cieszyć się życiem. O tym, że ogromnym nieszczęściem
jest feminizacja pewnych zawodów, absolutnie nieodpowiednich dla kobiet.
Z Izą, myślał, naprawdę jest niedobrze. Niepokoił się. Przez chwilę.
A po chwili górę wziął poważniejszy niepokój – co powiedzieć
żonie, gdy wróci od Izy do domu. W tym miesiącu wykorzystał
już wszystkie dobre tłumaczenia.

Pomyślał, że koniecznie musi zbadać Izę, zrobić jej EEG, przeprowadzić
testy. Mógłby to zrobić nawet we wtorek, ale obiecał koledze, że
we wtorek wpadnie do niego na działkę, by pomóc truć krety. Cholera,
pomyślał, zapomniałem dzisiaj wziąć strychninę ze szpitala.

– Weź urlop, Iza – powiedział.


Błękitny pokój

– Marylko! – zawołała Iza, patrząc na pusty, pokryty białym
prześcieradłem i ceratą stół, na porozrzucane przewody, igły,
czujniki, skórzane paski i sprzączki.

– Marylko!

– Jestem, pani doktor.

– Gdzie jest moja kotka?

– Kotka? – zdziwiła się laborantka.

– Kotka – powtórzyła Iza. – Ta pręgowana.
Ta, której ostatnio używałam. Co się z nią stało?

– Jak to? Przecież pani sama…

– Co, ja?

– Pani kazała mi ją przenieść… O, tu stoi klateczka.
Potem kazała mi pani przynieść mleka. Jak przyniosłam, pani nakarmiła
tego kota…

– Ja?

– Tak, pani doktor. A potem otworzyła pani okno.
Nie pamięta pani? Kot wskoczył na parapet. Nawet powiedziałam wtedy,
że on pani ucieknie. I kot uciekł. A pani…

– Co, ja? – Iza słyszała muzykę. Potarła twarz
dłonią.

– Pani zaczęła się śmiać…

Muszę, pomyślała Iza, muszę iść do Eli Gruber.

Dlaczego? Po co?

Muszę iść do Eli Gruber.

Dlaczego?

Ela Gruber mnie wzywa.


Debbe

Debbe biegła, to szybciutko drobiąc łapkami, to wyprężając
się w długich susach. Wiedziała, dokąd biec. Daleka muzyka, odległy
zew cichej melodii nieomylnie wskazywały jej drogę.

Dobiegła do skraju krzewów, za którymi, niczym powierzchnia
zatrutej rzeki, połyskiwał asfalt. Po nim, dudniąc i sycząc jak smok,
przemknął, kołysząc się, wielki, ociężały autobus.

Muszę się z nią pożegnać, pomyślała Debbe. Zanim
odejdę, muszę jeszcze się z nią pożegnać. I ostrzec. Po raz ostatni.
Ciekawe, gdzie też może być Brema?

Skoczyła.

Nadjeżdżający samochód omiótł ją światłami.
Na sekundę dostrzegła czerwoną, tłustą gębę człowieka, dodającego
gazu i raptownie skręcającego kierownicę. Samochód runął w jej kierunku,
czuła, jak maszyna drga wściekłością, zdecydowaniem i żądzą
mordu. Uskoczyła w ostatniej chwili, podmuch musnął jej futerko.

Pobiegła wzdłuż żywopłotu, mały, pręgowany cień.


Locus terribilis

Koty były wszędzie dookoła – nieruchome, z uniesionymi
głowami, patrzyły, nasłuchiwały. Odwracały głowy za przechodzącą Debbe,
witały ją miauknięciami, pełnymi szacunku zmrużeniami oczu. Żaden
nie poruszył się, nie podszedł. Znak Pająka Pogońca na czole kotki
płonął w mroku widmowym światłem.

Czuła, że to miejsce jest dziwne, niebezpieczne. Wyczuwała
opuszkami łapek pulsowanie ziemi, słyszała nierealne szepczące głosy.
Przez chwilę, za zasłoną z rozdygotanej mgły, widziała… ogień i
krzyże, odwrócone, zatknięte…

Debbe zamruczała w takt melodii. Obrazy znikły.

Z daleka zobaczyła czarny kształt – resztki pieca
zarytego w ziemi niczym wypalony wrak czołgu na polu bitwy. Obok pieca,
ciemne na tle nieba, trzy niewielkie sylwetki. Podeszła bliżej.

Czarny pies z krzywą, zgiętą łapą.

Szary szczur z długim wąsatym pyszczkiem.

I mały rudawy chomik.

Muzykanci.


Żółty pokój

– …uciekł rozbójnik, co sił w nogach – czytała
monotonnie babcia – i zdał sprawę hersztowi. To na nic, straciliśmy
naszą siedzibę, powiedział. W domu siedzi straszliwa czarownica, która
naparskała na mnie i podrapała mi twarz pazurami. Przy drzwiach czai
się człowiek uzbrojony w nóż. Na podwórzu ma legowisko czarny
potwór, ten uderzył mnie pałką. A na dachu siedział sędzia, który
krzyknął: „Dajcie łotra tu!”

Chłopiec zaśmiał się srebrnym głosikiem. Venerdina,
leżąca na łóżku, zwinęła się w kłębek, zastrzygła uchem.

– I co dalej? Czytaj, babciu!

– I to koniec bajki. Rozbójnicy uciekli i nigdy nie
wrócili, a pies, kot, osioł i kogut zamieszkali w leśnym domku
i żyli długo i szczęśliwie.

– I nie poszli tam… no, tam, dokąd się wybierali?

– Do Bremy? Nie. Chyba nie. Zostali w domku i tam sobie żyli.

– Aha – chłopiec zamyślił się, gryząc palec. – Szkoda.
Przecież tam właśnie powinni iść. To pies wymyślił,
kiedy go wygnali, bo już był stary. To bardzo brzydko. Ja nigdy
nie pozwolę wygnać naszej Mruczki, choćby była nie wiem jak
stara.

Venerdina uniosła głowę i popatrzyła na malca żółtym, nieodgadnionym
spojrzeniem.

– Śpij, Mariuszku. Już późno.

– Tak – rzekł sennie chłopczyk. – Nawet gdy będzie bardzo
stara. U nas i tak nie ma myszy. A oni powinni pójść do tej Bremy.
Oni wszyscy byli… Nie zabieraj Mruczki, babciu. Niech śpi ze
mną.

– Nie powinno się spać z kotem…

– A ja chcę.


Ela Gruber

Iza poderwała głowę, budząc się, przeciągnęła ręką po prześcieradle.
Za oknem była ciemność. Siedziała na łóżku, a dotyk prześcieradła
poraził ją obcością, brutalnie szczerą pewnością, że…

Nie powinna być tutaj.

– Słyszysz mnie? – powiedziała dziewczynka leżąca na
łóżku.

Iza kiwnęła głową, potwierdzając to, co było niemożliwe. Oczy
dziewczynki były szkliste i puste, po brodzie ciekła jej wąziutka,
lśniąca strużka śliny.

– Słyszysz? – powtórzyła dziewczynka, sepleniąc z lekka,
niezgrabnie poruszając skrzywionymi wargami zlepionymi białawym nalotem.

– Tak – powiedziała Iza.

– To dobrze. Chciałam się z tobą pożegnać.

– Tak – szepnęła Iza. – Ale to przecież…

– Niemożliwe? To chciałaś powiedzieć? Nie szkodzi. Nie
udało nam się, dużo nam się nie udało, jasnowłosa. Chcę się z
tobą pożegnać. Może cię to zdziwi, ale… polubiłam dotyk
twojej dłoni. Posłuchaj mnie uważnie. Jeżeli dzisiejszej nocy
zabrzmi veehal, Zasłona pęknie. Nie wiem, czy uda nam się powstrzymać…
tamtych. Dlatego musisz uciekać. Co masz zrobić, powtórz.

– Nie wiem – jęknęła Iza.

– Masz uciekać! – krzyknęła Ela Gruber, szarpiąc nagle głową
po poduszce. – Uciekać, jak najdalej od Zasłony! Nie staraj się
niczego zrozumieć i wierz w to, co widzisz! Wyda ci się, że majaczysz,
że to sen, koszmar, a to będzie rzeczywistość! Pojmujesz?

– Nie… Nie pojmuję. Ja… zwariowałam, tak?

Dziewczynka milczała, wpatrzona w sufit maleńkimi jak ukłucia szpilki
punkcikami źrenic.

– Tak – powiedziała. – Wszyscyście zwariowali. Już
dawno temu. Jeszcze jedno szaleństwo, maleńkie ziarenko na szczycie
ogromnej góry szaleństw. Ten ostatni veehal, którego nie miało
być. Kto wie, może to dzisiaj? Słuchasz mnie?

– Słucham – powiedziała Iza, zupełnie spokojnie. – Ale
ja jestem psychiatrą. Doskonale wiem, że ty nie możesz do
mnie mówić. Jesteś w śpiączce, w komatozie. To nie ty. Głos,
który słyszę, emituje mój chory mózg. To halucynacja.

– Halucynacja – powtórzyła dziewczynka, uśmiechając się.

To przykurcz mięśni twarzy, wyłącznie przykurcz powylewowy, pomyślała
Iza, w tym nie ma niczego upiornego. Niczego upiornego, pomyślała,
czując, jak jeżą się jej włosy na karku.

– Halucynacja, mówisz – ciągnęła Ela Gruber. – Czyli
coś, czego w istocie nie ma. Fałszywy obraz. Czy tak?

– Tak.

– Można to słyszeć. Można to widzieć. Ale tego nie ma.
Czy tak?

– Tak.

– Jak my bardzo się różnimy, ty i ja. Podobno mój mózg jest
mniej rozwinięty od twojego, ale ja, dla przykładu, wiem, że to,
co widzę i co słyszę, jest. Istnieje. Gdyby nie istniało, jak można
by to zobaczyć? A jeżeli istnieje i ma szpony, kły, żądło,
to trzeba przed tym uciekać, bo może cię okaleczyć, zmiażdżyć,
rozszarpać. Dlatego właśnie musisz uciekać, jasnowłosa. Przez
przedartą Zasłonę przejdą halucynacje. To dobre określenie na
coś, co nie ma własnej postaci, ale zyskuje ją w mózgu tego, kto
na to patrzy. O ile ten mózg wytrzyma taką próbę. A mało który
wytrzyma. Ostatni raz mówię: żegnaj, jasnowłosa.

Głowa Eli Gruber obróciła się bezwładnie w bok, spoglądając na Izę
martwym, szklanym okiem.


Kot

– Dobra, już. Teraz – szepnął Chęclewski.

Nejman spojrzał na zegarek. Była dziewiąta dwadzieścia trzy. Gdy
patrzył, ostatnia cyferka zatańczyła jak kościotrup w animowanym
filmie, stając się czwórką. Po torach, za ogródkiem, w głębokim, obrośniętym
jarzębiną wykopie łoskotał i dudnił pociąg.

– Na co czekamy, cholera? – denerwował się adwokat.

Nejman wyciągnął z plastikowego worka gruby tłumok okręcony
kilkoma ręcznikami i jutowym sznurkiem. Z zawiniątka wystawał biało-czarny
koci łeb, z drugiej strony – ogon i tylne łapki zwierzątka.

Nejman wydobył z kieszeni kurtki kombinerki izolowane
pomarańczowym plastikiem.

Dalej, za altankami, Zdyb, przyczajony obok Wendy, ciężko
bulgocącego przez zakatarzony nos, wzdrygnął się na odgłos, który
dobiegł go od strony ogródków.

– Jezu – smarknął Wenda. – Ale to go musi boleć…

Na Dołach koty przypadły do ziemi, szczerząc białe kły,
płasko kładąc uszy.

Muzykanci, cała czwórka, byli gotowi.


Zdyb

Dudnienie pociągu ścichło, echem toczyło się jeszcze
po betonowych ścianach bloków. I wtedy potworny wrzask od strony
ogródków powtórzył się, eksplodował jak granat, wzbił się nieprawdopodobnie
wysoko, falujący, rozedrgany, straszny.

– Matko Boska! – krzyknął Wenda. – Tolek! To nie
kot!

Zdyb zerwał się, rozpinając kurtkę, wyszarpnął pistolet
z kabury. Ryk – bo to był już ryk, nie wrzask, urwał się,
pękł, wibrując jak przecięty nożycami stalowy drut. Zdyb biegł.
Przeskoczył żywopłot, przedarł się przez krzaki agrestu. W tym
momencie noc rozszarpał drugi wrzask, jeszcze potworniejszy od poprzedniego,
krótki, urwany.

– Andrzeeeeej!!! – ryknął aspirant.

Rwąc przez pomidorowe tyczki, zderzył się z pełną wody beczką, odbił
się od niej jak od muru, potknął się, upadł, zerwał się, poślizgnął,
upadł ponownie, podpierając się odruchowo, wtłoczył lufę P-83 w mokrą
ziemię. Za sobą słyszał przekleństwa Wendy, który utknął na elastycznej
przegrodzie drucianej siatki.

– Andrzeeeej!!!

Potknął się znowu. Zobaczył, o co. I wtedy zaczął krzyczeć.

Nejman nie miał głowy.

Coś uderzyło go w pierś. Zdyb, klęcząc, zadławił się i wrzasnął,
wrzasnął do bólu, tak że własny wrzask zakołatał mu w uszach.
Gwałtownym, nie skoordynowanym ruchem odtrącił od siebie rękę w skrwawionym,
popelinowym rękawie, z którego sterczała oślizgła, gładka, biała
nawet w mroku kość.

Na trawniku, na tle wyraźnej, rzadkiej palisady słoneczników coś
siedziało. Coś, co było wielkie. Wielkie jak ciężarówka. Granatowe
niebo, podczerwienione dalekim neonem, rozświetlało się lekko
za plecami siedzącego na trawie ogromu – wyglądało tak, jak gdyby
to ogromne coś przedarło się przez niebo i noc, zostawiając za
sobą dziurę i choinkę pęknięć.

Kolejny pociąg, wpadając na przejazd kolejowy, smagnął zarośla
jaskrawym batem światła. Zdyb otworzył usta i zachrypiał.

Przykucnięty na trawniku garbaty stwór o ogromnym, pokrytym naroślami
brzuszysku, olbrzymich uszach i wydłużonym, najeżonym zębami
pysku, uniósł ciało Chęclewskiego w sękatych łapach. Reflektory pociągu
zakotłowały ogródki tysiącem ruchliwych cieni. Zdyb chrypiał.

Stwór otworzył paszczękę i z chrzęstem, jednym kłapnięciem, odgryzł
Chęclewskiemu głowę, daleko, z rozmachem, odrzucając korpus. Zdyb
usłyszał, jak ciało huknęło o konstrukcję z falistej blachy. Mocz
ciepłą falą spływał mu po udzie. Nie widział już nic, ale wiedział,
czuł, że potwór, miarowo przestawiając krótkie, wielkostope łapy,
idzie ku niemu.

Zdyb chrypiał. Bardzo chciał coś zrobić. Cokolwiek.

Ale nie mógł.


Krople

Muzyka klejąca Zasłonę rwała się, pękała, rozpadała na elastyczne
strzępy. Pęknięcie powiększało się, z tamtej strony pełzły kłębiaste,
cuchnące opary, wielkie, postrzępione cirrusy, mgła brzemienna ciężką
jak plwocina wilgocią, mieszając się z kwaśnym smogiem miasta.
Na dachy, na asfalt, na szyby, na samochody padły pierwsze, rzadkie
krople.

Padły krople żółtawe, syczące w zetknięciu z metalem, wciskające
się w szpary i szczeliny, gdzie paliły izolację kabli i gryzły miedź
przewodów.

Padły krople brunatne, wielkie i lepkie, a tam, gdzie
padły, bledła trawa, liście zwijały się w trąbki, czerniały łodygi
i gałązki.

Padły krople atramentowosine, a tam, gdzie padły, parował
i topił się beton, gotowała cegła, a tynk płynął po murze jak łzy.

I padły krople przejrzyste, które wcale nie były
kroplami.


Renata

Renata Wodo miała niegroźną obsesję, dziwaczny zwyczaj
– niezmiennie, kładąc się do łóżka, sprawdzała, czy pokrywa
sedesu jest opuszczona, a drzwi do łazienki zamknięte. Sedes, otwarty
na tajemniczy i złowrogi labirynt kanałów i rur, był zagrożeniem
– nie mógł pozostać otwarty, nie zabezpieczony – wszakże
„coś” mogło z niego wyjść i zaskoczyć Renatę podczas
snu.

Tej nocy Renata jak zwykle opuściła pokrywę. Przebudziwszy
się, zaniepokojona, zlana zimnym potem, targając się w półśnie
jak ryba na lince, starała się przypomnieć sobie, czy zamknęła drzwi.
Drzwi do łazienki.

Zamknęłam, pomyślała usypiając. Na pewno zamknęłam.

Myliła się. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia.

Pokrywa sedesu uniosła się powoli.


Barbara

Barbara Mazanek panicznie bała się wszelkich owadów i robaków, ale
prawdziwy, tryskający adrenaliną strach i miotający całym ciałem
wstręt budziły w niej skorki – płasko-obłe, ruchliwe, brązowe
monstra, zbrojne w cęgowate kleszcze na końcu odwłoka. Barbara głęboko
wierzyła, że ta szybko biegająca, wciskająca się w każdą szparę
obrzydliwość czyha tylko na okazję, by wpełznąć jej do ucha i
od środka wyżreć cały mózg. Spędzając wakacje pod namiotem,
każdej nocy pieczołowicie wpychała do uszu korki ukręcone z waty.

Tej nocy, budząc się zaniepokojona, odruchowo przycisnęła lewe
ucho do poduszki, a prawe przykryła ramieniem.

Nie miało to żadnego znaczenia.

Przez nieszczelne drzwi balkonowe, niczym brudna, oleista fala, zaczęły sączyć się i rozlewać po pokoju miliardy ruchliwych owadów. Oczka
świeciły im czerwono, a kleszcze na końcach odwłoków były ostre
jak brzytwy.


Muzykanci

– Koniec – powiedział Kersten. Debbe milczała,
siedząc nieruchomo z szeroko otwartymi oczami, leciutko poruszając
czarnym końcem ogonka.

– Koniec – powtórzył pies. – Itka, nie możemy
niczego zrobić. Niczego. Słyszycie? Pasiburduk, przestań, to nie ma
sensu.

Chomik przestał grać, znieruchomiał, uniósł ku górze czarne
guziczki ślepi. Taki już jest, pomyślał Kersten, nie zmieni
się. Wszystko mu trzeba powtarzać dwa razy. Cóż, to tylko chomik.

Debbe milczała. Kersten położył się, opuścił
pysk na łapy.

– Nie udało się i nie ma co dłużej próbować –
powiedział. – Zasłona pękła ostatecznie i nie załatamy jej tym
razem. Przeszli. Tamci. Oczywiście, Zasłona wkrótce zrośnie
się sama, ale nie muszę wam mówić…

– Nie musisz – Itka wyszczerzył zęby. – Nie musisz, Kersten.

– Pewne szanse jeszcze to miasto ma. Dopóki Krostowaty nie przeszedł
na tę stronę, miasto ma szanse.

– A inne miasta? – odezwał się niespodziewanie Pasiburduk.

Kersten nie odpowiedział.

– A my? – zapytał szczur. – Zostajemy?

– Po co?

Itka usiadł, opuszczając szpiczasty pyszczek.

– A zatem… Zgodnie z planem?

– Widzisz inne rozwiązanie?

Z oddali, od strony osiedla dobiegł ich dźwięk. Fala dźwięku.
Kersten zjeżył się, a Pasiburduk skulił w rudą kulkę.

– Masz rację, Kersten – powiedział Itka. – To koniec.
Odchodzimy do Bremy. Tam czekają inni.

Szczur obrócił się w stronę Debbe, wciąż siedzącej nieruchomo
jak puszysty, pręgowany posążek.

– Debbe… Co ci jest? Nie słyszałaś? Koniec!

– Zostaw ją, Itka – zawarczał Kersten.

– Wyglądasz – syknął szczur do kotki – jakby ci było
ich żal. Co, Debbe? Żal ci ich?

– Co ty możesz wiedzieć, Itka – miauknęła cicho, złowrogo
kotka. – Żal? Może i tak, żal mi ich. Żal mi dotyku
ich rąk. Żal mi szmeru ich oddechów, gdy śpią. Żal mi
ciepła ich kolan. Żal mi naszej muzyki, którą, ledwo poznaną,
tracę. Bo to jest nikomu niepotrzebna muzyka i nigdy nikogo już
nią nie uratujemy. Dlatego, że w każdej minucie, w każdej
sekundzie, w tysięcznych punktach tej planety rozbrzmiewa veehal i
będzie rozbrzmiewał coraz częściej. Aż do końca. Was też
mi żal. Ciebie, Itka, i Kerstena, i Pasiburduka. Żal mi
was, przegranych, zmuszonych do ucieczki. I siebie też mi żal,
bo przecież i tak pójdę z wami, jako jedna z was. Chociaż
to nie ma żadnego sensu.

– Mylisz się, Debbe – rzekł spokojnie Kersten. – My nie
uciekamy. Tym razem nam się nie udało. Ale w Bremie… w Bremie czekają
inni. Od niepamiętnych czasów Muzykanci schodzą się do Bremy. A gdy
będzie nas więcej, silniejsza będzie i nasza muzyka, i kiedyś
zamkniemy Zasłonę ostatecznie i na zawsze, uczynimy z niej nieprzenikalny
mur. Dlatego mylisz się, sądząc, że nasza muzyka jest niepotrzebna.
I że ją utraciłaś. To nieprawda. I ty o tym wiesz.

– Uczucia biorą u ciebie górę nad rozumem, Debbe – dodał
Itka. – Co z tego, że to miasto trochę się wyludni? W końcu
zasłużyli na to. A ty… myślisz o ratowaniu jednostek. Pojedynczych
ludzi, tych, których lubisz? To nieracjonalne. Myśl o gatunku.
Jednostki nie mają znaczenia.

Kotka wstała raptownie, przeciągnęła się, mierząc szczura zielonym,
złym spojrzeniem, w którym przez sekundę zagrała i zabłysła krwawa
nienawiść gatunków. Itka nie drgnął nawet. Był Muzykantem i Debbe
była Muzykantką. Patrzył, jak odchodzi na bok, pomiędzy osty i baldachimy
traw, wyniosła, dumna i niepokonana. Do końca.

– Sentymentalna idiotka – mruknął, gdy był pewien, że
kotka go już nie usłyszy.

– Zostaw ją – warknął Kersten. – Nie możesz jej zrozumieć.

– Mogę – wyszczerzył zęby szczur. – Ale nie chcę. Tłumaczyć
dlaczego, też nie chcę. Najważniejsze, że jest z nami.
To dobra Muzykantka. Kersten, może byśmy tak sobie wreszcie
poszli?

– Poszli? – uśmiechnął się pies. – Dlaczego mamy
iść, jeżeli możemy pojechać?


Dieter Wipfler

Dieter Wipfler przetarł oczy wierzchem dłoni, usiłując opanować dreszcze,
mdłości i zawrót głowy. Wytarł spocone ręce o spodnie, chwycił
kierownicę, ruszył, gdy zapaliło się zielone światło. Nie wiedział,
gdzie jest. Z całą pewnością nie była to droga na Świecko,
na której powinien się znajdować.

Ulice były puste, wyludnione, jak ze złego snu. Dieter Wipfler przymknął
oczy, mocno je zacisnął, otworzył. Co ja tu robię, myślał, mijając
krańcówkę tramwaju, gdzie ja jestem? Co ja tu robię? Co się ze mną
dzieje, verfluchte Scheisse, ich muss krank sein. Jestem chory.
Zjadłem coś trującego. Muszę się zatrzymać. Nie wolno mi
jechać w takim stanie. Zatrzymać się. To, co leżało na
krawężniku, to nie mógł być trup. Muszę się zatrzymać!

Dieter Wipfler nie zatrzymał się. Minął krańcówkę tramwaju i ogródki
działkowe, jechał dalej żużlową drogą, skrajem okropnego pustkowia,
prosto w dziki księżycowy pejzaż. Jechał, chociaż
nie chciał jechać. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Nie mógł
wiedzieć.

Zza roztęczowionej, drżącej zasłony Dieter Wipfler widział kończystą,
smukłą wieżę kościoła buchającą jęzorami ognia. Widział drewniane
rusztowania i zwisające z nich okaleczone ciała.

Das ist unmöglich!

Widział małego, czarnego człowieka, wymachującego krucyfiksem, krzyczącego…

Das ist unmöglich! Ich träume!

Locus terribilis!

Ogromna ciężarówka jechała wolno, miażdżąc kołami żużel,
wygniatając w połaciach gliny zębate ślady protektorów. Na niebieskim
boku potężnej przyczepy widniał napis, złożony z wielkich,
trupiobiałych liter:

KHN TEXTILTRANSPORTE GmbH

A poniżej była nazwa miasta:

BREMEN


Żółty pokój

Chłopiec spał niespokojnie, rzucał się. Venerdina postawiła uszy,
wytężyła słuch.

To coś, co powoli pełzło po murze, nie miało stałego kształtu
– to była czarna plama, kłębek ciemności, pulsujący, rozdymający
się, penetrujący mrok długimi mackami. Sierść na grzbiecie Venerdiny
zjeżyła się jak szczotka.

Stwór, już na parapecie uchylonego okna, nadął się, zaczął twardnieć,
unosić się na pokręconych odnóżach. Najeżył się kolcami, wzniósł
w górę żądlasty ogon.

Kotka zmieniła pozycję. Przeciągnęła się lekko, wyciągnąwszy
obie łapki, wystawiła pazury. Wpatrzona w stwora szeroko otwartymi
oczami, położyła uszy, skurczyła pyszczek, obnażając kły.

Stwór zawahał się.

Tylko spróbuj, powiedziała Venerdina. Spróbuj tylko. Przyszedłeś
mordować śpiących, spróbuj stawić czoła tej, która czuwa. Lubisz
zadawać ból i śmierć? Ja również. No, wejdź, jeśli
się ośmielisz!

Stwór nie poruszył się.

Precz, powiedziała kotka z pogardą.

Przyczajony na parapecie kłębek mroku, czarny jak nicość,
skurczył się, oklapł. I znikł.

Chłopiec jęknął przez sen, obrócił się na drugi bok. Oddychał
równo.

Venerdina lubiła słuchać, jak oddycha.


Iza

Ela Gruber nie żyła. Miała oczy otwarte, ale Iza była
pewna, że nie żyje. Nie bardzo wiedziała, co zrobić.
W tym momencie otworzyły się drzwi. Weszła pielęgniarka.

– Obawiam się… – zaczęła Iza i urwała.

Pucołowata twarz pielęgniarki, jeszcze nie tak dawno temu
sympatycznie naiwna, zmieniła się. Teraz była to twarz idiotki, kretyńsko
uśmiechniętej hebefreniczki.

Pielęgniarka, nie zauważając Izy, podeszła do łóżka
Eli Gruber, bezmyślnym, automatycznym ruchem poprawiła poduszkę.
Ze stolika, stojącego obok, wzięła szklankę. Zapatrzona w okno, zgniotła
ją w pięści. Z jej dłoni spłynęła strużka krwi. Pielęgniarka
nie zwróciła na to uwagi, jej twarz nie drgnęła nawet. Podwinąwszy
lewy rękaw, odłamkiem szkła rozcięła sobie wewnętrzną stronę przedramienia,
ostrym, gwałtownym pociągnięciem – od zgięcia łokcia aż po
wnętrze dłoni – raz, potem drugi raz. Krew bryznęła na biały fartuch,
na połyskliwy blat stolika, na pościel, siknęła ostro na linoleum.
Pielęgniarka zatrzęsła się we wstrzymywanym śmiechu, uniosła rękę,
lubując się tętniącymi falami buchającej krwi.

– Na pomooooc! – wrzasnęła Iza, przełamując dławiącą
jej gardło zgrozę. – Ludzie! Na pomoc! Niech ktoś pomoże!

– …dzieeeee! – zawtórował histeryczny krzyk z korytarza.
– Ludzieeeee!

Do krzyku dołączyły inne, głośne, nienaturalne. Iza
zorientowała się, że nakłada się na nie wycie syreny karetki.
Pod pielęgniarką ugięły się nogi, dziewczyna ciężko klapnęła na
linoleum, schyliła głowę, zaczęła łkać.

Iza, cofając się, nie mogąc oderwać wzroku od pielęgniarki,
wymacała za plecami klamkę, wybiegła na korytarz.

Przy kaloryferze, opierając czoło o ścianę, klęczał
młody lekarz, którego nie znała, rękawem wycierał cieknące po twarzy
łzy. Spojrzał na Izę błędnym, przestraszonym wzrokiem.

– To wojna, proszę pani – wybełkotał. – To
pewnie bomby z gazem psychotropowym. Pewnie użyto broni bakteriologicznej.
Wszyscy powariowali… Wszyscy… To wojna! Trzeba zejść do schronów!

Iza cofnęła się, przerażona. Obok, z oddziału, słychać
było brzęk i odgłosy walki. Coś ciężkiego huknęło o zamknięte
drzwi.

– Gdzie tu jest schron? – krzyknął lekarz przy
kaloryferze. – Ja nie chcę umierać.

– Miliiicjaaaa! – wył ktoś piętro wyżej.
– Jezuuuuu! Ratunkuuu!

Drzwi otworzyły się, oparte o nie ciało, zbryzgane czerwienią,
wysunęło się na korytarz. Ogromny, półnagi, nie ogolony mężczyzna,
uzbrojony w żelazny pręt, powoli, ostrożnie przestąpił nad
trupem. Lekarz przy kaloryferze wrzasnął, wtulając twarz w żeliwne
żeberka. Półnagi zakrakał dzikim śmiechem i uniósł pręt.

Iza obróciła się i popędziła przez korytarz, ścigana
krzykiem i tępymi odgłosami razów.

Wybiegła przed szpital, przed samym wejściem poślizgnęła
się na zwiędłych liściach, z trudem utrzymała równowagę. Przed
szpitalem stała karetka pogotowia, migocząca prawym kierunkowskazem.
Boczne drzwi były otwarte, kierowca leżał na siedzeniach,
jego ręka, fioletowosina w świetle jarzeniówek, zwisała bezwładnie
na zewnątrz. Z głębi szpitala dobiegało obłąkańcze wycie, wrzask,
brzęk tłuczonych szyb i szklanych naczyń.

Ulicą przemknął samochód z rozbitym przodem, z przygarbioną,
pogiętą pokrywą silnika. Nad miastem, od strony ogródków działkowych,
unosiła się powoli łuna, chmura dymu i krzyki, z oddali przypominające
brzęczenie chrabąszczy.

Iza spojrzała na niebo, które zdążyło już nabrać
koloru purpury przetykanej cienkimi, złotymi nitkami. Krople upadły
jej na twarz. Starła je i pobiegła.

W domu po przeciwnej stronie ulicy z brzękiem wyleciała
okienna szyba, a za nią dziecko. Trzykrotnie obróciło się w powietrzu,
zanim plasnęło o beton. Iza biegła. Krople – a może łzy –
spływały jej po policzkach.

Obok jej fiata leżał mężczyzna w pasiastej piżamie,
wpółoparty o mur przy bramie. Oddychał, rzężąc, przy każdym
wydechu u nozdrzy rosły mu krwawe, pękające bańki.

Nie mogła odszukać kluczyków w torebce. Drżącymi rękoma
wytrząsnęła na chodnik całą zawartość. Podniosła tylko kluczyki
i portmonetkę.

Coś zgrzytnęło tuż obok niej, aż drgnęła,
upuszczając kluczyki. Żeliwna pokrywa kanału ściekowego podskoczyła,
upadła na chodnik, a z kanału, z głuchym mlaśnięciem, trysnęła
krew, zmieszana z nieczystościami, szeroko rozlewając się po asfalcie,
wlewając się jej do butów obrzydliwym ciepłem. Iza wrzasnęła, cofnęła
się od samochodu, potknęła się o ciało mężczyzny w piżamie,
przylgnęła plecami do muru. W czarnej, lśniącej otchłani kanału
coś poruszało się, pluszcząc i bulgocąc.

Zza rogu ulicy, wyjąc, wybiegł człowiek, za nim drugi,
obaj w szaleńczym tempie minęli Izę, pobiegli dalej. Iza zamarła,
uniosła głowę. Wiatr, ciepły wiatr, który zerwał się nagle, uderzył
w nią przerażającym smrodem.

Zza rogu ulicy…

Iza znała to uczucie. Pamiętała je z dzieciństwa –
sen, który tylekroć sprawiał, że budziła się z krzykiem. Sen,
w którym sparaliżowana, bezwolna, patrzyła na drzwi, zamknięte
od wewnątrz na zasuwę, wiedząc, że za chwilę, pomimo zasuwy, te
drzwi jednak otworzą się. Otworzą się, a za nimi stanie coś, przed
czym nie ma ratunku ani ucieczki. Coś, co nie zostawia nadziei.

Nie wiedząc o tym, krzyczała cienkim, nieustającym falsetem, wizgiem
katowanego zwierzęcia. Nagle stała się zwierzęciem, tu, na tej ciemnej,
zalanej krwią i gównem ulicy, wśród asfaltu, betonu, szkła, samochodów
i elektryczności, wśród tysięcznych wytworów cywilizacji,
z których żaden nie miał w tej chwili najmniejszego znaczenia.
Nagle była bobrem dławionym elastycznym drutem sideł, lisem, którego
łapę miażdżą stalowe szczęki pułapki, foką tłuczoną drągiem
po głowie, sarną postrzeloną z obrzyna, tarzającym się w konwulsjach
otrutym szczurem. Była tymi, z którymi dzieliła strach i ból, i pewność,
że za chwilę będzie niczym – bo niczym jest zimny, zbroczony,
cuchnący ochłap.

To coś, co za rogiem ulicy zgrzytało i chrobotało, akcentując
swoje kroki ciężkim, chrapliwym dyszeniem, wyszło i spojrzało
na nią złocisto-karminową poświatą ogromnych oczu.

Wrzask zgasł w gardle Izy w zduszonym rzężeniu. Jej świadomość,
rozum, inteligencja i wola eksplodowały i pękły, jak ciśnięta
o bruk żarówka.

Krostowaty przeszedł przez przedartą Zasłonę.