Widzę tunel lustrzany, wyżłobiony, zda się

W podziemiach moich marzeń, groźny i zaklęty

Samotny, stopą ludzką nigdy nie dotknięty

Nie znający pór roku, zamarły w bezczasie.
Widzę baśń zwierciadlaną, kędy zamiast słońca

Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa

Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa

Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca…

Bolesław Leśmian

Bretania, odkąd sięgnę pamięcią, kojarzy mi się
z mżawką, z szumem fal, wdzierających się w poszarpaną kamienistą
plażę. Barwy Bretanii, którą pamiętam, to szarość i biel.
I oczywiście aqua marina, jakżeby inaczej.

Dotknąłem boku konia ostrogą, ruszyłem w stronę wydm,
szczelniej otulając się płaszczem. Drobne krople – zbyt drobne,
by wsiąkać – osiadały gęsto na tkaninie, na grzywie konia, mętną
parą ćmiły połysk metalowych części ekwipunku. Horyzont wypluwał
ciężkie, kłębiaste, szarobiałe chmury, toczące się po niebie w
stronę lądu.

Wjechałem na pagórek, porośnięty kępami sztywnej, szarej trawy.
I wtedy ją zobaczyłem, czarną na tle nieba, nieruchomą, zastygłą jak
posąg. Podjechałem bliżej. Koń ciężko stąpał po piachu, wilgotnym
tylko cienką, wierzchnią warstwą, pękającą pod naciskiem kopyt.

Siedziała na siwym koniu, niewieścim sposobem, owinięta ciemnoszarą,
powłóczystą opończą. Kaptur miała odrzucony na plecy, jej jasne włosy
były wilgotne, skręcone, zlepione na czole. Trwając w bezruchu, patrzyła
na mnie spokojnym, jakby zamyślonym wzrokiem. Emanowała spokojem.
Jej koń potrząsnął łbem, zabrzęczał uprzężą.

– Bóg z tobą, rycerzu – odezwała się, uprzedzając mnie. Głos
też miała spokojny, opanowany. Taki, jakiego oczekiwałem.

– I z tobą, pani.

Miała regularnie owalną, miłą twarz, pełne usta o interesującym wykroju,
nad prawą brwią znamię lub małą bliznę w kształcie odwróconego półksiężyca.
Rozejrzałem się. Dookoła były wyłącznie wydmy. Ani śladu orszaku,
wozu, pachołków. Była sama.

Jak ja.

Podążyła wzrokiem za moim spojrzeniem, uśmiechnęła się.

– Jestem sama – potwierdziła niezaprzeczalny fakt. –
Czekałam tu na ciebie, rycerzu.

Aha. Czekała na mnie. Rzecz wyglądała interesująco, albowiem nie miałem
pojęcia, kim jest. I nie spodziewałem się zastać na tej plaży
nikogo, kto mógłby mnie oczekiwać. Tak mi się przynajmniej wydawało.

– A zatem – zwróciła ku mnie twarz, tchnącą spokojem i chłodem
– ruszajmy, rycerzu. Jestem Branwen z Kornwalii.

Nie była z Kornwalii. I nie była Bretonką.

Są powody, dla których zdarza mi się nie pamiętać tego, co wydarzyło
się w niedalekiej nawet przeszłości. Zdarzają mi się czarne luki
w pamięci. I odwrotnie, zdarza mi się niekiedy pamiętać wydarzenia,
co do których jestem prawie pewien, że nie miały miejsca. Dziwne
rzeczy dzieją się czasami z moją głową. Czasami się mylę. Ale irlandzkiego
akcentu, akcentu z Tary i wzgórz Temair, nie pomyliłbym z żadnym
innym. Nigdy.

Mogłem jej to powiedzieć. Ale nie powiedziałem.

Skłoniłem hełm, pięścią w rękawicy dotknąłem kolczugi
na piersi. Nie przedstawiłem się. Miałem prawo nie przedstawiać się.
Odwrócona tarcza przy moim kolanie była czytelnym i szanowanym sygnałem
chęci utrzymania incognito. Obyczaj rycerski zaczynał już
na dobre przybierać charakter powszechnie uznawanej normy. Nie był
to wcale najzdrowszy objaw, zważywszy, że obyczaj rycerski
stawał się coraz bardziej idiotyczny i niemożebnie dziwaczał.

– Jedźmy – powtórzyła.

Ruszyła koniem w dół, między kopczyki wydm, nastroszone
trawami niby szczeciną. Podążyłem za nią, dogoniłem, pojechaliśmy
bok w bok. Chwilami nawet wysuwałem się do przodu – ktoś patrzący
na nas mógłby pomyśleć, że to ja prowadzę. Nie przejmowałem
się. Kierunek z grubsza biorąc, zdawał się być słuszny.

Bo za nami było morze.

Nie rozmawialiśmy. Branwen, chcąca uchodzić za Kornwalijkę,
kilkakrotnie odwracała ku mnie twarz, sprawiając wrażenie, jakby
chciała o coś zapytać. Ale nie spytała. Byłem wdzięczny. Czułem,
że jestem sposobny do bardzo niewielu odpowiedzi. Milczałem również
i myślałem – o ile można tak nazwać proces mozolnego układania
w sensowny porządek wirujących w głowie obrazów i faktów.

Czułem się źle. Naprawdę źle.

Z zamyślenia wyrwał mnie zduszony krzyk Branwen i
widok zębatego ostrza tuż przed moją piersią. Uniosłem głowę.
Ostrze należało do rohatyny, trzymanej przez draba w rogatej błazeńskiej
czapce i porwanej kolczudze. Drugi, z paskudną, ponurą gębą, trzymał
konia Branwen za wodze przy munsztuku. Trzeci, stojący kilka kroków
za nimi, mierzył do mnie z kuszy. Nie cierpię, kiedy mierzy się do
mnie z kuszy. Gdybym był, zaraza, papieżem, to zakazałbym wyrobu
kusz pod karą ekskomuniki.

– Spokojnie, rycerzu – powiedział ten, który trzymał kuszę,
celując prosto w moje gardło. – Nie zabiję cię. Jeżeli nie
będę musiał. Ale jeżeli dotkniesz miecza, będę musiał.

– Potrzebne jest nam żarcie, ciepłe odzienie i trochę grosza
– oświadczył ten ponury. – Waszej krwi nie chcemy.

– Nie jesteśmy dzikusami – rzekł ten w śmiesznej
czapce. – Jesteśmy solidni, fachowi zbójcy. Mamy swoje zasady.

– Pewnie odbieracie bogatym, oddajecie biednym? – spytałem.

Ten w śmiesznej czapce uśmiechnął się szeroko, aż po dziąsła.
Miał czarne, lśniące włosy i śniadą twarz południowca, zjeżoną
kilkudniowym zarostem.

– Nasza solidność nie sięga aż tak daleko – powiedział.
– Odbieramy wszystkim, jak leci. Ale że sami jesteśmy
biedni, wychodzi na to samo. Hrabia Orgellis rozpuścił nas, rozwiązał
drużynę. Do czasu, gdy zaciągniemy się do kogoś innego, musimy
żyć, nie uważasz?

– Po co mu to mówisz, Bec de Corbin? – odezwał się ten ponury.
– Po co mu się tłumaczysz? Przecież on kpi sobie z nas. Chce
obrazić.

– Jestem ponad to – powiedział dumnie Bec de Corbin. –
Puszczam mimo uszu. No, rycerzu, nie traćmy czasu. Odtrocz juki i
rzuć je tu, na drogę. Obok niechaj spocznie twoja sakiewka. I płaszcz.
Zauważ, nie żądamy ani konia, ani zbroi. Wiemy, gdzie jest
granica.

– Niestety – rzekł ten ponury, paskudnie mrużąc oczy.
– Musimy cię również prosić o tę panią. Na czas jakiś.

– Och, tak, byłbym zapomniał – Bec de Corbin wyszczerzył
znowu zęby. – Rzeczywiście, musimy mieć tę niewiastę. Sam
rozumiesz, rycerzu, pustkowie, samotność… Już zapomniałem,
jak wygląda naga kobieta.

– A ja nie mogę zapomnieć – powiedział kusznik. – Widzę
to co noc, gdy tylko zamknę oczy.

Zapewne musiałem się bezwiednie uśmiechnąć, bo Bec de Corbin gwałtownym
ruchem zbliżył mi rohatynę do twarzy, a kusznik rzutem uniósł
broń do policzka.

– Nie – powiedziała nagle Branwen. – Nie, nie trzeba.

Spojrzałem na nią. Bladła stopniowo, od dołu twarzy, od ust. Ale głos
miała ciągle spokojny, zimny, opanowany.

– Nie trzeba – powtórzyła. – Nie chcę, abyś zginął
z mojego powodu, rycerzu. Nie zależy mi też, by mnie dodatkowo
posiniaczyli i zrujnowali odzienie. W końcu, cóż to takiego…
Wiele nie żądają.

Nie zdziwiłem się bardziej niż rozbójnicy. Mogłem wszak domyśleć
się wcześniej. To, co brałem za chłód, za spokój, za niewzruszone
opanowanie, było po prostu rezygnacją. Znałem to.

– Rzuć im swoje tobołki – ciągnęła Branwen, blednąc jeszcze
bardziej – i jedź. Proszę cię. Kilka staj stąd jest krzyż
na rozstaju. Zaczekasz tam na mnie. Myślę, że to długo nie
potrwa.

– Niecodziennie trafiają się tak rozsądni ludzie – powiedział
Bec de Corbin, opuszczając włócznię.

– Nie patrz tak na mnie – szepnęła Branwen. Niewątpliwie,
coś musiało być w mojej twarzy, chociaż wydawało mi się, że
nieźle nad sobą panuję.

Sięgnąłem za siebie, udając, że rozwiązuję rzemień juków, niepostrzeżenie
wyjąłem prawą stopę ze strzemienia. Uderzyłem konia ostrogą i kopnąłem
Beca de Corbin w twarz tak, że poleciał do tyłu, balansując rohatyną
jak linoskoczek na linie. Wyciągając miecz, schyliłem głowę, a wycelowany
w moje gardło bełt huknął po czaszy hełmu, ześlizgnął się. Uderzyłem
ponurego z góry, ładnym, klasycznym sinistrem, a skok konia
ułatwił mi wyrwanie klingi z jego czaszki. Nie jest to wcale takie
trudne, jeśli się wie, jak to zrobić.

Bec de Corbin, gdyby chciał, mógł zwiać na wydmy. Nie chciał. Myślał,
że zanim zdołam zawrócić konia, zdąży wbić mi rohatynę w plecy.
Źle myślał.

Chlasnąłem go szeroko, po rękach, dzierżących drzewce, i jeszcze
raz, przez brzuch. Chciałem niżej, ale mi nie wyszło. Nikt nie
jest doskonały.

Kusznik też nie należał do tchórzliwych, zamiast uciekać,
napiął ponownie cięciwę i spróbował wycelować. Wstrzymując konia,
chwyciłem miecz w połowie klingi i rzuciłem. Wyszło. Upadł tak ładnie,
że nie musiałem zsiadać, by odzyskać broń.

Branwen, schyliwszy głowę na koński kark, płakała, dławiła się szlochem.
Nie powiedziałem słowa, nie zrobiłem gestu. Niczego nie zrobiłem.
Pojęcia nie mam, co należy zrobić, gdy kobieta płacze. Pewien
bard, którego poznałem w Dinas Dinlleu, w Gwynedd, twierdził, że
najlepszym sposobem jest wówczas rozpłakać się samemu. Nie wiem, żartował
czy mówił poważnie.

Wytarłem starannie klingę miecza. Wożę pod siodłem szmatkę, która
służy mi do wycierania klingi w podobnych sytuacjach. Wycieranie
klingi uspokaja ręce.

Bec de Corbin rzęził, jęczał i starał się umrzeć. Mogłem zsiąść
i dobić go, ale nie czułem się najlepiej. Poza tym niespecjalnie mu
współczułem. Życie jest okrutne. Mnie, jak pamiętałem, też
nikt nie współczuł. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Zdjąłem hełm, kolczy kaptur i myckę. Zupełnie mokrą. Spociłem się,
mówię wam, jak mysz w połogu. Czułem się parszywie. Powieki ciążyły
mi, jakby były z ołowiu, a w ramionach i łokciach narastało bolesne
drętwienie. Płacz Branwen słyszałem jak poprzez ścianę z drewnianych
bali, porządnie ogaconą mchem. W głowie rozdzwonił się i rozkołatał
tępy, falujący ból.

Skąd wziąłem się na tych wydmach? Skąd przybywam i dokąd zmierzam?
Branwen… Słyszałem gdzieś to imię. Ale nie mogłem… nie mogłem
sobie przypomnieć…

Odrętwiałymi palcami dotknąłem zgrubienia na głowie, starej szramy,
śladu po tamtym straszliwym cięciu, które otworzyło mi czaszkę
i wbiło w nią powyginane krawędzie rozłupanego hełmu.

Cóż w tym dziwnego, pomyślałem, że nosząc coś takiego
mam czasami pustkę we łbie? Cóż dziwnego w tym, że czarny,
otwierający się na mętną poświatę korytarz z moich snów zdaje
się prowadzić mnie i na jawie?

Siąkaniem nosa i pokasływaniem Branwen dała mi znać, że
już. Przemogłem suchość w gardle.

– Jedziemy? – spytałem, celowo oschle, twardo, by zamaskować
słabość.

– Tak – odpowiedziała równie oschle. Otarła oczy
wierzchem dłoni. – Rycerzu?

– Słucham cię, pani?

– Gardzisz mną, prawda?

– Nieprawda.

Gwałtownie odwróciła się, popędziła konia, drogą wśród
wydm, w kierunku skał. Podążyłem za nią. Czułem się źle.

Czułem zapach jabłek.

* * *

Nie lubię zamkniętych bram, opuszczonych krat, podniesionych
zwodzonych mostów. Nie lubię stać niczym dureń nad śmierdzącą
fosą. Nienawidzę zrywać sobie gardła, odpowiadając knechtom, niezrozumiale
krzyczącym z blanków i zza ambrazur, nie wiedząc, czy lżą mnie,
kpią czy pytają o imię.

Nienawidzę podawać imienia, kiedy nie mam ochoty go podawać.

Dobrze się tedy złożyło, że brama była otwarta, krata podniesiona,
a wsparci na halabardach i partyzanach knechci niespecjalnie gorliwi.
Jeszcze lepiej się złożyło, gdy człowiek w aksamitach, pozdrowiwszy
Branwen na podwórcu zadowolił się kilkoma jej słowami i o nic mnie
nie pytał. Grzecznie podał Branwen dłoń i przytrzymał strzemię, grzecznie
odwrócił wzrok, gdy zsiadając pokazała spod spódnicy łydkę i kolano.
Grzecznie dał znać, byśmy szli za nim.

Zamek był przeraźliwie pusty. Jak wymarły. Było zimno, a widok
czarnych, wygaszonych kominków sprawiał, że robiło się jeszcze
zimniej. Czekaliśmy, ja i Branwen, w wielkiej, zimnej sali, wśród
skośnych smug światła, wpadającego przez ostrołukowe okna.
Nie czekaliśmy długo. Skrzypnęły niskie drzwi.

Teraz, pomyślałem, a myśl rozbłysła mi pod czaszką jak biały,
chłodny, oślepiający płomień ukazując na moment długą, nie kończącą
się głębię czarnego korytarza. Teraz, pomyślałem. Teraz wejdzie
ona.

Weszła. Ona.

Iseult.

Aż mną coś targnęło, gdy weszła, gdy zajaśniała bielą
w ciemnym obramowaniu drzwi. Wierzcie lub nie, na pierwszy rzut oka
była nie do odróżnienia od tamtej, irlandzkiej Iseult, od mojej
krewniaczki, od Złotowłosej Iseult z Atha Cliath, córki Diarmuida
Mac Cearbhailla, króla Tary. Dopiero drugie spojrzenie ujawniało różnice
– włosy odrobinę ciemniejsze i bez tendencji do zwijania się w
loki. Oczy zielone, nie modre, bardziej okrągłe, pozbawione tamtego
niepowtarzalnego, migdałowego kształtu. Usta inne w wyrazie. I ręce.

Ręce miała, w rzeczy samej, bardzo piękne. Myślę, że przywykła
do komplementujących porównań do alabastru lub słoniowej kości,
mnie jednak biel i gładkość tych rąk kojarzyły się z płonącymi
w półmroku, rozjarzonymi do transparencji świecami w kaplicy Ynis
Witrin w Glastonbury.

Branwen dygnęła głęboko. Ja przyklęknąłem, schyliwszy głowę, oburącz
wyciągnąłem w jej stronę miecz w pochwie. Tak, jak kazał zwyczaj,
oddawałem jej na usługi moją klingę. Cokolwiek by to miało oznaczać.

Odpowiedziała ukłonem, zbliżyła się, dotknęła miecza końcami smukłych
palców. Mogłem już wstać. Ceremoniał zezwalał. Oddałem miecz temu
w aksamitach, jak kazał zwyczaj.

– Witam na zamku Carhaing – powiedziała Iseult. – Pani…

– Jestem Branwen z Kornwalii. A to mój towarzysz…

No, ciekawe, pomyślałem.

– …rycerz Morholt z Ulsteru.

Na Luga i Lira! Przypomniałem sobie. Branwen z Tary. A później
Branwen z Tintagelu, oczywiście. Ona.

Iseult przypatrywała się nam w milczeniu. Wreszcie, złożywszy
razem słynne, białe dłonie, z chrzęstem wyłamała palce.

– Przybywacie od niej? – spytała cicho. – Z Kornwalii?
Jak się tu dostaliście? Codziennie wypatruję statku i wiem, że
jeszcze nie przybił do naszych brzegów.

Branwen milczała. I ja, rzecz jasna, też nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

– Mówcie – rzekła Iseult. – Kiedy przypłynie tu statek,
na który czekamy? Kto będzie na jego pokładzie? Jaki będzie kolor
żagla, pod którym przybędzie tu korab z Tintagelu? Biały? Czy
czarny?

Branwen nie odpowiedziała. Iseult o Białych Dłoniach kiwnęła głową,
sugerując, że rozumie. Zazdrościłem jej tego.

– Tristan z Lionesse, mój mąż i pan – powiedziała –
jest ciężko ranny. W walce przeciw hrabiemu Estultowi Orgellis
i jego najemnikom przebito mu udo lancą. Rana jątrzy się… i nie
chce goić…

Głos Iseult załamał się, piękne ręce zadygotały.

– Tristana trawi gorączka od wielu dni. Często majaczy, popada
w omdlenia, nie poznaje nikogo. To ja czuwam przy jego łożu, pielęgnuję
go, leczę, uśmierzam boleści. Jednakowoż, zapewne moja
niezręczność i nieudolność spowodowały, że Tristan posłał
mego brata do Tintagelu. Mąż mój uważa zapewne, że w Kornwalii
łatwiej o dobrych medyków.

Milczeliśmy, Branwen i ja.

– Wciąż jednak nie ma wieści od mego brata,
wciąż ani śladu po żaglu jego korabia – ciągnęła Iseult
o Białych Dłoniach. – I oto nagle, zamiast tej, na którą czeka
Tristan, zjawiasz się ty, Branwen. Co cię tu sprowadza? Ciebie, służkę
i powiernicę Złotowłosej Królowej z Tintagelu? Czy przywiozłaś
może magiczny eliksir?

Branwen pobladła. Poczułem nieoczekiwane ukłucie żalu.
Bo w porównaniu z Iseult, smukłą, wysoką, zwiewną i dostojną, tajemniczą
i wściekle piękną, Branwen wyglądała jak prosta irlandzka wieśniaczka,
pucołowata, lniana, zgrzebna, okrąglutka w biodrach, z włosami wciąż
nieporządnie poskręcanymi od deszczu. Wierzcie lub nie, było mi jej
żal.

– Już raz Tristan przyjął z twoich rąk magiczny
napój, Branwen – kontynuowała Iseult. – Napój, który wciąż
działa i zabija go powoli. Wtedy, na statku, Tristan przyjął z twoich
rąk śmierć. Może więc teraz przybywasz, by dać mu życie?
Zaprawdę, Branwen, jeśli tak jest, spiesz się. Czasu zostało mało.
Bardzo mało.

Branwen nie drgnęła. Twarz miała nieruchomą jak lalka
z wosku. Ich oczy, jej i Iseult, płonące ogniem i siłą, spotkały się,
zwarły. Wyczuwałem napięcie, trzeszczące jak skręcana lina. Wbrew
moim oczekiwaniom to Iseult okazała się silniejsza.

– Pani Iseult – Branwen padła na kolana, pochyliła
głowę – masz prawo mieć do mnie żal. Ale nie proszę cię o
wybaczenie, bo nie przed tobą zawiniłam. Ciebie proszę wyłącznie o
łaskę. Chcę go zobaczyć, piękna Iseult o Białych Dłoniach. Chcę zobaczyć
Tristana.

Jej głos był cichy, miękki, spokojny. W oczach Iseult był już
tylko smutek.

– Dobrze – powiedziała. – Zobaczysz go. Chociaż
przysięgłam sobie, że nie pozwolę, by dotykały go obce oczy i
dłonie. Zwłaszcza jej dłonie. Dłonie Kornwalijki.

– Nie jest pewne, czy ona przypłynie tu z Tintagelu – szepnęła
Branwen, wciąż na kolanach.

– Wstań, proszę – Iseult o Białych Dłoniach uniosła głowę,
a w oczach jej zabłysły wilgotne diamenty. – Nie jest pewne, powiadasz.
A ja… Ja pobiegłabym boso przez śnieg, przez ciernie, przez
rozżarzone węgle, gdyby… Gdyby tylko mnie wezwał. Ale on mnie
nie wzywa, chociaż o tym wie. Wzywa tę, co do której nie ma tej
pewności. Nasze życie, Branwen, nie ustaje w zadziwianiu nas
ironią.

Branwen uniosła się z kolan. Jej oczy, widziałem to wyraźnie,
też wypełniły się diamentami. Ech, niewiasty…

– Idź więc do niego, miła Branwen – rzekła gorzko Iseult.
– Idź i zanieś mu to, co widzę w twoich oczach. Ale przygotuj
się na najgorsze. Bo gdy uklękniesz przy jego łożu, Tristan rzuci
ci w twarz imię, które nie będzie twoim. Rzuci ci je w twarz jak obelgę.
Idź. Słudzy wskażą ci drogę.

Zostałem z nią sam, gdy Branwen wyszła za pachołkiem. Nie liczyłem
kapelana z błyszczącą tonsurą, schylonego nad ławą, mamroczącego pod
nosem łacińskie dyrdymały. Nie zauważyłem go wcześniej. Czy
był tu cały czas? Do diabła z nim. Nie przeszkadzał mi.

Iseult, wciąż bezwiednie wyłamując palce białych dłoni, patrzyła
na mnie badawczo. Szukałem w jej oczach wrogości i nienawiści.
Bo przecież musiała wiedzieć. Gdy poślubia się żywą, chodzącą
legendę, poznaje się tę legendę w najdrobniejszych szczegółach. A
ja, zaraza, taki drobny nie byłem.

Patrzyła na mnie, a coś bardzo dziwnego było w jej spojrzeniu.
Potem, zebrawszy powłóczystą suknię dookoła wąskich bioder, usiadła
w rzeźbionym karle, zaciskając białe dłonie na poręczach.

– Usiądź tu, przy mnie – powiedziała – Morholcie
z Ulsteru.

Usiadłem.

O moim pojedynku z Tristanem z Lionesse krąży mnóstwo nieprawdopodobnych,
od początku do końca zełganych historii. W jednej nawet zrobiono ze
mnie smoka, którego Tristan zwyciężył, zdobywając tym samym formalne
prawo do Iseult o Złotych Włosach. Dobre, co? I romantyczne,
i usprawiedliwiające.
Czarnego smoka faktycznie nosiłem na tarczy, może to stąd. Bo
przecież każdy wie, że w Irlandii smoków nie ma od czasów
Cuchulainna.

Inna opowieść głosi, że walka miała miejsce w Kornwalii, zanim
jeszcze Tristan poznał Iseult. To nieprawda. To wymysł minstreli.
Jest faktem, że król Diarmuid posyłał mnie do Marka, do Tintagelu,
byłem tam kilkakrotnie i rzeczywiście ostro żarłem się o haracz,
należny Diarmuidowi od Kornwalijczyka, zaraza wie, z jakiego tytułu,
nie interesowałem się polityką. Ale wówczas nigdy nie spotkałem Tristana.

Nie spotkałem go też wtedy, gdy po raz pierwszy był w Irlandii.
Poznałem go dopiero podczas jego drugiej wizyty, kiedy to zjawił się,
by prosić o Złotowłosą dla Kornwalii. Mark, syn Meichriona, kuzyn
Wielkiego Artura, zapragnął uczynić z naszej Iseult panią Tintagelu.
Dwór Diarmuida, jak zwykle przy podobnych okazjach, podzielił się
na takich, co popierali tę koligację i na takich, co byli przeciw.
Do tych ostatnich należałem ja. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia,
o co dokładnie szło, jak wspomniałem, nie miałem inklinacji ani do
polityki, ani do intrygi. Było mi obojętne, za kogo wydadzą Iseult.
Ale umiałem i lubiłem się bić.

Plan, na ile go pojmowałem, był prosty, w istocie nie zasługiwał na
miano intrygi. Mieliśmy zerwać Markowe swaty, nie dopuścić
do koligacji z Tintagelem. Czy był lepszy sposób niż ukatrupienie
posła? Znalazłem okazję, zaczepiłem i obraziłem Tristana, a on mnie
wyzwał. On mnie, rozumiecie. Nie odwrotnie.

Biliśmy się w Dun Laoghaire, na brzegu Zatoki. Myślałem, że
prędko sobie z nim poradzę. Na pierwszy rzut oka dwukrotnie górowałem
nad nim wagą i co najmniej dwukrotnie doświadczeniem. Tak mi się
przynajmniej wydawało.

Pomyłkę poznałem zaraz w pierwszym starciu, kiedy kopie
poszły nam w drzazgi. Mało mi krzyże nie pękły, tak wbił mnie
w oparcie siodła, mało brakowało, a zwaliłby mnie razem z koniem.
Kiedy zawrócił i nie wołając o drugą kopię, dobył miecza, byłem uradowany
– kopia ma to do siebie, że przy odrobinie szczęścia i
dobrym wierzchowcu młodzik może rozwalić na miazgę nawet wprawnego
rycerza. Miecz – na dłuższą metę – jest sprawiedliwszy.

Pomacaliśmy się trochę po tarczach. Silny był jak
byk, silniejszy niż przypuszczałem. Walczył klasycznie – dexter,
sinister, niebo-dół, raz po razie, bardzo szybko, i ta jego
szybkość nie pozwalała mi wykorzystać przewagi doświadczenia,
narzucić mu mojego, mniej klasycznego stylu. Pomału zaczął mnie męczyć,
więc przy pierwszej okazji rąbnąłem go nieuczciwie, w udo, pod dolny
skraj tarczy, ozdobionej wspiętym lwem Lionesse.

Gdyby to było z ziemi, nie ustałby na nogach. Ale to było
z konia. Nawet nie zwrócił uwagi, że krwawi jak wieprz, że
bryzga ciemnym karminem na siodło, na kropierz, na piach. Ludzie,
którzy tam byli, darli się jak opętani. Byłem pewien, że upływ
krwi robi swoje, a ponieważ i ja byłem bliski granicy wyczerpania,
natarłem ostro, niecierpliwie i nieostrożnie, by zakończyć. I
to był mój błąd. Podświadomie trzymałem tarczę nisko, sądząc,
że zechce odwdzięczyć mi się takim samym, wrednym, dolnym cięciem.
Nagle coś rozbłysło mi w oczach i nie wiem, co było dalej.

Nie wiem. Nie wiem, co było potem, pomyślałem, patrząc
na białe dłonie Iseult. Czy to możliwe? Czyżby był tylko tamten
błysk, w Dun Laoghaire, ciemny korytarz, a zaraz potem szarobiałe
wybrzeże i zamek Carhaing?

Czy to możliwe?

I natychmiast, jak gotowa odpowiedź, jak niezbity dowód, jak niepodważalny
argument, przypłynęły obrazy, zjawiły się twarze, imiona, słowa, kolory,
zapachy. Wszystko tam było, każdy, każdziuteńki dzień. I te
dni zimowe, krótkie, niejasne zza rybich pęcherzy w oknach, i te wiosenne,
ciepłe, pachnące deszczem i parującą ziemią. Dni letnie, długie i
gorące, żółte od słońca i od słoneczników. Dni jesienne, barwiące
na tysiąc kolorów wzgórza pod Emain Macha. I wszystko, co zdarzyło
się w te dni – marsze, walki, pochody, łowy, uczty, kobiety, znowu
walki, znowu uczty i znowu kobiety. Ognie Beltaine i dymy Samhain.
Wszystko. To, co wydarzyło się od tamtego momentu w Dun Laoghaire,
po dzisiejszy zapaprany mżawką dzień na armorykańskim wybrzeżu.

To wszystko było. Miało miejsce. Zdarzyło się. Nie mogłem więc zrozumieć,
dlaczego to wszystko wydawało mi się…

Nieważne.

Nieistotne.

Odetchnąłem ciężko. Zmęczyłem się tym wspomnieniem. Czułem się
zmęczony, prawie tak, jak wówczas, podczas walki. Jak wówczas, czułem
ból w karku, ciężar ramion. Szrama na głowie pulsowała, rwała
rozwścieczonym bólem.

Iseult o Białych Dłoniach, od dłuższej chwili zapatrzona w okno,
w spowity chmurami horyzont, powoli obróciła ku mnie twarz.

– Po co tu przybyłeś, Morholcie z Ulsteru?

Co miałem jej odpowiedzieć? Nie chciałem zdradzać się przed nią z
czarną pustką w pamięci. Nie miało sensu opowiadanie jej o ciemnym,
nie kończącym się korytarzu. Pozostawał, jak zwykle, rycerski obyczaj,
powszechnie szanowana i uznawana norma. Wstałem.

– Jestem tu na twoje rozkazy, pani Iseult – powiedziałem,
kłaniając się sztywno. Podpatrzyłem taki ukłon u Kaia, w Kamelocie,
zawsze wydawał mi się godny, dystyngowany i wart naśladowania.
– Przybyłem, by spełnić każdy twój rozkaz. Rozporządzaj
moim życiem, pani Iseult.

– Obawiam się – powiedziała cicho, wyłamując
palce. – że już na to za późno.

Widziałem łzę, wąską, lśniącą smużkę, sunącą w
dół od kącika jej oka, zwalniającą bieg na skrzydełku nosa. Czułem
zapach jabłek.

– Legenda się kończy, Morholcie.

* * *

Przy wieczerzy Iseult nie dotrzymała nam towarzystwa.
Byliśmy sami, ja i Branwen, nie licząc kapelana z błyszczącą tonsurą.
Ten nie przeszkadzał nam jednak. Wymruczawszy krótką modlitwę i przeżegnawszy
stół, poświęcił się żarciu. Rychło przestałem go w ogóle zauważać.
Tak, jak gdyby był tam cały czas. Zawsze.

– Branwen?

– Tak, Morholcie?

– Skąd wiedziałaś?

– Pamiętam cię z Irlandii, z dworu Diarmuida. Dobrze
cię pamiętam. Nie, nie sądzę, żebyś ty pamiętał mnie. Nie
zwracałeś wtedy na mnie uwagi, chociaż, dzisiaj mogę ci to
wyznać, starałam się, byś mnie dostrzegł. To zrozumiałe. Tam,
gdzie była Iseult, nie zauważało się innych.

– Nie, Branwen. Pamiętam cię. Dzisiaj cię nie poznałem,
bo…

– Tak, Morholcie?

– Wtedy, w Tarze… zawsze byłaś uśmiechnięta.

Milczenie.

– Branwen?

– Tak, Morholcie?

– Co z Tristanem?

– Źle. Rana jątrzy się, nie chce goić. Zaczyna się zgorzel.
To wygląda strasznie.

– Czy on…

– Dopóki wierzy, żyje. A on wierzy.

– W co?

– W nią.

Milczenie.

– Branwen…

– Tak, Morholcie.

– Czy Iseult Złotowłosa… Czy królowa… rzeczywiście przypłynie
tu z Tintagelu?

– Nie wiem. Ale on wierzy.

Milczenie.

– Morholcie.

– Tak, Branwen.

– Powiedziałam Tristanowi, że tu jesteś. Chce cię zobaczyć.
Jutro.

– Dobrze.

Milczenie.

– Morholcie…

– Tak, Branwen.

– Tamto na wydmach…

– To nie miało znaczenia.

– Miało. Proszę cię, postaraj się zrozumieć. Nie chciałam, nie
mogłam pozwolić, byś zginął. Nie mogłam dopuścić, by bełt
z kuszy, głupi kawałek drewna i metalu, pokrzyżował… Nie mogłam
do tego dopuścić. Za żadną cenę, nawet za cenę twojej wzgardy.
A tam… na wydmach… Cena, której oni żądali, nie wydała mi
się wygórowana. Widzisz, Morholcie…

– Branwen… Dosyć, proszę. Wystarczy.

– Już mi się zdarzało płacić sobą.

– Branwen. Ani słowa więcej.

Dotknęła mojej ręki, a jej dotknięcie, wierzcie lub nie, było czerwoną
kulą słońca, wschodzącego po długiej i zimnej nocy, zapachem jabłek,
skokiem konia, idącego do szarży. Spojrzała mi w oczy, a jej spojrzenie
było jak łopot szarpanych wiatrem proporców, jak muzyka, jak dotyk
futra na policzku. Branwen, roześmiana Branwen z Tary. Poważna,
spokojna i smutna Branwen z Kornwalii, o oczach, które wiedzą. Czy
w winie, które piliśmy, było coś? Tak jak w tym, które Tristan
i Złotowłosa wypili na morzu?

– Branwen…

– Tak, Morholcie?

– Nic. Chciałem tylko usłyszeć dźwięk twego imienia.

Milczenie.

Szum morza, jednostajny i głuchy, w nim szepty, natrętne, powtarzające
się, nieznośnie uparte.

Milczenie.

* * *

– Morholt.

– Tristan.

Zmienił się. Wtedy, w Atha Cliath, to był dzieciak,
wesoły chłopak o rozmarzonych oczach, zawsze, nieodmiennie z tym samym
milusim uśmieszkiem, wywołującym u panien skurcze podbrzusza.
Zawsze ten uśmieszek, nawet wtedy, gdy siekliśmy się mieczami
w Dun Laoghaire. A teraz… Teraz twarz miał szarą, wychudłą, skurczoną,
pociętą błyszczącymi strużkami potu, usta spękane i wygięte w
bolesną podkowę, oczodoły sczerniałe od męki.

I śmierdział. Śmierdział chorobą. Śmiercią. Strachem.

– Żyjesz, Irlandczyku.

– Żyję, Tristanie.

– Kiedy znosili cię z pola, mówili, żeś martwy. Miałeś…

– Miałem rozrąbaną głowę i mózg na wierzchu –
powiedziałem, starając się, by zabrzmiało to naturalnie i obojętnie.

– Cud. Ktoś modlił się za ciebie, Morholcie.

– Raczej nie – wzruszyłem ramionami.

– Niezbadane są wyroki losu – zmarszczył czoło. – Ty
i Branwen… Żyjecie oboje. A ja… W głupiej potyczce… Dostałem
kopią w pachwinę, przeszła na wylot, złamała się. Chyba coś odkruszyło
się z drzewca, dlatego rana tak się paprze. To kara boża. Kara
za wszystkie moje winy. Za ciebie, za Branwen. A nade wszystko…
za Iseult…

Znowu się zmarszczył, skrzywił usta. Wiedziałem, którą Iseult miał
na myśli. Zrobiło mi się nagle bardzo przykro. W tym jego grymasie
było wszystko. Jej podkrążone oczy, jej bezwiedne załamania rąk,
wyłamywane palce białych dłoni. Gorycz w głosie. Jakże często,
pomyślałem, musiała to widzieć. To nagłe, mimowolne skrzywienie
ust, gdy mówił: „Iseult”, a nie mógł dodać: „Złotowłosa”.
Było mi jej żal, jej, zaślubionej z żywą legendą. Dlaczego
zgodziła się na to małżeństwo? Ona, córka Hoela z Armoryki, mogła
mieć przecież każdego, kogo by tylko zapragnęła. Dlaczego
zgodziła się na Tristana? Dlaczego zgodziła się służyć jako imię,
jako pusty dźwięk? Czy nie słyszała opowieści o nim i o Kornwalijce?
A może zdawało jej się, że to bez znaczenia? Może myślała,
że Tristan jest taki sam jak inni, jak chłopaki z drużyny
Artura, jak Gawain, Gaheris, Lamorak czy Bedivere, którzy zapoczątkowali
tę idiotyczną modę, by wielbić jedną, chędożyć drugą, a żenić
się z trzecią, i wszystko było dobrze, nikt się nie skarżył?

– Morholcie…

– Jestem tu, Tristanie.

– Posłałem Caherdina do Tintagelu. Statek…

– Wciąż nie ma wieści.

– Tylko ona… – szepnął. – Tylko ona może mnie uratować.
Jestem na krawędzi. Jej oczy, jej ręce, sam jej widok i dźwięk
jej głosu. Innego ratunku dla mnie już nie ma. Dlatego… jeśli
będzie na pokładzie, Caherdin ma wciągnąć na maszt…

– Wiem.

Milczał, patrząc w powałę, oddychał ciężko.

– Morholcie… Czy ona… przybędzie? Czy pamięta?

– Nie wiem, Tristanie – powiedziałem i natychmiast pożałowałem
tych słów. Do diabła, co mi szkodziło gorąco i z przekonaniem potwierdzić?
Czy musiałem i przed nim demaskować się ze swoją niewiedzą?

Tristan obrócił głowę ku ścianie.

– Zmarnowałem tę miłość – jęknął. – Zniszczyłem ją.
Przez to ściągnąłem klątwę na nasze głowy. Przez to umieram, nie
mogąc nawet umrzeć w przekonaniu, że Iseult przybędzie tu na moje
wołanie. Chociażby za późno, ale przybędzie.

– Nie mów tak, Tristanie.

– Muszę. To wszystko moja wina. A może winien jest mój przeklęty
los? Może od początku byłem na to skazany? Ja, poczęty z miłości
i tragedii? Wiesz, że Blanchefleur porodziła mnie w rozpaczy,
bóle chwyciły ją, gdy przyniesiono wieść o śmierci Rivalina.
Nie przeżyła porodu. Nie wiem, czy to ona, w ostatnim tchnieniu,
czy to później Foytenant… Kto nadał mi to imię, imię, które
jest jak zguba, jak przekleństwo… Jak wyrok. La tristesse.
Przyczyna i skutek. La tristesse, otaczająca mnie jak mgła…
Mgła, taka, jaka spowiła ujście Liffey, gdy…

Zamilkł, bezwiednie wodził dłońmi po okrywających go futrach.

– Wszystko, wszystko, co robiłem, obracało się przeciw mnie.
Postaw się na moim miejscu, Morholcie. Wyobraź sobie, przybywasz
do Irlandii, tam spotykasz dziewczynę… Od pierwszego spojrzenia,
od pierwszego zetknięcia się oczu czujesz, że serce chce pokruszyć
ci żebra, a ręce drżą. Całą noc chodzisz, nie kładąc się do
łoża, gotujesz się z niepokoju, dygoczesz, myślisz tylko o
jednym – żeby nazajutrz znowu ją zobaczyć. I co? Zamiast radości
– la tristesse…

Milczałem. Nie rozumiałem, o czym mówi.

– A potem – ciągnął – pierwsza rozmowa. Pierwsze zetknięcie
się rąk, które wstrząsa tobą niby uderzenie kopii na turnieju. Pierwszy
uśmiech, jej uśmiech, który sprawia, że… Ech, Morholcie.
Co byś zrobił, będąc na moim miejscu?

Milczałem. Nie wiedziałem, co bym zrobił, będąc na jego miejscu. Bo
nigdy nie byłem na jego miejscu. Bo, na Luga i Lira, nigdy nie przeżyłem
czegoś takiego. Nigdy.

– Wiem, czego byś nie zrobił – rzekł Tristan,
przymykając oczy. – Nie nastręczyłbyś jej Markowi, nie wzbudził
jego zainteresowania, papląc o niej bezustannie w jego obecności.
Nie popłynąłbyś po nią do Irlandii w cudzym imieniu. Nie zmarnowałbyś
miłości, która się wtedy zaczęła. Wtedy, nie na statku. Branwen
niesłusznie zadręcza się tą historią z magicznym napojem. Napój nie
miał tutaj nic do rzeczy. Gdy wsiadała na statek, była już moja.
Morholcie… Gdybyś to ty wsiadał z nią na ten statek, czy pożeglowałbyś
do Tintagelu? Oddałbyś Iseult Markowi? Na pewno nie. Uciekłbyś
z nią raczej na koniec świata, do Bretanii, Arabii, do Hyperborei,
do samej Ultima Thule. Morholcie? Mam rację?

Nie mogłem odpowiedzieć na to pytanie. A gdybym mógł,
nie chciałbym.

– Jesteś wycieńczony, Tristanie. Potrzeba ci
snu. Wypoczywaj.

– Wypatrujcie… statku…

– Dobrze, Tristanie. Potrzeba ci czegoś? Przysłać
ci… panią o Białych Dłoniach?

Skrzywienie ust.

– Nie.

* * *

Stoimy na murach, ja i Branwen. Mży, jak to w Bretanii.
Wiatr wzmaga się, szarpie włosy Branwen, oblepia suknią jej biodra.
Wiatr w porywach dławi nam słowa na wargach. Wyciska łzy z oczu, wpatrzonych
w horyzont.

Ani śladu żagla.

Patrzę na Branwen. Na Luga, jakąż radość sprawia mi patrzenie
na nią. Mógłbym na nią patrzeć bez końca. I pomyśleć tylko, że
wówczas, gdy stała naprzeciw Iseult, wydawała mi się nieładna. Musiałem
mieć chyba bielmo na oczach.

– Branwen?

– Słucham cię, Morholcie.

– Czekałaś na mnie na plaży. Wiedziałaś, że…

– Tak.

– Skąd?

– Nie wiesz?

– Nie. Nie wiem… nie pamiętam… Branwen, dość zagadek.
To nie na moją głowę. Nie na moją rozbitą głowę.

– Legenda nie może zakończyć się bez nas. Bez naszego udziału.
Twojego i mojego. Nie wiem, dlaczego, ale jesteśmy ważni,
niezbędni w tej historii. W historii o wielkiej miłości, która
jest wirem, wciągającym wszystko i wszystkich. Czy nie wiesz o tym,
Morholcie z Ulsteru, czy nie rozumiesz, jak potężną siłą jest
uczucie? Siłą zdolną odwrócić naturalny porządek rzeczy? Czy tego
nie czujesz?

– Branwen… Nie rozumiem. Tu, na zamku Carhaing…

– Coś się wydarzy. Coś, co zależy tylko od nas. I
dlatego tu jesteśmy. Musimy tu być, niezależnie od naszej
woli. Dlatego wiedziałam, że pojawisz się na plaży. Dlatego
nie mogłam pozwolić, byś zginął na wydmach…

Nie wiem, co mnie do tego popchnęło. Może jej słowa, może
nagłe wspomnienie oczu Złotowłosej. Może coś, o czym zapomniałem,
idąc długim, nie kończącym się, ciemnym korytarzem. Ale zrobiłem to
bez namysłu, bez wyrachowania.

Wziąłem ją w ramiona.

Przylgnęła do mnie, ulegle i chętnie, a ja pomyślałem, że
w samej rzeczy, uczucie może być potężną siłą. Ale równą moc
ma jego długi, dotkliwy i przemożny brak.

Trwało to chwilę. Tak mi się przynajmniej wydawało. Branwen powoli
uwolniła się z mego uścisku, odwróciła się, poryw wiatru zatargał
jej włosami.

– Coś od nas zależy, Morholcie. Od ciebie i ode mnie.
Boję się.

– Czego?

– Morza. I łodzi, która nie ma steru.

– Jestem przy tobie, Branwen.

– Bądź, Morholcie.

* * *

Dzisiaj jest inny wieczór. Zupełnie inny. Nie wiem, gdzie
jest Branwen. Być może czuwa razem z Iseult u łoża Tristana,
który znowu jest nieprzytomny i rzuca się w gorączce. Rzucając się,
szepcze: „Iseult…” Iseult o Białych Dłoniach wie, że
to nie ją przyzywa Tristan, ale drży, gdy słyszy to imię. I wyłamuje
palce białych dłoni. Branwen, jeśli jest tam z nią, ma w oczach
mokre diamenty. Branwen… Szkoda, że… Ech, zaraza!

A ja… Ja piję z kapelanem. Nie wiem, skąd wziął się tu ten kapelan.
Może był zawsze?

Pijemy, i to pijemy szybko. I dużo. Wiem, że to mi szkodzi.
Nie powinienem, moja rozwalona głowa niezbyt dobrze to znosi. Gdy
się opiję, miewam halucynacje. Bóle głowy. Czasami mdleję. Na szczęście
rzadko.

Ale cóż, pijemy. Muszę, zaraza, stłumić w sobie niepokój.
Zapomnieć o drżeniu rąk. O zamku Carhaing. O oczach Branwen, pełnych
lęku przed niewiadomym. Chcę zagłuszyć w sobie wycie wichru, szum
fal, kołysanie pokładu łodzi pod stopami. Chcę zagłuszyć w sobie to,
czego nie pamiętam. I ten zapach jabłek, który mnie prześladuje.

Pijemy, kapelan i ja. Dzieli nas dębowy stół, mocno już
zachlapany winem. Dzieli nas nie tylko stół.

– Pij, klecho.

– Bóg z tobą, synu.

– Nie jestem twoim synem.

Jak wielu innych, od czasu bitwy pod Badon noszę na zbroi krzyż,
ale nie zawładnął mną mistycyzm, co przydarzyło się wielu innym. Wobec
religii jestem raczej obojętny. Wobec wszelkich jej przejawów. Krzak,
który w Glastonbury posadził jakoby Józef z Arymatei, nie różni
się dla mnie od innych krzaków – może tylko tym, że jest
bardziej koślawy i oblazły niż inne. Samo opactwo, o którym
niektóre chłopaki Artura mówią w nabożnym skupieniu, we mnie głębszych
wzruszeń nie budzi, chociaż przyznaję, że ładnie komponuje
się z lasem, wzgórzem i jeziorem. A to, że regularnie biją tam
we dzwony, ułatwia znalezienie drogi we mgle, a mglisto tam zawsze
tak, że niech to zaraza.

Ta rzymska religia, chociaż już nieźle rozpanoszona, niewielkie
ma szanse u nas, na wyspach. U nas, w Irlandii, Kornwalii czy Walii,
na każdym kroku spotyka się rzeczy, których istnieniu mnisi uparcie
zaprzeczają. Byle głupek widział u nas elfy, puki, sylfy, korrigany,
leprekauny, sidhe, ba, nawet bean sidhe. A nikt, o ile
mi wiadomo, nie widział anioła. Nie licząc Borsa z Ganisu, który jakoby
widział samego Gabriela, kiedyś, przed jakąś walką czy w czasie
walki, ale Bors jest bałwan i łgarz, kto by mu tam wierzył.

Mnisi rozpowiadają o cudach, jakie jakoby czynił Chrystus. Bądźmy
uczciwi – przy tym, co potrafiła Vivien z Jeziora, Morgan od Wróżek
albo Morgause, żona Lota z Orkadów, nie wspominając o Merlinie,
Chrystus nie ma się czym chwalić. Poważna fachowa magia, powiadam
wam, to jest coś. Czarodziej albo druid wzbudzają szacunek i respekt.
Merlin, możecie mi wierzyć, nigdy nie zniżyłby się do popisywania
bezsensownym chodzeniem po wodzie. Jeśli to w ogóle prawda z tym
chodzeniem po wodzie. Zbyt wiele razy przyłapałem mnichów na kłamstwie,
by wierzyć we wszystko, co opowiadają. Myślicie może, że
nie lubię mnichów? To nie do końca tak. Lubienie nie ma tu nic do
rzeczy. Po prostu nie rozumiemy się nawzajem. Oni mówią: „Pentekost”,
ja myślę: „Beltaine”. Oni mówią: „Święta Brygida”,
ja myślę: „Birgit z Kill Dara”. Nie rozumiemy się. I nie
musimy się rozumieć. Bo mnisi przyszli i odejdą. A druidzi pozostaną.
Nie to, żebym akurat uważał, że druidzi są wiele lepsi
od mnichów, nie. Ale druidzi są nasi. Byli zawsze. A mnisi to przybłędy.
Tak jak ten mój klecha, mój dzisiejszy kompan przy stole. Jeden diabeł
wie, skąd przywiało go tu, do Armoryki. Używa dziwnych słów i
ma dziwny akcent, akwitański jakby lub galicki. Zaraza z nim.

– Pij, klecho.

A u nas, w Irlandii, to głowę sobie dam uciąć, że chrześcijaństwo
będzie sprawą przelotną. My, Irlandczycy, jesteśmy mało podatni
na ten ich rzymski, nieustępliwy i zawzięty fanatyzm, jesteśmy
na to za trzeźwi, za prostoduszni. Nasza Wyspa to forpoczta Zachodu,
to Ostatni Brzeg. Za nami, już blisko, leżą Stare Kraje –
Hy Brasil, Ys, Emain Ablach, Mainistir Leitreach, Beag-Arainn. To
one, jak przed wiekami, tak i dziś rządzą umysłami ludzi, nie
krzyż, nie łacińska liturgia. A zresztą my, Irlandczycy, jesteśmy
tolerancyjni. Niech każdy wierzy sobie, w co chce. Po świecie,
jakem słyszał, różne odłamy chrześcijan już zaczynają
brać się za łby. U nas to jest niemożliwe. Wszystko mogę sobie
wyobrazić, ale nie to, żeby taki Ulster, dla przykładu, stał się
widownią zamieszek na tle religijnym.

– Pij, klecho.

Pij, bo kto wie, czy jutro nie będziesz miał pracowitego dnia. Może
już jutro będziesz musiał odpracować to, co tu wyżarłeś
i wychlałeś. Bo ten, który ma odejść, musi odejść z paradą,
w chwale rytuału. Lżej umierać, gdy obok ktoś odprawia rytuał,
wszystko jedno, czy ten ktoś klepie Requiem Aeternam, smrodzi
kadzidłami, wyje czy wali mieczem o tarczę. Łatwiej się wówczas odchodzi.
I co to, do diabła, za różnica, dokąd się odchodzi, do raju, do piekła
czy też do Tir Nan Og. Odchodzi się zawsze w ciemność. Wiem
coś o tym. Odchodzi się w ciemny korytarz, który nie ma końca.

– Twój pan umiera, klecho.

– Sir Tristan? Modlę się za niego.

– Modlisz się o cud?

– Wszystko w ręku Boga.

– Nie wszystko.

– Bluźnisz, synu.

– Nie jestem twoim synem. Jestem synem Flanna Cernacha Mac Cathaira,
którego Duńczycy zarąbali w bitwie na brzegach rzeki Shannon. To była,
klecho, śmierć godna mężczyzny. Flann umierając, nie jęczał:
„Iseult, Iseult”. Flann, umierając, roześmiał się i nazwał
jarla wikingów takimi słowami, że ten przez bite trzy pacierze
nie mógł zamknąć gęby, otwartej z podziwu.

– Umierać, synu, winno się z imieniem Pana na ustach. Poza tym
lżej jest ginąć w boju, od miecza niż dogorywać w łożu,
trawiony przez la maladie. Walka z la maladie to walka
samotna. Ciężko jest walczyć samotnie, a jeszcze ciężej jest
samotnie umierać.

– La maladie? Pleciesz, klecho. Wylizałby się z tej rany
równie śpiewająco jak z tamtej, którą… Ale wtedy, w Irlandii,
był pełen życia, pełen nadziei, a teraz nadzieja wycieka z niego
razem z chorą, cuchnącą krwią. Do diabła, gdyby mógł przestać o niej
myśleć, gdyby zapomniał o tej przeklętej miłości…

– Miłość, synu, też pochodzi od Boga.

– Akurat. Wszyscy tu gadają o miłości i dziwują się, skąd
się takowa bierze. Tristan i Iseult… Powiedzieć ci, klecho, skąd
się wzięła ich miłość, czy jak to tam zwać? Powiedzieć ci, co
ich połączyło? To byłem ja, Morholt. Zanim Tristan rozłupał mi łeb,
dziabnąłem go w udo i przykułem na parę tygodni do łoża. A on,
ledwie krzynę wydobrzał, wciągnął do tego łoża Złotowłosą. Każdy
zdrowy chłop tak by zrobił, gdyby miał okazję i czas. A potem minstrele
śpiewali o Moreńskim Lesie i o nagim mieczu. Gówno prawda, nie
wierzę. Widzisz sam, mnichu, skąd pochodzi miłość. Nie od Boga,
ale od Morholta. I dlatego tyle ona warta, ta miłość. Ta twoja
la maladie.

– Bluźnisz. Mówisz o sprawach, których nie rozumiesz. Lepiej
więc byłoby, gdybyś przestał o nich mówić.

Nie zdzieliłem go między oczy cynowym kubkiem, który usiłowałem zgnieść
w dłoni. Dziwicie się dlaczego? Powiem wam. Bo miał rację. Nie rozumiałem.

Jak mogłem rozumieć? Nie byłem poczęty w nieszczęściu, zrodzony
w tragedii. Flann i moja matka poczęli mnie na sianie i zapewne mieli
z tego poczynania kupę prostej, zdrowej radości. Nadając mi imię,
nie wkładali w nie żadnego ukrytego znaczenia. Nazwali mnie tak,
by było łatwo mnie wołać. „Morholt, wieczerza!” „Morholt,
ty psie nasienie!” „Przynieś wody, Morholt!” La
tristesse? Gówno, a nie la tristesse.

Czy nosząc takie imię można marzyć? Grać na harfie? Poświęcać
ukochanej wszystkie myśli, wszystkie dzienne sprawy, a nocą chodzić
po komnacie, nie mogąc zasnąć? Gówno. Nosząc takie imię, można
chlać piwo i wino, a potem rzygać pod stół. Rozbijać nosy pięścią.
Rozwalać łby mieczem lub toporem, względnie samemu brać po łbie. Miłość?
Ktoś, kto nazywa się Morholt zadziera kieckę i chędoży, a
potem zasypia lub też, jeśli przypadkowo gra mu coś w
duszy, mówi: „Uch, ależ z ciebie na schwał dziewucha, Maire
O’Connell, całą bym cię zeżarł chętnie, a zwłaszcza te twoje cycki”.
Szukajcie trzy dni i trzy noce, nie znajdziecie w tym śladu la
tristesse. Nawet śladu. I co z tego, że lubię patrzeć
na Branwen? Na wiele rzeczy lubię patrzeć.

– Pij, klecho. I nalewaj, szkoda czasu. Co tam mamroczesz?

– Wszystko w ręku Boga, sicut in caelo et in terra, amen.

– Może wszystko in caelo, ale na pewno nie wszystko
in terra.

– Bluźnisz, synu. Cave!

– Czym chcesz mnie nastraszyć? Gromem z jasnego nieba?

– Nie straszę cię. Boję się o ciebie. Odrzucając Boga, odrzucasz
nadzieję. Nadzieję na to, że nie utracisz tego, co zdobędziesz.
Nadzieję na to, że gdy przyjdzie dokonać wyboru, dokonasz dobrze,
że podejmiesz właściwą decyzję. I że nie będziesz wówczas
bezbronny.

– Życie, klecho, z Bogiem, czy bez niego, z nadzieją, czy
bez niej, to droga bez końca i początku, droga, która wiedzie po śliskiej
krawędzi olbrzymiego, blaszanego lejka. Większość ludzi nie zauważa,
że chodzą w kółko, niezliczoną liczbę razy mijają ten sam punkt
na śliskim, wąskim brzegu. Ale są tacy, którym przydarza się osunąć.
Spaść. I wówczas koniec z nimi, nigdy już nie wrócą na krawędź,
nie podejmą marszu. Suną w dół, do chwili, gdy wszyscy spotkają się
w wylocie lejka, w najwęższym miejscu. Spotkają się, ale tylko
na krótką chwilę, bo dalej, pod lejkiem, czeka na nich otchłań. I
ten zamek, na skale tłuczonej falami, jest właśnie takim miejscem.
Wylotem lejka. Pojmujesz to, klecho?

– Nie. Nie sądzę jednak żebyś ty z kolei pojmował przyczynę,
dla której tego nie pojmuję.

– Do diabła z przyczynami, jako i skutkami, sicut in caelo et in terra.
Pij, mnichu.

Piliśmy do późnej nocy. Kapelan zniósł to nad podziw dobrze.
Ze mną było gorzej. Urżnąłem się, mówię wam, w okropny sposób.
Zagłuszyłem w sobie… wszystko.

Tak mi się przynajmniej wydawało.

* * *

Dzisiaj morze ma kolor ołowiu. Dzisiaj morze jest gniewne.
Czuję jego gniew i mam przed nim respekt. Rozumiem Branwen, rozumiem
jej strach. Nie rozumiem przyczyn. I jej słów.

Dzisiaj zamek jest pusty i przerażająco cichy. Tristana trawi
gorączka. Iseult i Branwen są przy nim. Ja, Morholt z Ulsteru, stoję
na murach i patrzę na morze.

Nie ma nawet śladu żagla.

* * *

Nie spałem, gdy weszła. I nie byłem zaskoczony. Było tak,
jak gdybym tego oczekiwał. To dziwne spotkanie na plaży, podróż
przez wydmy i słone łąki, głupi incydent z Bekiem de Corbin i jego
koleżkami, ten wieczór przy świecach, ciepło jej ciała, gdy
obejmowałem ją na murach, a nade wszystko ta aura miłości i śmierci,
wypełniająca Carhaing – wszystko to zbliżyło nas do siebie,
związało. Zacząłem już łapać się na myślach, że trudno
mi będzie rozstać się…

Z Branwen.

Nie powiedziała ani słowa. Rozpięła broszę spinającą opończę
na ramieniu, opuściła na posadzkę ciężką tkaninę. Szybko zdjęła
koszulę, prostą, nieledwie zgrzebną, taką, jakie noszą na co dzień
irlandzkie dziewczęta. Odwróciła się bokiem, zaczerwieniona ogniem,
pełgającym po polanach w kominie, śledzącym za nią czerwonymi
ślepiami żaru.

Również nie mówiąc ni słowa, posunąłem się, robiąc
jej miejsce obok siebie. Położyła się powoli, odwracając
twarz. Nakryłem ją futrami. Nadal milczeliśmy obydwoje, leżąc
nieruchomo i patrząc na cienie biegające po powale.

– Nie mogłam zasnąć – powiedziała. – Morze…

– Wiem. Ja też je słyszę.

– Boję się, Morholcie.

– Jestem przy tobie.

– Bądź.

Objąłem ją najczulej, najdelikatniej jak umiałem. Otoczyła
mi szyję ramionami, przycisnęła twarz do policzka, rażąc gorącem
oddechu. Dotykałem jej ostrożnie, walcząc z radosnym pragnieniem
mocnego uścisku, chęcią gwałtownej, pożądliwej pieszczoty,
tak, jak gdybym dotykał piór sokoła, chrap płochliwego konia. Dotykałem
jej włosów, szyi, ramion, jej pełnych, cudownie kształtnych piersi
o maleńkich sutkach. Dotykałem jej bioder, które jeszcze niedawno,
pomyśleć tylko, uważałem za zbyt okrągłe, a które były wspaniale
okrągłe. Dotykałem jej gładkich ud, dotykałem jej kobiecości,
miejsca nie nazwanego, bo nawet w myśli nie ośmieliłbym się
nazwać go u niej tak, jak przywykłem, żadnym z irlandzkich, walijskich
czy saksońskich słów. Bo byłoby to tak, jak gdyby Stonehenge nazwać
kupą kamieni. Tak, jak gdyby Glastonbury Tor nazwać pagórkiem.

Drżała, niecierpliwie wychodząc naprzeciw moim dłoniom,
kierując nimi ruchami ciała. Domagała się, żądała niemym językiem,
gwałtownym, rwącym się oddechem. Prosiła chwilową uległością,
miękką i ciepłą, by za moment wyprężyć się, stwardnieć w dygocący
diament.

– Kochaj mnie, Morholcie – szepnęła. – Kochaj mnie.

Była odważna, zachłanna, niecierpliwa. Ale bezbronna
i bezsilna w moich ramionach, musiała poddać się mojej spokojnej,
ostrożnej, powściągliwej miłości. Mojej. Takiej, jakiej
pragnąłem. Takiej, jakiej pragnąłem dla niej. Bo w tej, którą próbowała
mi narzucić, wyczuwałem strach, poświęcenie i rezygnację, a nie
chciałem, by się bała, by poświęcała dla mnie cokolwiek, by rezygnowała
z czegokolwiek. I postawiłem na swoim.

Tak mi się przynajmniej wydawało.

Czułem, jak zamek drży w wolnym rytmie uderzających
o skałę fal.

– Branwen…

Przywarła do mnie, gorąca, a jej pot miał zapach mokrych piór.

– Morholcie… Dobrze jest…

– Co, Branwen?

– Dobrze jest żyć.

Milczeliśmy długo. A potem zadałem pytanie. To, którego nie powinienem
był zadawać.

– Branwen… Czy ona… Czy Iseult przepłynie tu z Tintagelu?

– Nie wiem.

– Nie wiesz? Ty? Jej powiernica? Ty, która…

Zamilkłem. Na Luga, cóż ze mnie za kretyn, pomyślałem. Cóż
za zapowietrzony bałwan.

– Nie dręcz się – powiedziała. – Zapytaj mnie o to.

– O co?

– O noc poślubną Iseult i króla Marka.

– Ach, o to. Wyobraź sobie, że mnie to nie ciekawi.

– Myślę, że kłamiesz.

Nie odpowiedziałem. Miała rację.

– Było tak, jak opowiadają ballady – powiedziała cicho. –
Sprytnie wymieniłyśmy się z Iseult w łożu Marka, gdy tylko
zgasły świece. Nie wiem, czy było to naprawdę potrzebne. Mark
był tak oczarowany Złotowłosą, że zaakceptowałby bez wyrzutów
jej brak dziewictwa. Nie był aż tak drobiazgowy. No, ale stało
się, jak się stało. Zadecydowały moje wyrzuty sumienia za to, co wydarzyło
się na korabiu. Sądziłam, że to ja jestem wszystkiemu winna, ja
i ten napój, który im podałam. Wmówiłam sobie winę i chciałam ją spłacić.
Dopiero później wyszło na jaw, że Iseult i Tristan sypiali
ze sobą jeszcze w Atha Cliath. Że niczemu nie byłam winna.

– Już dobrze, Branwen. Niepotrzebne są szczegóły.

– Nie. Wysłuchaj do końca. Wysłuchaj tego, o czym ballady milczą.
Iseult rozkazała mi, bym natychmiast, gdy już złożę dowody
dziewictwa, wymknęła się z łoża i po raz wtóry zamieniła się z
nią miejscami. Może bała się zdemaskowania, może po prostu
nie chciała, bym zbytnio przyzwyczaiła się do króla, kto wie. Była
z Tristanem w komnacie obok, oboje bardzo sobą zajęci. Wyswobodziła
się z jego ramion i poszła do Kornwalijczyka, naga, jak stała, nawet
nie poprawiwszy włosów. A ja zostałam naga… z Tristanem. Do samego
rana. Sama nie wiem, jak i dlaczego.

Milczałem.

– To nie koniec – powiedziała, odwracając głowę w stronę
ognia w kominie. – Potem były miesiące miodowe, podczas których
Kornwalijczyk na krok nie oddalał się od Iseult. Siłą rzeczy, Tristan
nie mógł zbliżyć się do niej. Ale do mnie mógł. Nie wdając się
w szczegóły: po tych kilku miesiącach kochałam go. Na śmierć i
życie. Wiem, że się dziwisz. Tak, prawda, łączyło nas wyłącznie
łoże, w którym zresztą Tristan, co było oczywiste dla mnie nawet
wtedy, próbował zagłuszyć w sobie miłość do Iseult, zazdrość
o Marka, poczucie winy. Mnie traktował instrumentalnie. To, że
o tym wiedziałam, wcale mi nie pomagało.

– Branwen…

– Cierpliwości. To jeszcze nie koniec. Miesiące miodowe minęły,
Mark odnowił zwykłe, królewskie zajęcia, a Iseult zaczęła mieć mnóstwo
okazji. A Tristan… Tristan przestał mnie w ogóle zauważać. Mało
tego, zaczął unikać. A ja szalałam z miłości.

Zamilkła, odszukała wśród futer moją rękę, zacisnęła na niej palce.

– Podjęłam kilka prób, aby o nim zapomnieć – powiedziała,
patrząc w powałę nieruchomym wzrokiem. – W Tintagelu było pełno
młodych i nieskomplikowanych rycerzy. Nic z tego nie wyszło. Któregoś
ranka wypłynęłam więc łodzią w morze. Gdy byłam już dość daleko
od brzegu, wyskoczyłam.

– Branwen – powiedziałem, obejmując ją tak mocno,
by uściskiem zgasić rwący się w niej dreszcz. – To przeszłość.
Zapomnij o tym. Wpadłaś, jak wielu innych, w wir ich miłości.
Miłości, która ich samych unieszczęśliwiła, a dla innych była
wręcz zabójcza. Przecież i ja… Oberwałem po głowie, chociaż
tylko otarłem się o tę miłość, nawet o niej nie wiedząc. W Dun
Laoghaire Tristan pokonał mnie, chociaż byłem silniejszy i bardziej
doświadczony. Bo on wówczas bił się o Iseult, o swoją miłość.
Nie wiedziałem o tym, oberwałem po czaszce, i tak jak ty, zawdzięczam
życie tym, co byli w pobliżu i uznali za stosowne przyjść
z pomocą. Uratować. Wyciągnąć z bezdennej otchłani. I uratowano nas,
ciebie i mnie. Żyjemy, i do diabła z resztą.

Wsunęła mi ramię pod głowę, przesunęła dłonią po włosach,
dotknęła zgrubienia, biegnącego od ciemienia po ucho. Skrzywiłem się
lekko. Włosy na szramie rosną mi w dziwacznych kierunkach i dotknięcie
przyprawia czasami o nieznośny ból.

– Wir ich miłości – szepnęła. – Wessał
nas wir ich miłości. Ciebie i mnie. Ale czy rzeczywiście nas
uratowano? A jeżeli pogrążamy się w otchłani, razem z nimi?
Co nas czeka, Morholcie? Morze? Łódź bez steru?

– Branwen…

– Kochaj mnie, Morholcie. Morze upomina się o nas,
słyszysz? Ale póki tu jesteśmy, póki nie zakończyła się jeszcze
legenda…

– Branwen…

– Kochaj mnie, Morholcie.

Starałem się być czuły. Starałem się być delikatny. Starałem
się być jednocześnie Tristanem, królem Markiem i wszystkimi nieskomplikowanymi
rycerzami z Tintagelu naraz. Z kłębowiska pragnień, które były we
mnie, pozostawiłem jedno – pragnąłem, aby zapomniała. Zapomniała
o wszystkim. Starałem się, aby w moich ramionach pamiętała wyłącznie
o mnie. Starałem się. Wierzcie lub nie.

Na próżno.

Tak mi się przynajmniej wydawało.

* * *

Ani śladu żagla. Morze…

Morze ma kolor oczu Branwen.

Chodzę po komnacie jak wilk w klatce. Serce mi wali, jakby
chciało pokruszyć żebra. Coś ściska mi przeponę i gardło,
coś dziwnego, coś, co siedzi we mnie. Rzucam się w ubraniu
na łoże. Do diabła. Zamykam oczy i widzę złote iskry. Czuję zapach
jabłek. Branwen. Zapach piór sokoła, siedzącego na mojej rękawicy,
gdy powracam z łowów. Złote iskry. Widzę jej twarz. Widzę krzywiznę
policzka, mały, lekko zadarty nos. Krągłość ramienia. Widzę ją…
Noszę ją…

Noszę ją na wewnętrznej stronie powiek.

* * *

– Morholcie…

– Nie śpisz?

– Nie. Nie mogę… Morze nie daje mi zasnąć.

– Jestem przy tobie, Branwen.

– Na jak długo? Ile czasu nam zostało?

– Branwen…

– Jutro… jutro przybędzie statek z Tintagelu.

– Skąd wiesz?

– Wiem.

Milczenie.

– Morholcie?

– Tak, Branwen.

– Jesteśmy związani. Wpleceni w to koło tortury,
przykuci łańcuchem, wessani w wir. Jutro, tu, w Carhaing, łańcuch
pęknie. Wiedziałam o tym w momencie, gdy spotkałam cię za wybrzeżu.
Gdy okazało się, że żyjesz. Gdy okazało się, że i ja żyję.
Ale my nie żyjemy dla siebie, już nie, jesteśmy zaledwie
cząstką losów Tristana z Lionesse i Złotowłosej Iseult z Zielonej
Wyspy. A tutaj, na zamku Carhaing, znaleźliśmy się tylko po
to, by się natychmiast utracić. Jedynym, co nas łączy, jest legenda
o miłości, która nie jest naszą legendą. W której odgrywamy niepojęte
dla nas role. Która o rolach tych nie wspomni nawet, być może,
albo role te wypaczy i zniekształci, włoży nam w usta niewypowiedziane
przez nas słowa, przypisze nam czyny, których nie popełniliśmy.
Nie ma nas, Morholcie. Jest legenda, która się kończy.

– Nie, Branwen – powiedziałem, starając się,
by mój głos brzmiał twardo, pewnie i zdecydowanie. – Nie wolno
ci tak mówić. Smutek, nic innego, dyktuje ci takie słowa. Bo
prawdą jest, że Tristan z Lionesse umiera, i nawet jeśli Złotowłosa
jest na statku, płynącym tu z Tintagelu, boję się, że może
przybyć za późno. I chociaż i mnie zasmuca ta myśl, nigdy
nie zgodzę się z twierdzeniem, że jego legenda jest jedynym, co
nas łączy. Nigdy nie zgodzę się z tym, teraz, gdy leżę obok ciebie,
gdy trzymam cię w ramionach. W tej chwili nie ma dla mnie Tristana,
nie ma legendy, nie ma zamku Carhaing. Jesteśmy tylko my.

– I ja trzymam cię w ramionach, Morholcie. A przynajmniej
tak mi się wydaje. Ale wiem, że nas nie ma. Jest tylko legenda.
Co się z nami stanie? Co wydarzy się jutro? Jaką decyzję będziemy
zmuszeni podjąć? Co się z nami stanie?

– Będzie tak, jak zechce los. Przypadek. Cała ta
legenda, o której tak uparcie mówimy, jest dziełem przypadku. Serii
przypadków. Gdyby nie ślepy los, mogłoby nie być legendy. Wtedy,
w Dun Laoghaire, pomyśl tylko, Branwen, gdyby nie ślepy los…
Przecież wtedy to on, a nie ja, mógł…

Urwałem, przestraszony nagłą myślą. Przerażony
słowem, które cisnęło mi się na wargi.

– Morholcie – szepnęła Branwen. – Los zrobił
już z nami to, co było do zrobienia. Reszta nie może już
być dziełem przypadku. My już przypadkowi nie podlegamy. To, co
się kończy, kończy się i dla nas. Bo możliwe jest…

– Co, Branwen?

– Może wtedy, w Dun Laoghaire…

– Branwen!

– Może twoja rana była śmiertelna? Może
ja… utonęłam w Morzu Sabriny?

– Branwen! Przecież my żyjemy.

– Jesteś pewien? Skąd wzięliśmy się na tym wybrzeżu,
jednocześnie, ty i ja? Czy pamiętasz? Czy nie wydaje ci się możliwe,
że przywiozła nas tu łódź bez steru? Ta sama, która przygnała
niegdyś Tristana do ujścia rzeki Liffey? Wyłaniająca się z
mgły łódź z Avalonu, łódź pachnąca jabłkami? Łódź, na
którą kazano nam wsiąść, bo legenda nie może zakończyć się
bez nas, bez naszego udziału? Bo to właśnie my, nie kto inny,
mamy zakończyć tę legendę? A gdy ją zakończymy, wrócimy na wybrzeże,
a łódź bez steru będzie tam na nas czekała, a my będziemy musieli
wsiąść do niej i odpłynąć, roztopić się we mgle? Morholcie?

– My żyjemy, Branwen.

– Jesteś pewien?

– Dotykam cię. Jesteś. Leżysz w moich ramionach.
Jesteś piękna, ciepła, masz gładką skórę. Pachniesz tak, jak pachnie
sokół, siedzący na mojej rękawicy, gdy wracam z łowów, a deszcz szumi
na liściach brzóz. Jesteś, Branwen.

– Dotykam cię, Morholcie. Jesteś. Jesteś
ciepły i tak mocno bije ci serce. Pachniesz solą. Jesteś.

– A zatem… żyjemy, Branwen.

Uśmiechnęła się. Nie widziałem tego. Wyczułem to z
ruchu warg, przyciśniętych do mego ramienia.

* * *

Później, głęboką nocą, leżąc bez ruchu, z ramieniem
odrętwiałym od ucisku jej głowy, nie chcąc spłoszyć jej trwożliwego
snu, wsłuchiwałem się w szum morza. Po raz pierwszy w życiu szum
ten, niby bolący ząb, niepokoił mnie, przeszkadzał, nie pozwalał zasnąć.
Bałem się. Bałem się morza. Ja, Irlandczyk, wychowany na wybrzeżu,
od kolebki osłuchany z szumem przyboju. Morze szumiało, a ja w szumie
tym słyszałem śpiew zatopionego Ys. Słyszałem stłumione bicie
dzwonów Lionesse, pochłoniętego przez fale. A jeszcze później,
już we śnie, widziałem miotaną grzywaczami łódź bez steru,
łódź z wysokim, zadartym dziobem, z masztem przybranym girlandami
kwiatów.

Czułem zapach jabłek.

* * *

– Dobra Branwen… – pachołek, zdyszany, z trudem
łapał oddech. – Pani Iseult wzywa cię do komnaty sir Tristana.
Ciebie i sir Morholta z Ulsteru. Spieszcie, pani.

– Co się stało? Czy Tristan…

– Nie, pani. To nie to. Ale…

– Mów, chłopcze.

– Statek z Tintagelu… Wraca sir Caherdin. Przybył
posłaniec z przylądka. Widać już…

– Jakiej barwy jest żagiel?

– Nie wiadomo. Statek jest zbyt daleko. Za przylądkiem.

Wyszło słońce.

* * *

Gdy weszliśmy, Iseult o Białych Dłoniach stała tyłem do okna,
półotwartego, rozświetlonego błyskami, igrającymi w szybkach,
tkwiących w okratowaniu ołowianych ramek. Promieniowała nienaturalnym,
mglistym, odbitym światłem. Tristan, z twarzą błyszczącą od potu,
oddychał ciężko, urywanie, arytmicznie. Oczy miał zamknięte.

Iseult spojrzała na nas. Jej twarz była skurczona, zniekształcona
dwiema głębokimi bruzdami, jakie grymas bólu wyrył po obu stronach
ust.

– Jest ledwie przytomny – powiedziała. –
Majaczy…

Branwen wskazała na okno.

– Statek…

– Za daleko, Branwen. Ledwie opłynął przylądek. Za
daleko…

Branwen spojrzała na Tristana i westchnęła. Wiedziałem,
o czym pomyślała.

Nie. Nie wiedziałem.

Słyszałem.

Wierzcie lub nie, słyszałem ich myśli. Myśli Branwen, niespokojne
i pełne lęku, spienione jak fala wśród przybrzeżnych skał.
Myśli Iseult, miękkie, dygocące, roztętnione i dzikie jak ściskany
w dłoni ptak. Myśli Tristana, nieskoordynowane, poszarpane jak
pasemka mgły.

Wszyscy, myślała Iseult, jesteśmy przy tobie wszyscy, Tristanie…
Branwen z Kornwalii, która jest Panią Alg. Morholt z Ulsteru, który
jest Decyzją. I ja, która cię kocham, Tristanie, kocham cię coraz
mocniej z każdą minutą, która mija, która mi cię powoli odbiera.
Odbiera mi ciebie, bez względu na barwę żagli statku, który płynie
ku brzegom Bretanii. Tristanie…

Iseult, myślał Tristan, Iseult. Dlaczego oni nie patrzą w okno?
Dlaczego patrzą na mnie? Dlaczego nie mówią mi, jakiej barwy jest
żagiel? Przecież ja muszę to wiedzieć, muszę, i to zaraz,
bo w przeciwnym razie…

Uśnie, myślała Branwen. Uśnie i nie obudzi się już
nigdy. Jest już w tym miejscu, z którego równie daleko jest do
rozświetlonej powierzchni, jak do zielonych alg, porastających
dno. W tym miejscu, w którym przestaje się walczyć. A potem jest już
tylko spokój.

Tristanie, myślała Iseult, teraz wiem, że byłam z tobą szczęśliwa.
Pomimo wszystko. Pomimo, że cały czas, będąc ze mną, myślałeś
o innej. Pomimo że tak rzadko nazywałeś mnie moim imieniem.
Zwykle mówiłeś do mnie: „Pani”. Tak bardzo starałeś
się, by mnie nie zranić. Tak bardzo się starałeś, tyle w to wkładałeś
wysiłku, że właśnie tym staraniem i tym wysiłkiem raniłeś
mnie najbardziej. A mimo to byłam szczęśliwa. Dałeś mi szczęście.
Dałeś mi złote iskry, mrugające pod powiekami. Tristanie…

Branwen patrzyła w okno. Na statek, wyłaniający się zza przylądka.
Szybciej, myślała. Szybciej, Caherdin. Ostrzej do wiatru. Nieważne,
pod jakim żaglem, ostrzej do wiatru, Caherdin. Przybywaj, Caherdin,
przybywaj z pomocą. Ratuj nas, Caherdin…

Ale wiatr, który od trzech dni dął, mroził i smagał mżawką, ścichł.
Wyszło słońce.

Oni wszyscy, myślał Tristan. Oni. Iseult o Białych Dłoniach. Branwen.
Morholt… A teraz ja… Iseult, moja Iseult… Jakie są żagle
tego statku… Jakiej są barwy…

Jesteśmy jak źdźbła trawy, które przyklejają się do skraju
płaszcza, gdy idzie się przez łąkę, myślała Iseult. Jesteśmy
źdźbłami trawy na twoim płaszczu, Tristanie. Za chwilę strzepniesz
płaszcz i będziemy wolni… i porwie nas wiatr. Nie każ mi patrzeć
na te żagle, Tristanie, mój mężu. Proszę cię, nie każ
mi.

Szkoda, myślał Tristan, szkoda, że nie poznałem cię wcześniej.
Dlaczego los rzucił mnie właśnie do Irlandii? Z Lionesse bliżej
było do Armoryki… Mogłem poznać cię wcześniej… Szkoda, że
nie mogłem cię kochać… Szkoda… Jakie żagle ma ten statek?
Szkoda… Chciałbym móc okazać ci miłość, pani. Moja dobra Iseult
o Białych Dłoniach… Ale nie mogę… Nie mogę…

Branwen odwróciła się twarzą do gobelinu, płacz wstrząsnął jej ramionami.
A więc słyszała również.

Objąłem ją. Na wszystkie trytony Lira, przeklinałem swoją niedźwiedziowatą
niezgrabność, moje sękate łapy i popękane opuszki palców, czepiające
się jedwabiu jak rybackie haczyki. Ale Branwen, wpadając w moje ramiona,
wypełniła sobą wszystko, poprawiła błędy, zaokrągliła kanty –
jak fala, gdy rozmywa zryty kopytami piach na plaży. Nagle byliśmy
jednością. Nagle wiedziałem, że nie mogę jej utracić. Za nic.
Za żadną cenę.

Nad jej głową, przyciśniętą do mojej piersi, widziałem okno. Morze.
I statek.

Możesz okazać mi miłość, Tristanie, myślała Iseult. Zanim
cię utracę, okaż mi ją. Jeden, jedyny raz. Tak bardzo tego pragnę.
Nie każ mi patrzeć na żagle tego korabia. Nie proś, bym
ci powiedziała, jakiej są barwy. Nie zmuszaj mnie, abym w twojej legendzie
odegrała rolę, której nie chcę odgrywać.

Nie mogę, myślał Tristan. Nie mogę. Iseult Złotowłosa… Jak mi
potwornie zimno… Iseult… Iseult… Moja Iseult…

To nie moje imię, pomyślała Iseult. To nie moje imię.

– To nie moje imię! – krzyknęła.

Tristan otworzył oczy, rozejrzał się, tocząc głową po poduszkach.

– Pani… – wyszeptał świszczącym szeptem. – Branwen…
Morholcie…

– Jesteśmy tu wszyscy – powiedziała Iseult bardzo cicho.

Nie, pomyślał Tristan. Nie ma tu Iseult. A więc… jest tak, jakby
nikogo nie było.

– Pani…

– Nie każ mi… – szepnęła.

– Pani… Proszę…

– Nie każ mi patrzeć na żagle, Tristanie. Nie zmuszaj
mnie, bym ci powiedziała…

– Proszę cię… – wyprężył się. – Proszę cię…

I wtedy to powiedział. Inaczej. Branwen wzdrygnęła się w moich ramionach.

– Iseult.

Uśmiechnęła się.

– Chciałam odmienić bieg legendy – powiedziała bardzo spokojnie.
– Cóż za szalony pomysł. Legendy zmienić się nie da.
Niczego nie da się zmienić. No, prawie niczego…

Urwała, spojrzała na mnie, na Branwen, wciąż objętych na tle wyszytej
na gobelinie jabłoni Avalonu. Uśmiechnęła się. Wiedziałem, że
nigdy nie zapomnę tego uśmiechu.

Wolnym, wolniutkim krokiem podeszła do okna, stanęła w nim, wpierając
w ostrołuki obie wyprostowane ręce.

– Iseult – jęknął Tristan. – Jakie… Jakie są…

– Są białe – powiedziała. – Białe, Tristanie. Białe jak
śnieg. Żegnaj.

Odwróciła się. Nie patrząc na niego, nie patrząc na nikogo wyszła
z komnaty. W momencie, gdy wychodziła, przestałem słyszeć jej myśli.
Słyszałem już tylko szum morza.

– Białe! – krzyknął Tristan. – Iseult Złotowłosa! Nareszcie…

Głos zgasł mu w gardle jak zdmuchnięty płomień kaganka. Branwen krzyknęła.
Podbiegłem do łoża. Tristan lekko poruszał ustami. Próbował się
unieść. Przytrzymałem go, lekkim naciskiem dłoni zmusiłem, by
opadł na poduszki.

– Iseult – szepnął. – Iseult. Iseult…

– Leż, Tristanie. Nie wstawaj.

Uśmiechnął się. Na Luga, wiedziałem, że nigdy nie zdołam zapomnieć
tego uśmiechu.

– Iseult… Muszę sam zobaczyć…

– Leż, Tristanie…

– …ten żag…

Branwen, stojąca w oknie, tam, gdzie przed chwilą stała Iseult o Białych
Dłoniach, załkała głośno.

– Morholcie! – krzyknęła. – Ten statek…

– Wiem – powiedziałem. – Branwen…

Odwróciła się.

– On nie żyje.

– Co?

– Tristan umarł. W tej chwili. To koniec, Branwen.

Spojrzałem w okno. Statek był bliżej niż poprzednio. Ale nadal
był zbyt daleko.

Absolutnie za daleko, by można było rozpoznać kolor żagli.

* * *

Spotkałem ich w dużej sali, w tej, w której przywitała
nas Iseult o Białych Dłoniach. W sali, w której ofiarowałem jej na
usługi mój miecz, prosząc, by zechciała rozporządzić moim życiem.
Cokolwiek to by miało oznaczać.

Szukałem Iseult i kapelana, znalazłem ich.

Było ich czterech.

Pewien walijski druid, imieniem Hwyrddyddwg, bystry dziadyga, powiedział
mi kiedyś, że zamiary człowieka, choćby nie wiedzieć jak sprytnie
ukrywane, zdradzą zawsze dwie rzeczy – oczy i dłonie. Przyjrzałem
się uważnie oczom i dłoniom rycerzy, stojących w dużej sali.

– Jestem sir Mariadoc – powiedział najwyższy z nich.
Na tunice nosił herb: w przepołowionym, błękitno-czerwonym polu dwa
czarne łby dzicze, uzbrojone srebrem. – A to dobrzy rycerze Gwydolwyn,
Anoeth i Deheu ap Owein. Przybywamy z Kornwalii, z poselstwem do sir
Tristana z Lionesse. Wiedźcie nas do niego, panie rycerzu.

– Spóźniliście się – powiedziałem.

– Kim jesteście, panie? – zmarszczył się Mariadoc. –
Nie znam was.

W tym momencie weszła Branwen. Twarz Mariadoka skurczyła się, złość
i nienawiść wypełzły na nią, wijąc się jak żmije.

– Mariadoc.

– Branwen.

– Gwydolwyn, Anoeth, Deheu. Nie sądziłam, że was jeszcze
kiedyś zobaczę. Bo mówiono, że Tristan i Corvenal wykończyli
was wtedy w Moreńskim Lesie.

Mariadoc uśmiechnął się wrednie.

– Niezbadane są wyroki losu. Ja też nie myślałem, że
cię jeszcze kiedyś zobaczę, Branwen. Zwłaszcza tutaj. No, wiedźcie
nas do Tristana. To, co mamy do niego, nie cierpi zwłoki.

– Skąd pośpiech?

– Wiedźcie nas do Tristana – powtórzył gniewnie Mariadoc.
– Mamy sprawę do niego. Nie do jego sług. I nie do rajfurek królowej
Kornwalii.

– Skąd przybywasz, Mariadoc?

– Z Tintagelu, jakem rzekł.

– Ciekawe – uśmiechnęła się Branwen – bo statek jeszcze
nie przybił do brzegu. Ale jest już blisko. Chcesz wiedzieć, pod
jakim żaglem płynie?

– Nie chcę – powiedział spokojnie Mariadoc.

– Spóźniliście się. – Branwen, wciąż blokując
sobą drzwi, oparła się o mur. – Tristan z Lionesse nie żyje.
Umarł przed chwilą.

Oczy Mariadoka nie zmieniły wyrazu nawet na moment. Zrozumiałem, że
wiedział. Zrozumiałem wszystko. Światło, które widziałem w końcu
ciemnego korytarza, robiło się coraz jaskrawsze.

– Odejdźcie stąd – warknął, kładąc rękę na rękojeści
miecza. – Opuśćcie zamek. Natychmiast.

– Jak się tu dostaliście? – spytała Branwen z uśmiechem.
– Czy nie przypłynęliście przypadkiem łodzią bez steru? Z
czarną, postrzępioną szmatą zamiast żagla? Z wilczą czaszką, przybitą
do zadartego dziobu? Po co tu przybyliście? Kto was przysyła?

– Usuń się z drogi, topielico. Nie stawaj nam na zawadzie, bo
możesz tego pożałować.

Twarz Branwen była spokojna. Ale tym razem nie był to spokój rezygnacji
i bezsiły, chłód rozpaczliwej, nieczułej obojętności. Tym razem
był to spokój niezachwianej, żelaznej woli. Nie, nie mogłem jej
utracić. Za żadną cenę.

Za żadną? A legenda?

Czułem zapach jabłek.

– Dziwne masz oczy, Mariadoc – powiedziała nagle Branwen.
– Oczy, które nie przywykły do światła dnia.

– Zejdź nam z drogi.

– Nie. Nie zejdę ci z drogi. Najpierw odpowiesz mi na pytanie.
Pytanie, które brzmi: dlaczego?

Mariadoc nie poruszył się. Patrzył na mnie.

– Nie będzie legendy o wielkiej miłości – powiedział,
ale ja wiedziałem, że to wcale nie on mówi. – Niepotrzebna
i szkodliwa byłaby taka legenda. Niepotrzebnym szaleństwem byłby grobowiec
z berylu i głóg, który wyrasta z niego, by opleść gałązkami drugi
grobowiec, z chalcedonu. Nie życzymy sobie takich grobowców. Nie
życzymy sobie, żeby historia Tristana i Iseult wrosła w ludzi,
by była wzorem i przykładem, by kiedykolwiek się powtórzyła. Nie dopuścimy,
by gdziekolwiek, kiedykolwiek, młodzi mówili do siebie: „Jesteśmy
jak Tristan i Iseult”.

Branwen milczała.

– Nie pozwolimy, aby coś takiego jak miłość tych dwojga
mroczyło w przyszłości umysły, przeznaczone do wyższych spraw.
By osłabiało ramiona, których zadaniem jest łamać i zabijać. By miękczyło
charaktery, które muszą dzierżyć władzę w stalowych cęgach. A
nade wszystko, Branwen, nie dopuścimy, by to, co łączyło Tristana
i Iseult, przeszło do legendy jako miłość triumfująca, pokonująca
przeszkody, łącząca kochanków nawet po śmierci. Dlatego Iseult
z Kornwalii musi umrzeć daleko stąd, przyzwoicie, w połogu, wydając
na świat kolejnego potomka króla Marka. Tristan zaś, jeśli
przed naszym przybyciem zdążył podle sczeznąć, musi spocząć na
dnie morza, z kamieniem u szyi. Lub spłonąć. O, tak, będzie znacznie
lepiej, jeżeli spłonie. Po zatopionym Lionesse zostały na powierzchni
morza wierzchołki Scilly, a po Tristanie nie powinno zostać nic. A
zamek Carhaing powinien spłonąć razem z nim. I to zaraz, zanim statek
z Tintagel wpłynie do zatoki. I tak właśnie się stanie. Zamiast
grobowca z berylu, śmierdzące pogorzelisko. Zamiast pięknej legendy,
brzydka prawda. Prawda o samolubnym zaślepieniu, o marszu po trupach,
o deptaniu uczuć innych ludzi, o czynionej im krzywdzie. Co ty na
to, Branwen? Chcesz stawać na drodze nam, bojownikom o prawdę? Powtarzam,
zejdź nam z drogi. Do ciebie nic nie mamy. Nie chcemy cię unicestwiać,
bo i po co? Odegrałaś swoją rolę, niezbyt chlubną, możesz
iść precz, wracać na wybrzeże. Czekają tam na ciebie. To samo
dotyczy ciebie, rycerzu… Jak brzmi twe imię?

Patrzyłem na ich oczy i dłonie i myślałem, że stary Hwyrddyddwg
nie był specjalnie odkrywczy. Tak, w rzeczy samej, oczy i dłonie zdradzały
ich zamiary. Bo w ich oczach było okrucieństwo i zdecydowanie, a w
ich dłoniach były miecze. A ja nie miałem mojego miecza, tego, który
ofiarowałem na usługi Iseult o Białych Dłoniach. No cóż, pomyślałem,
trudno. W końcu, cóż to takiego, zginąć w walce? Albo to mi pierwszyzna?

Jestem Morholt! Ten, który jest Decyzją.

– Twoje imię – powtórzył Mariadoc.

– Tristan – powiedziałem.

Kapelan zjawił się nie wiadomo skąd, wyskoczył jak puk spod ziemi.
Stękając z wysiłku, rzucił mi przez całą salę wielki, dwuręczny miecz.
Mariadoc skoczył ku mnie, wznosząc swój do cięcia. Przez moment dwa
miecze były w górze – ten Mariadoka i ten lecący ku moim wyciągniętym
dłoniom. Wydawało się, że nie mogę być szybszy. Ale byłem.

Uderzyłem go pod pachę, z całej siły, z półobrotu, a ostrze wcięło
się skośnie aż po linię rozdzielającą barwy na jego herbie.
Obróciłem się w drugą stronę, opuszczając miecz, a Mariadoc zsunął
się z klingi pod nogi tamtych trzech, biegnących ku mnie. Anoeth potknął
się o ciało, a ja mogłem bez przeszkód rozwalić mu głowę. I rozwaliłem.

Gwydolwyn i Deheu rzucili się na mnie z dwóch stron, wpadłem między
nich, wirując jak bąk z wyciągniętym mieczem. Musieli odpierzchnąć,
ich brzeszczoty były o dobry łokieć krótsze. Przyklękając, ciąłem
Gwydolwyna w udo, czułem, jak ostrze chrupie po kości i miażdży
ją. Deheu zamierzył się na mnie, przypadając z boku, ale pośliznął
się we krwi, klapnął na jedno kolano. W jego oczach były przerażenie
i prośba, ale nie znalazłem w sobie litości. Nawet jej nie
szukałem. Sztych dwuręcznym mieczem, zadany z bliska, jest nie do
odparowania. Jeżeli nie można uskoczyć, klinga wchodzi na
dwie trzecie, aż po dwa żelazne zęby, które specjalnie się
na niej umieszcza. I weszła.

Wierzcie lub nie, żaden z nich nawet nie krzyknął. A ja… Ja
nie czułem w sobie niczego. Absolutnie niczego.

Rzuciłem miecz na posadzkę.

– Morholt! – Branwen podbiegła, przywarła do mnie, roztętniona
wygasającym przerażeniem.

– Już dobrze, dziewczynko, już po wszystkim
– powiedziałem, głaszcząc ją po włosach, ale patrząc na kapelana,
klęczącego przy konającym Gwydolwynie.

– Dziękuję ci, klecho, za ten miecz.

Kapelan uniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Skąd się wziął?
Czy był tu cały czas? A jeżeli był tu cały czas… to kim był?
Kim był, u diabła?

– Wszystko w ręku Boga – powiedział, po czym znowu schylił
się nad Gwydolwynem. – Et lux perpetua luceat ei…

Mimo wszystko nie przekonał mnie. Nie przekonał mnie ani
pierwszym, ani drugim stwierdzeniem. W końcu to ja byłem Morholtem.
To ja byłem Decyzją. A światłość wiekuista? Wiedziałem, jak
taka światłość wygląda. Wiedziałem o tym lepiej od niego.

* * *

Później znaleźliśmy Iseult.

W łaźni, przytuloną twarzą do cembrowiny. Czysta,
pedantyczna Iseult o Białych Dłoniach nie mogła tego zrobić gdzie
indziej, jak tylko na kamiennej posadzce, przy kanale, którym odprowadzano
wodę. Teraz ten kanał, na całej długości, połyskiwał ciemną, zakrzepłą
czerwienią.

Przecięła sobie żyły na obu rękach. Umiejętnie, nie do odratowania,
nawet gdybyśmy znaleźli ją wcześniej. Wzdłuż całych
przedramion, po wewnętrznej stronie. I poprawiła w poprzek, na przegubach.
Na krzyż.

Dłonie miała jeszcze bielsze niż zwykle.

I wówczas, wierzcie lub nie, zrozumiałem, że pachnąca jabłkami
łódź bez steru odpływa od brzegu. Bez nas. Bez Morholta z Ulsteru.
Bez Branwen z Kornwalii. Ale nie pusta.

Żegnaj, Iseult. Żegnaj na zawsze. Czy w Tir Nan Og, czy w
Avalonie, na wieki, na wieczność przetrwa biel twoich dłoni.

Żegnaj, Iseult.

* * *

Opuściliśmy Carhaing, zanim zjawił się Caherdin.
Nie mieliśmy ochoty z nim rozmawiać. Ani z nim, ani z kimkolwiek,
kto mógł być na pokładzie statku, który przypłynął z Kornwalii, z
Tintagel. Dla nas legenda już się zakończyła. Nie interesowało
nas, co z nią zrobią minstrele.

Zachmurzyło się znowu, mżył deszcz. Normalnie, jak to w Bretanii.
Przed nami była droga. Droga przez wydmy, ku tamtej, skalistej plaży.
Nie chciałem myśleć, co dalej. To nie miało znaczenia.

– Kocham cię, Morholcie – powiedziała Branwen,
nie patrząc na mnie. – Kocham cię, czy tego chcesz, czy nie. Czy
ja tego chcę, czy nie. To jest jak choroba. Jak niemoc, która odbiera
mi możność wolnego wyboru, która topi mnie w otchłani. Zabłądziłam
w tobie, Morholcie, nigdy już się nie odnajdę, nie odnajdę siebie
takiej, jaką byłam. A jeżeli odpowiesz uczuciem na moją miłość,
zabłądzisz również, przepadniesz, pogrążysz się w odmęt, nigdy
już nie odnajdziesz dawnego Morholta. Dlatego dobrze się zastanów,
zanim mi odpowiesz.

Korab stał przy kamiennym nabrzeżu. Coś wyładowywano. Ktoś
krzyczał i klął po walijsku, poganiając tragarzy. Zwijano żagle.
Żagle…

– To straszna choroba, ta miłość – ciągnęła Branwen,
też przyglądając się żaglom korabia. – La maladie,
jak mówią ci z południa, z głębi lądu. La maladie d’espoir,
choroba nadziei. Samolubne zaślepienie, czyniące krzywdę wszystkim
dookoła. Kocham cię, Morholcie, w samolubnym zaślepieniu. Nie
martwi mnie los innych, których mogę niechcący wplątać w moją miłość,
skrzywdzić i podeptać. Czy to nie straszne? A jeżeli odpowiesz
uczuciem na moje uczucie… Dobrze się zastanów, Morholcie, zanim
mi odpowiesz.

Żagle…

– Jesteśmy jak Tristan i Iseult – powiedziała Branwen,
a głos załamał się jej niebezpiecznie. – La maladie…
Co z nami będzie, Morholcie? Co się z nami stanie? Czy i nas połączy
ostatecznie dopiero krzak głogu lub dzikiej róży, który wyrośnie
z grobowca z berylu, by opleść gałązkami drugi grobowiec, ten
z chalcedonu? Czy warto? Morholcie, dobrze się zastanów, zanim mi
odpowiesz.

Nie miałem zamiaru się zastanawiać. Sądzę, że Branwen wiedziała
o tym. Widziałem to w jej oczach, gdy odwróciła ku mnie twarz.

Wiedziała, że przysłano nas do Carhaing, byśmy uratowali
legendę. I zrobiliśmy to. Najpewniejszym sposobem.

Zaczynając nową.

– Wiem, co czujesz, Branwen – powiedziałem, patrząc na żagle.
– Bo ja czuję dokładnie to samo. To straszna choroba. Straszna,
nieuleczalna la maladie. Wiem, co czujesz. Bo ja również
zachorowałem, dziewczynko.

Branwen uśmiechnęła się, a mnie wydało się, że słońce przedarło
się przez niskie chmury. Taki był ten uśmiech, wierzcie lub nie.

Uderzyłem konia ostrogami.

– I na pohybel zdrowym, Branwen!

Żagle były brudne.

Tak mi się przynajmniej wydawało.