Lista Sapek z Andrzejem Sapkowskim

Wzniesiono toasty i wręczono ASowi modem („rozpuszczacie mnie
chłopaki” – powiedział po otrzymaniu upominku). Oczywiście prezent nie był
bezinteresowny – mamy nadzieję, że Jarek Pawlak, główny monter, zapisze
Mistrza na listę dyskusyjną 🙂 Obdarowywany skomentował:

AS: Jak to, mam dyskutować o sobie?

John: Wystarczy podsłuchiwać…

AS: To jeszcze mniej przystoi.

Dyskusja szybko się rozkreciła…

– (AS) Na Litwie, jak wieść głosi, czekają na mnie jeszcze od czasu
„Leju po bombie”, aby za przedstawiony w opowiadaniu obraz Litwinów
sprawić mi, jak to mówią po litewsku, tęgi wpierdalauskas. Rzecz jasna to
żart, mam z Litwinami doskonałe układy, wyszła tam nawet moja książka,
stąd wiem, że po litewsku wiedźmin to „raganius”. A sam po litewsku znam
tylko takie słowa jak szudas i donas.

I kałakutas.

– (AS) Byłbym zapomniał – i kałakutas.

Nie wiem czy ktoś czytał ostatnią „Politykę” – zająłem 48. miejsce w
plebiscycie na pisarza XX wieku. Kto by pomyślał, wyprzedziłem Bunscha i
Tyrmanda, autorów, na których uczyłem się, jak pisać po polsku. To
zabawne, ale fakt pozostaje faktem – istnieje coś takiego jak moda i gusta
czytelnicze mierzone w danym momencie.

– (John żartem) Może dlatego, ze ty wydałeś ostatnio książkę a
Tyrmand nie…

Sienkiewicz zajął pierwsze miejsce, a kiedy ostatnio wydał książkę?

– (Krasnal) Ale film nakręcili.

– (AS) Mówi się, że medium ciągnie medium.

A będziemy mieli film o wiedźminie?

– (AS) Zobaczymy. Zapowiada się o tyle dobrze, że przysłali mi już
scenariusz; a jeśli scenariusz jest, to znaczy że i film blisko.

zmiana tematu

– (AS) Wybieram się niedługo do Lubina – przyjąłem zaproszenie nader
chętnie i z każdego innego dolnośląskiego miasta też przyjmę, bo traktuję
to trochę jak field research do mojej nowej książki, która będzie się
dziać na Dolnym Śląsku.

oklaski 😉

– (AS) Z brawami proponuje się wstrzymać.

Usłyszymy coś więcej?

– (AS) To zależy co chcecie usłyszeć.

– (John podpuszczał) Kogo Przywra będzie mordował?

– (AS) Wszystko się wyjaśni w swoim czasie. Jak mawiał Eklezjastes,
jest czas siania i czas rozbierania, przepraszam, zbierania.

– (Marek Szyjewski) A ile stron będzie?

– (AS) Ile wyjdzie!

Marek policzy strony i rozpozna o czym jest…

Płacą od słowa?

– (AS) Żaden wydawca w Polsce nie płaci od słowa. Jedynym przyjętym
sposobem jest umawianie się na procent od sprzedaży, czyli od tego, ile
wydawnictwo sprzeda hurtownikom. Ale nie mówmy o pieniądzach. Pieniądz w
grze, którą nazywamy życiem, służy jedynie do liczenia punktów.
Słuchajcie, jaki przyjmiemy moduł tego spotkania? Pytania i odpowiedzi?

Czekamy na pytania…

śmiech

– (John) Od lutego jak już zauważyliście prowadzę plebiscyt na
najlepsze twoje (do ASa) opowiadanie i…

– (AS) To tak czy inaczej wygrałem.

– (Krasnal) Brawa dla zwycięzcy!

brawa dla zwycięzcy

– (John) Każdemu opowiadaniu można było przyznać maksymalnie 4 punkty
(razem 11). Trzeba było tez podać wiek i wykształcenie – co ciekawe osoby
o wykształceniu wyższym (na przykład coś związanego z ekonomią)
przyznawały mimo określonych reguł, np. 11 punktów na jedno opowiadanie.
Mam do ciebie (do ASa) pytanie: jak sądzisz, jaka jest pierwsza trójka
rankingu?

– (AS) Nie mam pojęcia.

– (John) To może, które opowiadanie uważasz za najbardziej udane…

– (AS) Nie odpowiem. Ale zgadnę, jak wyglądają wyniki głosowania…

– (John) W pierwszej kategorii tylko opowiadania wiedźmińskie.

– (AS) Już wam mówię… hm… „Miecz przeznaczenia” na pierwszym,
„Wiedźmin” na drugim, „Coś więcej” na trzecim.

– (John) „Miecz przeznaczenia” na siódmym, „Wiedźmin” na trzecim,
„Coś więcej” na dziesiątym. Na pierwszym miejscu „Mniejsze zło”, na drugim
„Ostatnie życzenie”. Na ostatnim miejscu „Głos rozsadku”, który też
włączyłem do konkurencji.

– (AS) To wcale nie było opowiadanie.

– (John) Możliwe, że nie powinno też być „Coś się kończy, coś się
zaczyna”.

– (AS) Bo to nie było wiedźmińskie opowiadanie tylko jajco, że się
tak wyrażę. Żart. Wielokrotnie o tym mówiłem.

– (John) A jednak wyprzedziło „Ziarno prawdy”, „Okruch lodu”…

– (AS) Wiecie, napisałem kiedyś dla gdańszczan drugi taki figiel,
zatytułowany „Bitewny pył”. Chociaż wydawałoby się, że wszyscy powinni
połapać się, że to dowcip, znalazł się taki, który głosował na to
opowiadanie do nagrody Zajdla, a żeby było jeszcze śmieszniej, to w
kategorii powieść, bo jednym z elementów dowcipu było nazwanie „Pyłu”
fragmentem powieści.

Może miał wizje…

Antycypował…

– (Krasnal) Albo przeczytał resztę.

brawa

– (AS) Słuchajcie, zapalcie to światło, jakoś ciemno jest.

– (John) Możemy zapalić świeczki.

– (AS) A co, za światło każą wam płacić? Tak się bronicie przed tym
włączeniem jakbyście mieli tu licznik.

stała się jasność

– (John kontynuuje) Pozostała jeszcze konkurencja na opowiadanie
niewiedźmińskie. Wygrało „Maladie”…

– (AS) Bardzo dobrze! Brawo!

– (John) Drugie miejsce „W leju po bombie”, trzecie „Złote
popołudnie”.

– (AS) Dobrze, chłopaki. Bardzo dobrze.

– (John do sali) Namawiałem też pana Andrzeja by wziął udział…

– (AS) Nie, nie. Jestem człowiekiem zbyt skromnym, by głosować na
samego siebie. (zmieniając temat): W maju jadę do Nidzicy na taki
konwencik robiony przez „Verbum”, jedzie ktoś?

Kiedy?

– (AS) W połowie maja chyba.

W maju będzie Belleteyn…

– (grok chyba) Ja mam pytanie o zakończenie, tak bardzo podobne w
pewnym momencie do Mistrza i Małgorzaty…

– (AS) Bo ja wiem, czy aż tak podobne… Chodziło raczej o oczywiste
nawiązanie do legendy arturiańskiej, do łodzi, którą Morgana uwozi Artura
do Avalonu. A że to jest podobne do „MiM” to trudno… Nie moja wina, że
Miszka Bułhakow wpadł na ten sam pomysł co ja!

Czy od początku wiadomo było jak się „saga” skończy?

– (AS) Wyliczyłem sobie po długim grzebaniu w otchłaniach pamięci, że
pierwszy fragmencik „sagi” napisany został w tym roku, gdy odbywał się
słynny Krakon i Polcon połączony z Euroconem. Nie pamiętam, który to był
rok…

Chyba 89 rok.

– (AS) Pewnie tak. A tym pierwszym fragmencikiem była scena walki
Szczurów z Bonhartem. Natomiast gdy powstał pierwszy w miarę pełny plan
sagi, już wtedy znałem jej zakończenie. Jak już zapewne wiele razy
mówiłem, w pierwotnym zamyśle miały to być 3 części. Koncepcja uległa
zmianie w momencie, gdy stało się jasnym, że trzy tomy oznaczać będą
musiały zbyt długie przerwy miedzy kolejnymi książkami, a książki te będą
bardzo, bardzo obfite. Żeby ukręcić łeb wszelkim plotkom i pomówieniom –
nikt mnie do zmiany koncepcji na pięciotomową nie zmuszał, to była moja
decyzja, , sam uznałem, że tak będzie lepiej. Tak oto mamy 5 części,
wydawanych w latach 1994 – 99. Z utrzymaną – w zasadzie – regułą „książka
co roku na zimę”. Walczyłem jak lew o to, by przerwy miedzy tomami nie
były dłuższe niż 1 rok… Inaczej mogło by się to skończyć syndromem
Szklarskiego. Przygód Tomka, które zacząłem czytać gdy miałem lat
dziesięć, mając lat pięćdziesiąt czytać już nie będę.

– (grok) Czy 89 rok czy miał jakiś polityczny wpływ na Pana
twórczość?

– (AS) Nie miał. Cała ta polityka zza okna i z telewizora, jak to
nazywam, mało mnie interesuje. Kiedy żona ogląda jakiś „teledurniej” a ja
znad książki rzucam z mądrą miną odpowiedzi na pytania, Maria mówi: „Zgłoś
się i sam zagraj, mądralo!” Ja wtedy zawsze odpowiadam: „Nie mogę, bo
czasami zadają pytania typu: Kto jest obecnym przewodniczącym partii ABC
czy ABD”. A ja pojęcia nie mam nawet co znaczy ten skrót.

– (Zbowid) Ale wiedźmiński fundusz emerytalny jest.

– (AS) A co to ma wspólnego z polityką? Fundusz to fundusz, jest
apolityczny. Proszę mi wierzyć, polityka mnie naprawdę nie interesuje,
nawet taka na poziomie anegdoty politycznej. Wyprowadzam z błędu
wszystkich, którzy chcieliby się doszukiwać w moich utworach kluczy,
szyfrów, analogii i karykatur osób żyjących. Pewnie, że można sie zabawić
słowem; użyć modnego wyrazu, używanego np. w dziennikach telewizyjnych czy
w slangu młodzieżowym, to potrafi dobrze zrobić książce i jej językowi.
Ale kluczy typu „ten to Wałęsa”, albo „ten tu to Niesiołowski” nie
szukajcie w moich tekstach, bo ich tam nie znajdziecie.

– (grok chyba) A jakieś własne żale Pan przelewa?

– (AS) Też nie, ja nie mam żadnych żali, a jeśli mam, to jest to moja
osobista, prywatna i sekretna sprawa. Bardzo daleki byłbym od tego żeby
wspiąć się na czubek góry i z tej góry wyżalać się całemu światu, wołać,
jaki to ja jestem nieszczęśliwy, jaki skrzywdzony, jaki niezrozumiany.
Albo – co byłoby jeszcze żałośniejsze – wykorzystywać książkę i tekst do
tego, by odgrywać się czy mścić. Mam 50 lat, które przeżyłem iście pod
chińską klątwą, wiecie, jaka to klątwa: „Obyś żył w ciekawych czasach”.
Czasy były ciekawe, nie sposób więc nie mieć jakichś żali. Ale jestem jak
najdalszy od tego aby dawać temu wyraz w tym, co piszę. Mój tekst to nie
jest ambona, z której mam kazać, ani deska ogłoszeń gdzie mam napisać:
„Niniejszym przepraszam sąsiada za incydent w dniu 13 listopada, w wyniku
którego doznał on złamania trzech kończyn, w tym jednej górnej, oraz
stracił oko”. To nie leży w mojej naturze; jeśli mam do kogoś żal to
mówię mu to w twarz lub przestaję się do niego odzywać. Jaka może być
satysfakcja z tego, że wplotę do fabuły jakąś złośliwość czy obelgę pod
czyimś adresem, jakieś mściwe słowa? Nie, nie bawi mnie to i robić tego
nie będę. Choć znam takich, którzy robią. Znam takie przykłady i
zastanawiam się, czy nie leży u podstaw pańskiego pytania fakt, że i pan
je zna..

– (Marek Szyjewski) U Dantego to się pojawia…

– (AS) Dokładnie… Często nie wiemy do czego czy też do kogo dany
autor pił… Czy ktoś może wiedzieć, komu Szekspir chciał dokuczyć tworząc
czarne charaktery swoich dramatów, na kim chciał się zemścić,
przedstawiając go w postaciach tak wstrętnych jak Kasjo czy Kaliban? Nigdy
tego wiedzieć nie będziemy, niezależnie od tego, co piszą o tym historycy
literatury, którzy zawsze skłonni są dorabiać komuś mordę.

Jak to będzie wyglądało z perspektywy czasu?

– (AS) Być może wtedy na siłę będzie się doszukiwało tego typu
odniesień, będzie się próbowało jakoś „ustawiać” autora w czasach, w
których żył. Może zaczną powstawać i krążyć legendy. Nawiasem mówiąc, one
już powstają. Postanowiłem sobie głęboko, że żadnych nazwisk nie będę
wymieniał, więc nie wymienię, ale już słyszy się od tego i od owego o tym,
jak to oni ustrój obalali, jak to ich cenzura gnębiła, jak to jakiś stary
komuch odrzucał im teksty, bo zauważył bystro, że w tych tekstach zielone
ludziki to naprawdę czerwone ludziki. Te legendy zaczynają żyć własnym
życiem, jeszcze pięć, dziesięć lat i ludzie zaczną w nie wierzyć.
Przyglądałem się dla przykładu powstawaniu „Fenixa”, pisemka dysydenckiego
troszkę wobec „Fantastyki”, a przynajmniej za takie się uważającego. Jak w
dym walili tam autorzy, którym Parowski odwalał teksty, a w zależności od
potrzeby Parowski nazywany był za to odwalenie albo „starym komuchem” albo
„starym klerykałem”. Tego zaś, że powodem odrzucenia tekstu była tegoż
tekstu przeraźliwa nędza, nikt jakoś nie chciał zauważać.

– (John) W roku 89 uśmierciłeś Mistle…

– (AS) Tak.

– (John) Czy rozkochując w niej Ciri nie czułeś się jakoś tak…

wyczekiwanie

– (AS) Dokończ pytanie, lubię wiedzieć, na co odpowiedzieć.

– (John) Od początku wiedziałeś, że Ciri zakocha się w Mistle?

– (AS) Oczywiście. To był jeden z elementów planu, który był gotowy
od samego początku.

– (John) A scena w bibliotece?

– (AS) A to z kolei jedna z rzeczy, która doszła po planie, w
założeniach pierwotnych dla Fringilli Vigo nie było miejsca. Pisząc scenę
w bibliotece bawiłem się pomysłem napisania jej wbrew ludziom, którzy
twierdzą, że po polsku nie da się takiej rzeczy zrobić bez popadania
słownictwem albo w ginekologię albo w wyrazy plugawe. I wpadłem na pomysł
z książkami. Ale i tak nie pomogło, gazeta, która drukowała „Panią
Jeziora” w odcinkach, zażądała od NOWEJ, aby scenę biblioteczną wyciąć
jako pornograficzną. Zostali przez NOWĄ wyśmiani.

Jeszcze pocieszniej zareagowali na moją rzekomą „pornografię”
Rosjanie. Zauważyłem, czytając przekład, że scena Mistle-Ciri jest mocno
okrojona. Tłumacz, do którego zgłosiłem pretensje, oświadczył, że
powinienem mu jeszcze dziękować, bo początkowo wydawnictwo zażądało –
zażądało od tłumacza, podkreślam – by zmienić Mistle na chłopaka.
[ogólna radość na sali

– (AS kontynuuje) Jeśli już przy przekładach jesteśmy, to określone,
jak by to powiedzieć, szczerby kulturowe potrafią zaowocować zabawnym
efektem. Mój rosyjski tłumacz zupełnie nie zrozumiał o co chodzi w
dowcipie z gettem ławkowym w uczelni i napisał w tekście: „Znowu się
zaczną draki o sklepiki”.

– (Marek Szyjewski) „O miejsca handlowe dla nieludzi”.

– (AS) Dokładnie tak. „Ławka” to wszakże sklep, miejsce handlowe. A
tłumacz niemiecki za nic nie pojmował anegdoty o „elfach i wozakach”,
czyli „Żydach i cyklistach”, chociaż cytat wzięty jest z Remarque’a, więc
Niemiec powinien go rozumieć w lot. Wiele, wiele moich żartów wyszło w
tłumaczeniach tak, że nie bardzo wiadomo, że czego się tu śmiać.

– (John) Właśnie, co z koreańskim tłumaczeniem?

– (AS) O, do tego to jeszcze bardzo daleko…

– (John) Podobno z niemieckiego mają tłumaczyć.

– (AS) To prawda.

– (John) Kontaktowali się potem z tobą?

– (AS) Nie, teraz czekają na ofertę z NOWEJ.

– (Marek Szyjewski) W Polsce jest paru koreanistów, sam znam osobę,
która włada koreańskim.

– (AS) To nie może być osoba, która włada, to musi być Koreańczyk.
Tłumaczyć musi ktoś, dla kogo dany język jest „Muttersprache”. To wymóg
absolutny.

Z wszystkich tłumaczeń najlepsze jest moim zdaniem czeskie. Jest to o
tyle ciekawe, że tłumacz nigdy, podkreślam NIGDY, nie zadał mi żadnego
pytania. Ale za to narysował mapę. Miała być ta mapa w czeskim wydaniu ale
jakoś się to rozwiało. I może i dobrze.

A co z grą komputerową o wiedźminie?

– (AS) Mam pewne doniesienia ale z drugiej ręki, z których wynika, że
prawie gotowa gra nie spodobała się twórcom i jest robiona od nowa.

– (John) Tak, robią od nowa, zmienili całą ekipę, wyjdzie
prawdopodobnie w ostatnim kwartale tego roku.

– (AS) Coś w tym stylu. Ja w pracach nad grą nie uczestniczę, więc o
szczególy proszę mnie nie pytać. Tak zupełnie na boku powiem, że nie
grałem w życiu w żadną grę komputerową.

Sprawa Leo Bonharta…

– (AS) Imię było późno nadane, żeby było śmieszniej, było to nazwisko
jednego z klientów mojej firmy, Anglika.

A skąd koncepcja takiej postaci?

– (AS) Nie zadawajcie mi takich pytań. Nie wypada. Zapytalibyście
Szekspira: „Skąd koncepcja Makbeta?” Szekspir wymyślił Makbeta, a ja
Bonharta. Koniec.

Dobra, ale kto to jest?

– (AS) No tak, kto to jest… Ciekawe, kto? Może to przebrany Makbet?

Może inaczej – zastanawialiśmy się na liście co znaczy porównanie
„rybie oczy”.

– (AS) A co toście ryby, cholera, nie widzieli?

– (Krasanal) Po usmażeniu żadna z nich nie miała oczu.

– (AS) Bo to pewnie był filet, w dodatku panierowany. Kapitan Igloo.
Ryby, wierzcie mi, mają oczy. Pstrąga na przykład gotuje się tak długo aż
mu oczy zbieleją, stąd się wzięło powiedzonko, że komuś „oko zbieleje”.

Ciągle mi takie pytania czytelnicy zadają – a dlaczego tak, dlaczego
nie tak – jakby sądzili, że książki pisze się metodą rzutów kostek, albo
że papuga wyciąga fiszki, że jest to jakaś interaktywna zabawa z
czytelnikami czy z samym sobą, że dana postać czy dany epizod jest efektem
przypadkowym albo wręcz wypadkowym. Wyglądam oknem – jeśli pierwszym
autem, jakie przejedzie ulicą, będzie mały Fiat, Bonhart pozabija Szczury.
Jeśli inna marka samochodu – Szczury zabiją Bonharta. Otóż tak nie jest.
Choć może i uwierzyć w to trudno, ja przed rozpoczęciem pisania mam plan,
założenie, koncepcję – i tych się trzymam. Czasami, prawda, wena ponosi,
spod ręki wyrasta nowa postać, jakiś całkiem nieplanowany epizod… Tak
bywa – ale to nie zmienia faktu, że pracuje się według planu.

Leo Bonhart mógł pokonać (spotkać się z) Geralta?

– (AS) No i po co ja się dopiero co nagadałem? A skąd ja mogę
wiedzieć o czymś, czego NIE napisałem? To jest pytanie dla autora gry
role-playing, bo ten i owszem, musi wiedzieć, czy troll może pokonać
paladyna i co będzie gdy druid spotka się z nimfą. Bo w RPG takiego
spotkania wykluczyć nie można. U mnie można było śmiało je wykluczyć, bo
plan go nie przewidywał. Nie było, jak to się mówi – koncepcji spotkania
Bonharta z Geraltem. Bonhart jest postacią „prowadzoną” przez Ciri – aż do
finału. Tak musiało być, tak każe sztuka fabuły, sztuka dramaturgii.
Przyznam, że owszem, rozważałem, czy nie „zezłościć” cztytelnika jakimś
rozwiązaniem „kontrklasycznym” – czyli zgrzytem żelaza po szkle. To chwyt,
który czasami działa. Ale w końcu zdecydowałem się na rozwiązanie
klasyczne. Dość będzie o tej sprawie. Proszę, nie pytajcie o coś, co się
w mojej książce nie stało, dlaczego się nie stało i co by było, gdyby się
stało. Musiałbym napisać drugą książkę.

pomruk aprobaty

– (Marek Szyjewski) Mnie zastanawiało w jaki sposób Galahad mógł
cytować „Odyseję”?

– (AS) Nie mógł, he, he…. Nie miał prawa! Ale ja nie oparłem się
pokusie. Tak mi się prosił Galahad w roli Odysa przed Nauzykaą… Chociaż
u mnie jest odwrotnie – to „Nauzykaa” wychodzi z wody.

– (Marek Szyjewski) Ale Galahad, bohater utworów napisanych w XII
wieku mógł znać Homera.

– (AS) Galahad, istotnie, został jako postać stworzony dopiero w XII
wieku. Umieszczanie go u boku króla Artura w w V. jest to tak zwany
konflikt ontologiczny, których zresztą legenda arturiańska jest pełna..

– (Krasnal) Ale to się da wyjaśnić. Jeżeli Józef z Arymatei zasadził
swoją laskę i wyrósł z tego głóg, to przecież mógł też przynieść parę
cytatów z różnych dzieł.

– (AS) Jasna sprawa. Jeśli zaś na cytaty zeszliśmy, mała dygresja:
mamy rok Mickiewiczowski, ogłaszam więc mały prywatny konkurs – kto
znajdzie w „Pani Jeziora” wszystkie cytaty z Mickiewicza? Jest ich tam
kilka… naście.

– (Krasnal) A czy jest więcej zachodów słońca niż wschodów?

– (AS, śmiejąc się) Nie liczyłem…

– (John nagle sobie przypominając) Powiedziałeś, że nie jesteś
autorem gier RPG…

pokazuje ASowi „Oko Yrrhedesa”

– (AS) Nie, ja tego grą nie nazywam. A już absolutnie nie „systemem
Sapkowskiego”.

Popełnione…

– (AS) To jest coś w rodzaju podręcznika, dla tych, którzy z RPG
zetknęłi się i brakuje im wiedzy w tym przedmiocie. Książka ma jeden
minus, ale za to poważny. Ukazała się dziesięć lat za późno. Ja zresztą
też popełniłem poważny błąd – nie przewidziałem, że podaż tak prędko
zaspokoi popyt. Mniemałem, że materiały i akcesoria do RPG będą bardzo
długo niedostępne i sakramencko drogie, polskie rolplejowanie będzie się
więc długo opierać na samizdatach, grach robionych przez graczy i mistrzów
gier. Dla nich miało być „Oko Yrrhedesa”. Niestety, spaliło na panewce, z
wiadomych powodów.

– (Zbowid, mag szary) Słyszał pan o Mrocznej Fali, grze, która odbywa
się na mojej stronie, a dzieje się w świecie Sapkozji?

– (AS) Tak, ktoś mi o tym donosił…

– (Zbowid) Taaak… rumieniąc się zapewne, nie widać było za
dobrze
😉
Czy jest to dopuszczalne w konwencji, czy ma to sens?

– (AS) Nie widziałem, a zatem no comments…

– (Zbowid) Czy ma to sens w krainie, która jest zamknięta.

– (AS) Nic nie jest zamknięte. Robi się przecież gry na bazie
Tolkiena – a przecież Trylogia Pierścienia to również dramaturgiczne
zamknięta całość. Na bazie Moorcocka jest gra, na bazie Pratchetta jest
gra, przykłady można mnożyć. Z tym, rzecz jasna, że jest to już dzieło
autora gry a nie pisarza. Ale im świat jakiegoś autora bogatszy i
spójniejszy, tym i gra ciekawsza. Ja sobie wiele trudu nie zadałem żeby
stworzyć świat – ważna była fabuła, opowieść, nazwy geograficzne były
ozdobnikami, nie odnośnikami. Im bardziej jednak opowieść się rozrastała,
tym większa była potrzeba uporządkowania tej fantastycznej geografii, co w
końcu zrobiłem. Ale jest to raczej szkielet, niż świat. Stelaż, na którym
„zawieszam” narrację.

– (Marek Szyjewski) A co z ziarnem, które nie zakiełkowało a wybuchło
płomieniem?

– (AS) Przepowiednie i wieszczby pełne są niepojętych słów, zdań i
sformułowań, słowo „brednia” jest na końcu języka. Vide Nostradamus, vide
Pytia, Sybilla, Wernyhora. Vide proroctwa wróżbitów będących pod tak
zwanym wpływem – obojętne, haszyszu czy kumysu. Ale tak poważnie – Ma pan
absolutną rację – to mające wybuchnąć płomieniem ziarno to jedna ze
strzelb, może nie strzelb ale pistolecików, które nie wystrzeliły w
ostatnim akcie, choć powinny. Pan jest czytelnikiem uważnym, wiem o tym,
nie wątpię, że pan mi te „niewypalone strzelby” bezbłędnie wyłapie. Ja
przyznaję się do tego bez bicia – kilku klamr nie zamknąłem, kilka
niedomówień zostawiłem – bo książka zbyt puchła i cięcia były konieczne.
Trochę żal, ale z drugiej strony jest teoria głosząca, że nic nie robi
dziełu tak dobrze jak skrót.

Zdradzę dla przykładu, że ofiarą klawisza F8 padł epizod następujący:
flashforward, daleka przyszłość. Prapraprawnuczka Fringilli Vigo chce się
bawić z kotem a kotek parska na nią i ucieka, boi się…

– (John) Za dużo czasu w bibliotece spędzała…

śmiech

– (AS) Ofiar klawisza F8 było więcej. Były też epizody, które – choć
skazane – uszły z życiem. Podczas prac redakcyjnych Danusia Górska
sugerowała cięcia, spieraliśmy się, los pewnych epizodów wisiał na włosku.
Ale niektóre ocalały.

A jakie sceny miały odpaść?

– (AS) Dla przykładu, Danka uważała że wieczornych „wizyt” Ciri u
Króla Olch jest za dużo i kilka należy wykreślić. Twierdziła nadto, że
relacja Ciri i Króla jest fałszywa psychologicznie, bo jeżeli on nie miał
wzwodu to ona powinna go automatycznie znienawidzić. Ripostowałem, że moje
własne – liczne – doświadczenia tego nie potwierdzają.

– (John) My mieliśmy taką koncepcję we Wrocławiu, że Ciri mogłaby
wrócić z dwoma niebieskimi tabletkami dla Króla Elfów.

– (AS) Ale ja bym takiej koncepcji nie uznał ani za dowcipną ani za
mądrą, byłoby to przegięcie pały. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że tworząc
fabułę ma się możność zrobienia wszystkiego, jest się omnipotentnym
totalnie. Sztuka zaś w samokontroli, w umiejętności wychwycenie tego, co
złe i fałszywe. A to trudne, bo wszakże to złe i fałszywe to też „moje”,
jakże trudno samego siebie krytykować, cenzurować i ciąć. Ale to
niezbędne, nie można zasłuchać się we własne, wspaniałe, genialne myśli.
Klawisz F8 bardzo się przydaje.

– (Bartek Grenda) Ja mam takie pytanie… czytał Pan „Niekończącą się
opowieść”?

– (AS) Ja wszystko z fantasy czytałem.

– (Bartek Grenda) Ja za to niewiele, pewnie ważniejsze rzeczy.
Wiadomo, dlatego tu jestem. Chodziło mi o to czy stosując takie mechanizmy
jak podróże Ciri w czasie, miał Pan ideę przybliżenia tej postaci, nadania
jej realności takimi mechanizmami jakimi zrobił to autor „Niekończącej się
opowieści”? Bo przecież czytając tę książkę musimy dokonać niemal aktu
wiary w ten świat, tu jest podobnie z czarodziejką Nimue, Panią Jeziora,
która jest wielką fanką legendy o Ciri, zbiera wszelkie możliwe wersje
opowieści. Musi bardzo mocno wierzyć w tą legendę (tak jak my). Ciri z
drugiej strony w swoich podróżach po światach ląduje (możemy to
podejrzewać) gdzieś w okolicach naszego świata (okolica, w której
śmierdzi). W ten sposób dana jest szansa, spotkania jej tutaj…

– (AS) W „Niekończącej się opowieści” mniej ważny był fantastyczny
sztafaż, smoki, potwory itd. A ważniejsza właśnie wiara dziecięca…
Bastian Baltazar Bux, jak pamiętamy, przenosi się do krainy fantazji
czytając książkę, głęboko wierząc w prawdziwość tego, co czyta. I marzenie
straje się rzeczywistością. Alegoryczność i przesłanie są oczywiste. W
przypadku mojej Nimue ma być podobnie. Gdy jako mała dziewczynka słucha
opowieści wędrownego dziada (daleki flashforward), wiąże swój los z losem
Ciri, choć wydawałoby się, że od czasów prawdziwej Ciri dzielą ją wieki.
Ale jej wiara sprawia, że z Ciri się jednak spotka i że to ona, nie kto
inny, otworzy jej drogę do zamku Stygga. Zamku, który ma wytkany na
gobelinie. Do końca nie wiadomo, jaki to zamek, na tym gobelinie. Ale
Nimue wie, że to musi być TEN, bo tak chce legenda.

– (John) Czyli „Coś się kończy, coś się zaczyna” jest jedną z legend?

– (AS) Do momentu wydania „Pani Jeziora” nikt mi nie wierzył, że to
nie jest ostatni rozdział sagi. Pojawiły się nawet głosy, że tylko
Sapkowski mógł być tak bezczelny, żeby napisać i wydać jako opowiadanie
ostatni rozdział a potem zacząć pisać książkę, gdy wszyscy już wiedzą, jak
to się skończy. Dla wielu było prawdziwym zaskoczeniem, gdy stwierdzili,
że „Coś się kończy…” nie zamyka piątego tomu.

– (Marek Szyjewski) To nie moje pytanie, ale z listy dyskusyjnej –
wyjątkowo trafione były grafiki Wilmy Wessely. Jak ona trafiła – czy
natchnienie artysty jest równie dobrym źródłem jak sen śniączki?

– (AS) Nikt tego nie wie. Sztuka jest pojęciem nieuchwytnym. To jest
pytanie z gatunku tych „jakie było ostatnie życzenie wiedźmina” – nie mam
pojęcia, nie było mnie przy tym.

Na liście padło wiele propozycji ostatniego życzenia.

– (AS) Nie wątpię. Znam ten ból. Gdy powstawał komiks, Maciek
Parowski bardzo męczył mnie o owo życzenie. A na wszystkie argumenty
odpowiadał bardzo poważnie: „Ja rozumiem, ale przecież my musimy coś
napisać w „dymku”.

– (Adam Dudaczyk) Ale ten komiks jest fatalny.

– (AS) No comments. Mam taką zasadę, że jeżeli nie umiem zrobić
czegoś lepiej – i nie umiem tego udowodnić przykładem – to nie krytykuję.

nalano ASowi w końcu piwa

– (AS) Dobrze, że zimne – nic mnie tak nie złości jak ciepłe piwo.
Ale niech skończę myśl. Nie potrafiłbym narysować komiksu lepiej, ale na
komiksie się znam. Wychowałem się na bardzo dobrych komiksach. Za moich
młodych lat przychodził do łódzkiego Empiku francuski „Vaillant” ,
pojawiały się angielskie „Eagle” i „Valiant”, znałem belgijskiego
„Tintina”, widywałem ekskluzywne wydania albumowe. Były to naprawdę dobre
rzeczy, były to – nie bójmy się tego słowa – dzieła sztuki. Dlatego słowo
„komiks” zawsze kojarzyło mi się dobrze, absolutnie nie trąciło tandetą
czy tanią popkulturą. Bez żadnych oporów przystałem więc na komiksową
kooperację z Parowskim i Polchem.

Może Rosiński narysowałby lepiej?

– (Adam Dudaczyk) Rosiński chyba nie żyje…

– (AS) Kto nie żyje, Rosiński?

– (Adam Dudaczyk) No, gdzieś tam czytałem ostatnio.

– (AS) Niemożliwe. Dwa lata temu Rosiński był w Łodzi na konwencie
komiksu. Gdyby zmarł, coś bym wiedział o tym.

Może on by się tym zajął?

– (AS) Jeśli mam być zupełnie szczery, najbardziej ucieszyłaby mnie
propozycja od Japończyków. Manga.

– (Zbowid) Mangowy Geralt z wielkimi oczami? Jak Pan się na to
zapatruje? Jest to konwencja rysunkowa, da się wiele zrobić…

– (grok) Ale wszyscy wyglądają na 16 lat.

– (AS) Wszyscy wyglądają tak, że ze świecą szukaj takiego Japończyka.
Nikt też nie znajdzie w całej Japonii długonogiej dziewczyny a la Sailor
Moon czy Sailor Mars. Wszystkie Japonki są – dowcipnie mówiąc – bardzo
nisko skanalizowane.

– (John) A jak by miała być narysowana Ciri ze sceny, którą teraz
zacytuję: „Ciri uparła się jednak i dalej miała wrażenie, że przeciąg
wręcz hula jej po piersiach, a cały biust, aż po pępek niemal, pokryty ma
gęsią skórką” Jak narysować biust aż po pępek?

– (AS, chyba nie zrozumiał, lub nie chciał zrozumieć o co chodzi w
pytaniu) Pytanie – jeśli nie jest niezbyt czytelną dla mnie prowokacją –
dowodzi kompletnego braku zrozumienia zasad sztuki. Każda adaptacja jest
sztuką, jest samoistną artystyczną wizją, tylko wtedy jest dobra. Tworząc
komiks, nie rysuje się ani zdań, ani słów, ani opisów, nie cytuje się
pisarza za pomocą obrazow. Pański biust jest – excusez moi – równie
bezsensowny, jak obrazek, na którym małe ludziki drepczą komuś po
łepetynie, a podpis głosi: „Różne pomysły chodziły mu po głowie”.

śmiech

– (Marek Szyjewski) Kto miał przywieźć kolczugę?

– (AS) O co chodzi? Znowu żart bez puenty?

O gotowanie i odcedzanie zupy rybnej.

– (AS) Aha. A szczupaka ktoś ma? Od tego trzeba zacząć. Napisał do
mnie autor książki kucharskiej, na którą złożyć się mają przepisy
kulinarne tzw. ludzi sławnych. Bez zastanowienia podałem mu bardzo
dokładny przepis na zrobienie rybnej zupy, dokładnie takiej, jaką kompania
gotuje w „Chrzcie…”, także z tzw. wersją biwakową.. Albowiem ja taką
zupę gotowałem tyle razy, że śmiało mogę uchodzić za specjalistę.

Ale jak się cedzi?

– (AS) Są różne szkoły. Te mniej wyrafinowane zalecają cedzak.

Ale nie kolczugą!

A czym się cedziło?

– (Triss) Onucami.

– (AS) Ponieważ sita i cedzaki zajmowały za dużo miejsca w ekwipunku,
ja miałem zawsze wśród utensyliów specjalną gazę, tylko do rybnej zupy.

No ale jak to odcedzić? To trzeba było z czegoś do czegoś…

– (AS) Najwygodniej jest mieć dwa naczynia, n.p. kociołek i garnek.
Jeśli się ma jeden garnek – a zdarza się to, gdy gotowania nie miało się w
planie i garnek trzebo było wyłowić z dna rzeki lub gwizdnąć z chłopskiego
płota, też nie ma dramatu. Robi się tak: na pół kociołka się zakłada gazę,
i przez te pół się odcedza.

demonstruje, brawa

Wpadliśmy na podrzucanie, ale na to nie.

– (AS) Wiecie, ja z łuku mało strzelałem, a jak strzelałem, to w cel
nie trafiłem i tylko siniaki tygodniami miałem na przedramieniu, o, tu
pokazuje. Z kuszy strzelałem jeden raz w życiu – ale za to wpakowałem
wszystkie pięć bełtów w tułów robiącego za cel manekina. W życiu nie
fechtowałem się na miecze a na koniu jeździłem tylko wtedy gdy ktoś tego
konia mocno trzymał za wodze. Ale zupę jak się gotuje, to ja wiem. W tej
dziedzinie braku wiedzy fachowej zaimputować sobie nie dam.

Skoro nigdy się Pan nie fechtował skąd tak wierny opis?

– (AS) Wie Pan co dają człowiekowi studia wyższe?

wesoło Umiejętność korzystania ze źródeł.

– (Bartek Grenda) Właśnie. Ja się kiedyś pytałem o te źródła, ale
nadal nie wiem…

– (AS) Choćby Internet, z którym już się trochę pogodziłem, a trzeba
wam wiedzieć, że był czas, gdy gotów byłem tego diabła egzorcyzmować. Bo
to tak: rozmawiam sobie z kimś jak erudyta z erudytą, tu błyśniemy
cytacikiem, tu nawiążemy, tu się powołamy – bośmy się uczyli, bośmy
pracowali na to pilnie i długo, bośmy czytali tony książek, by erudytami
być. A jeśli znalazł się w towarzystwie ktoś, kto nie mógł nam dorównać,
to przyglądał się z podziwem i milczał skromnie. A dziś każdy może zostać
erudytą z pigułki. Komputer, sieć, Yahoo… I podchodzi młodzieniaszek do
erudytów ze słowami: „Cytując Szekspira, pomylili się panowie. Te słowa
wygłasza nie Horacy, ale Poloniusz, i nie w pierwszym akcie, ale w
drugim”. W tym względzie Internet był mi wrogiem. Dziś jednak zrewidowałem
poglądy, zorientowałem się bowiem, że były to poglądy starego zgreda,
który zazdrości młodzieży groszku w puszkach, bo on za młodu musiał
łuskać, albo majonezu w tubie, bo on musiał żółtka z oliwą ucierać… A
pod koniec i tak mu się zwarzyło.

Ale taki majonez był dużo lepszy.

– (AS) To na pewno. Wracając do tematu Internet – pozwolę sobie
powołać się na znane zapewne wszystkim opowiadanie „Jak Trurl i
Klapaucjusz Demona Drugiego Rodzaju stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać”.
Jak wszyscy pamiętają, był ten Demon Drugiego Rodzaju zardzewiałą żelazną
beczką, wypluwającą tony informacji. Oszukany przez Trurla i Klapaucjusza
zbój Gębon siedział i dowiadywał się: jak się wiją arlebardzkie wije i
dlaczego się mówi szewc i krawiec a nie krawc i szewiec, jakie są
wymiary dziurki tylnej małego ptaszka zwanego kurkucielem, jakimi słowy
obraził papież Ulm antypapieża Mulma… Dowiadywał się zbój Gębon,
dowiadywał, aż wreszcie zgłupiał. Internet przypomina mi nieco taką beczkę
demoniczną – wchodzi się, surfuje i dowiaduje jakimi słowy papież Ulm
antypapieża Mulma obraził, idzie się za linkiem i dowiaduje jakie są
rozmiary dziurki tylnej małego ptaszka zwanego kurkucielem. Następny link
i już wiem, że się nie mówi krawc i szewiec, ale szewc i krawiec. I
głupieje się nagle i czuje, że w głębi ciemnego znalazło się lasu, że
pozwolę sobie Dantem rzucić.

Jeżeli chodzi o opisy strzelania z łuku…

– (AS) Miałem bardzo mocną podbudowę teoretyczną. Czytałem
specjalistyczne podręczniki, jakich dostarczał mi mąż mojej ciotecznej
siostry, Amerykanin, który jest „bow hunter”.

„Bon hartem”?

śmiech

– (AS) Bow hunter! Polujący za pomocą łuku, w odróżnieniu od tych
myśliwych ze sztucerami i dwururkami. Uwierzcie, to nie żart, oni mają w
domu spore lodówki i zamrażarki, by móc przechować te wszystkie jelenie i
łosie, które facet kładzie strzałami z łuku.

W szermierce też miał Pan taką mocną podbudowę?

– (AS) Też, ale tu jest łatwiej, szermierka to nie łucznictwo,
żelazna klinga to prościucha w porównaniu ze skomplikowanym łukiem i jego
obsługą. W opisach walk na miecze wystarczy trochę fachowej terminologii –
kwarta, secunda, parada, finta…

– (Zbowid) Tego nie idzie sobie wyobrazić.

– (AS) Bo nie trzeba sobie tego wyobrażać. Wspominałem już o tym gdy
mowa była o komiksie, ale powtórzę – to nie jest zapis obrazu, tylko opis
sytuacji. Opis dynamiczny i niezbyt długi. A nie wykład o szermierce czy
traktat o broni białej, mający czytelnikowi zasugerować, że autor wszelkie
rozumy pojadł.

– (Marek Szyjewski) Jak sobie wyobrażać runę Eskalot?

– (AS) Nie wiem. Eskalot to oczywiście Shalott, świadome odniesienie
do wiersza Alfreda lorda Tennysona.

– (Zbowid) Marek się doszukiwał w Encyclopaedia Maxima Mundi pewnego
systemu…

– (AS) Być może. Oczywiście wiadomo, że jest to encyklopedia
nilfgaardzka…

– (Zbowid) Czy było wydanie nordlingowskie?

– (AS) Nie wiem. Nie wiadomo czy w tych czasach jeszcze w ogóle
istnieją jacyś Nordlingowie.

– (Zbowid) Aha, bo to jest o wiele późniejsza encyklopedia…

– (AS) To jasne.

Szkolni kadeci już nic z tych czasów nie pamiętają.

– (AS) Nic, dlatego dwóje dostają. Kto by się uczył takich staroci…

Kogo to interesuje…

– (AS) Otóż to. Proszę mi teraz wymienić wszystkie oddziały biorące
udział w wojnie trojańskiej, z podaniem, kto dowodził jakimi wojskami. Za
wielki staroć? To kto potrafi wymienić wszystkie polskie chorągwie spod
Grunwaldu?

Nikt.

Ale spod Brenny ktoś by pewnie potrafił.

– (Johan von Batke) Czy myślał Pan o tym, żeby jakąś swoją książkę
polecić jako lekturę?

– (AS) Ja miałbym polecać moje książki?

– (JvB) Ale jak by się Pan zapatrywał na to?

– (AS) Nie mogę odpowiadać na tak stawiane pytanie, bo i jak?
Musiałbym wartościować samego siebie: o tak, jestem genialny, powinienem
być lekturą szkolną, wyrzucić Konopnicką, wstawić mnie. Albo: nie, nie
nadaję się na lekturę szkolną, wszakże piszę jak ostatni grafoman. Uważam,
że wartościuje i oceny wystawia tylko jedna rzecz: czas. Przed wojną był
taki pisarz, nazywał się Antoni Marczyński. Był nieprawdopodobnie
popularny i nieprawdopodobnie płodny. Mieszkał bodajże w Piotrkowie i
nigdy poza ten Piotrków nie wyjechał, ale pisał powieści dziejące się na
Saharze, w Afryce, w Paryżu, na Atlantydzie, na Borneo. Naładowane to było
przygodą i aż dudniło seksem. Był, jak powiedziano, niesamowicie wręcz
popularny. Kto dzisiaj zna to nazwisko? Kto potrafi choć jeden tytuł
wymienić?

– (Johan von Batke) Tak jak Karol May.

– (AS) Który pisał siedząc w pierdlu za długi. Ale miał i
poprzedników sławnych. Taki Malory pisał swoją „Le Morte Darthur” siedząc
w pierdlu za gwałt. Tak, tak, historia o królu Arturze powstała w
kryminale, w którym rycerz Malory siedział, czekając na wyrok. Tak oto
powstała historia o Graalu.

Czy jest taka książka do której Mistrz wraca cały czas?

– (AS) Jest takich książek bardzo dużo. Żartuję sobie czasami, że
przynajmniej raz w roku czytam trylogię Sienkiewicza, bo język polski
jest bardzo trudny i trzeba bardzo dużo ćwiczyć. Ale żart nie jest daleki
od prawdy w moim przypadku. Wychowałem na „Trylogii”. Dobrze mi się gada z
Marcinem Wolskim, także miłośnikiem i znawcą, gdy się spotykamy, to
przerzucamy się sienkiewiczowskimi cytatami i zagadkami.

A jaką ułomność miał Kuszel?

– (AS) Kuszel… był chyba ospowaty.

– (Vava) Nie, Kuszel miał słaby wzrok, bo Wołodyjowski mówił, że
Kuszel gdyby miał lepszy wzrok to by był lepszym…

– (AS) Zgadza się, teraz pamętam. Ja nie twierdziłem, że grając z
Wolskim w zagadki zawsze wygrywam.

Jakie jeszcze książki?

– (AS) Dużo ich jest. Musiałbym wymienić ze sto tytułów. Nie potrafię
wymienić tylko jednego czy nawet jakiegoś top ten..

– (Zbowid) Swoje książki Pan czasem przegląda?

– (AS) Czytam, żeby zobaczyć czy się sprawdzają, czy dowcip, który
mnie śmieszył gdy go pisałem, teraz, po latach, też mnie rozśmieszy.

– (Bartek Grenda) Czy myśli Pan, że nadejdzie taki moment, że będzie
Pan (po spojrzeniu z dystansu), jak Lem, zakazywał wydawania niektórych
swoich książek? (na przykład „Astronauci” Lema).

– (AS) Może nie będę aż tak pryncypialny. „Feniks”, a konkretnie
Grzędowicz chciał swego czasu wydać jakąś antologię gdzie miało się
znaleźć opowiadanie „Muzykanci”. Miałem ochotę bardzo wiele zmienić w tym
opowiadaniu ale w pewnym momencie powiedziałem: nie, niechaj zostanie tak
jak jest. Niech to będzie Sapkowski, okres błękitny i młodzieńczy.

– (Bartek Grenda) W pewnym momencie powinno się artyście dzieło
odebrać, bo w kółko poprawiając je zniszczy.

– (AS) Jest w tym tyle samo prawdy co przesady. A propos poprawek –
planowane jest wydanie w twardej okładce, chciałbym, żeby było absolutnie
bezbłędne. Zwracam się tedy do Zonowiczów z prośbą o pomoc. Wszystkie
zauważone błędy, literówki, przekłamania i temu podobne uptrzejmi bądźcie
przekazywać tu obecnemu Johnowi Sulidze.

– (Johan von Batke) Czy miał Pan wpływ na jakość papieru „Pani
Jeziora”?

– (AS) Nie miałem. Byłem nawet lekko obrażony. Anka Brzezińska wydana
na pięknym papierze, Ziemkiewicz wydany na pięknym papierze, a ja na
jakimś brudnoszarym gazetowym, żeby nie użyć określenia dosadniejszego.
Wydawnictwo argumentowało, że lepszy papier przy sporym nakładzie to
potężny koszt, i mogłoby się stać tak, że cena książki osiągnęła by poziom
zawrotny. Przyjąłem ich racje, ale nie do końca mnie przekonali.

Są drobne zmiany między wersją gazetową a książkową.

– (AS) To są bardzo poważne zmiany. Książkę przycinano tak, by
zgrabniej dzieliła się na odcinki. Nadto, w czasie gdy gazeta już
drukowała otrzymane pierwsze cztery rozdziały, ja pracowałem nadal, a
oddanych gazecie rozdziałów bynajmniej nie traktowałem jako coś świętego i
dokonywałem korekt, czasami dość znaczących.

– (Adam Dudaczyk) A co z wersją czytaną w radiu RMF? Tego się słuchać
nie dało!

– (AS) Nie było też musu słuchania.

– (Triss) Przepraszam bardzo. Czy poprawki będą obejmowały potknięcia
techniczne, jak np. płaszcz Rience’a?

– (AS) A o co chodzi z tym płaszczem?

– (Triss) W scenie jak Geralt walczy z Riencem, Rience odrzuca
płaszcz a chwilę potem Geralt go łapie za ten płaszcz.

– (AS) Jest tak w rzeczy samej?

Aha…

– (AS) No to trzeba będzie poprawić. Sprawa przypomniała mi niektóre
przekłady, robione tym sposobem: wydawnictwo rozdawało fragmenty książki
kilku tłumaczom, by było szybciej. Korekty, żeby było szybciej, nie
robiono. I czytaliśmy, że pewien pan postawił neseser na półce, a za
chwilę zdjął z półki walizkę, a jeszcze dalej w tekście otworzył swój
kuferek. Ha, był jeszcze jeden numer z przekładem, legendarny wręcz.
Konkurs dla tłumaczy, których miano zatrudnić na stałe. Kandydatów 50-ciu,
3 osoby mają być wybrane. Każdy dostaje do przetłumaczenia fragment
tekstu, jury będzie oceniać, kto go przetłumaczył najlepiej. Nikt nie wie,
że to jest jedna książka podzielona na 50 fragmentów. Czas minął,
pozbierano fragmenty i… wydano ksiązkę. Padł rekord – 200 stron tekstu
przetłumaczone w godzinę.

kot miejscowy pałętał się za oknem

– (AS) Niech ktoś zwróci uwagę na tego kota…

On jest tutejszy, już się dopytywaliśmy w rejestracji. Ma swój
fotel na dole.

Możemy go złapać i przybić do ściany.

Przytulić…

i szybki przeskok na inny temat

– (AS) Leśny dziadek to epizod, który zjawił się znienacka i zaczął
żyć własnym życiem. Siedziałem w tzw. męce twórczej, a pomysłu jak nie ma,
tak nie ma. I nagle jakby Muza przez pokój przeleciała.

– (John) Ciekawe jak ta muza wyglądała…

– (Marek Szyjewski) Kiedy pisarze pisali jeszcze długopisem, to
zdarzało się, że długopis brał ich za rękę i zaczynał pisać.

– (AS) Nie śmiejcie się bo ja też pisałem długopisem, wszystkie moje
opowiadania były tak napisane. Z zapisanych maczkiem kartek, ciętych na
fragmenty i sklejanych w kolaż, powstawała werska ostaeczna, a potem
stuk, stuk – maszyna do pisania. Pierwszą rzeczą napisana na komputerze
była „Krew elfów”. Norton Editorem, bo ja inaczej nie piszę. Innymi
edytorami bawię się, natomiast piszę wyłącznie w Nortonie. Ale żeby zrobić
korektę konwertuję DOSa na Windows i robię korektę w Wordzie.

– (John) Czy rozdziały mają taką długość bo Norton ma ograniczenie
długości jednego pliku do 64k?

– (AS) Nieprawda, nie ma żadnych ograniczeń w Nortonie, trzeba jednak
pamiętać, by nie wchodzić w edytor klawiszem F4, ale korzystać z polecenia
n(orton) e(ditor) Ctrl Enter. Wtedy wchodzi się w inny edytor, zwący się,
jeśli się nie mylę, edytorem zewnętrznym.

– (Bartek Grenda do Johna) Tu cię zakasował.

chwila na degustację bursztynowego napoju i nowy temat]

– (AS) Panowie z Optimusa, robiąc ze mną wywiad do Sieci, zapytali,
cytuję: Dlaczego uległ Pan presji wydawcy i przeciągnął Pan wydanie „Pani
Jeziora”? Wtedy zrozumiałem, że zaczynają krążyć legendy i baśnie. Kto je
wymyśla, ciekawość? I czy ktoś wierzy, gdy dementuję, że nie ma i nie było
( i nie będzie) żadnych presji, że „Panią…” skończyłem pisać w Nowy Rok.
Następnego dnia wysłałem do redakcji. Po 10 dniach byłem już w Warszawie
na rozmowie z redaktorami. A 12 lutego książka była w księgarniach. To
jest wynik stachanowski, nie opóźnianie!

Gdyby listonosz wiedział co niesie w tej kopercie…

Jedna szybka kopia i jest ustawiony…

– (AS) Wpadam ostatnio do Kresa, a on mówi ze współczuciem: „Słuchaj,
podobno ci hakerzy książkę ukradli, wydali pod cudzym nazwiskiem i
miałeś problemy bo musiałeś na nowo pisać”.

Czy były momenty, w których miał Pan dość pisania?

– (AS) Były takie momenty, że siadałem do komputera i po chwili
mówiłem sobie: eeee, dzisiaj nie popiszę.

Wtedy pasjansiki jakieś?

– (AS) Byle co. Bo z pisania nici.

znowu szybka zmiana tematu

– (AS) Zdarza się, że ludzie pytają mnie o misję, o powołanie. Jeżeli
w ogóle można mówić o czymś takim, to dla mnie jest to jakiś wkład w walkę
o czytelnictwo, o język, o kulturę… Same szumne słowa, szumi, niczym
spuszczana woda, ale coś w tym jest. Jeżeli to dzięki mnie ktoś, kto nigdy
nie czytał, sięgnął po książkę, to ja mam poczucie spełnionej misji.

– (Adam Dudaczyk) To jest zjawisko. Ostatnio wchodzę sobie do Empiku
w Chorzowie i tam dwóch facetów w dresach (trzy paski, czwarty gratis):
Wiedźmin! Książka! Książka wiedźmin ma być!

Momentów szukali.

– (AS) Daleki jestem od tego, by się takimi rzeczami podniecać. Ale
na każdym niemal podpisywaniu książek wśród ludzi, którzy przychodzą po
autograf, przychodzi też ktoś, kto prosi: „Niech mi Pan podpisze dla syna,
bo wie pan, on nic nie czyta, ale pana czyta”. Misja, na miły Bóg! Ja
wychowywałem się i żyłem w kulcie czytania, największą nagrodą było dla
mnie, gdy ojciec czytał mi książki – sam bowiem jescze nie umiałem. Po
prostu mnie zatyka, gdy słyszę w wywiad z mężem pani, która ma grać w
„Ogniem i mieczem”. Pytany, czy zna książkę, mówi: „Nie, nie znam, ale gdy
żona przyniesie do domu scenopis, to się zapoznam”.

A Pan oglądał „Ogniem i mieczem”?

– (AS) Ja nie chodzę do kina, bo mi się telewizor nie amortyzuje.
wesołość ma sali Oczywiście żartuję. Od kina jednak całkiem się
odzwyczaiłem. W czasach, gdy paliłem tak dużo, że nie było mowy, bym
wytrzymał na seansie. Teraz już nie palę, ale to z kinem pozostało.

znowu mały skok

– (AS) Na początku „Pani Jeziora”, dosłownie na początku, na oczach
wszystkich, są dwa „i”. Skandal straszny. Korektorów i redaktorów w
wydawnictwie jak mrówek, a dwa „i” zostają. John mi to wczoraj pokazał i
zepsuł humor na cały wieczór. No to ja dzisiaj od rana zepsułem
Kowalskiemu. Mówię: „Mirek, weź do ręki „Panią Jeziora”. Kowal: A co?

– Otwórz książkę. Przeczytaj pierwsze zdanie.

– No co? Co?

– Czytaj dobrze.

– O k…..”

Jaki to wstyd, ludzie. A jaka woda na młyn dla niektórych! Nie
przeżyję.

Są jeszcze „jeżyki”.

– (AS) Co jest jeszcze?

Ptaki jeżyki, przez „ż”.

– (AS) Gdzie?

Już szukamy.

Ja mam w międzyczasie pytanie: jaki ma Pan stosunek do Dębskiego i
jego cyklu opowiadań o Hondelyku?

– (AS) Jest rzeczą oczywistą, sam Dębski tego nie kryje, że ten cykl
to lekka parodia mojej twórczości. W opowiadaniu „Śmierdząca robota”
występuje nawet smok Pirróg. Oczywiście Dębski jest bardzo sprawnym
autorem, jeżeli chodzi o budowanie fabuły, tworzenie postaci i
potoczystość narracji – to jest człowiek, który pisać umie. Ale cóż, nie
każdy przepada za parodią, są tacy. którzy wolą rzeczy bardziej
oryginalne.

No, są te jerzyki czy nie? Jeszcze nie ma? No to w tzw. międzyczasie
może konkurs, skąd jest ten cytat: „Wywinęła mieczem syczącego młyńca. –
Uprzyjemnij mi dzień! – powiedziała”.

Clint Eastwood – „Make my day”.

– (Marek Szyjewski) Znalazłem jeżyki. Akapit przed kropką na
stronie 16.

– (AS) W samej rzeczy, cholera. Oczywiście, że powinny być przez
„rz”.

– (Krasnal) A może tam po prostu latały takie jeże…

chwila ogólnego hałasu i harmidru

Cisza, cisza….

– (AS) Kilka dni po wysłaniu opowiadania „Okruch lodu” do
„Fantastyki” dzwonię do Maćka Parowskiego i wrzeszczę w słuchawkę:
„Parowski, Jezus Maria! Wstrzymaj druk! Jest w maszynopisie „nie zrozum
mnie opatrznie”, przez „trz”, a powinno być opacznie, cholera! Parowski
mówi: Spokojnie, stary. Zauważyłem i poprawiłem. To jest porządny
redaktor, sprawdził i poprawił. A tu – jeżyki. Wstyd.

Na to, by błędów uniknąć, nie ma metody. Te złośliwe literki, głowę
dam, podczas korekt chowają się, a wyłażą dopiero w książce. Te małe
złośliwe sukinsynki zwyczajnie walczą o byt – nie chcą się dać wykasować.
Nie jest też tak, że to zawsze ja jestem winny, moja dyskietka. Są błędy,
które robi Ventura, program składający. Ventura potrafi „nie zauważyć”
akapitu, tekst leci ciurkiem. Najgorzej jest z tekstami wierszy lub
piosenek, bo jeśli tu wersy lecą ciurkiem, to robi się strasznie.

Jeżeli chodzi o piosenki, to Pana są świetne…

– (AS) Dziękuję. kontynuując o redakcji Często walczę z moimi
redaktorami, wyznającymi regułę (nie wiadomo skąd się biorącą) że jeżeli
na stronie jest jakieś „miał” to trzeba absolutnie uniknąć powtórzenia i w
drugim zdaniu koniecznie napisać „posiadał”. Pytam wówczas, czy nie
zauważają, jak bardzo cały tekst na czymś takim cierpi.

– (Marek Szyjewski) Zawsze studentom tłumaczę, że żeby udowodnić, że
ktoś coś posiada trzeba przedstawić akt notarialny posiadania.

– (AS) Ziemkiewiczowi, jak słyszałem, w ramach usuwania zbędnych
„był” i „była” zmieniona zdanie na „W ścianie tkwiła dziura”. Redaktorzy
wyczuleni na „powtórzenia” nie wyczuwają, jak dalece rytm powtórzeń jest
motorem narracji. Kto pamięta: „chodziła kura, chodziła kura, chodziła
kura a potem pachniało rosołem”.

Aż takie znaczenie ma powtórzenie tych kur?

– (AS) Dla akcji to nie ma żadnego znaczenia. Wy mnie pytacie kim był
Bonhart, kim nie był Bonhart i dlaczego był i nie był, to ja wam dla
rewanżu o kurach.

Tak jak z tym kołkiem od kiełbasy, który Regis obracał w palcach.

1 min. niezrozumiałego szumu

Jaka jest najbardziej ulubiona przez Pana postać?

– (AS) Autor nie powinien zakochiwać się w tym, co sam stworzył. Nie
przeczę, do pewnych postaci rzeczy mam określony sentyment; głownie jednak
do postaci pobocznych, nie pierwszoplanowych. Moimi dwiema ulubionymi
postaciami są król Esterad i królowa Zuleyka.

– (Adam Dudaczyk) Ja mam takie pytanie – skąd Pan te niesamowite
imiona bierze do książki?

– (AS) Jest to jedna z ważniejszych rzeczy, tak ważna, że aż nie ma
na nią recepty i sposobu. Trzeba mieć wyczucie.

– (Adam Dudaczyk) Chodzi Pan po ulicy i jak coś Panu wpadnie w oko to
bierze Pan to jako nazwę?

– (AS) Dokładnie. Jeżeli zauważę coś interesująco wyglądającego,
dźwięcznego, momentalnie notuję lub zapamiętuję. W Montrealu zauważyłem
sklep z szyldem „John Renfrew”. Myślę sobie, jakby strawestować na Renfri,
jakież to wspaniałe imię żeńskie!

– (Johan von Batke) W Jaworznie firma komputerowa nazywa się „Triss
Merigold”.

A wódka Yennefer. Inna troszeczkę pisownia ale czyta się tak samo.

Jest woda mineralna „Aretuza”.

– (AS) To nazwa mitologiczna, ale właśnie jak gdzieś pod Toruniem
zauważyłem przydrożną reklamę tej wody, to mi się ta nazwa przypomniała i
użyłem jej, nazywając zamek.

Angouleme…

– (AS) Francuskie miasto oczywiście. Odbywają się tam jedne z
najsławniejszych konwentów komiksów.

A Regis?

– (AS) Regis to przecież po łacinie „królewski”. Ktoś mi zwrócił
uwagę, ja nie pamiętałem o tym, że planeta w „Niezwyciężonym” też nazywa
się Regis. Ale mój Regis nie pochodzi z tej planety.

A Condwiramurs?

– (AS) To postać z legendy arturiańskiej, występuje chyba już u
Chretiena de Troyes. To była Pani o Krótkich Rękawkach. Chyba.

– (Marek Szyjewski) – Condwiramurs to żona Parzivala u Wolframa von
Eschenbach.

– (AS) Źródłosłów nazwy Condwiramurs to według Josepha Campbella
„conduir amour”, czyli „robić miłość”. Król Rybak, to też postać legendy.
Był rybakiem, bo nie mógł polować – został zraniony w udo, była to
symboliczna rana pozbawiająca go męskości – ja zostawiłem ten wątek w
spokoju, ale taki jest podtekst legendy – król nie może płodzić, dopóki
się go nie uleczy Graalem..

Zdarzało się Panu szukać imion w słowniku?

– (AS) Oczywiście, bardzo często to robię. Korzystałem zwłaszcza z
encyklopedii i słowników bardzo starych, mniej znanych. Brałem
encyklopedię, otwierałem gdziekolwiek – i jest, proszę bardzo – Demawend.
A dalej – Nenneke. Sprawdzona metoda.

– (Adam Dudaczyk) To, że wampiry piją krew żeby sobie ten tego
znaczący gest ręka-szyja – to Pan wymyślił?

– (AS) Owszem, na nikim się tu nie wzorowałem, nie znam nikogo, kto
przed mną pisał by o tym, że wampiry piją krew nie po to, by zaspokoić
głód, lecz żeby zaspokoić pragnienie… rozrywki. Teksty: chłopaki posłali
mnie po krew, latałem po pijanemu… Zabawa była przednia.

– (Bartek Grenda) Słyszymy cały czas o flashbackach, flashforwardach,
technice, powtórzeniach itp. We własnych oczach jest Pan doświadczonym,
umiejętnym profesjonalistą i rzemieślnikiem czy utalentowanym artystą?

pomruk na sali

– (AS) Nie da się oddzielić jednego od drugiego. Może w pisarstwie
nie jest to tak oczywiste i zauważalne jak n.p. w rzeźbie, gdzie wizja i
natchnienie artysty nic nie dadzą, jeśli artysta dłutem nie umie pracować
i nie zna się na kamieniu. Ale mechanizm jest ten sam. Talent i inspiracja
to jedno, ale bez warsztatu, bez techniki daleko się nie zajedzie. Tyle,
że jeśli talent i inspiracja to rzeczy dość nieuchwytne, warsztat ma
prawidła na tyle jasne, że można je katalogować. Dlatego o warsztacie
mówię, o talencie nie. A profesjonalizm nie jest dla mnie pojęciem
pejoratywnym, lecz najwyższą szkołą jazdy. A tzw. iskra Boża? Ma się lub
nie ma się. Ja do pisania zawsze miałem.

Same piątki z polskiego?

– (AS) Może nie same piątki, dlatego że „panie od polskiego” szybko
zauważały, że polskiego to ja wcale nie od nich się uczę. Nikt nie lubi
jak z niego durnia robić. Mówiłem już – wychowany byłem w kulcie
literatury. Pomylenie bohaterów „Pana Tadeusza” i „Trylogii” było dla mnie
niemożliwe w wieku lat dziesięciu.

„Być albo nie być” jak powiedział Szekspir w „Makbecie”.

– (AS) A żebyście wiedzieli. Była jedna z okrągłych rocznic powstania
„Fantastyki” i słynny bankiet w pubie „Sherwood” w Warszawie. Stoimy przy
barze z Konradem Lewandowskim ksywka Przewodas i na zmianę deklamujemy
sobie.

Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu

Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,

Krzyczy: „Sędzio! Poddaj się, bo dwór spalić każę.

„Pal, woła Sędzia, ja cię w tym ogniu usmażę.”

A stojąca obok pani żurnalistka z poważnej gazety mówi : „Panowie
mogliby już skończyć z tą Trylogią”.

Wracając do talentu…

– (AS) O talencie, jak się rzekło, nie rozmawiam. Był, nie był,
pokaże czas. Na razie cieszyć się trzeba, że na spotkanie przychodzi te
kilka osób…

Byłoby ich dużo więcej gdyby Internet był w telewizorze. Naprawdę
jest sporo osób wiernie Pana czytających, a nie mających dostępu do
Internetu.

– (John) Nawet część tych, którzy mają dostęp nie mogli tutaj
przyjechać.

– (AS) Rzecz zrozumiała, to są przyziemne kwestie finansowe. I tak
dziwię się nieraz, że młodzież tak gromadnie jeździ na konwenty. Gdybym ja
w młodości oświadczył matce, że proszę o pieniążki, bo mus mi jechać do
Gdańska na zlot fantastów, bilet tyle, akredytacja tyle, piwo które tam
wypiję tyle, naraziłbym się na śmiech pusty. Widzę teraz na konwentach
ludzi bardzo młodych i myślę sobie: „Mają szczęście”. Mają rodziców,
którzy dali im na to. A trudno przecież, żeby młódź na cele konwentowe
kradła albo zarabiała na własnoręcznie wyhodowanej w doniczce marihuanie.