Bartłomiej Chacinski z Andrzejem Sapkowskim, Machina 4(49)/2000

Największy bufon polskiej literatury czy jej najsprawniejszy twórca? Zdania są podzielone. Sam przyznaje, że od czasów Lema nie było takiego drugiego fantasty w Polsce. Faktem jest, że żaden pisarz nie ma u nas tylu wyznawców.

Połowa najlepszej polskiej literatury pochodzi z Wileńszczyzny. –
Albo zze Lwowa! – uśmiecha się Sapkowski. Sam ma korzenie na Litwie – i
herb Rawicz (panna na koniu). Nawet w jego adresie e-mailowym pojawia się
ten herb. Jakieś srebra rodowe też by się znalazły, o czym parę razy
wspomniał.

– Na Litwie mój ojciec wylądował po 1918 roku, przybywszy z rodziną z
głębin Rosji. Ja już urodziłem się w Łodzi, mieście mojej matki. Ale
Tadeusz Konwicki i tak rozpoznał rodowód po mieczu. Po paru minutach
rozmowy zapytał: „A ty, kochanieńki, nie spod Wilna?” Wnet okazało się, że
mój dziadek i jego ojciec byli naczelnikami poczt na Wileńszczyźnie, w
pobliskich miejscowościach. Ojciec skończył prawo na Uniwersytecie
Wileńskim, zresztą razem z Miłoszem studiowali, ale potem niezbyt mu te
studia pomogły. W domu mym panował zawsze swoisty kult techniki – takie
„marzenie humanisty”. Przemocą wręcz starano się we mnie rozbudzić
zdolności techniczne, których nie miałem i nie mam za grosz. Jedyne
urządzenie, z którym nie mam problemów, to maszynka do mięsa. Na
politechnice, na którą by mnie zgodnie z rodzinnym programem niechybnie
posłano, pewnie nie utrzymałbym się długo. Na szczęście akurat powstawał w
Łodzi nowy kierunek – handel zagraniczny i uznano, że będę po tym „prawie
inżynier”.

– Pracował pan w centrali handlu zagranicznego?

– Tak. Jak długo istniał monopol, handlem zagranicznym mogły się
parać wyłącznie takie centrale. Ostatnim etapem mojej handlowej kairery
była prywatna firma o kapitale polsko-niemieckim.

– I kiedy przestała istnieć, wybrał pan literaturę?

– Literaturę wybrałem dużo wcześniej, w czasie, o którym mowa,
wybrałem tylko – ostatecznie – zawód pisarza. To był mnie więcej rok 1994,
czas pisania pierwszego tomu z pięcioksięgu o wiedźminie.

Strzelanie numer dwa

Zagadką są teksty, które Sapkowski napisał przed pierwszym
opowiadaniem na konkurs „Fantastyki”, „Wiedźminem”. Wiadomo, że było
opowiadanie „Stalogłowy”, które wygrało konkurs, był też „Pojedynek”,
wydrukowany w lokalnej łódzkiej gazecie. Autor wygadał się kiedyś, że
startował w konkursie „Przyjaciółki”, ale potem to dementował.

– Wcześniej zdarzało mi się startować w konkrusach, choćby po to, by
wygrać nagrodę, którą był magnetofon firmy Unitra, względnie ogromna suma
3000 złotych – a zarabiało się wtedy 1500. Nowela „Wiedźmin”, „fantastyka”
i konkurs, o którym wspomniałem, były kontynuacją czegoś, co było zarazem
sposobem na zabicie nudy i na odreagowanie, może nawet na samorealizację.
Na konkurs „Fantastyki” napisałem nowelkę w gatunku fantasy – zachowałem
się jak rasowy marketingowiec, myślałem, że oto znalazłem sposób na
konkurencję. Mniemałem, że polska fantastyka to wciąż Lem i Zajdel, że
wciąż tam kosmoloty latają i zawożą w kosmos socjalizm, a zielone ludziki
to metafora na czerwonych. Było to mniemanie naiwne, na ów konkurs wszyscy
niemal napisali fantasy i „Wiedźmin” niczym by się nie wyróżnił, gdyby nie
fakt, że nadesłana na konkurs fantasy to było coś, co ja pozwalam sobie
nazywać „strzelaniem numer dwa”. To termin wojskowy – idzie się z bronią
krótką jakiś tam dystans, a z trawy podnoszą się do pionu tarcze, do
których się strzela, zanim opadną. Ja nazywam „strzelaniem numer dwa” taką
fantasy, w której bohaterowie wędrują, wędrują, a na szlaku wędrówki co i
rusz podnoszą się z trawy takie właśnie tarcze – rozmaite potwory, które
trzeba zamordować. A inwencja autora ogranicza się do tego, by kolejny
podnoszący się z trawy miał od poprzedniejszego dłuższe albo większe uszy.

– Jak pana wtedy przyjęto w środowisku fantastyki?

– Do dzisiaj jestem w nim outsiderem, bo się z niego nie wywodzę, a
gdy się tam pojawiłem, byłem od fandomowej większości starszy o co
najmniej 15 lat, czasami 20, czasami więcej. Na pierwszym konwencie
(dorocznym ogólnopolskim spotkaniu fantastów), nieświadom fandomowych
obyczajów, zjawiłem się pod krawatem. Skończyło się na tym, że Marek
Oramus próbował mnie z konwentu wyrzucić, bo wziął mnie za nasłanego przez
Komitet kontrolera – ludzie byli przyzwyczajeni, że na każdy taki zjazd
wysyłano jakiegoś dziadygę, który miał pilnować, czy młodzież nie
wygłasza nazbyt nieprawomyślnych treści.

– Redaktorzy cięli pana opowiadania?

– Moich tekstów skracać się nie da. Ja sam je skracam, nie
pozostawiając czegoś takiego jak zbędne słowo. Nie można więc było
skracać, ale zawsze można było zastępować. Na przykład: wedle redaktorów
nie można użyć w fantasy słowa „arogancki”, tylko „pyszny”, bo pierwsze
jest za „nowoczesne”. To była nagminna praktyka i w pewnym momencie ostro
się postawiłem. Dla mnie unikanie nadmiernej stylizacji języka było
zabiegiem artystycznym, nie normą. Unikać słowa „arogancki” tylko
dlatego, że go nie było podówczas? A co, excusez moi, to jest „podówczas”
w przypadku fantasy dziejącej się w Never Never Landzie, krainie
wyimaginowanej, i w wyimaginowanym czasie?

– A jaki wpływ miał na pana wydawca, Mirosław Kowalski z SuperNowej?

– Żadnego. I nigdy nie próbował mieć. Nasza współpraca zaczęła się,
bo Kowalski zaryzykował. Podjął ryzyko wydania polskiego autora, na domiar
złego autora fantasy, gatunku, który uważano za całkowicie zdominowany
przez Anglosasów. Polscy wydawcy – ci sami, którzy dziś zazdroszczą Nowej
autorów – uważali polską fantasy za towar całkowicie niesprzedawalny, a
autorów i ich rękopisy traktowali jak sąsiada z sekatorem. Zna pan
historię o sekatorze? Idzie sąsiad do sąsiada pożyczyć sekator, a cały
czas myśli: „On mi na pewno sekatora, sukinsyn, nie pożyczy”. Puk, puk.
Sąsiad otwiera drzwi, a ten drugi krzyczy: „W dupie mam ten twój
sekator!”.

Smarowanie łajnem

Wiedźmina najpierw zbagatelizowano. Później zaczęto zauważać.
Ostatnio się go nawet chwali. Sapkowski tłumaczy powodzenie swoich książek
rozbudowanym dialogiem. Pisze literaturę, którą jedni uznają za gatunek
trzeciorzędny, a inni – za postmodernizm.

– Tego, kto fantasy ma za gatunek trzeciorzędny, ja – na zasadzie
rewanżu – mam za trzeciorzędnego krytyka. Tym niemniej faktem jest takie
fantasy – i całej literatury popularnej – postrzeganie. Są nawet tacy,
którym fantasy – lub autor piszący fantasy – podoba się a i ci mniemają,
że etykietka fantasy jest hańbiąca i że trzeba ją prędziutko zerwać lub
zamazać. Lepiej – idąc po linii najmniejszego oporu – nazwać twórczość
danego autora postmodernizmem, alegorią, powieścią z kluczem, nawet
parodią. Wszystkim, byle nie fantasy, bo fantasy jest popkulturą, tanią
rozrywką i w ogóle jest „be”. Ja rzadko protestuję, gdy ktoś usiłuje mnie
przed fantasy bronić i klejmo owo hańbiące ze mnie zmywać – sam tego
czynik jednak nie będę. Bo nie zmieni to faktu, że to, co piszę, to jest
fantasy.

– Nagrody Nike pan za to nie dostanie…

– I nie obrażę się z tego powody bynajmniej.

– A widział pan „Ogniem i mieczem”?

– Nie chodzę do kina. Z głupiego nawyku. Przez wiele lat paliłem,
powiedzieć „nałogowo” to za mało. W czasie seansu musiałbym – musiałem –
kilka razy wychodzić na papierosa. Obecnie nie palę, a nawyk został – od
sali kinowej się też odzwyczaiłem. A trzeba wiedzieć, że w czasach
studenckich byłem wielkim i zawołanym kinomanem. Oczywiście, pójdę na
„Ogniem i mieczem”, bo trzeba. Ciekawe jestem efektu, bo jestem
miłośnikiem Sienkiewicza i – bez skromności fałszywej – znawcą Trylogii.

Instynkt erudyty

Czyta w osiemnastu językach, w czterech śni, a w 6-8 mówi. To ponoć
prawda. Nie jest natomiast prawdą, jakoby monitor komputera trzymał w
innym pokoju niż klawiaturę (ci, którzy to mówili, powoływali się na słowa
Sapkowskiego: „po co mi monitor, przecież wiem, co piszę”). Legend wokół
erudycji i przyzwyczajeń Sapkowskiego narosło mnóstwo. Podobnie jak tych
dotyczących pieniędzy, jakie zarabia.

– Jestem full-time writerem, a nie stać mnie na coś innego niż
mieszkanie w bloku – w dodatku spółdzielcze. Słyszałem, że podobno są
ludzie, którzy utrzymują się tylko z pisania i stać ich na więcej. Ale
myślę, że oni po prostu więcej pisali i wcześniej zaczęli.

– Zawsze można wydać dwie książki rocznie zamiast jednej…

– Dla mnie to niewykonalne. Nawet reżim jednej książki rocznie – co
udawało mi się od lat kilku – nazbyt przypomina katorgę niż Wyspy
Sołowieckie.

– Podejrzewam, że fani przychodzą do pana, prosząc o mistrzowską
poradę.

– Uznaję tylko jedną zasadę pisarską, której raczej trudno kogoś
nauczyć: instynkt erudyty. Brzmi jak oksymoron jakiś cholerny, ale to jest
prawda. Do tego – ciężka praca. Nawet nie mając szefa i zegara, wstać rano
i zasiąść do pracy. Jakoś nikt nie może uwierzyć w taką prozę życia,
niemal wszyscy sądzą, że pisarz musi brać narkotyki, mieć na biurku trupią
czaszkę i rewolwer, pisać nocami, nogi w wodzie mocząc… A i tak niczego
nie zrobi, jeśli Muza nie przyfrunie i nie natchnie.

– A telewizja często do pana dzwoni?

– Nie lubimy się z telewizją. Po bardzo złych doświadczeniach
odmawiam współpracy z tymi ludźmi. Porównanie będzie może kwieciste, ale
trafne: ja jestem jak ten pstrąg, który ma wbudowany naturalny kalkulator.
Gdy z dna widzi płynącego po powierzchni wody chrabąszcza, pstrąg
momentalnie dokonuje kalkulacji – z jednej strony, strata energii
potrzebna na wysiłek złapania chrząszcza, z drugiej energetyczna wartość
protein, które zyska, gdy owego zje. Z TV jest tak samo. Uważam, że
telewizja, medium ludyczne, winna dać spokój pisarzom, a koncentrować
się na ludziach prawdziwie popularnych. Popularność najpopularniejszego
pisarza, nawet noblisty, nie jest promilem tej, jaką się cieszy bokser
Gołota – żyjemy w kraju, w którym popularni są sportowcy, aktorzy,
politycy i bandyci. Niekoniecznie w tej kolejności.

– Pana czytelnik dorasta. Nie ma pan ochoty napisać dla niego czegoś
poważniejszego?

– Czytelnik – którego, nawiasem mówiąc, z lekka obraził Pan pytaniem
– ma to do siebie, że jest jak feniks z popiołów, wiecznie się odradza. To
jest, by użyć sformułowania ekonomicznego, taki rewolwing. Tego, co piszę,
bynajmniej nie uważam za niepoważne. I nie zdaje mi się, by dorastający
czytelnik tego również nie dostrzegał.

Nowe książki

– Kiedyś mówiono na cośtakiego „nastolnaja kniga” – podręcznik,
poradnik, kompedium – opowiada Sapkowski o książce, nad którą w tej chwili
pracuje. – Kto się pasjonuje danądziedzina, może do takiego kompedium
zajrzeć. To, co piszę, to zarazem leksykon, bestiariusz i informator o
gatunku fantasy, jego historia, kanon i autorzy. I różne inne rzeczy.
Książkę już wkrótce opublikuje SuperNowa.

Sapkowski pracuje też nad powieścią historyczną: – Istnieje taki
subgatunek jak fantasy historyczna czy też, jeśli ktoś woli, historia
fantastyczna. Historia alternatywna. Powieści w stylu „co by było gdyby” –
dla przykładu: co by było gdyby Hitler wygrał II wojnę światową albo stany
południowe secesyjną, co by było, gdyby Wielka Armada zwyciężyła Anglię,
wreszcie – co by było gdyby w Europie nie doszło do reformacji lub gdyby
zwyciężyła kontrreformacja. Żylibyśmy w ciemnocie, o głodzie i chłodzie,
ale rozmodleni. Bo bez reformacji nie byłoby rewolucji przemysłowej! W
fantasy tego typu wszystko jest dodatkowe podbudowane magią – Gerbert z
Aurillac, papież Sylwester II, dla przykładu, w takiej fantasy był
rzeczywistym czarnoksiężnikiem, elfy naprawdę żyły w lasach Europy do
czasu, gdy wszystkie eksterminowała inkwizycja, templarisuze naprawdę
znali się na magii i diabeł we własnej osobie pomagał im gromadzić
bogactwa i sięgać po władzę, co zresztą robią templariusze po dziś dzień,
jako masoni. Taką właśnie książkę – historię alternatywną – mam zamiar
napisać – z tym, że nie będzie w niej niczego o masonach, oczywiście. Co
do diabła, to i owszem.

Film

Prawa do ekranizacji sagi o wiedźminie Geralcie kupiła od
Sapkowskiego firma Heritage Films. Paweł Poppe, jej prezes, poinformował
nas, że ma dość konkretne plany na serial. Miałby on zacząć powstawać już
latem 2000 r., a potem, gdyby się spodobał, nakręcono by także film
długometrażowy.

– Moim zdaniem to będzie rewelacja, telewidz ma dość seriali z
gadającymi głowami, a to będzie coś dla szerokiego widza, film
baśniowo-historyczny – informuje szef Heritage. – Potrzebne są tylko trzy
czynniki: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Bo publiczności,
która szaleje za Sapkowskim, nie można wcisnąć kitu – to nie może być
teatr telewizji.

– Film będzie wpadką, fantasy filmowe nie bronią się – skomentował
sprzedaż praw Sapkowski w czasie spotkania z fanami.